literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Kategorie: Wszystkie | filmowe | literackie | myślane | wyszperane, znalezione
RSS

myślane

piątek, 25 lutego 2011

Trzeba coś postanowić.


Bo był plan, że piszę bloga przez rok, a ten się właśnie wyczerpał.
Hamlet mi depcze po piętach (to be or not to be?).


tamaryszek1

Jak ten czas leci!

 


Jak długie jest życie bloga? Z obserwacji można by sądzić, że byt to efemeryczny.
Chociaż te, które przetrwają smugę cienia, te napędzane wewnętrzną potrzebą niczym perpetum mobile... one, oczywiście, istnieją bez końca... dorastają i odświeżają się każdym wpisem.

 


Więc nie wiem.


 

 

 




Dwie kwestie chciałabym poruszyć.

Pierwsza: skąd się wziął Tamaryszek?



tamaryszek3Z przypadku i z choroby.

Najpierw trafiłam na blogi w instrumentalnym celu, by znaleźć trochę żywego, nieociosanego redakcyjnie języka.


Szybko przekierunkowałam się na blogi tematyczne, a te ujęły mnie swym profesjonalizmem. Niektóre strony wyglądały na świetne autorskie serwisy.


Z tych pierwszych dni pamiętam Tygiel i Chihiro o świecie. Przystań Lektury Lirael (nie zdawałam sobie sprawy, że dwa ostatnie były wówczas w okresie niemowlęcym). Były Lekturki i Poczytalnia.


Do dziś pozostaję im wierna (choć niektóre przechodzą -chwilowe- przerwy w częstotliwości nadawania). A później odkrywaniu nie było końca. Obok profesjonalizmu ważna stała się pasja i klimat.


Był luty, czas przeziębień i gryp. Choroba jest (bywa) niesamowicie twórczym czasem. Zaczęłam więc zacierać ręce i rozglądać się za odpowiednią skórką, czyli blogowym designem.

Wspomógł mnie Minimalistyczny projekt Irytka.


A bezpośrednią inspirację ma Tamaryszek... w nazwie wytwórni filmowej, w której powstawały filmy cenionej przeze mnie Agnes Vardy. Francuska reżyserka bliska mi jest szalenie i w pierwszym poście próbowałam się z tej sympatii wytłumaczyć. Myślę nieśmiało, że cały rok blogowania był wielokrotnym do niej nawiązywaniem. Jeśli nie nominalnie, to z ducha, z umiłowania eseistycznych opowieści, dygresyjności i kociego przemierzania nieasfaltowych dróg. A przede wszystkim z siostrzanej więzi zbieraczej. Jako że Tamaryszek kolekcjonuje opowieści, a Agnes Varda... a jakże, ona to zbiera wszystko.



Druga sprawa, to takie wierzchnie résumé.


Ten wpis jest pięćdziesiąty trzeci.

Komentarzy było prawie pięćset (kilku brakuje...;) )


tamaryszek2

Doświadczenie blogowania to przede wszystkim przygoda i spotkania...wirtualne, ale wbrew wszelkiej ułudzie, która kojarzy się z tą nierzeczywistością...one były bardzo rzeczywiste i zapadające w pamięć.


Blogowanie to mobilizacja i przyglądanie się własnym myślom. Przy jednoczesnym wsłuchiwaniu się w myśli i odczucia innych. Bo istotą tego fenomenu jest współistnienie. Z tego sobie wcześniej nie zdawałam sprawy. Blogosfera to zdecydowanie bardziej "my" niż "ja".

 


Tymczasem, trzymana w kleszczach hamletycznych zastanowień, zaczekam na wiosnę.


Póki co: przyzwyczajenie drugą naturą... ta ciągnie wilka do lasu, a tamaryszka do pisania.

Zwalczać nałogi czy pielęgnować? Kraść chwile realnym rytmom, czy bardziej się im podporządkować? To be or not to be...

Odpowie się samo.


Proszę jeszcze nie likwidować linków, nie skreślać... Matrix Reaktywacja jest opcją niewykluczoną.


Bardzo dziękuję za wszystkie wglądy na tę stronę.

Za komentarze, czyli rozmowę.

Za milczące przytaknięcie, mrugnięcie czy ziewnięcie.:)

Bardzo :)))



Niebawem rozkwitną prawdziwe tamaryszki. Niech no tylko otrzepią się z śniegu i mrozu.

Zawsze choć trochę przyczynią się do tego, by było ładniej. A wtedy wszystko będzie prostsze.


Proszę: a oto tamaryszek jak drzewo! Ten na pewno rósł dłużej niż rok. Ten to ma zdrowie!


tamaryszek4

 

Chwilowo nie chcą mi zaskoczyć linki do blogowych stron wymienionych w tekście. Ale wszystkie są w bocznej kolumnie.

czwartek, 13 stycznia 2011

 

 

Jest taki konkurs. BLOG ROKU

Tamaryszek - opowieści zebrane startuje w kategorii KULTURA, bo tę najbardziej lubi(my).

Można głosować, wysyłając sms na numer 7122.

Treść - jeśli ktoś zechce wesprzeć opowieści - jest następująca: E00112.


Hmmm...  ja, Mistrz Czytania ze Zrozumieniem, uległam iluzji i mrzonce.

Bo mnie się zdawało, że pan Jerzy Stuhr to wszystkie blogi przeczyta. To myślę prostodusznie dalej: miło, bardzo miło, by mi było. Dlatego biorę udział w tym konkursie.

Tymczasem juror gościć będzie na stronach dziesięciu najpopularniejszych blogów. Czyli fatamorgana.


Ani ja nie mam temperamentu zawodnika, ani nie zdaje mi się, bym tworzyła najchętniej czytaną stronę Netu.

Ale hasło Blog Roku koresponduje z tajną (dotąd) ideą założenia tej strony. To ma/miał być blog na rok. Próba wytrwałości i rozruszania klawiatury. Jestem więc poniekąd u siebie.


Dygresja arcyosobista, bo - jak wiadomo - od spraw intymnych tu się roi: natura Tamaryszka nie lubi rankingów.

W życiu, gdy mam świadomość, że ktoś mnie według jakichś kryteriów ocenia, to się nie ścigam, nie obstawiam ogonów, tylko na ogół (i o ile się da) wytyczam sobie jakiś cel postronny.


Wyjaśniam per analogiam:


Najczęściej jest człowiek oceniany w szkole bądź na studiach.

Egzaminy, zakres materiału, skala ocen. Przed tym się nie ucieknie.

Najbliższa była mi wówczas metoda znalezienia sobie celu, którego nikt mi nie unieważni.


Jeśli nie zdążę przeczytać 170 książek, przeczytam 20, ale dokładnie. Nie pojmę wszystkich arkanów łacińskiej gramatyki, nic to - jedną trzecią przerobię perfekcyjnie.

I mało mnie stresowało rozmyślanie, czy trafię na odpowiednie pytania. Jeśli będą z kręgu moich preferencji, to proszę bardzo, proszę spróbować mnie zagiąć! A jeśli będą spoza... no to już nie moja konkurencja, oddaję pole bez żalu.


Gdyby ktoś z Moich Gości i Bywalców zechciał oddać głos na mnie, to byłby to gest miły i w sumie nieszkodliwy.


Bo na pana Jerzego Stuhra (jurora) to i tak nie mogę liczyć.


Dziękuję :)

Pozdrawiam


ren

Tagi: Lubię
00:44, renbor1 , myślane
Link Komentarze (9) »
niedziela, 26 grudnia 2010

"Jest mi znajoma noc i jestem jej znajomy..." [1]


Zimowy spacer - długi, leśnym duktem.

Po wigilijnych roztopach nasypało, nawiało śniegu na świeżo. Można w nim grzęznąć po kolana, gdzieniegdzie.

Las jest mieszany, z przewagą drzew iglastych. Nieuczęszczany nadmiernie. Bo to nie są drogi spacerowe, choć wiodą do leśniczówki. Są czapy śniegu, są koronkowe ozdoby na gałęziach i sople na igliwiu. Cisza, bo mówiło się zupełnie niedużo. Mróz szczypał w policzek.





 

 

Stanąłem na skraju lasu:

Drozd śpiewał. Za tym progiem
Zmrok zewnętrzny się stawał
Wewnętrznym mrokiem.


(...) Nie, ja chciałem wpatrywać się w gwiazdy,
Ku ciemności obrócony tyłem.
Nie wszedłbym nawet naprawdę
Proszony, a nie byłem.


[Robert Frost, Wejdź]

 

 

 



Na skraju dnia i nocy, światła i fascynującej ciemności. W taką drogę gdy się wyrusza, dobrze mieć gdzieś przy sobie słowa farmera z New Hampshire, drwala-poety, mistrza amerykańskiej poezji. Wiersze Roberta Frosta. Proste i silne, jasne, ale mrokiem podszyte. Raz omijają ciemność lasu i każą wpatrywać się w gwiazdy, to znów jak magnes ciągną w leśne knieje.


Stoimy więc na brzegu ciemności, jeszcze nie wiedząc, czy w nas jej więcej czy w lesie.


Wiem, czyj to las: znam właścicieli.
Ich dom jest we wsi; gdzieżby mieli
Dojrzeć mnie, gdy spoglądam w mroku
W ich las, po brzegi pełen bieli.


Koń nie wie, czemu go w pół kroku
Wstrzymałem: żadnych zagród wokół;
Las, lód jeziora - tylko tyle
W ten najciemniejszy wieczór roku.


Dzwonkiem uprzęży koń co chwilę
Pyta, czy aby się nie mylę.
Tylko ten brzęk - i świst zawiei
W sypiącym gęsto białym pyle.


Ciągnie mnie w mroczną głąb tej kniei,
Lecz woła trzeźwy świat nadziei
I wiele mil od snu mnie dzieli,
I wiele mil od snu mnie dzieli.


[Robert Frost, Przystając pod lasem w śnieżny wieczór]




Śnieg pada, noc zapada, śpiesznie, och, jak śpiesznie,
Nad polem, które minę, gdy całkiem się zmierzchnie,
I prawie całą ziemię gładko śnieg okrywa,
Tylko badyle sterczą nad biała powierzchnię.


Bory dokoła mają na własność to rżysko.
Leśny zwierz śpi, zaszyty w ciepłe legowisko.
Zbyt nieobecny duchem, prawie się nie liczę;
Lecz samotność mnie włącza w swój krąg - mimo wszystko.


Jeśli w tej samotności cokolwiek się zmienia,
To tylko tyle, że więcej w niej osamotnienia:
Narasta pusta białość bezwiednego śniegu,
Co nic nie mówi - nie ma nic do powiedzenia.


Nie straszcie mnie kosmosem, gdzie próżnia jałowa
Międzygwiezdnych przestrzeni - bez życia, bez słowa.
O wiele bliżej - w sobie - mam tego dość wiele,
By mnie straszyły własne, prywatne pustkowia.


[Robert Frost, Pustkowia]


Śnieg ma konsystencję zmienną. Raz skrzypi, to znów przypomina gąbkę lub biały sypki proszek. To Eskimosi, podobno, mają litanię słów synonimicznych do jedynego w polszczyźnie określenia: śnieg. I nie są to zbędne słowa, skoro desygnatów jest wiele.

Śnieg i cisza. Pustkowia i echo wewnętrznych dialogów.



 

 

Chciałem poskarżyć się Bogu
Na świat złowrogi i niecny;
Jakby nie dość było problemów,
Bóg okazał się nieobecny.


Bóg chciał pomówić ze mną
(Śmiejcie się, śmiejcie, nieszczęśni)
I też mnie niestety nie zastał,
W każdym razie - mojej większej części.


[Robert Frost, Nie całkiem obecny]




Zakręt i droga powrotna. Tym razem po własnych śladach, gdzieniegdzie już nierozpoznawalnych. Ale gdy idzie się raz wtóry, jest inaczej, swojsko, choć przecież są zakręty a raz nawet zmieniła się (tak się zdawało) konstelacja drzew. I nie było wiadomo, którędy.


Niech się wokół noc mrokiem oprzędzie,
Niech się stanie dość ciemna, by mrok zasnuł wszędzie
To, co ma być. To, co ma być, będzie: niech będzie.


[Robert Frost, Akceptacja, fragm.]




Powrót do domu. Na świąteczną kawę i ciasto. Do ciepła i światełek różnych, też nie wiadomo, które zewnętrzne, a które są w środku.


Dom to jest takie miejsce, w które, kiedy musisz przyjść,
To muszą cię tam wpuścić.

- Ja bym powiedziała:
Coś, na co jakoś wcale nie trzeba zasłużyć.


[Robert Frost, Śmierć najmity]

 

 

[1] Wszystkie cytowane wiersze pochodzą z 3.tomu Biblioteczki Poetów Języka Angielskiego pod redakcją Stanisława Barańczaka.

Robert Frost, 55 wierszy, Wydawnictwo Arka,Kraków 1992, tłumaczenie S.Barańczak.

czwartek, 23 września 2010

Myślę sobie, że...

 

Liritio mnie załańcuszkowała, przydzielając mi rolę ogniwa w ciągu odpowiadających na pytanie o

Dziesięć Rzeczy, Które Lubię.

Pomyślałam o zastrzeżeniach wobec powyższego... ale trzeba by spisać listę, więc ostatecznie - co za różnica? Jedno nadmienię: to (nomen omen, Liritio) KALEJDOSKOP.


Jest wczesne popołudnie, chłodne, lecz zielone, spokój, nic mnie nie nagli... Lubię pracować! Lubię się w pracy zatracić!

Innym razem, niech będzie wieczór, za oknem ciemno,  aż boję się spojrzeć na układ zegarowych wskazówek, warczy jakiś motor bez tlumika lub sąsiad robi remont... Kurczę! Jak nie cierpię zadań na czas! To jak choroba terminalna. Gilotyna. Uwielbiam nieróbstwo!


To samo może być źródłem błogości i machiną ugniatającą. Zależy, co zaoferuje kalejdoskopowy układ wrażeń, marzeń, upodobań chwilowych i kaprysów.


Kusi mnie wyręczenie sie cytatem - wiersz Szymborskiej (Możliwości) byłby dość bliski moim zapatrywaniom.

Zdecydowanie wers pierwszy: "Wolę kino"!

Niestety, w żadnym razie wers dwunasty: "Wolę wychodzić wcześniej". Jakiś bliżej nieznany układ gwiazd, genów, okoliczności, zaszłości z poprzedniego wcielenia... sprawia, że trudno mi zdążyć na czas, o byciu "wcześniej" nie mówiąc.

 

Lubię!


1.  Plamy światła powstrzymywane cieniem...

 

...na leśnym trakcie mijanym podczas wakacyjnej wyprawy rowerem. Wszystko we właściwych proporcjach. Wystarczy jasności, by rozświetlić drogę, a cień sprawia, że ciepło nie jest oczywiste, dane raz na zawsze.

 

2. Paradoksy i sprzeczności połączone klamrą...

 

W ogóle nie wierzę w prawdy oczywiste. Męczą mnie zbyt okrągłe zdania, wolę kanciaste, z supełkami.

Szanuję logikę myślenia (korzysam z niej dość często) i nie widzę tu żadnej sprzeczności. Rozumiem, że można być otwartm, nachylonym ku innym i introwertycznym jednocześnie; że można wierzyć i daremnie szukać znaków; że potrzebuje się bliskości i samotności zarazem...

...i takie tam podobne...

 

3.  Szafirki, maki i roślinność wszelaką...

 

Na ptaka mówię "ptak", ale do drzew, krzewów, bylin, kwiatów ciętych i doniczkowych staram się zwracać po imieniu.


W domu mam: krotony, storczyki (phalaenopsis), dracenę (d.marginata), fiołki afrykańskie, hoję (hoya carnosa), grubosze (crassula arborescens, czyli drzewko szczęścia, które rośnie znacząco pokręcone), peperonię (p.obtusifolia), kalanchoe, trzykrotkę (taką intensywnie fioletową-bordową). Do niedawna były maranta, szeflera i sanseweria... - puściłam w świat. Raz po raz mam zakusy wyhodować z nasionka okazałą passiflorę.

Naprawdę lubię: szafirki!, maki, chabry... i róże (to a propos punktu 2., że jedna kategoria jest zbyt mało pojemna). Tamaryszki też, zwłaszcza wiosną.

 

4.  Kolczyki...

 

W biżuterię się nie stroję. Pierścionki, bransolety, broszki i spinki - mogłyby nie istnieć. Rzeczy koralopodobne - owszem, cieszą oko. Ale ucho!, ucho potrzebuje kolczyka. Lubię bardzo.

 

5.  Słowa... i idiolekty...

 

Lubię literaturę. Poza treścią i formą tekstów ciągłych fascynują mnie pojedyncze słowa i ich najbliższe otoczenie.

Nie jestem poliglotką (żałuję), lecz uczenie się języka uważam za zajęcie piękne i twórczo absorbujące. Poznawanie nowych słów - frajda!

Przypomniał mi się esej Anne Fadiman o słowach rzadkich, egzotycznych, staroświeckich bądź specjalistycznych. Mam podobną manierę identyfikowania słów nieznanych i potrzebę posiadania w swych zasobach garnituru wyrazów synonimicznych. Słowniki - genialny wynalazek ludzkości!


Lubię słuchać, jak ludzie mówią. Rozpoznawać charakterystyczną intonację, powtarzające się zwroty, upodobania, nieporadności.

Nie oceniam, rozpoznaję. Lubię różnorodność, to że można mówić w kilku rejestrach, że tak wiele komunikuje się sposobem wyrażenia treści.

Teraz mam skłonność do zdań prostych. Owszem, nie wystarczy mi jeden przymiotnik, ale nie sądzę bym mówiła kwieciście. Kiedyś (widocznie był czlowiek bardziej skomplikowany) mówiłam nawiasami: stwierdzenie i wyjaśnienie, znów nowa myśl i nawiasowe dopowiedzenie... Rany! Idiolekty w wydaniu codziennym i tym z kart powieści - to lubię!

 

6.  Dygresje...

 

...lubię opowieści, które się rozrastają, zahaczają o nisze i uskoki, zbaczają z głównego nurtu. Dygresje zapamiętuję i potrafię je wytwarzać na potęgę. Choć... jestem wyposażona w cugle i znajomość zasad kompozycji każe mi zachować umiar.

 

7.  Myśleć, że wszystko jest po coś...

 

...choć nie mieszam do tego Przeznaczenia i Opatrzności (tej ostatniej nie wykluczam).

Nie wiem, czy "tak musiało być", ale skoro już jest, to można z tym coś zrobić.

Ta myśl ustawia mi wzrok ku przyszłości i nie pozwala na rozgrzebywanie tego, co było. Znajomość przyczyn - dobra rzecz, jednak najbardziej twórcze jest spojrzenie na to, czym się dysponuje, okiem ... rzeźbiarza?, ogrodnika (co to sadzonki sortuje)?, kogoś, kto zamierza posprzątać?

Moje składanie wszystkiego w całość jest nieporadne, do mistrzostwa daleka droga... Po prostu lubię ten stan, gdy zakasuję rękawy i mam ochotę coś przemeblować. Znaleźć miejsce dla świeżo zaistniałych czy uświadomionych faktów.


Udało się? Może trzeba iść w tym kierunku...

Znowu nie wyszło? Zmienić cel, może obrać do niego inną trasę...

Bolało? Cholera, niech wyboli aż spali się na popiół.

Przyda się, na pewno było "po coś".

 

8.  Ciszę...

 

"Kiedy wymawiam słowo Cisza,

niszczę ją"  (Szymborska, Trzy słowa najdziwniejsze)

Więc nic nie dodam. Wolę ciszę.


9.  Przestrzeń...


Przestrzenne krajobrazy - nic wspanialszego niż Grecja nie przychodzi mi do głowy.

Ale myślę też o w miarę nieuciążliwych sytuacjach, bez przynaglania, ograniczeń (bywają bodźcem, ale daję sobie bez nich radę). Obawiam się, że czas najprzyjaźniej otwartej przestrzeni jest już za mną. Czas, gdy możliwe było wszystko, a rozstaje oferowały tyle możliwości, że wcale niełatwo było znaleźć własną ścieżkę. Wolę przestrzeń. Może być bez przesady.


10. Jabłuszka...

 

...chrupiące, winne, soczyste... Nie idaredy, nie bardzo papierówki czy lobo, ale melrose, cortlandy, jonagoredy, szampiony, gala royal...

Niezłe są stare odmiany - takie boskopy na przykład (byle bez plamek w miąższu) albo malinówki!

Szarlotki i naleśniki z jabłkami, musy...

Nie, no przede wszystkim jabłka same w sobie. :)

Tagi: Lubię
21:55, renbor1 , myślane
Link Komentarze (8) »
środa, 25 sierpnia 2010

Adam Zagajewski, Improwizacja, z tomu "Niewidzialna ręka" (2009)


W wierszu Szymborskiej -"Utopia"- jest wyobrażenie "wyspy, na której wszystko się wyjaśnia".

...Pejzaż, którego każdy element tchnie odpowiedzią, rozwiązaniem, niedwuznaczną wskazówką...

Stoi człowiek na pewnym gruncie i wie, że nie błądzi - "Nie ma dróg innych oprócz drogi dojścia."

"Rośnie tu drzewo Słusznego Domysłu (...), Olśniewająco proste drzewo Zrozumienia/ przy źródle, co się zwie Ach Więc To Tak."

Jest tu wszystko, czego nam brak. Ktoś powie - ależ to martwe być musi! Życie to niespodzianki, tajemnice, nieoznakowane rozdroża!

Prawda, aż nadto oczywista, lecz niekoniecznie ożywcza. Czasem nie miałabym żadnych zastrzeżeń, by sadzonki tamtejszego drzewostanu przetransportować w bardziej mi dostępne okolice.

Póki co - zostaje improwizacja.

 

Trzeba wziąć na siebie cały ciężar świata

i uczynić go lekkim, znośnym.

Zarzucić go sobie na ramiona

tak jak plecak i ruszyć w drogę.

Najlepiej wieczorem, na wiosnę, kiedy

spokojnie oddychają drzewa, a noc zapowiada się

pogodnie, w ogrodzie trzaskają gałązki wiązów.


Jesienią też chyba można? To jak alchemia przemieniająca kamienie w złoto. Pamiętać o proporcjach, spokojnych ruchach - zwłaszcza przez kilka chwil, zanim to, co ciężkie, straci swą wagę.

 

 

Cały ciężar? Krew i brzydotę? To niemożliwe.

Zawsze zostanie osad goryczy w ustach

i zaraźliwa rozpacz tej starej kobiety,

którą widziałeś w tramwaju.

Dlaczego mamy kłamać? Przecież uniesienie

istnieje wyłącznie w wyobraźni i szybko znika.

 

 

Wyobraźnia potrafi podsuwać miraże;)

 

 

Improwizacja - zawsze tylko improwizacja,

nic innego nie znamy, mała albo wielka,

w muzyce, gdy trąbka jazzowa wesoło płacze,

albo kiedy patrzysz na białą kartkę papieru

czy też wtedy, kiedy uciekasz

przed smutkiem i otwierasz ulubiony tom wierszy;

zwykle w tym momencie dzwoni telefon

i ktoś pyta - czy reflektuje pan/pani na nasze

najnowsze modele? Nie, dziękuję bardzo.

 

Nie reflektuję. Odpowiedź uniwersalna, mogę się nią posłużyć w odruchu na liczne niewabiące oferty, propozycje, wskazania, zobowiązania, oczekiwania i oczywiste przymusy.

Choć wydaje mi się, że czynniki rozpraszające mogą też działać wzmacniająco. Improwizacja nabiera transu. Przybywa koncentracji, jakoś rozżarza się światełko chęci, a biała kartka jest w zasięgu myśli, nawet gdy zupełnie nie pod ręką.

 

 

Zostaje szarość i monotonia; żałoba,

której nie uleczy najwspanialsza elegia.

 

Tak definitywne stwierdzenia są jak prysznic. Bo muszą mieć podszewkę, o tym wie każdy sceptyk.

 

 

 

A może są rzeczy ukryte przed nami

i w nich melancholia miesza się z entuzjazmem,

zawsze, codziennie, jak narodziny świtu

nad brzegiem morza, albo nie, poczekaj,

jak radosny śmiech tych dwóch małych ministrantów

w białych komeżkach, na rogu Jana i Marka,

pamiętasz?

 

 

 

 

czwartek, 22 lipca 2010

Międzynarodowy Fwestiwal Filmowy Era Nowe Horyzonty (ENH).

"Moje" edycje tego festiwalu to: 6., 7., 8., 9. i obecna: 10.

Rzut oka ;) na plakaty towarzyszące tej imprezie.

Nie ma mocnych, trzeba patrzeć, oglądać, oczy wysilać. Dlatego oko jest jak "rybka", refren, który co rok w innej tonacji jest śpiewany.


Czy istnieje jakaś obowiązująca (?!) interpretacja tych obrazów? Nie znam, więc trochę pozmyślam.



Oko musi być. To pierwsze.

Niebieski i róż w zmiennych proporcjach, ale razem.

Niebieski - z wielu skojarzeń wybieram znak wolności i przestrzeni lub bezmiaru.

Różowy?... Skuteczne ożywienie melancholii. Dawka awangardy.



Siódma i dziewiąta edycja to akcent na wspólne (wzajemne?) oglądanie. W towarzystwie wakacyjnego wiatraczka z filmowych kadrów bądź w dziwnej sieci zaplątań.

Szósta i ósma stawiają na pojedynczość, jeden co wszystkich oznacza. Oko czuwające jest niczym zachód słońca (6) ciągnie do nieba aż trzeba je na sznurku trzymać, inaczej stałoby się bezpańskim latawcem (8).



Dziesiątka.

Dlaczego oni biegną? Przecież internetowe rezerwacje miały usunąć pośpiech ustawiania się w kolejce! O co tu "chodzi"? Dokąd człowiek zajdzie, tak oglądając bez miary? Odpowiedź jest poza kadrem.

Albo wskazówka, że jak już sie zobaczy swoją porcję, należy dla równowagi zapisać się na (biegowy) maraton. Albo przynajmniej wyruszyć w trasę: "chodzić, skacząc po górach, omijając pagórki." Zamierzam.

 

 

środa, 14 lipca 2010

Myślę sobie, że...


(zdjęcia z Grecji*)

Już niedługo, już za momencik (11 dni) minie szósty miesiąc mojego blogowania. Nic okrągłego, ale zawsze to impuls do uporządkowań lub okazja na postój przy małym-co-nieco.

 

Republika

Wcale nie anarchia, choć każdy rządzi na swoim poletku. Wiele (niepisanych) praw jest dość powszechnie respektowanych. Niemało też tradycji i lokalnych specjałów.

 

DELFY

Główna sprawa to wpisy i komentarze. Po co się pisze?

Złożona kwestia, ale priorytetowe czynniki są w moim przypadku dwa.

Po pierwsze: dla pamięci i mobilizacji. Blog jest niczym elektroniczny notes (niekoniecznie pamiętnik), który ma tę zaletę, że nie zawierusza się i jest odrobinę porządniejszy niż pokątne zapiski. Po drugie: to sposób na wywołanie treści wpół świadomych.

Są tacy ludzie, którzy tworzą całe konstrukcje przemyśleń i noszą je w głowie. Ja myślę, gdy piszę (analogicznie: gdy dłużej się wypowiadam). To, co spisuję niby jest poprzedzone myślą, ale widzę wyraźniej, gdy ujmę ją w słowa. Jakbym wywoływała tekst zakodowany sympatycznym atramentem - bez blogu sama bym nie wiedziała, co myślę;).


Wpisy są skategoryzowane, ale jak dotąd wykorzystuję głównie kategorię literacką i filmową. Niewykluczone, że to się zmieni.


Komentarze... naprawdę dobrze, że są. Ślad po czyjejś lekturze, więc nawet gdyby były zaczepne, są znakiem uwagi. A ja mam szczęście do ciekawych dopowiedzeń, spontanicznych reakcji i sympatycznych rozmówców.

Swoją drogą - jak różnie to bywa! Zastanawiam się, czy blogerzy piszą głównie, by stworzyć tekst (post), czy po to, by wywołać dyskusję? U Logosa rozmowy są długaśne i polifoniczne, a na jednym z moich ulubionych blogów nie ma w ogóle komentarzy. Naprawdę! Nieśmiało pozostawiłam - bodaj dwa razy - ślad swoich uwag i do dziś nie wiem, czy nie popełnilam faux pas. Jak by nie było: lubię komentarze.


Inne kurioza: stosiki, listy rankingowe, podsumowania i łańcuszki:)

To jest dopiero kolorowy jarmark!

Niestety, stoję na bocznym torze, bo przyłączenie się byłoby mocno stresujące. Stosiki (czyli zdjęcia lub wyliczenia nowo kupionych książek bądź zdobytych do przeczytania) wywołują we mnie niepokój. Trudno byłoby mi się cieszyć lekturą, wiedząc, że w kolejce czeka (i niecierpliwi się!) - powiedzmy - siedmioro autorów. A stosy mogą być ogromne, kilkunastotomowe... Ludziom podobno sprawiają radość...

Reaguję inaczej, bo nie czytam w tak zawrotnym rytmie, jaki obserwuję u najaktywniejszych blogerów. Nie ma więc mowy o rankingach. Poza tym: nie przydzielam not, bo - jeśli tylko mogę - unikam oceniania jak diabeł święconej wody.

 

I wreszcie coś, do czego mogę się przyłączyć: łańcuszek!

Zaproszenie dostałam od Anny (Abiela), a wymyśliła go Maniaczytania. Trzy pytania - odpowiadam i wskazuję następnych... Pytania są proste, więc odpowiadanie na nie jest odrobinę dezorientujące. Ad rem.

 

1. Do jakiego kraju/miasta chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą?

 

Stambuł. Moje niezrealizowane marzenie sprzed roku. To pewnie nie jest oryginalne, zważywszy, że literatura turecka jest modna i ma swoich wielbicieli. W tle - oczywiście - "Stambuł. Wspomnienie i miasto" Orhana Pamuka, poza tym "Młodzi Turcy" Morisa Farhiego (skończyłam kilka dni temu) i wlaśnie rozpoczęty "Pchli pałac" Elif Safak. Chciałabym jeszcze przeczytać "Most nad Złotym Rogiem" Emine Sevgi Özdamar. Wszędzie Stambuł!


Póki co realna wyprawa nie odbędzie się wcześniej niż za rok. Tego lata organizuję sobie filmową eskapadę po Turcji (i Stambule). Już za tydzień rozpoczyna się 10. MF ENH, na którym kinematografia turecka jest gościem specjalnym. Wybrałam sobie około 8-10 filmów nie do przeoczenia. Zdam relację, ile podróży okaże się udanych.


2. Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania latem?

 

Miejsce nie ma szczególnego znaczenia. Ale komfort największy: poza miastem, w ogrodzie, z widokiem na róże i lilie na tle trzech świerków, dwóch sosen, cyprysiku (?) i jednej tui. Za plecami kwitną cynie, i takie delikatne białe i niebieskie (zapomniałam nazwę); maciejka budzi się, gdy tną komary;).

Wyobrażam sobie, że park mógłby stanowić miejski ekwiwalent tej błogości, lecz mi się to nie sprawdza. Lubię spacery i nie przerywam ich lekturą. Nawet, gdy taszczę w torebce książkę, donoszę nietkniętą do domu.


3. Poleć mi jedną książkę do przeczytania na wakacje.

 

PRZYLĄDEK SOUNION

 

Lektura na wakacje... wcale nie musi być wakacyjna. Czytać to, co dobre, zaplanowane lub co akurat przyciągnęlo wzrok. A jeśli już, to może "Mag" Johna Fowlesa (przyzwoita grubość - 600 stron - łyka się niepostrzeżenie).

 

Wróciłam do niej podczas mojej ubiegłorocznej podróży do Grecji. W zasadzie druga lektura dostarcza mniej frajdy fabularnej; to jakby iść labiryntem wyposażonym w znaki drogowe. Ale greckie smaczki w Grecji były w sam raz.


... Pewien młody, lekko zblazowany nauczyciel angielskiego (Nicholas Urfe) opuszcza Anglię i znajduje posadę na greckiej wyspie Phraxos. Szkoła tam i tu taka sama, ale spotkanie z mieszkającym w sąsiedztwie tajemniczym Conchisem nie tyle odmieni jego życie, co rozbije je na kawałeczki i każe oglądać tysiące kalejdoskopowych wzorów.

Ta książka jest o tym, o czym chcemy, by była.

Dla mnie o tym, że facet zanim zrozumie, że kocha, musi dostać kilka razy obuchem po wyobraźni, przejrzeć się w jakimś wklęsłym lusterku, stracić wszystkie błyskotki... To tak metaforycznie.

W każdym razie - metamorfozy są możliwe.

 

A teraz ja zadaję pytania.

1. Jakie masz literackie (filmowe lub malarskie) skojarzenia ze słowami: słodko, gorzko, pieprznie, słono, mroźnie i gorąco (kwaśne pomijam).

 

2. Coś, co przeczytałaś/łeś, a co mogłoby być kwintesencją (bliższej lub dalszej) Północy, Południa, Wschodu i Zachodu.

 

3. W jednym zdaniu zapodaj temat książki, którą chętnie byś przeczytał(a).


Można odpowiadać na pytania fragmentarycznie. Na swoim blogu lub tu, w komentarzu. Ktokolwiek ma ochotę. Ale ja bym bardzo chciała, by odpowiedziały osoby (mam kłopot, bo łańcuszki krążą, a nie sposób odpowiadać na każdy), do których ten rodzaj postów nieszczególnie pasuje - np. JolaLiritio, Logos :))) i Czara

 

* Zdjęcia z Grecji są po trosze ilustracją do "Maga", po trosze moją sympatią do tamtejszej przestrzeni i szarych błękitów.

niedziela, 20 czerwca 2010

Myślę sobie, że...

Wcale nie jest oczywiste co lepsze: swoboda czy ograniczenia.


Nadmiar obciążeń i limitów - choć mi doskwiera ostatnio - może być skuteczną ostrogą dla inwencji i stroicielem wewnętrznej mobilizacji.

Przedawkowanie - wiadomo, impas i rozsypka planów na wszystkich frontach.


Poluzowany harmonogram, brak nakazów i zakazów, możliwość działania poza kontrolą - hmm... Kto to odrzuci? Każdy by tak chciał!

A jednak - tam za progiem czai się jakaś rozlazłość, brak cugli, które pilnują kierunku, nicnierobienie i czas, który płynie nieprzekuty w nic konkretnego.

Istnieją co prawda teorie, uznające "nicnierobienie" za terapię, podczas której wypływa na wierzch to, co zagłuszane. Ale nie zmienia to faktu, że swoboda prowadzi do rozregulowania, do paraliżu wewnętrznego zegara.


Jestem z tych, którzy zacierają ręce, gdy nic nie trzeba i właśnie wtedy wszystko im się chce. Prawda, że wychodzi mi z tego miszmasz, coś lekko niespójnego i rozdrobnionego; za różnorodność płacę brakiem monumentalnego efektu. Cóż, miszmasz to mimo wszystko ulubiony przysmak duszy.


I dzisiaj o miszmaszu i ograniczeniach.

 

***


W Świdnicy - podczas jednego dnia 3.Festiwalu Reżyserii - widziałam trzy różne filmy i posłuchałam kilku rozmów z cyklu "po seansie".

W zasadzie: miszmasz, bo był to jeden film offowy (szalone "Osiem w poziomie" Grzegorza Lipca vel grupy Sky Piastowskie), jedna fabuła zaklasyfikowana jako kino niezależne ("Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha), wreszcie - dokument muzyczny o narodzinach rocka w Polsce ("Beats of Freedom" - dzieło Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty).

Dokument i fabuła mówią - z grubsza - o tym samym: o muzyce, która jest sprzeciwem, jedyną prawdą w czasach propagandy, wentylem bezpieczeństwa i wolności.
Kto ma okazję, niech zobaczy zwłaszcza "Beats of Freedom - zew wolności".


"Wszystko, co kocham" nie jest dla mnie filmem ważnym, ale zgadzam się, że jest świeży. Jego siłą jest wewnętrzny miszmasz, niejednorodność, wielokierunkowość. Spodziewasz się filmu o kapeli punkrockowej, owszem - niby jest, ale samego punk rocka tu niewiele, a fabuła skręca w uliczkę o nazwie: Pierwsza Miłość. Historia Janka i Basi też szybko schodzi na plan - przynajmniej - drugi, bo pojawia się temat stanu wojennego, rodzinnych relacji (ojciec, babcia, matka...), inicjacji (tu: piękna i "stara", bo po trzydziestce, p.Sokołowska!). I ten miszmasz ze swoją nieprzewidywalnością ma energię większą niż przyzwoicie skonstruowana spójna opowieść.


"Beats of Freedom - zew wolności"

Ktoś po seansie powiedział, że 40-latkowie mają swój mit, obrazek z pięknych lat swojej pierwszej młodości. Coś podobnego mówi jeden z bohaterów - było wtedy pusto i szaro, chodziliśmy brzydko ubrani, nie mieliśmy paszportów a nadzieja na radykalną zmianę była wyjątkowo irracjonalna. Ograniczenia zmuszały, by szukać szczelin, a gdy takie pęknięcie się znalazło - ziarno rosło na potęgę.

 

 

 

Głównym narratorem w "Beats of Freedom" jest brytyjski dziennikarz polskiego pochodzenia Chris Salewicz, który jako człowiek z zewnątrz próbuje zrozumieć fenomen polskiego rocka i  historii ostatniej dekady PRL-u. Na jego opowieść składają się archiwalne zdjęcia, fragmenty koncertów z tamtych lat (również nieznane dotąd obrazki z legendarnych festiwali w Jarocinie) i prowadzone z dzisiejszej perspektywy rozmowy z muzykami, którzy w latach 80. zakładali swe pierwsze zespoły.


Pojawiają się więc: Tomek Lipiński (Tilt, Brygada Kryzys), Krzysztof Grabowski (Dezerter), Marek Piekarczyk (TSA), Kora (Maanam), Kazik Staszewski (Kult),... Lech Janerka, Wojciech Waglewski, Krzysztof Skiba. Komentatorami są tu również dziennikarze muzyczni. Miszmasz, bardzo piękny miszmasz. :)


Zostało mi po tym filmie kilka błysków.
Po pierwsze: o historii można opowiadać poprzez sztukę (tu: muzykę), która jej towarzyszy - czasem tworzącą oficjalne tło, czasem podziemny i przeciwstawny nurt. Opowieść zyskuje dzięki temu oryginalny, uniwersalny język.


Po drugie: to absolutnie niezwykłe, że polski rock miał w swoich szeregach takie zagęszczenie artystów, w tym świetnych tekściarzy. Może nie jest to wniosek odkrywczy, ale po seansie uświadomiłam go sobie ze świeżym zaskoczeniem.


Po trzecie: muzyka - ona jest w tym filmie pierwszoplanowym bohaterem - nie starzeje się, wyrasta poza bunt tamtego czasu.


Jeden z rozmówców (Tomek Lipiński?) wspomina rozmowę z muzykiem z Europy Zachodniej, który był pod wrażeniem mocy polskich tekstów, zazdrośnie stwierdzając: "...jesteście zmuszeni, aby bawić się w poezję".

 

***

Sięgam po stojący na półce tom esejów Stanisława Barańczaka, bo pamiętam tekst, który z tym, co powyżej, koresponduje.

"Tablica z Macondo" - tytuł eseju i całego zbioru zarazem; rarytas, mający wszystko to, z czego Barańczak słynie: żart, erudycję, siłę argumentacji i precyzję analizy. Tym razem myśl autora skupia się nie na wierszu, jak w esejach sąsiadujących, lecz na samochodowych tablicach rejestracyjnych w stanie Massachusetts.

Zjawisko dotyczy również innych stanów - dotyczyło wówczas, gdy powstał ten tekst, czyli 20 lat temu.

Sześć przypadkowych cyfr i liter pomysłowy kierowca może zamienić na znaki z sensem i wykupić tzw personalized license plate, popularnie - vanity plate.


Jeśli już decyduje się na ten gest (próżności, oryginalności, kaprysu...), to winien trzymać się zasad:

-  tekst musi być oryginalny (nie można kopiować już zarejestrowanego w urzędzie napisu);

-  nie wolno używać słów nieprzyzwoitych;

-  tylko alfabet łaciński (i to bez znaków diakrytycznych); ortografia nie obowiązuje;

-  najważniejsze: mogą być pauzy, ale liter tylko sześć (w stanie NY - siedem).


"Poezja zaczyna się tam, gdzie chęć wypowiedzi zderza się z ograniczeniem."


Najistotniejsze ograniczenia są dwa: to, że trzeba wystrzegać się plagiatu i to, że należy przyjąć gorset formy.Obserwacje, którymi dzieli się Barańczak, wskazują na przewagę banału, z którego wyłaniają się jednak perełki. Każdy miszmasz ma swoje perły. :)


Barańczaka zaintrygowały: UNWED MD ("nieżonaty doktor medycyny"; kierujący tak zatytułowanym autem z jednej strony wabi, z drugiej odpycha - najwyraźniej ten stan mu odpowiada, skoro płaci haracz za vanity plate; gdyby forma go nie ograniczała, mógłby napisać: SWINGING SINGLE - "kawaler-kobieciarz"), OH BABY i REAR.

 

"Moją osobistą faworytką jest pod tym względem genialna tablica REAR ("tył"). Jakież w tych czterech literach bogactwo kłębiących się znaczeń i funkcji - od organizacji dźwiękowej po całą otchłanną metafizykę stuprocentowej tautologii, nie mówiąc o pełnym rozmachu autoportrecie autora, człowieka tak niepraktycznego, że musi sobie co rano przypominać, gdzie jego samochód ma tył, a gdzie przód! Tablica ta, pamiętam, mignęła mi kiedyś na zatłoczonej autostradzie i szczerze żałowałem, że warunki nie pozwalają na dogonienie tajemniczego autora i uściśnięcie mu dłoni."


Można prześledzić, co zaproponowałby Barańczak amatorom polskiego napisu. Pewnego rodzaju satysfakcję przyniósłby autorowi napis AS SZOS (zwłaszcza, gdyby wóz był rozklekotany) albo PRZECZ Z. Ale karta, która przebija wszystkie to: ON JEST.

Ktoś istnieje. Bóg? Świat? Drugi człowiek?


Ograniczenia cudownie prowadzą do wieloznaczności, wolności myśli i skojarzeń, czyli do poezji właśnie.

 

sobota, 01 maja 2010

Notatki fragmentaryczne, postrzępione, niepełne...

 

Poznań. Centrum Kultury Zamek i Istytut Filologii Polskiej UAM są organizatorami ciekawego projektu: Jaskinia Filozofów i Pisarzy.

To cykl wieczornych spotkań (poprzedzonych konwersatoriami prowadzonymi przez gości w godzinach dopołudniowych), któremu przyświeca idea "popularyzacji czytania literatury filozoficznie pogłębionej i filozofii zainteresowanej literaturą."


Uczestniczyłam w spotkaniu kwietniowym (27.04.10), którego sednem był dialog profesorów (literatury i teologii) wywołany tematem: WOBEC ZŁA

Poniżej moje postrzępione zapamiętania, które starają się być wierne (nie przeinaczać), ale skazane są na ułomność pamięci, wybiórczość upodobań i gubienie nici przewodnich.


Wiadomo jak Mateusz Lewita zapisywał myśli Jeszui, prawda?
Postaram się nie aż tak;)


Osoby:
Stefan Chwin - profesor literatury na Uniwersytecie Gdańskim; pisarz i publicysta. W mojej świadomości nade wszystko autor "Hanemana" i "Esther". Filozoficzno-etyczno-społeczne rozważania wypełniają jego "Dzienniki". Obiecująco zapowiada się jego najnowsza rozprawa -  "Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni". [Eseistyczna wyprawa w psychologię, literaturę i sztukę w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie "dlaczego ludzie nie chcą żyć?", z uwzględnieniem samobójstw pisarzy i bohaterów literackich.]


Tomasz Polak - profesor teologii i jeden z najwybitniejszych polskich teologów.


W przeszłości: był rektorem Seminarium Duchownego, rektorem i twórcą katedry teologii na UAM. Autor świetnych (choć niełatwych w lekturze) książek - lubię: "W teologii chodzi o Ciebie", przeczytałam (z częściowym zrozumieniem) "Gdzie jest Bóg? Małe wprowadzenie dla tych, którzy nie boją się myśleć". [Chciałoby się dodać, choć to zupełnie nie na temat: amator rowerowych wypraw po Europie, co chyba przełożyło się - sądząc po rekwizytach (kask) - na bliską zażyłość z motorem.]


Teraźniejszość: jest szefem i inicjatorem Pracowni Pytań Granicznych.

W 2007 roku wystąpił ze stanu kapłańskiego i odszedł z Kościola Katolickiego. Zmienił (2008) nazwisko - poprzednie: (ks.) Tomasz Węcławski.

 

Krótko: dwa ważne nazwiska, więc zapowiadało się interesujące - potencjalne - starcie. Moją ciekawość wyostrzała przede wszystkim okazja posłuchania Polaka.


***

WOBEC ZŁA

Stefan Chwin:

Pytanie prawdziwie ważne brzmi: Unde bonum? To dopiero zagadka!

(Echo myśli Leibniza: Si Deus est, unde malum? Si non est, unde bonum? = Jeśli jest Bóg, to skąd się wzięło zło? Jeśli go nie ma, to skąd dobro?)


Czym jest zło? Co jest złe? Jako probież wybrać można Dekalog. Przykazania wyznaczają granice - coś wolno a czegoś nie. Coś jest wskazane bądź zakazane.

Czy ustalenia Dekalogu sprzyjają zawsze dobru? Podlegają - jak wszystko - subiektywnym odczytaniom, a czasami nawet kostnieją lub grzmią spiżem niczym tarcza wojowników.

Jak "powinny" brzmieć, by implikować więcej dobra, stawiać tamę nadużyciom interpretacji?


Chwin prowadzi "podszewkowe" gdybania. Przywołuje pytania - nienowe - na kóre na pewno nie znajdzie odpowiedzi. Rzecz nie w tym nawet, by dyskutować z Dekalogiem, ile uświadomić sobie człowieczą nieporadność, stronniczość odczytań. Kończy przewrotnie (-wykład był poniekąd grą z odbiorcą-): "istnieją trzy najbardziej demoralizujące zawody: filozof, filolog i teolog. Wykręcają teksty tak, by wycisnąć z nich sens, który im odpowiada (i jeszcze uczą tego innych;))."


Kilka wątków z wykładu Stefana Chwina.

1. Nie będziesz czcił bogów cudzych przede mną.


Chwin z nostalgią przywołuje stojący w starożytnym Rzymie ołtarz poświęcony "Nieznanemu Bogu".
W politeistycznym świecie to gest pzyzwolenia na wielość prawd. Monoteizm stwarza nierozwiązywalne napięcie: tolerancja wobec innych wierzeń nie może być totalna, groziłaby relatywizmem, niepewnością co do słuszności własnej prawdy.


Monoteistyczny świat (świat jedynej racji) zna słowa, które dzielą: poganin (ten, który wierzy w niewłaściwego boga) i heretyk (ten, który wierzy we właściwego boga, ale w niewłaściwy sposób).

Co by było - pyta Chwin - gdyby przykazanie brzmiało inaczej:"Wszystkie religie są jednakowo dobrą drogą do Boga", "Kochajcie mnie, ale możecie szanować bogów wybranych przez innych." Czy zniknęłyby stosy Inkwizycji czy zapłonęły nowe zarzewia sporów?


5. Nie zabijaj.


Do kogo odnosi się ten zakaz, kogo chroni a kogo wyłącza? Kiedy zbrodnia jest złem?

* Czy aby żyć, musimy zabijać istoty żywe? Czy wolno nam - bez skrupułów wykluczać spod ochrony zwierzęta?

*  Czyżby to przykazanie było zależne od czasu historycznego? Niektóre akty zbrodni (gotowość ich popełnienia) wydają się być chwalebne - np. ofiara z Izaaka. Czy Izaaka naznaczyło to doświadczenie? Odczuwał całe życie lęk przed powtórką?

* Kary wymierzane starotestamentowym grzesznikom były namacalną niezgodą Boga na zło. Zginęli mieszkańcy Sodomy i Gomory... a wraz z rozpustnikami ogień pochłonął nienarodzonych. Tylko Lot byłby niewinny?

* Rzeczywistość Ewangelii - tu powinno być mniej dwuznaczności... Jezus niosący pokój i miłosierdzie mówi jednak: A kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu lepiej byłoby kamień młyński uwiązać u szyi i wrzucić w morze. (Mk,9,42)

Czy należy przez to rozumieć, że czasem śmierć trzeba wymierzyć?

*  A czas wojny? Dlaczego kapelani wszystkich nacji powtarzają niezmiennie: Gott mit uns! Z kim jest Bóg i przeciw komu?


Chwin stawia pytania o względność dobra i zła. To, co nas przeraża (katastrofa, nieszczęście) może zostać odebrane jako dzieło Szatana lub wola Boga. Okoliczności lub intencja interpretatora narzuca rozstrzygnięcie.


Można mnożyć pytania. Przyznam, że odczuwam wobec nich znużenie... nie ma przecież dobrych odpowiedzi. Chwin podkreślał, że nie jest teologiem, że interesuje go zło w ujęciu literackim i ludzkim (w sensie: z perspektywy kogoś, kto nie rozumie i stawia odwieczne naiwne pytania).

Chwin: "Główny paradoks polega na tym, że można nie wiedzieć, co jest dobre a co złe i przeżyć uczciwie całe swoje życie."


Tomasz Polak:

Zderzenie ogólnych prawd i rozstrzygnięć z jednostkowym doświadczeniem i wątpliwościami każe Chwinowi stanąć po stronie tego, co konkretne, indywidualne. Kto spodziewałby się, że teolog zaproponuje kontrę, czyli pochwałę dociekań uniwersalnych i ponadjednostkowych - ten się mylił.


[Tu naderwały mi się niteczki, łączące wykład TP z problemem zła. Moją uwagą zawładnęła ta absolutyzacja konkretu i analiza niebezpieczeństw religijnego myślenia, więc tylko tym się zajmę.]


TP nawiązał do dyskusji w "Tygodniku Powszechnym" dotyczącej książki Chwina o samobójstwie. [Mikołejko: "Nie mam przekonania, że życie odarte jest z majestatu." (sens: życie to wartość nadrzędna) Chwin: "Tylko życie do zniesienia."]


Otóż teologia nie przyjmuje do wiadomości, że istnieje "próg ludzkiej wytrzymałości". I to jest niebezpieczne, bo mimo dobrych chęci (zbawienie), wprowadza zło (zaprzeczenie człowieczeństwa).


Dwie maniery wkradły się w religijne myślenie:


a) przeforsowany optymizm = życie to absolutne dobro, wszystko ma sens, zmierza ku pełni itp.

b) przeforsowany pesymizm = człowiek ma naturę skłonną do zła i bez religii nie może być dobrym.


Obie przypadłości scala religijna presja happy endu. Przekonanie, że obietnica musi się spełnić.

Hipostaza. [hipostaza = błąd w myśleniu; przypisywanie realnego istnienia temu, co idealne...]


W realnym życiu bywa różnie. Spełnienia można doświadczyć lub nie. Ta rozbieżność sprawia, że: "Przyszłość (która nigdy nie przychodzi) staje się ważniejsza od teraźniejszości. To pozwala żyć wciąż (tylko) nadzieją." Tymczasem: "nadzieja dotyczyć powinna życia, nie czegoś poza życiem."


Uogólnione opisy są ucieczką.

TP: "Życie jest do przyjęcia jedynie jako własne i jako jedyne."

"Nasze otwarcie wobec nicości (-ewentualnej-) odkrywa jej niespodziewane znaczenie TU."

"Religijny sposób mówienia sprawia, że ludzie przemawiają poza własnym doświadczeniem. (...) Przez ludzi, którzy mówią tym językiem zaczyna przemawiać coś innego [nie oni]."

 

***

Dyskusja o złu okazała się - przynajmniej z mojej perspektywy - przestrogą przed znajdywaniem zbyt łatwych, ideologicznych, uniwersalnych odpowiedzi. Jedyne, co przybliża do prawdy, to niezakłamany język własnych doświadczeń, którym nie wolno zaprzeczać, ale można je przekraczać i pogłębiać.




 

 

czwartek, 25 lutego 2010

Myślę sobie, że...

Niektóre rośliny mają przypisane - mniej lub bardziej czytelne - wizytówki. Coś na kształt tagu, który wskazuje na to, co jest w nich rdzeniem, kodem charakterologicznym. Ot, spośród tych czytelniejszych: niezapominajka (skromność, pamięć, przyjaźń), orchidea (egzotyka, urok), róża (piękno, duma - bez uprzedzenia;)..., dąb, brzoza, trawa, chryzantema, konwalia...
Można lubić stokrotki, choć przecież jedna drugiej nierówna. Albo nie przepadać za frezjami wcale się nie zastanawiając nad konkretnym okazem. Lubię jarzębiny - w wyobraźni mam rozłożyste drzewo, ukoralowane od późnego lata, przygarniające ptaki zimą, raczej osobne, przyciągające. Ale - jako że lubię - to i jarzębinowa lichotka przydrożna mnie cieszy. To samo prawo zachodzi, gdyby przywołać szafirki, gladiole lub tamaryszka.
A co jest kluczowe w tamaryszku? To, kim (czym) jest.

Tamaryszek - roślina, która rosnąć może wszędzie, nawet na ubogiej glebie jest sobą; na pustyni, w wyschniętych korytach rzek, w ogrodach - jak najbardziej. Wykorzystywany jako osłona przed wiatrem (a pewnie, bo tamaryszek ma charakter!).

Tamarix gallica (tamaryszek francuski), z rodziny tamaryszkowatych, współtworzy rząd goździkowców w obrębie dwuliściennych właściwych.


Tamaryszek lubi literaturę - z wzajemnością.
Zbigniew Herbert w tomiku "Studium przedmiotu" (1961) umieścił wiersz "Tamaryszek"
To wyznanie piewcy spraw wielkich i ważnych, który uświadamia sobie to, co mu dotąd umykało, a jest być może najistotniejsze. Wielkie bitwy, gwar tego świata, bohaterowie i przegrani, wojny, rzezie, zniszczenia - to jedno. Druga rzecz - obecność tamaryszka, zwłaszcza w chwili, gdy inne podpory się rozpraszają, wymagają natężenia, by sobie je choć przypomnieć. Tamaryszek po prostu jest. W zasięgu ręki, blisko, przy ziemi, ale wskazuje na niebo.


Tamaryszek

opowiadałem bitwy
baszty i okręty
bohaterów zarzynanych i zarzynających
a zapomniałem o tym jednym

opowiadałem burzę morską
walenie się murów
zboże płonące
i przewrócone pagórki
a zapomniałem o tamaryszku,


kiedy leży
przebity włócznią
a usta jego rany
domykają się
nie widzi
ani morza
ani miasta
ani przyjaciela
widzi
tuż przy twarzy
tamaryszek

wstępuje
na najwyższą
suchą gałązkę
i omijając
liście brunatne i zielone
stara się
ulecieć w niebo
bez skrzydeł
bez krwi
bez myśli
bez -




Tagi: poezja
11:41, renbor1 , myślane
Link Komentarze (2) »