literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG

filmowe

środa, 09 lutego 2011

Czarny łabędź, reż. Darren Aronofsky, USA 2010


Minęło już kilka tygodni odkąd widziałam najnowszy film Darrena Aronofsky`ego. Zniknęło wewnętrzne przynaglenie, by pisać o "Czarnym łabędziu" - ale słowo (zapowiedzi) się rzekło, a kobyłka u płotu (nie zdradzę, kto jest kobyłką). Napiszę o tym, co zapamiętałam najsilniej, o lustrzanych rozwarstwieniach.


Słusznie się mówi, że ostatnimi czasy spektakularne sukcesy odnoszą filmy rozgrywające się w zamkniętym kręgu, bez widowiskowego rozmachu.


"The Social Network" to proces o prawa autorskie dotyczące Facebooka. Rozprawa (uzupełniana głównie retrospekcjami) stanowi kręgosłup opowieści.

"King`s Speech" jest historią usprawniania artykulacji króla Anglii, paraboliczną opowieścią o pokonywaniu barier. Niemal oczekiwany szeroki wachlarz wydarzeń i środowiskowych intryg zwinięty jest do minimum. Perspektywa zawęża się do lekcji u logopedy.


"Czarny łabędź" to rzecz o próbach do premiery baletu Piotra Czajkowskiego. O dorastaniu tancerki do roli primabaleriny i przeobrażaniu własnej osobowości dla potrzeb sztuki. Jest widowiskowy spektakl w finale, ale poprzedza go warsztatowy, skoncentrowany na próbach i uciążliwościach układ wydarzeń.


Warto zobaczyć? Warto. Jest czym nasycić oczy, uszy, emocje i myśli.


To film jednej aktorki, Natalie Portman kreującej postać młodej baletnicy: perfekcjonistki i schizofreniczki zarazem. Pozostałe postacie są jednowymiarowe, aż nazbyt czytelne, ściśle trzymające się roli. W jednej z początkowych scen przydarza się taki epizod: reżyser objaśnia ćwiczącym baletnicom o czym jest "Jezioro łabędzie" (wiem, że widz kinowy może nie wiedzieć, ale żeby tak grubo poprowadzić wtajemniczenie... wydało mi się to przesadą...Streszczać tancerkom tak elementarną klasykę!).


Słyszymy, że pomysł reżyserski prowadzi do obsadzenia dwóch głównych ról tą samą aktorką. Ma ona w sobie odnaleźć materiał na białego i czarnego łabędzia, czyli dobro i zło, rozum i szaleństwo, perfekcję i instynkt.

Teza postawiona jest tak czytelnie, że jej oczywistość potwierdzana każdym kolejnym kadrem zbijała mnie z tropu. Była to przecież teza podwójna: reżysera baletu i reżysera filmu. Aronofsky tym chwytem zapowiada szaleństwo Niny, jej rozdwojenie, niszczący antagonizm wewnętrznych sił.


To, co powyżej, jest po trosze zarzutem. Ale może być również kluczem.

Spróbujmy przymierzyć baletowe libretto do historii Niny. Lustro. Życie przegląda się w sztuce. Może vice versa?


Czarny łabędź. Aronofsky


Nina (Portman) to łabędź biały, Odetta, potrzebująca przebudzenia... Żyje przecież pod kloszem mamusinej opieki, wśród maskotek nieco wstydliwych nawet dla nastolatki. Nina jest kobietą, która wie, co to dyscyplina, samokontrola, ból uwięzienia. Krępuje ją pietyzm, z jakim podchodzi do rygorów baletu i schłodzona zmysłowość, a także pulsująca w niej podskórnie, wydobywana koncepcją reżysera, choroba.


Czarny łabędź, inspirowany Odylią, to Lily - konkurentka Niny. Lily (Mila Kunis) jest spontaniczna, żywiołowa, energiczna, wyzwolona, niedoskonała, lecz budząca namiętność.


Po części z fabuły libretta wyrasta postać reżysera Leroya (Vincent Cassel), który niczym Książę musi wybierać - i dla sztuki, i dla swej męskiej fascynacji.


Lustra zaczynają wirować. Bo nie tylko o zbieżność temperamentów tu chodzi, nie tylko sztuka przegląda się w zakulisowych intrygach.

Nina jest otoczona zwierciadłami, jak w gabinecie luster, gdzie każde odbicie koncentruje się na jednej szczególnej deformacji. Przygląda się Lily i widzi swój rewers. Obserwuje Beth (Winona Ryder) - schodzącą ze sceny tancerkę (umierającego Łabędzia!) - i może dostrzec nieuchronność zmierzchu kariery. Matka jest lustrem, w którym straszy obraz niespełnienia. Reżyser, w jego oczach jest wszystko to, czym Nina chce się stać. Tak bardzo chciałaby nadążyć za swoim własnym wizerunkiem czy cieniem.


Niny prawdziwej nie ma. Zżera ją autodestrukcja, z której Aronofsky uczynił studium choroby psychicznej. Im silniej szaleństwo (omamy, urojenia, potrzeba okaleczania się) rozbudza się w Ninie, tym więcej w niej Czarnego Łabędzia. Aż po obłędny finał.


Najlepsze sceny filmu to te, w które wprowadzają nas rojenia Niny. Aronofsky nie ujmuje ich w cudzysłów, świat chorych wyobrażeń jest równoprawny z tym, co racjonalne. A przy tym mocno sugestywny.


Lustra w opowieści o baletnicy też zdają się mieć podwójną rolę. Są scenerią prób, bo w nich przeglądają się tancerze. Wiszą w garderobie artystek - Aronofsky pokazuje przestraszoną, upartą, zatraconą twarz Niny właśnie w lustrzanym odbiciu. A są jeszcze odbicia w szybie metra, w lustrze łazienki, gdy Nina obserwuje zadrapania na plecach, z których wyrasta czarne piórko... Lustra grają w tę samą grę. Czasem nie nadążają i wtedy Nina widzi siebie w zupełnie nieadekwatnej pozie. Jakąś drugą siebie.


Pomnożone lęki, dramatyczne napięcie premierowego spektaklu... eksplodują widowiskowym triumfem.

I nadchodzi finał, w którym śmierć przynosi rozbite lustro.

sobota, 29 stycznia 2011

Jak zostać królem (The King`s Speech), reż.Tom Hooper, Wielka Brytania (i USA,i Australia) 2010


Tu, tam i tu też

Filmowo. Inspiracją pośrednią tej notki są oscarowe rankingi, typowania i przetargi, bezpośrednią - wysyp dobrych filmów w styczniowym repertuarze polskich kin.

Wśród nich dwa hiciory. Brzydkie słowo, ale oddaje pewien uciążliwy aspekt pisania o "Czarnym łabędziu" i "Jak zostać królem". Ledwie polszczyzna nastarcza z fleksją: te tytuły są odmieniane, cytowane i przywoływane na każdym kroku. Utrudnia mi to (ale przecież nie uniemożliwia) znalezienie własnego tonu w zapisie kinofilskich wrażeń.


O królu można poczytać na przykład tu, a o łabędziu tam. I oczywiście: tu też.

[zmiana planów: będą dwie odrębne notki]


Jąkała znajduje Pigmaliona


Miał Jerzy V dwóch synów: światowca i jąkałę.

A rządził w czasach, gdy Brytania była światową potęgą kolonialną i 1/4 ludności świata stanowili jego poddani. Królewskie dylematy władzy i prywatności,  splatają się w życiorysach obu potomków monarchy.

Edward, prawowity następca tronu, kocha się w amerykańskiej rozwódce i dla prywatnego szczęścia podejmie decyzję o abdykacji. (Ta postać w filmie ukazana jest dość trzpiotowato - czy pierwowzór mieści się w tej kreacji?)

Albert, domator, co prawda z temperamentu choleryk, ale nieśmiały w starciu z publiką - nikt nie mógł bardziej niż on nie pragnąć korony. Jąkała. W czasach rozkwitu radia, czyli -jak to określa stary król: gdy królowie stają się aktorami- postawiony przed bezwzględnym ultimatum. Jeśli ma przejąć koronę, musi nauczyć się przemawiać. To kwestia honoru i prestiżu rodziny królewskiej.



Opowieść Toma Hoopera ujęta jest klamrą przemówień.

Pierwsze jest katastrofą, drugie - wielkim triumfem.

Gdy Książę Yorku, Albert, zamyka przemówieniem zawody jeździeckie, rzesze zgromadzonych na stadionie, zwielokrotnione przez odbiorców relacji radiowej są świadkami żenującego spektaklu. Każde zająknięcie mikrofon przekształca w czkawkę, a mówca zmienia się w trzepoczącą bez wody rybę. Koszmar.


Drugie przemówienie wygłasza ten sam Bertie, już w majestacie królewskim jako Jerzy VI i w niezwykłych okolicznościach wypowiedzenia wojny Rzeszy Niemieckiej. Słucha go cały naród - przed Pałacem, na ulicach, w pubach, prywatnych domach. Serce rośnie. Jesteśmy dumni (bo czujemy się Brytyjczykami!) z króla i z człowieka, któremu udało się pokonać wewnętrzne przeszkody, który na naszych oczach rozkwitł.


I to właściwie cały film. Historia spójna, bez rozmachu, skupiona na pokonywaniu ograniczeń wymowy, na dorastaniu do roli. Mniej znaczy więcej. Prostota wyrasta ponad majstersztyki zawiłości. I choć to nie jest moje kino - spośród znanej mi piątki z dziesiątki nominowanej w oscarowej kategorii "Najlepszy film" największe wrażenie zrobił na mnie "Do szpiku kości" (Winter`s Bone). I choć film Hoopera jest jak najbardziej mainstreamowy, z kilkoma ewidentnie hollywoodzkimi chwytami... To uznaję, że jest w tym obrazie prawdziwe kino. A nawet prawdziwy teatr.


Zaplatam kciuki za przyznanie statuetki Colinowi Firthowi jako najlepszemu aktorowi pierwszego planu. Ale drugi plan powinien należeć do Geoffreya Rusha - dałabym sobie zapleść uszy, by tak się stało.


Lionel Logue -

genialny hochsztapler, samozwańczy Pigmalion, logopeda-amator,

niespełniony aktor szekspirowski (to klucz do tej postaci!)...przyjaciel króla. To jest postać jak z Szekspira: wierzchnią warstwą jest komizm, podszyty tragizmem (a z pewnością goryczą doświadczeń).


Seans u Lionela przydałby się każdemu z nas. Trzeba by (tak jak król) opuścić własne gniazdko i dotrzeć do zapyziałego gabinetu, gdzie Lionel stawia sprawę jasno: My castle, my rules.

Nawet (przyszła) królowa Elżbieta, gdy przychodzi tu szukać wsparcia, zamiast powitań słyszy beztroskie: chwileczkę, jestem na kibelku. Czego się po kimś takim spodziewać? Wszystkiego.

Sedno terapii to dotarcie do wewnętrznych lęków, kompleksów, zahamowań. Niektóre wynikają z przeżytych traum, ale całkiem sporo z nich produkujemy sami, popadając w przesadnie poważne wyobrażenia o sobie samych.

Oto Bertie (Jerzy VI) ma przebrnąć przez rytuał koronacji albo wygłosić ważną mowę do narodu... A Lionel przekłuwa baloniki majestatu, które go paraliżują. Że oto niezwykłe miejsce (Opactwo Westminster), tron, na którym zasiadali sami wielcy, że wszyscy oczekują, że on powinien, że chciałby zaspokoić i sprostać...


Naprawdę genialne jest to, że Lionel nie jest kabotynem i nie naśmiewa się ze świętości, on im odbiera obezwładniającą moc i przeobraża w wewnętrzną siłę mówcy. Praca nad głosem króla oparta jest na niekonwencjonalnych metodach. Hmmm...i śpiewać trzeba, i przeklinać. Nie są to tylko efektowne sztuczki. Podskoczyłam na fotelu, gdy zobaczyłam manuskrypt mowy królewskiej. Ręcznie naniesione wskazówki jak pajęcza sieć oplatały tekst przemowy. Tu pauza, tu chwila na taki lub inny zabieg, który pozwoli przebrnąć przez kolejny próg.


Jeden moment wprowadził mnie w zwątpienie. Jak to? Sytuacja polityczna jest niezwykle poważna. Inwazja Niemiec na Polskę stała się faktem. Brytania ma zająć stanowisko. Król zapowiada przemowę do narodu. A my się przyglądamy, jak Colin Firth podśpiewuje i przeklina, jak się boi mówić. Znajmy miarę!


Ale mój pancerz rozprysł się na kawałki. Jąkała pokonuje własne ograniczenia. Ale tu nie tylko o to chodzi, że król pokonał strach i swoją słabość. Z każdą chwilą coraz mocniej, piękniej i sensowniej brzmią jego słowa. Ta mowa jest prawdziwa i potrzebna. Dodaje sił tym, którzy na nią czekali. Fenomenalne, że zmaganie z czymś poniekąd wtórnym (jąkanie się) prowadzi do wyzwolenia potencjału, który bez tej walki pozostałby wewnętrznym (i nieuświadomionym) skarbem jednego człowieka.




Dla mnie to film o sztuce mówienia i wyrażania siebie, i o barierach, które warto pokonać, by mówić głosem pewnym i swoim.

O sztuce uzewnętrzniania siebie.


Naprawdę: dopiero druga warstwa przynależy do rodziny królewskiej, do angielskich smaczków.

 

Wspaniałe Westminster! Ulice osnute mgłą. Wnętrza i twarze. A nade wszystko: angielski humor.

 

Wśród 12 nominacji do Oscara, jakie zgarnął King`s Speech jedna adresowana jest do Davida Seidlera za scenariusz oryginalny. Opowieść jest ... przewidywalna i minimalistyczna. Ale jeśli miałabym wskazać potęgę tego scenariusza, to nie byłabym bezradna. Wskazałabym dialogi. Świetne, dowcipne, skrzące się angielskim humorem.

Otóż to: dla dialogów mogłabym obejrzeć ten film powtórnie.

 


 



niedziela, 23 stycznia 2011

Ajami, reż. Scandar Copti & Yarona Shani, Niemcy/Izrael 2009


 

 

 

Konia z rzędem temu, kto potrafi o tym filmie rzeczowo pisać. Tuż po wyjściu z sali pomyślałam, że coś mi umknęło i że natychmiast powinnam raz jeszcze zobaczyć pierwsze dwadzieścia minut, bo tym razem patrzyłabym dużo uważniej.  Może powinnam odczekać aż obrazy same wskoczą na właściwe tory i zazębią się z sobą logicznie... Czuję jednak, że nie zapanuję nad tym filmem. To raczej on rządzi mną.


Pozostało wrażenie misternej kompozycji, gąszczu wydarzeń, szybkiego tempa, kilku pozornie oddzielnych wątków, które splatają się w supeł nie do rozwiązania. Po chwili dołącza podejrzenie, że to jest świat prawdziwy, konflikt, w którym jednostka nie ma szans - bo są zaszłości, uprzedzenia, jakaś plemienna wrogość.


Nieszczęścia, których nikt się nie spodziewał okazują się żałośnie nieuchronne... Przynajmniej tu: w Ajami, dzielnicy Jaffy, w kotle izraelskich żydów, muzułmanów, chrześcijan, którzy nie mogą żyć oddzielnie, a nie potrafią razem.

 

 


Chaos jest immanentną cechą świata Ajami. Film próbuje to uchwycić, ale nim samym rządzą reguły konstrukcji.


Jest preludium. Jeden z kilku fabularnych węzłów. Właściciel restauracji zastrzelił mężczyznę, który domagał się haraczu. Zamordowany okazał się synem mafijnej rodziny, a sprawca  wujkiem Nasri`ego i Omara. Odwet wydaje się nieunikniony. Jak bardzo realna jest to groźba przekonujemy się już w pierwszych minutach, gdy przez pomyłkę ginie sympatyczny chłopak, który dopiero co odkupił od Omara samochód.


Jest pięć rozdziałów.

Kolejni bohaterowie, nowe trudne sytuacje. Ale to wszystko rozgrywa się po sąsiedzku, więc powracają twarze, miejsca, konflikty.

Nitki narracji splatają się w warkocz. Krzyżują się spojrzenia. Widzimy to samo z różnych perspektyw. Śmierć człowieka pozostaje tragedią, ale inaczej widzi ją brat zabójcy, inaczej brat ofiary, córka, ojciec...


Nie podejmuję się odsłony fabuły. Rozplątywałabym to, co nie istnieje inaczej jak w splocie.

Śmierć - ta zaplanowana i całkiem przypadkowa, narkotyki, nielegalna praca, zakazana miłość, przepaść między wyznawcami trzech różnych religii, intrygi i układy między tymi, którzy mają tu wpływy.

Kilkoro bohaterów, których najsilniej zapamiętałam: Dando, Omar-muzułmanin i jego dziewczyna-chrześcijanka, Malek i Binj, Nasri (kilkunastolatek mający dziwne przeczucia, ujawniający się raz po raz jako narrator - to ten z bronią w górnej części plakatu).


Są takie sceny, w których stężenie emocji jest naprawdę niezwykłe.

Dando - żydowski policjant, bardzo zrównoważony, rodzinny. Budzi sympatię, bo oglądamy go w ujęciach z dziećmi (kąpiel córeczki), z żoną, z rodzicami, wobec których jest czuły i dojrzały, gdy trzeba - stanowczy.


Zaginął jego brat (izraelski żołnierz), od kilku tygodni rodzina żyje w ogromnym napięciu, w oczekiwaniu i bólu. Dando zachowuje spokój. Rozmawia z ojcem, który nie może odnaleźć w sobie sił do życia. Jest w rozsypce. Mówi: przepraszam, wiem, że mam jeszcze was dwoje (Dando i jego siostrę), ale dopóki mój syn się nie odnajdzie, jest we mnie tylko śmierć. Dando rzeczowo przywraca go do życia. I dopiero gdy nadchodzi informacja o znalezieniu ciała i konieczność identyfikacji, a następnie wewnętrzna potrzeba, by wpaść na trop winnych tej śmierci....Dando jest wulkanem emocji. Te obrazy mam przed oczyma, zostają w pamięci.


Przyprawą, która dodaje smaku niemal wszystkim filmowym konfrontacjom, jest izraelski "temperament polemiczny". To przekonywanie, czasem groźba, zbijanie argumentów, zaczepność, nieustępliwość, emocjonalność.


Świetnie jest rozegrana scena rozmowy żydowskiego sklepikarza z trzema arabskimi chłopakami. Rozpoczyna się od uścisku dłoni. Mała sąsiedzka sprzeczka na naszych oczach tężeje. Od zdawkowo rzuconych zdań i obruszonych odpowiedzi po apogeum napięcia i wrogość. Mężczyzna ginie zasztyletowany. A w głowie pozostaje rozpędzona karuzela ulicznej dyskusji.


Gdy narrator Nasri dochodzi do głosu, wraz z nim pojawia się uogólnienie i oddech tutejszej ziemi.

Oto nie zdrzemnie się

ani nie zaśnie

Ten, który czuwa nad Izraelem. (Psalm 121)

Policz do trzech... a obudzisz się gdzie indziej.



 


Kilka słów okołofilmowych.


Tandem reżyserski: Copti & Shani to duet arabsko-żydowski. To znaczące.

Projekt filmowy trwał 7 lat. Obejmował 10-miesięczne warsztaty, z których wyłoniono aktorów. To amatorzy, ale "ludzie stąd" - grają profesjonalnie.


Kino akcji, które zadowoli koneserów gatunku. Ale jest to jednak film chropawy, czasami przypominający dokument. Jakże inaczej, skoro sceneria, zdarzenia, postaci inspirowane były realnością, pochodzą z obserwacji.


W opiniach prasowych okrzyknięto ten film następcą Walca z Baszirem Ariego Folmana. Dla mnie - gdybym go jeszcze nie widziała - byłaby to rekomendacja piorunująca. Pojawiają się też zestawienia z Miastem Boga Fernando Meirellesa.


Wśród licznych nagród ważna jest nominacja do Oscara (2010).  W kategorii "Najlepszy film nieanglojęzyczny" rywalizowały ze sobą (oprócz Ajami): Gorzkie mleko, Prorok i Biała wstążka. Ostatecznie statuetkę otrzymał argentyński obraz: Sekret jej oczu.

 

Jaffa, dzielnica Tel Awiwu... to miasto interesująco "wykorzystane" kulturowo. Odsyłam do artykułu "Białe miasto. Od Jaffy do Tel Awiwu" Danuty Rojek w trzecim numerze "Archipelagu" - lub na blog niecodziennik literacki, gdzie sceneria izraelska pojawia się często i niezmiennie ciekawie.


***


Kontrapunkt. Ten chwyt kompozycyjny nie jest czymś nowym. To pomysł równie standardowy jak kompozycja linearna czy ramowa. Ma jednak pewną metafizyczną nadwyżkę, która - inteligentnie wprowadzona - dodaje do opowieści dreszcz dziwnej analogii, pozwala w niej współuczestniczyć, a przynajmniej dostrzegać przenikanie się losów, wzajemną zależność, grę przypadku i przeznaczenia.

 

Ostatnio do granic wytrzymałości wyeksponował tę konstrukcję (zwłaszcza efekt motyla) Jaco Van Dormael w Mr.Nobody.

Po obejrzeniu Ajami, myślałam o mistrzach tego chwytu. Przede wszystkim Kieślowski. Zaraz po nim Alejandro González Iñárritu (Amores Perros, Babel, 21 gramów). Majstersztykiem był film Miasto gniewu (Crash,2004) Paula Higgisa.

Lista bez końca, ale stawiam pytanie o realizacje najprzedniejsze z doskonałych. Co Wy na to?

 

Przez chwilę, przez chwilę gładzić zwięźle spleciony warkocz

kontrapunktu, rozważać cud współistnienia głosów,

z których każdy odbywa w czasie osobną podróż

a w każdym punkcie czasu związuje je inna harmonia.

(S.Barańczak, Kontrapunkt, z tomu "Widokówka z tego świata" 1988)

niedziela, 19 grudnia 2010

Królestwo zwierząt (Animal Kingdom), reż. David Michôd


Gangsterski film widziałam. Dobry.

Nie ma co opowiadać, smak sensacji nie powinien być przetwarzany. Spojlery zakazane.

Krótko (?!) i zwięźle wytłumaczę sobie samej, dlaczego zapamiętuję tę historię z Melbourne.


Australijskie południe, miasto słynące z klimatu wiktoriańskiej architektury (tylko w Londynie tego typu budynków jest więcej), ale głośne też z powodu spektakularnych działań przestępczych.

Reżyser chciał co prawda uciec od powiązań z konkretnymi postaciami, ale tło i legendę miasta wykorzystał świadomie.


Przynajmniej jeden filmowy epizod ma swój rozpoznawalny pierwowzór.

Bracia Cody organizują samochodową pułapkę. Porzucone na środku drogi białe auto z powybijanymi szybami prowokuje reakcję straży policyjnej. Gangsterzy ostrzeliwują ich, zabijając dwóch policjantów. (Taka historia miała miejsce w Melbourn w 1988 roku). W filmie od tego epizodu zagęszcza się i przyspiesza trwająca od dawna wojna szarpana między rodziną Cody a policją.


Rodzina Cody to przede wszystkim matka, Janine 'Smurf' Cody, zwana Smerfetką. Kobieta w wieku babcinym (główny bohater, Josh, jest jej 17-letnim wnukiem), urocza, z seksapilem i ciepłem scalającym dom. Całuje swoich synów w usta, pieszczotliwie przywołuje do spokoju...aż nie do wiary, że synowie to mężczyźni tkwiący po uszy w przestępczym świecie, wcale nie groteskowi. Jeśli szukać w filmie odpowiednika dla tytułowego Królestwa zwierząt, to oni są "dzikimi zwierzętami".


Synów jest trzech: najstarszy, 40-letni Andrew, zwany Papieżem (zajmował się zbrojnymi napadami na bank, właśnie uświadamia sobie, że to specjalizacja odchodząca w przeszłość), średni - Craig (wytwórca rodzinnych pieniędzy, zajmuje się handlem narkotykami, z których sam często korzysta) i najmłodszy Darren (20-latek, ślepo idący rodzinnym traktem). Ich przeciwnikami są "stróże prawa" - policja, detektywi. Cudzysłów niezbędny, bo obie strony w jednakowym stopniu zdolne są do łamania zasad i bezpardonowego rozprawiania się z przeciwnikiem. Gdy policja zorganizuje nalot, zdarzyć się może wszystko - strzał w plecy, celowanie z bliskiej odległości, bez ostrzeżenia.


Uwaga: to nie jest krwawy film. To obraz stonowany, wyciszony, nie epatujący mordem.  Czasem sięga do zwolnionych scen. Nie ma tu widowiskowej akcji naszpikowanej gorączkowym tempem. Typowe atrybuty gangsterskiego kina są odłożone do lamusa, ewentualnie przebijają się na drugi plan. Jest niepokój, wytwarzany muzyką i samą historią, opowiadającą o dojrzewaniu, czyli szukaniu swego miejsca w świecie, który nie proponuje bezpiecznych rozwiązań. Ta opowieść prowadzona jest z perspektywy Josha, nastolatka, który wkracza w epicentrum konfliktu, w rodzinny układ, którego dotąd nie znał. Niczym tabula rasa zapisuje się ostrymi obserwacjami, lgnie do czegoś stabilnego, by odkryć, że azyl nie istnieje.


Zdradzę pierwszą scenę: Josh jest samotny, bo właśnie umarła mu matka (przedawkowanie) - i albo jest aż tak obojętny, albo tak paranoidalnie przestraszony (obstawiam to drugie), dość, że gdy przyjeżdża pogotowie, on nie może oderwać oczu od telewizyjnego teleturnieju. Matka była wyklętą córką Smerfetki, która w tym momencie przygarnia Josha do Rodziny.


To spojrzenie z zewnątrz - świetne i konsekwentne.


Drugi chwyt, który zrobił na mnie wrażenie, to przekazywanie poszczególnym postaciom roli lidera. Wspomniałam, że głównym bohaterem jest Josh - tak, ale on sam jeszcze nie wie, kim jest. Wydaje się być modeliną czekającą na ulepienie z niej figurki. Postać z tła. Tymczasem pozostali wyłaniają się niczym w kalejdoskopie. Pierwsze sekwencje przejmuje Baz, mężczyzna spoza rodziny, przyjaciel najstarszego z Codych. Męski, absorbujący uwagę, mądry... szukający nowych dróg (napady chce zamienić na inwestowanie na giełdzie). Już wydaje się, że to as obsady, ale...


Potem wkracza detektyw Leckie, wciągający Josha w grę z policją (rozsądny, prawy, łudzący - bo to jednak złudzenie - że prawo może ochronić przed zemstą...). Swoje pięć minut ma Craig, choć jest tak podszyty nerwowością, że przypomina wybuchowością sztuczne ognie. Dłużej bryluje Papież. Intrygujący - spokojny, lecz nieobliczalny. Nieustannie obecna jest Smerfetka, mimo kokieterii - wyrachowana, sterująca, zdolna do brutalnej gry i pociągająca za sznurki, bo przecież zna świat: "żyję na nim nie od dziś".


Trzeci atut: suspens, finałowe zaskoczenie. Jeśli ktoś jest mistrzem przewidywania, może wykalkulować taki obrót sprawy. Ale i tak, w moim odczuciu, końcowe sceny są pierwszorzędne. Pozwalają na przeinterpretowanie postaci Josha. Właściwie nadają opowieści nadrzędny sens.


Rolę Josha powierzono nowicjuszowi, to nastolatek James Frecheville. Na zdjęciu poniżej ze swoją filmową dziewczyną, Nicky (ważną, przełamującą istotne progi w jego psychice).

Debiutantem w długim metrażu jest również reżyser David Michôd.

Film został dostrzeżony na festiwalu Sundance. Zwyciężył w kategorii Najlepszy Dramat Zagraniczny. Przypomnę, że w równoległej kategorii, wśród dramatów amerykańskich, zwyciężył film Debry Granic Do szpiku kości.



A to Babcia-Smerfetka i Baz, w jednej z początkowych sekwencji.

wtorek, 14 grudnia 2010

Niby biało. Wciąż prószy, nawarstwia się śnieżna płachta i czapy na gałęziach tężeją.


A tamaryszek rdzewieje i rudą barwą biel zakłóca. Tak, mąci spokój ta cisza (mój wewnętrzny), bo jednak chciałoby się coś napisać. Zatrzymać w kadrze słów, drugie dno sobie postanowić (przecież możliwe, że istnieje podszewka wszystkiego).


Lecz gdy tak sypie śnieg (i pada, i prószy) - bim-bom - gdy w Stumilowym Lesie Puchatkowi marzną paluszki, rzeczywistość, jak zwykle, skrzeczy i domaga się daniny mojej energii.

Priorytety zobowiązań pożerają mi czas. Bezpowrotnie. Co można, to spróbować coś wydrzeć z tego, co nadchodzi.


Bo co było, odeszło - żurawie odleciały. A jeśli można poprosić o replay, to tylko w artystycznej obróbce. Voila!


Lecą żurawie, reż. Michaił Kałatozow, ZSRR 1958.

Obejrzałam na dvd, nie po raz pierwszy. Bo to klasyka kina jest, kurz jej nie przesłoni, a nowoczesność nie da rady zagłuszyć.


Melodramat wojenny z 1958 roku, z czasu odwilży Chruszczowa. Nagrodzony Złotą Palmą w Cannes. Chwalony za przełamanie majestatu rosyjskich opowieści o wojnie. Film kameralny, ludzki. Piękny.


Często cytuje się słowa reżysera - Michaiła Kałatozowa - wyjaśniające jego sposób opowiadania.

"W filmie wytwarzam kilka zasadniczych węzłów fabuły i te węzły nasycam liryzmem do granic wytrzymałości."

Tego rodzaju deklaracja może budzić ostrożność wśród wyznawców umiaru emocjonalnego, obawę przed przerysowaniem. A jednak: choć to melodramat wojenny, choć lirycznie potraktowana historia, to nadekspresji nie ma.


Wiarygodna, beztroska miłość szczęśliwa trwa krótko (i to jest zgodne z definicją miłości szczęśliwej). Dwoje młodych: Weronika, zwana Wiewiórką, i Borys. Spotkania, bieg ulicami miasta, skradanie się po schodach, gdy nad ranem wracają do domów, pocałunki.


[Komentarz rodziców: - On jej zawrócił w głowie! (matka) - A ona jemu. Miłość - moja droga - to zawracanie sobie nawzajem głowy. (ojciec)]


Wojna wkracza nagle. Historia demoluje to, co sensowne, czyli prywatne.

Sceny, w których los jednostki wplątany jest w zwielokrotnioną, masową scenerię, są dwie. To obrazy pożegnań i przywitań.


Moskwa żegna powołanych do wojska (w tym ochotników, jak Borys) - tłumy, płaczące kobiety przytulające się do swych dzielnych (ale i dziecinnych, naiwnych) mężczyzn. Weronika i Borys przeżywają to na swój sposób. Zgubieni, nie odnajdują się, ona przyszła za późno, wypatrują się daremnie.


Dramatyczny rezonans towarzyszy scenom końcowym, gdy -wśród kwiatów i radości- ci, co czekali, zostają nasyceni powrotem najbliższych. Nie Weronika, samotna w swym bólu tym bardziej, im więcej wiosennych białych margerytek, im więcej uścisków, szczęścia i nadziei na twarzach innych.

W obu obrazach zachowany jest odrębny tor jednostkowej historii.


Co mnie zaskoczyło, to ironiczny, trzeźwy ton, z jakim komentuje się żołnierski entuzjazm. Ojciec Borysa jest wściekle smutny ("Romantyzmu ci się zachciało!", "25 lat i taki głupi"). Przychodzą pannice z fabryki, by pożegnać i zapewnić, że "tu na tyłach będziemy czekać.., wypełniać..., przekraczać...", ale brzmią niepoważnie, są poza zasadniczym kadrem.


Weronika zostaje sama, z maskotką-wiewiórką ze złotymi orzeszkami, podarowaną jej na urodziny. Ten motyw jest bardzo ładnie rozegrany, pojawi się kilkakrotnie.

Doświadczenie utraty przynosi kolejne odsłony: śmierć rodziców, zszarganie szacunku do samej siebie (ślub z Markiem, przyrodnim bratem Borysa), nadwątlona nadzieja, wieść o zaginięciu, a potem śmierci Borysa.

Związek z Markiem jest niefortunny. On adorował ją od zawsze, ona kocha jednego. Jest moment, w którym przerażenie domaga się bliskości. I konsekwencją tej chwili jest ślub. Nieco archaiczny wydaje się ten wewnętrzny przymus ślubu. Natomiast ciekawe jest złamanie portretu kochającej kobiety, niezłomnie wiernej.


Co mi się podobało w tym filmie:


Świetna aktorka! Tatiana Samojłowa (młodziutka, jeszcze studentka). Piękna, choć gdy minął czas aprobaty dla filmu, zarzucano (!) jej nierosyjski typ urody. Fanaberie. Jest radosna jak nikt i złamana, z wewnętrzną czernią, gdy naznaczą ją doświadczenia. Rewelacyjne jest stonowanie jej zachowań. Jeśli w filmie można (a można!) dostrzec nawiązania do ekspresjonizmu, to dotyczą one strefy biało-czarnych obrazów, montażu, natomiast nie gry aktorskiej. Mistrzostwo. Oczywiście bardzo wspomagane pracą kamery - zbliżeniami, pięknymi zdjęciami.


Scena "niedokończonej" próby samobójczej Weroniki.

Sprowokowana sceną w szpitalu wojskowym. Ranny żołnierz rozpacza, bo dowiedzial się, że rzuciła go narzeczona. Padają niewybredne komentarze wobec podobnie niewiernych. Weronika czuje, że to ponad miarę (uzasadniają to wcześniejsze przejścia) i wybiega w śnieg, przed siebie. Szalony bieg przez śnieżne zaspy w szpitalnych bucikach. Kamera jest rozedrgana, świat wydaje się w kawałkach, bardzo emocjonalny montaż. Poza tym silne jest nasycenie tych scen udręką. Weronika biegnie wzdłuż torów, wchodzi na wiadukt, już gotowa jest do skoku, choć coś istotnego jej przeszkodzi.


Samojłowa najwyraźniej miała szczęście do ról z koleją w tle. Kilka lat później (1967) zagrała rolę Anny Kareniny w ekranizacji Tołstoja przez Aleksandra Zarchiego (tu rzeczywiście pozwoli się uśmiercić). Zbierze za tę kreację wiele pochwał.


Emocjonalność kamery pojawia się również w scenie śmierci Borysa, któremu dane jest oglądać wirujące korony brzóz, zanim wygaśnie ostatni odtworzony przez jego wyobraźnię film. A będzie to sen o ślubie z Weroniką. W białym welonie, niemożliwie szczęśliwą. Podobnie subiektywne jest oko kamery, gdy ogląda rekrutów w Moskwie. Widzimy ich gorączkowym, poszukującym spojrzeniem Weroniki.


To, o czym tu piszę można zobaczyć w dwuminutowym fragmencie filmu.



Podobają mi się również schody. Te w kamienicy, w której mieszkała przed wojną Weronika, na których żegnała się beztrosko z Borysem, wiedząc, że tylko do jutra. Wojenne bombardowanie zburzy dom. Schody zostaną. Podobnie jak zegar, który tyka niewzruszenie dalej.


I tu się koło zamyka. Bo zegar naprawdę tyka i nic sobie nie robi z zaklęć, by zwolnił tempo.

 

 

 

piątek, 29 października 2010

Wspomnienie minionego weekendu...

1.FFA we Wrocławiu, 20-24 października 2010


Organizacyjnie i koncepcyjnie Festiwal Filmów Amerykańskich jest repliką Festiwalu Era Nowe Horyzonty. Bogata oferta tytułów: każdego dnia 5 seansów w dziewięciu salach, czyli 45 projekcji.

Uporządkowana według sekcji.

Są rzeczy nowe: te najgłośniejsze bądź firmowane znanym nazwiskiem reżysera (HIGHLIGHTS), panorama współczesnego kina amerykańskiego (SPECTRUM), dokumenty sezonu (AMERICAN DOCS) i awangarda/ eksperyment (ON THE EDGE).


Były tez filmy o ugruntowanej renomie: sekcja DEKADA NIEZALEŻNYCH (tu: Jarmusch, Aronofsky, bracia Coen czy van Sant), a nawet evergreeny opatrzone hasłem wywoławczym: ZAGRAJ TO JESZCZE RAZ, SAM.


Spośród siedmiu filmów obejrzanych od piątkowej nocy po niedzielne popołudnie nadmienię o kilku, które zapamiętam szczególnie.


Gdzieś wśród lasów Missouri...

Do szpiku kości (Winter`s Bone), reż. Debra Granik (2010)


Prowincja - surowa, zapomniana, bez perspektyw. Każdy tu ma swoje miejsce, swoje granice nie do przekroczenia. Nie jest swojsko ani bezpiecznie.

Skromne (zabałaganione) domy to jedyny majątek, gwarancja zakorzenienia. Relacje z sąsiadami i rodziną (klany po trosze mafijne) są wróżbą przetrwania lub unicestwienia. Kodeks niepisanych praw i zależności domaga się cichego podporządkowania. Zadziorność przywołuje tragedię.


By się utrzymać, wielu przekracza prawo. Wśród nich: Jessup Dolly. O nim mówi się najczęściej, choć na ekranie pojawi się wyłącznie w roli rekwizytu (!). Szuka go policja - dawne sprawki, produkcja narkotyków - jeśli nie stawi się na rozprawę, rodzina straci dach nad głową.


Szuka go 17-letnia córka, Ree Dolly, która dźwiga ciężary ponad miarę. Wychowuje dwoje młodszego rodzeństwa, troszczy się o apatyczną, chorą psychicznie matkę, łata koniec z końcem. Znaleźć ojca (żywego lub martwego), by ocalić dom - oto cel i przewodnia nić fabuły.

Możliwe, że brzmi to mało porywająco. Ale film trzyma w napięciu niczym misterna mieszanka kina społecznego i thrillera. Jest mrocznie i bezwzględnie. Milczenie, pogróżki, zemsta... a zarazem braterstwo i więzy krwi, ochrona najsłabszych (dzieciaki, matka Ree).


Film o odwadze i determinacji, o potwierdzaniu swoich praw do istnienia i godności.

Rewelacyjna kreacja 20-latki, Jennifer Lawrence, w roli Ree. Śledzimy jej odyseję, kolejne nokauty i stawanie w podskoku do następnej rundy. Film jest chłodny, listopadowo ogołocony, przestrzenny, ale i klaustrofobiczny. Natomiast Ree jest rozbudzonym wulkanem -  krucha, lecz groźna, rzeczowa i żarliwa.


Widziałam siedem filmów, więc oceniać mi trudno, ale zwycięstwo Do szpiku kości w konkursie festiwalowym wydaje mi się strzałem w dziesiątkę.


W Teksasie, w miasteczku z dobrym szeryfem...

Morderca we mnie (The Killer Inside Me), reż. Michael Winterbottom (2010)


Och, czarujący i dobrze ułożony Lou, zastepca szeryfa...!


Amerykańskie miasteczko (lata 50., przynajmniej w literackim pierwowzorze), w którym życie wydaje się podlegać czytelnym regułom.


Jest szeryf - stary poczciwy Bob - znający ludzi i szanujący prawo.

Jest miejscowy potentat Conway (i jego mało bystry syn) - hmm... nieco poza kontrolą, bo pieniądze zapewniają pancerz ochronny.

Jest redaktor lokalnej gazety, który lubi prowokacje, ma alergię na bzdurne bajeczki, obrażające jego inteligencję i sceptyczne rozeznanie w ludzkiej naturze.

Jest piękna, zmysłowa prostytutka Joyce (Jessica Alba), dziewczęco niewinna, unforgettable, of course.

Amy (Kate Hudson), inteligentna panna zakochana w obiecującym strażniku prawa.


Nade wszystko zaś jest sam Lou, Lou Ford (Casey Affleck), zastępca szeryfa - z odznaką, kowbojskim kapeluszem, buzią grzecznego przystojniaczka.

Wyrastał wśród tutejszych i wypracował sobie szacunek.

- Małe miasteczko to takie miejsce, gdzie wszystkim się wydaje, że znają cie na wylot.

Tytuł jest wyraźnym mrugnięciem oka: tak, Lou to właśnie Dr Jekyll & Mr Hyde w jednej osobie.

Ma charme i siłę przekonywania. Sam zdaje sie wierzyć, że zło, które uruchamia, jest koniecznością, bólem nie do uniknięcia. Wali pięścią w delikatną twarz Joyce i szepcze: kochanie, jeszcze tylko trochę, zaraz będzie po wszystkim.

- Gdy pierwszy raz przyszło mi na myśl, by zabić [...], nie mogłem w to uwierzyć. A chwilę potem wiedziałem, że to musi się stać.

Historia Lou Forda okupiona jest nienaturalną śmiercią sześciu osób.


Joyce (Jessica Alba)                                                          Amy i Lou (Kate Hudson i Casey Affleck)

 

Sedno tkwi jednak nie tylko w fabularnej intrydze. Ważne jest wkroczenie w sferę podświadomości, ukrytych obsesji, agresywnych kompensacji, tego wszystkiego, co inspirację znajduje w analizach Zygmunta Freuda. Lou, mężczyzna kulturalny i oczytany, sięga na półkę wlaśnie po tom mistrza psychoanalizy, w którym znajduje zdjęcia posiniaczonej perwersyjnie pupy własnej matki. Źródła dewiacji tkwią w przeszłości, w erotycznych fantazjach i zakazanych upodobaniach.


Trzeci ważny aspekt to gra konwencjami: porcja kina noir w miksie z lekkością, niemal śpiewnym tonem, prawie tanecznym sposobem bycia...  Wrażenie potwierdza piosenka kończąca film: Ach, wstydź się, wstydź (Shame on you, shame).

Melodię zakłócają brutalne, obezwładniające ciosy, aż karykaturalnie zwielokrotnione.

A rytm wystukują wyznania zakochanych kobiet, którym nie przeszkadza zbita na kwaśne jabłko pupa. Zmasakrowane wyznają czule: kocham...

Jasne obok ciemnego. Konkluzja szeryfa Boba jest trafna: - Najjaśniej jest tuż przed zmrokiem.


"W wypatroszonej, spustoszonej, jałowej krainie..."

Droga (The Road), reż. John Hillcoat (2009)


Ekranizacja nagrodzonej Pulitzerem (2007) powieści Cromacka McCarthy`ego.

Fabularnie rzecz jest nieskomplikowana.

Świat był kiedyś zwykły, ludzki i dobry. Mężczyzna doglądał koni na łące, czule patrzyła na niego kobieta, oczekiwali dziecka. Miłość była w zasięgu.

Migawki ocalone z przeszłości wybudzają mężczyznę ze snu. Są w ciepłej tonacji, podczas gdy teraźniejszość ma posmak, barwę i rozmiary apokalipsy.


- Zegary stanęły o 1.17.

Świat po katastrofie nuklearnej. Jest spustoszony, zwyrodniały, barbarzyński.

Mężczyzna i jego syn usiłują przetrwać, kierują się na Południe. Walczą z głodem, słabością ciała i hordami Złych, którzy polują na pokarm (szerzy się kanibalizm).

Samotni wędrowcy mają tylko siebie. I ta wzajemna relacja staje się wyznacznikiem człowieczeństwa.

- Mój syn... Jeśli nie jest Słowem Bożym, to Bóg nigdy nie przemówił.

Męska odpowiedzialność, wrażliwość mimo szorstkości, upór, by dokądś zmierzać i przenosić wewnętrzny ogień... Mimo eksplozji zła, podłości, dzikiej walki o przetrwanie.

- Czy wciąż jesteśmy dobrzy? (...) Czy zawsze tacy będziemy?

Podróż jest próbą, która odbiera apokalipsie jej ostateczność. Nadzieja przygasa, lecz trwa.


To opowieść paraboliczna, moralitet, wojna o duszę.

Z tym wiążą się pewne jednoznaczności, od których film nie jest wolny. Źli i dobrzy, Badboys & Goodboys.

Uwodzi sceneria i muzyka (NickCave). Opuszczone domostwa, ruiny, wraki samochodów, śmieci. Nie ma zwierząt, drzewa padają martwe lub trwają jako kikuty. Krajobraz zarażony śmiercią. Najsilniejszą stroną tego filmu jest obraz.




***
Trzy obrazki z Ameryki, każdy w innej konwencji: dramat realistyczny (Do szpiku kości), trochę pastisz noir - trochę thriller (Morderca we mnie) i moralitet w apokaliptycznej odsłonie (Droga). Wszystkie traktują o złu. Przerażają i fascynują.

sobota, 02 października 2010

"Matka Teresa od kotów", reż. Paweł Sala, Polska 2010


W zasadzie: pisać, nie pisać - oto jest pytanie...

Pisać, bo obejrzałam film Pawła Sali i nie przechodzę mimo obojętnie.

Nie pisać, bo wokół widzę tyle różnych opinii, ocen, recenzji, że nie wiem, dlaczego miałabym dodawać kolejną..., następne..., jeszcze jeden... .

Zrobiłam researching... Tak zupełnie coś nowego powiedzieć będzie trudno, niemniej jednak, swoje trzy grosze dorzucam. Ot.


Pierwsza i ostatnia scena.

Policja aresztuje chłopców: 20-letniego Artura i 10-letniego Marcina. To bracia, którzy kilka dni wcześniej zamordowali własną matkę. Odcięli głowę, ciało wrzucili do szafy... uciekli i (pozornie?) beztrosko spędzali czas.

Aresztowanie stanowi klamrę.

Opowieść jest retrospekcją sięgającą 13 miesięcy wstecz. Napisy wyznaczają jej rytm: dzień wcześniej, 3 dni temu, tydzień, miesiąc, ... rok...


Kolejne sekwencje luźno ze sobą korespondują, tworzą rodzinny album, migawki z życia pięciorga ludzi, których łączą więzy krwi. Musi być tez coś, co ich antagonizuje, rani, kaleczy, doprowadza do granic, które przekroczone staną się nieodwracalnym złem.


Retrospektywa nie odsłoni wszystkiego. Sięgnie wystarczająco daleko, by utrwalić moment robienia rodzinnej fotografii - piknig, leśny plener, uśmiechy, przytulenia, głupie miny - jak to na fotografii... Rodzinka jakich wiele; ze swoim szczęściem i swoimi kantami. Coś musiało się czaić pod powierzchnią, jakieś podskórne emocje, tajemnice, przemoc?, lęk?, odrzucenie?

To mocny punkt filmu Sali, że nie wskazuje jednoznacznie przyczyn.


[Cytuję fragment wpisu na blogu Filmy Torne`a . Bardzo trafny!]

"Matka Teresa od kotów" to rzecz o potłuczonych ludziach. Bohaterowie filmu są jak porcelanowe filiżanki, pełne rys i pęknięć. Mimo to wypełnia się je gorącą herbatą. Niby wszystko jest w porządku, a jednak herbata wycieka. Problem jest jednak ignorowany, a kiedy w końcu się go zauważa, człowiek budzi się z lufą policyjnego pistoletu przy skroni.



Pęknięcia

Teresa (Ewa Skibińska)

Jak to jest bać się własnego dziecka? Być tak bezradną, zagubioną, sparaliżowaną siłą Artura? Nawet gdy w grę wchodzi dobro młodszego, ustępuje, pozwala by Artur nim zawładnął, nie znajduje sposobu, by skutecznie zaprotestować.


Wezwana na rozmowę do szkoły zatuszuje wagary, uzna sfałszowany podpis za swój.

Może dlatego, że nie liczy na pomoc szkoły. Na wsparcie ze strony męskiego autorytetu liczyć nie może (ani mąż, ani znajomy Jacek niewiele potrafią wskórać).

Z desperacji wyrusza na religijną pielgrzymkę, po czym zawraca. Zagubiona, bezsilna, bardzo samotna kobieta. I do tego kobieca właśnie - z umalowanymi ustami, w kostiumiku, z potrzebą przytulenia się do mężczyzny i przygarnięcia kota. Koty to jakaś obsesja. Zatrzyma się, by wyciągnąć miauczące stworzenie spod samochodu, dom zdominowany jest przez kocięta, kotki i kocury.


Uderzyło mnie, że ona do relacji z najbliższymi wprowadza swoją zawodową usłużność. Pracuje jako agentka ubezpieczeniowa. Składa oferty, po czym z uśmiechem i akceptacją przyjmuje odmowę zainteresowania. Nie może niczego wymusić, wynegocjować. Analogiczna jest jej życiowa apatia.


Hubert (Mariusz Bonaszewski)

Mąż i ojciec. Wrócił z misji w Afganistanie, wkrótce potem traci pracę w wojsku, niefortunnie topi pieniądze w funduszach. Cień człowieka. Czy Hubert z przeszłości był inny? Może naprawdę molestował chłopaków (o co oskarża go Artur, czemu zaprzecza Teresa)? Może szafował przemocą, którą teraz odnajduje w sobie Artur? Czy jego marazm można wytłumaczyć wojenną traumą czy po prostu wypaleniem, nieumiejętnością życia w cywilu?


Marcin (Filip Garbacz)

Młodszy brat Artura. Wpatrzony w niego jak w obrazek. Artur traktuje go z pewną dawką empatii (normą jest arogancja), ale są sytuacje, w których wymusza posłuch. Skąd wzięło się zaślepienie Marcina? Z błędów wychowawczych rodziców? z braku ojca? Z autentycznej charyzmy Artura, który potrafi mu wmówić swe paranormalne zdolności. Małemu wydaje się, że życie jest grą, można je mieć w garści, wymuszając ożywienia zmarłych lub ingerencję w cudze myśli.


Dlaczego siedmioletnia Jadzia dopiero od niedawna potrafi mówić? Dlaczego czuje się brudna po nocy, domaga się kąpieli, mimo przynagleń do wyjścia? Co skrywa?


Artur (Mateusz Kościukiewicz)

Zabić matkę a potem wypytywać o nią znajomych, zmyślać na jej temat przed przyjaciółką Teresy... Naprawdę nic nie czuje? Zło wcielone? Kwintesencja arogancji, bezinteresownej podłości, chamstwa... Albo raczej chłopak, który strach przed życiem chce zagłuszyć przekonaniem, że ma nad nim władzę... Nieufny, bojący się relacji z dziewczyną... Wypytujący - z dziwną ekscytacją - o wojenne mordy ojca...  "Praktykujący czarną magię". Skrzywdzony? Odepchnięty? Tak to wygląda, gdy podczas rodzinnego pikniku zjeżdża z trasy i wpada do jeziora.


Nie rozumiem, dlaczego reżyser uwiarygodnia magiczne moce Artura. Odrzucam te cudowne zdolności, więc czuję pewną konsternację, czy aby dobrze interpretuję niektóre sygnały.

Mimo wszystko kreacja Kościukiewicza jest sugestywna i pełnokrwista. To druga ważna rola tego aktora (po "Wszystko, co kocham"). Zbiera za nią kolejne nagrody. Szczególnie prestiżowa jest ta otrzymana w Karlowych Warach bądź ogłoszona wczoraj nominacja do Nagrody im.Zbyszka Cybulskiego.


Artur (na przemian z Marcinem) powtarza jak refren: "koty mają przejebane"!

Tylko dlaczego koty? One tu mają klawe życie. One jedyne.

poniedziałek, 06 września 2010

Kucharze historii (Cooking History), reż. Peter Kerekes, Słowacja 2009

 


Bohaterami tego dokumentu są wojenni kucharze. Każdy z bagażem doświadczeń, świadek historii. A nawet jej katalizator, jeśli przyjąć za słuszny padający w filmie wniosek, że najlepsza strzelanina jest po dobrym posiłku.

Straż przy kotle to działanie zarazem newralgiczne i kojące. Dość bezpieczna odległość od linii frontu i wystarczająca bliskość prowiantu.

Kerekes zaprosił do udziału 12 kucharzy różnych nacji (przesłuchał podobno ponad setkę): Niemców, Rosjan, Francuzów, Żydów, Węgrów, Serbów i Chorwatów.

 

Reżyser deklaruje w wywiadzie, że lubi, gdy film przypomina lasagne i jest wielowarstwowy.

Posmakowałam, spróbuję odtworzyć skład potrawy.

 

Oto przepis:

warstwa pierwsza - sześć dwudziestowiecznych wojen jako tło. Mamy tu: II wojnę światową (niemieccy kucharze pamiętają wrzesień 39`, a Rosjanka wspomina blokadę Leningradu), wojnę algierską (1954-1962), wkroczenie wojsk Układu Warszawskiego na Węgry (56`) i do Czechosłowacji (68`), rozpad Jugosławii i konflikt bałkański (początek lat 90.), wojnę w Czeczenii (1994-1996). Serwowane w małych dawkach materiały archiwalne przywracają twarzom kucharzy ich życiowy kontekst.

 

warstwa druga - kucharskie opowieści o życiu i wojnie. Wiele zależy od perspektywy oglądu. Świat widziany od strony kotła jest prosty i przewrotny zarazem. Kucharze nie zabijają, nie wydają rozkazów. Czy są całkowicie neutralni? Jeden z nich mówi: "Ja nie gotuję przeciw komuś, ja gotuję dla kogoś!"

 

warstwa trzecia - przepisy dla całej armii! Nie spamiętałam receptur, bo liczby określające porcje składników przyprawiały o zawrót głowy. Jedno z dań wymaga 1600 kg kminku (bodajże), nie mówiąc o zasadniczych ingredientach. Nasyciłby się i Gargantua, i Pantagruel. Ilość budzi konsternację, przegania apetyt. Stosy węgierskiej kiełbasy, kotły z gulaszem, miliony blinów, bochenków chleba...może tylko francuski kurczak w winie chroni swą pojedynczość (nie wierzę, by jedzono go tak masowo). Elitarnym kąskiem okazał się również chleb z arszenikiem, ze zrozumiałych względów. Była to jednorazowa akcja kulinarna kucharzy żydowskich - "mścicieli z Norymbergii" - którzy swym wypiekiem uśmiercili ok. 300 Niemców.

 

warstwa czwarta - poczucie humoru i czułość dla ludzkiej małości. I spora dawka absurdu, który na wojnie jest zawsze pod ręką. Słowacki reżyser czerpie garściami z Hrabala i Haška.

Na ekranie pojawia się osobisty kucharz Josipa Broz Tito, wierny mu do ostatnich dni, smakujący potrawy zanim zbliżyły się do ust wodza. Gdy opowiada o rozpadzie i chaosie, jaki ogarnął Jugosławię po śmierci Tito, mówi językiem kuchni. Zniknęły potrawy neutralne, każdy kolejny lunch, na którym obradowano w sprawie przyszłości kraju był manifestacyjnie serbski, chorwacki, bośniacki. Fenomenalne, że menu politycznych narad jest wizytówką poglądów gospodarzy.


Kucharka rosyjska, która 40 lat temu brała udział w "wyprawie" do Czechosłowacji opowiada o lasach pełnych grzybów. Żal było nie zbierać, więc robiła marynaty. Niewiele rozumiała z inwazji, ostatecznie uznaje, że nikt nie lubi zbyt wielu obcych na swoim terytorium, ale oburza ją niedelikatność Czechów. Ich niezrozumienie, że przecież Rosjanie przybyli nad Wełtawę nie dla przyjemności... Wróciła do Moskwy ze wspomnieniami, a Nowy Rok powitała jedząc czeskie grzybki.


warstwa piąta - antropologia wojenna. Rytuały niemal mityczne. Kobieta, która gotowała dla rosyjskich chłopców, lotników, którzy po posiłku lecieli zabijać Niemców, wspomina o naleśnikach dla zmarłych. Smażyła je, wynosiła na zewnątrz, niczym pokarm na dziady. Nikt nie uskubnął, chyba że ptaki... Francuski kucharz rozlewa wino na cztery strony świata. A kucharz z łodzi podwodnej snuje opowieść, stojąc w morzu podczas przypływu. Smaży sznycle dla przyjaciół, którzy polegli, woda pochłania upichcone danie... Dziwnie miesza się trzeźwy kucharski rozsądek z irracjonalnym gestem.

 

warstwa szósta - metajęzykowe aluzje. Mówimy o mięsnych daniach dla wojska, ale niepostrzeżenie nasuwają się skojarzenia z ludzkim ciałem. Zagotować, usmażyć, pokroić, posiekać, poćwiartować, wypatroszyć... Język kuchni to język wojny.


W jednej z rozmów pada pytanie, czy przepis ma coś wspólnego z rozkazem. Niemiecki kucharz początkowo nie rozumie aluzji. Opowiada. Mówi o czasach, gdy jego armia okupowała Rumunię. Mężczyzna z wioski poprosił go o cukier dla umierającej córki. Cukier jej nie uratuje, ale nasyci pragnienie, tak brzmi ostatnie życzenie dziewczyny. Kucharz odmawia, bo to niezgodne z przepisami. Co by to było, gdyby nagminnie je łamano. Kuchnia stała kilkanaście metrów od chaty, w której umarła dziewczyna. Ludzie zebrani na pogrzebie wpatrywali się w kucharza milcząco i z pogardą.

Receptura a wojskowe przepisy i rozkazy. Dobry kucharz - wyznaje rozmówca - łączy składniki intuicyjnie, wyczuwa proporcje, nie waży. Dlaczego rozkaz należy traktować dosłownie?


Film "Kucharze historii" zdobył nominację do Europejskiej Nagrody Filmowej (2009) i Specjalne Wyróżnienie Jury na 6.Planete Doc Review.

Obecnie na ekranach kin, wkrótce na dvd.

 

 

środa, 18 sierpnia 2010

NOWE KINO TURECKIE

ENH 2010


Ładunek tureckiego milczenia jest - jak można się domyślać - obciążający. Nic to, że górskie szlaki zadziałały niczym wentyl i upuściły odrobinę melancholii - wciąż jeszcze chodzę w oparach.


Na szczęście nie wszystkie nostalgiczne chmurki muszą się skraplać, a ja nie jestem zdeterminowana, by opisać każde swoje spostrzeżenie. Trwałoby to miesiącami, niebezpiecznie natężając niebieskie nastroje do rozmiarów klinicznych.


Bardzo ułatwia mi zadanie świetna publikacja towarzysząca przeglądowi tureckiej kinematografii: "Nowe kino tureckie" pod redakcją Jana Topolskiego. Zbiór artykułów filmoznawców polskich i tureckich prezentujący zarówno problematykę, jak i style narracji,  kluczowe kategorie, język kina i emploi twórców. Skoro tak kompetentnie wybrzmiały analizy innych, ja nie muszę już ostrzyć pióra i mierzyć się z wyzwaniem, które i tak urwałoby mi głowę, podcięło skrzydła i uzmysłowiło, że nie widziałam przecież kilku tytułów, bez których ogląd jest niepełny.


Paradoksy i antytezy - oto jest miara na Turków.
Symbolem rozdarcia i antynomii jest Stambuł. Spacer Mostem Galata (sceneria wielu filmów) pozwala przejść od dzielnic będących znakiem tradycji do rejonów krojonych według międzynarodowej nowoczesnej miary. Most Bosforski łączy Azję z Europą.


Tygiel etniczny (zhierarchizowany, z bolesną pamięcią o prześladowaniach Ormian czy Kurdów) eksploduje wielością języków i dźwięków. By poczuć jego rytm, warto zobaczyć "Crossing the Bridge: The Sound of Istanbul" ("Życie jest muzyką") Fatiha Akina - pełnometrażowy dokument o muzyce spotkanej na stambulskiej ulicy.
A gdy dźwięki się rozkołyszą, można obejrzeć dowolny film Demirkubuza, Kaplanoglu, Erdema czy Ceylana, gdzie słowa są limitowane.


Jak to w ogóle jest możliwe, by opowiadać historie o emocjach, sięgając po ciszę i "nicniedzianie się"? Nie chodzi o brak akcji, raczej o sposób jej opowiedzenia.


[Weźmy "Wyznanie" Demirkubuza. Małżeństwo Nilgün i Harun. Ona jest piękną kobietą, on podejrzewa zdradę. Ma powody - wie "niemal na pewno", że Nilgün spotyka się z innym mężczyzną. Pamięta, że ich związek zaczął się od zdrady najlepszego przyjaciela Haruna, męża Nilgün. Jego samobójcza śmierć zbliżyła ich do siebie i spętała. Sceny wyznań, przebaczeń, odgrażań, błagań. Zmęczenia i wciąż silnej więzi. To nie jest mało. A jeśli dodamy: powrót i wyznanie przed rodziną przyjaciela swej dawnej zdrady, odejście kobiety i związanie się z żonatym mężczyzną (potępienie społeczne), fiasko tego związku, próbę samobójczą Haruna, relacje z bardziej poukładanymi przyjaciółmi... i zaskakujące zakończenie... to przecież kipi od zdarzeń. Ale nie na ekranie. Są wyznania odsłaniające ważne fakty, lecz rytm opowieści przypomina raczej życie niż filmowe konstrukcje.]

 

Jak można łączyć wyrazistą turecką tradycję, obyczajowość, mentalność z europejskim egzystencjalizmem, parafrazowaniem Dostojewskiego czy Camusa?


["Poczekalnia" Demirkubuza obrazuje kryzys twórczy reżysera usiłującego sfilmować "Zbrodnię i karę", "Fatum" inspirowane jest "Obcym" Camusa, filmy Ceylana są po trosze rozmową z Tarkowskim.]


Skoro o europejskości tureckich reżyserów mowa, to warto wspomnieć o specjalnym statusie takich twórców jak Fatih Akin ("Głową w mur", "Na krawędzi nieba") czy Ferzan Özpetek ("Hamam-łaźnia turecka"), sięgających do swych tureckich korzeni z perspektywy zadomowionych w nowej ojczyźnie emigrantow (Niemcy, Włochy).


Jeden z rozdziałów mojego kinowego kompendium traktuje o "kinie melancholii".
"Melancholia zaczyna się od myśli o tym, czego nie ma." To tęsknota za czymś utraconym, a często nie chodzi nawet o nieobecną osobę czy opuszczone miejsce, lecz o siebie samego, którego nie ma. Innymi słowy: melancholia jest smutkiem z powodu niezrealizowanej potencjalności (gdy wiedzie się życie, z którym wolałoby się nie mieć wiele wspólnego) lub ze względu na niemożliwość ożywienia w sobie uczuć, świeżości i nadziei, która niegdyś nam towarzyszyła.


Synonimem "kina melancholii" jest kino powolności, milczenia, kontemplacji (spod znaku Antonioniego, Tarkowskiego i Bressona). Interesujące są rozważania na temat języka filmowego, którym wyraża się tego rodzaju doświadczenie (polecam: tekst Magdaleny Bartczak).


SCENY WYRWANE Z KONTEKSTU

 

Delikatnie dookreślę, ale osadzanie ich w fabule filmu przedłużyłoby tę notkę irracjonalnie.

Nadciąga wrzesień, więc zacznę od sceny lekcji w "Miasteczku" Ceylana.

Nuri Bilge Ceylan ("Miasteczko", "Majowe chmury", "Uzak", "Klimaty", "Trzy małpy")

 

Rodzinna wioska reżysera w pięknych czarno-białych obrazach. Zdaje się, że wszystko rozgrywa się w ramach dnia i nocy, ale pejzaż przeobraża się od lata po zimę.


Salka w wiejskiej szkole (za oknem zaśnieżony krajobraz); rozbrykane dzieci wymyślają jakąś radosną zabawę. Czas na lekcję! Wchodzi Pan Nauczyciel a wraz z nim cisza jak makiem zasiał. Czytanie na głos podręcznika w uczniowski, dukający sposób. "Słuchajcie, bo w każdej chwili mogę o coś zapytać." Nauczycielowi się dłuży, ale dzieci to już doprawdy nudzą się śmiertelnie.


Ceylan przełamuje to - najpierw poezją później dramatem.
Udręka monotonii wymalowana na twarzach - podparte dłonią buzie, smutne oczy, rozdziawione usta... A tu mucha zabrzęczy, krople po szybie spływają, ktoś przejdzie za oknem, piórko fruwa (można dmuchnąć, pofrunie jeszcze raz!)...


A tu Ismael spóźnia się na lekcję (no, to nareszcie jakaś akcja!), rozsiada się, zdejmuje skarpetki, żeby wysuszyć nad piecykiem, a z tych skarpetek kapie woda i syczy na rozgrzanej płycie. I jak tu słuchać lekcji? Nauczyciel też widocznie ma dość, bo jeden z rozpraszających bodźców podrażnił mu nos. Coś śmierdzi. "Dzieci, wyciągać śniadania!" Pan Nauczyciel przechodzi od ławki do ławki i wącha. Nos wsadza w bułkę czy kanapkę. Tropi smród. I trafia na nieświeże jajko w śniadaniu Dziewczynki, którą chce uchronić przed zatruciem, a przynosi jej wstyd.

Bardzo lubię tę scenę. Prawdziwa symfonia zakłóceń. Przebłyski życia w szkole.

 

Dwa wyznania z filmu Demirkubuza ("Wyznanie").

(zdjęcie: Rafał Placek -ENH)
Zeki Demirkubuz ("Blok C", "Niewinność", "Trzecia strona", "Fatum", "Wyznanie", "Poczekalnia", "Przeznaczenie", "Zazdrość")


Po serii napięć między małżonkami - oboje są nimi udręczeni - dochodzi do rozmowy, w której Harun domaga się od Nilgün wyznania zdrady. Zapamiętałam jego uporczywość i przeskoki emocji. Błaga, prosi, zapewnia, że nic tak nie boli, jak nieświadomość, że da sobie radę z każdą prawdą, byleby ją wreszcie usłyszeć... Następnie wylicza (i są mu wyliczone) błędy partnerki - wszystkie "pchnięcia nożem w serce" i ogrom cierpień własnych. Później - czas na agresję.


Bez ironii: prawdziwe emocje, zbyt mocne, ale tylko z zewnątrz tak wyglądają. A to jest kara sevda (miłość fatalna). W literaturze - podaję za Anitą Piotrowską - mistrzowski zapis tej udręki miłosnej można znaleźć w "Muzeum niewinności" Orhana Pamuka. Jeden z lejtmotywów tureckiej kultury. Mroczne uczucie, które niszczy, ale zadając ból, jednocześnie przełamuje jałowość życia. (Prawda, że mistrzowska sofistyka? ;))


Drugie wyznanie ma wiele z pierwszym wspólnego. Teraz Harun ma potrzebę wyrzucić z siebie skrywaną winę. Jedzie do rodziny Taylana (do którego samobójstwa przyczynił się swoim związkiem z Nilgün), gdzie witany jest jak przyjaciel, z sercem na dłoni. Gorączkowo oznajmia prawdę... Na co liczy? Matka Taylana przegania go z domu - "Idź odpokutować swoje grzechy gdzie indziej." Bo jedna rzecz to potrzeba oczyszczenia siebie, druga - prawo do nierozgrzeszania ze strony tych, których wina rani.


Wybrałam te sceny, by pokazać, że turecki minimalizm formy idzie często w parze z gwałtownością uczuć. To nie jest surowość o skandynawskim rodowodzie, choć następny przykład ma wiele wspólnego z Bergmanem.

 

Znów Ceylan - powinien być festiwalowy "Uzak", ale żadna ze scen nie przychodzi mi na myśl tak intensywnie jak fragment z "Klimatów" ("Iklimler") - scena na plaży i jazda motocyklem.

 

By wprowadzić w treść filmu, posłużę się słowami reżysera.
"Człowieka uszczęśliwiają rzeczy proste, a unieszczęśliwiają jeszcze prostsze. Tak, jak każdy rodzi się z prostego powodu i z jeszcze prostszego powodu umiera... Małżeństwo Isy i Bahar przechodzi kryzys. Te dwie samotne postaci poddają się najróżniejszym emocjom, przechodzą przez najróżniejsze klimaty. Szukają szczęścia, które już do nich nie należy."

 

Wybrałam sceny tuż przed rozstaniem. Wakacyjny wyjazd, plaża rozgrzana słońcem. Niby jest dobrze, lecz z wszystkiego ulatuje sens, a twarze Bahar (ona - Ebru Ceylan) i Isy (on - Nuri Bilge Ceylan) opowiadają o dręczącym ich zwątpieniu, bólu, bezradności wobec utraty, której nie mogą powstrzymać.

 

 

Leżą obok siebie na piasku. Bahar uśmiecha się, czując dotyk Isy i krople chłodnej wody na ogrzanym słońcem ciele. A Isa mówi, że ją kocha. Potem delikatnie przysypuje ją piaskiem. Stopy, nogi, całe ciało w bezpiecznej pierzynce ciepłej plaży. Gwałtowny ruch ją zaskakuje. Piach, przed którym nie może się obronić, zasypuje jej twarz, dławi usta. Krzyk.


To był sen. Isa leży obok, znudzony, zajęty czytaniem.
Bahar idzie ku morzu.

 

Opowieść budują nie słowa, lecz ujęcia - oddają odległość między mężczyzną i kobietą, odmienność widzenia.

Ważne są zbliżenia. Przede wszystkim ze względu na ekspresję twarzy. Lecz świetnie odsłaniają pewną grę, którą jedno z nich prowadzi, a drugie jej podlega.


Gdy Bahar śniła, kamera nie objęła Isy, pozwalając uwierzyć, że to jej projekcja jest rzeczywistością. A podczas monologu Isy, który ćwiczy zanim naprawdę wypowie propozycję rozstania - mamy wrażenie, że Bahar jest obok i to słyszy.

 


 

A jak bezradne są słowa!

Choćby Isa ćwiczył nie wiem jak długo, to co w końcu wypowie i tak będzie banałem. Powie, że to "na jakiś czas", że "tak będzie lepiej, dla ciebie", że "nadal mogą być przyjaciółmi" - nic się nie zmieni, wciąż będą mogli się spotykać, chodzić do kina i na kolację.

 

Bliżej mi do Bahar z jej zewnętrzną akceptacją zdarzeń, choćby w sercu rozlewała się rozpacz.

- Nie martw się o mnie. Nic mi nie będzie.

I tylko podczas powrotu motocyklem (droga wiedzie urwistym wybrzeżem) irracjonalnie zasłoni Isie oczy, powodując - niegrożną na szczęście - wywrotkę. A Isa będzie ćwiczył swe wahania i lęki przed przynależnością jeszcze w kolejnych odsłonach.



Nuri Bilge Ceylan, Miasteczko, Turcja 1997
Nuri Bilge Ceylan, Klimaty, Turcja 2006
Zeki Demirkubuz, Wyznanie, Turcja 2002


Rozdaję cukierki każdemu, kto przeczytał ten wpis do końca ;)

sobota, 14 sierpnia 2010

W prozie Elif Safak ("Pchli pałac") jest takie oto wyznanie:

"... gdy przeszłość mi dokucza i nie mogę pogodzić się z tym, że przyszłość wcale nie zapowiada się lepiej, gdy dręczę się, że nie mogę być tą osobą, na jaką wyglądam... plotę bzdury."


Bzdury nie są tu synonimem kłamstwa, nie są też wydestylowaną prawdą. Safak określa tę antynomię jako linię prostą: prawda - poziom, kłamstwo - pion; bzdurom nadaje kształt okręgu. Nie mają początku ani końca, zataczają przedziwne koła, podatne są na różnego typu rytmy, cykle, wieczne powroty.


Pleść bzdury to nic innego jak snuć opowieści, zmyślać i ustanawiać swoje prawdy; zmierzać ku czemuś, ale chętnie powracać do raz odkrytych tropów; powtarzać, ale za każdym razem inaczej. Bo jakże - każda opowieść (zwłaszcza literacka czy filmowa) jest biletem do rządzącego się swymi prawami świata. Odkrywanie parametrów orbity, po której krąży opowieść, ewentualnych przebitek fałszu, jądra prawdy i tego wszystkiego, co daną konstelację współtworzy - to uzależnienie, przyjemny nałóg, wewnętrzne przynaglenie... takie wprawione w ruch perpetum mobile.


Dlatego mówię o powrotach, gdy myślę o kolejnej edycji festiwalu ENH, o kolejnym seansie, kolejnym rozszyfrowywaniu linii papilarnych. Monotonia oglądania czterech filmów dziennie (wytrwalsi ode mnie zaliczają ich pięć) jest wewnętrznie rozszarpywana eksplozjami, ma nierówny puls, a pomiar amplitudy doznań - od śnienia (olśnienia) po drzemkę - domaga się wynalezienia specjalnego przyrządu. "Bzdury" są dobre na wszystko.


Old Photograph. 2007


Jubileuszowa edycja ENH trzymała równy poziom poprzednich festiwali. Po raz piąty we Wrocławiu (te wydania znam z autopsji), wcześniej był Cieszyn i Sanok (legendarne, klimatyczne, wciąż żywe we wspomnieniach uczestników-pionierów).


Rozmach coraz większy, ale rocznicowe ceregiele nie dawały się we znaki. Machina toczyła się po wypróbowanych torach. Może odrobinę więcej głosów i analiz fenomenu Gutkowego kina pojawiło się w mediach. Zwróciłam uwagę na poświęcony ENH specjalny numer "HA!ART-u" i na podsumowujące tegoroczne wrażenia artykuły Anity Piotrowskiej "Odmienne stany kina" ("Tygodnik Powszechny") i Krzysztofa Siwczyka "Pokolenie ENH" ("Polityka") .


Tytuł tego ostatniego to pierwszy slogan sezonu. Pokolenie? Wiek nie gra tu roli! Mainstream festiwalowej publiczności to studenci, ze sporym desantem licealistów, ale - uwzględniając liczną reprezentację dziennikarzy, filmowców i filmoznawców, nauczycieli (warsztaty filmowe) i niezrzeszonych kinomaniaków - twarze trzydziesto-, czterdziesto-, pięćdziesięcio-(etc.)-latków są w tym pejzażu na swoim miejscu.


Generacja? Sens tego fenomenu tkwi w tym, że od 10 lat trwa strojenie gustów, odsłanianie nisz, wielkie forum i bezcenne wtajemniczenia w twórczość artystów, którzy wytyczają (bądź niegdyś wytyczali) nowe drogi kina. W pewnym sensie jesteśmy wszyscy z tej samej szkoły, choć - drugi slogan sezonu - każdy kształtuje swój własny festiwal (wybierając z ogromnej oferty to, na co ma apetyt - z 500 filmów co najwyżej 50).


Curved Street in Winter. Istanbul 2004.

Moje ENH 2010


Obejrzałam 30 filmów pełnometrażowych i 8 krótkometrażówek.

Nie oglądałam: Godarda, braci Quay i Szczechury (dostępne były retrospektywy ich twórczości).

Widziałam 14 filmów tureckich (w pamięci mam też 6 poznanych wcześniej), więc mój festiwal jest naznaczony Stambułem, Bosforem, melancholią i milczeniem.

Rzecz jasna - gdyby połączyć opisem jedną narodową kinematografię, powstałby z tego bełkot. Wszędzie jest jakiś Wajda, Has, Kieślowski, Holand, Kędzierzawska czy Kolski.

Pewnym zawężeniem jest hasło "nowe kino tureckie", czyli filmy powstałe po doświadczeniach politycznych i społecznych 1980 roku (przewrót wojskowy), kino twórców debiutujących w latach 90. XX wieku i później.

Wytrychem może być etykieta "kino autorskie", bo ona ustawia myśl. Są różne charaktery pisma, choć czasem ta sama ręka podlega odmiennym drganiom.


Golden Horn in Winter. Istanbul 2006

Reha Erdem jest bliski opowieściom mitycznym, sięga po metaforę, szuka doświadczeń inicjalnych. Sam pejzaż jest tu opowieścią, a topografia i czas obywają się bez map i kalendarzy. Kilka lat temu widziałam piękne "Czasy i wiatry", w tym roku urzekł mnie "Kosmos". Znawcy komentują, że jest to mistrz heterotopii (nie utopii - ta jest bytem idealnym, więc nieistniejącym), czyli przestrzeni, w której się marzy, gdzie doświadcza się chęci bycia wśród ludzi i ucieczki w swą odrębność jednocześnie.


Nuri Bilge Ceylan - najbliżej spokrewniony artystycznie z Pamukiem. W rozmowie wyznaje, że popada w melancholię patologiczną, ale najwyraźniej nie jest to stan permanentny, skoro przełamuje go konkretem i wiarą w sztukę.

"Sztuka jest jedynym sposobem na wyrażenie siebie. Ludzie preferują dookreślanie, chcą postrzegać siebie jako osoby konsekwentne. A przecież ze swej natury są bardzo niedookreśleni, rozmyci, niestabilni. Tę zmienność tkwiącą w człowieku idealnie pokazuje Dostojewski. Być może, jeśli jesteś filozofem, musisz operować bardzo ostro zarysowanymi, precyzyjnymi kategoriami pojęciowymi. Artysta może być natomiast wolny. W sztuce nie musisz byc niczego pewien. Tworzenie wymaga jednak odwagi, siły, aby ukazać coś, co do czego masz wątpliwości, w sposób, który jednoznacznie mówi, że stoisz za tym dziełem."


Snowfall. 2007 (na zdjęciu ojciec Ceylana, występujący w jego filmach)


Ceylan jest najbardziej europejski spośród plejady twórców tureckich i najbardziej przez Europę doceniony. Reżyser i fotograf. W Galerii na Solnej obejrzeć można było jego wystawę fotografii. Wszystkie zdjęcia ilustrujące mój tekst są jego autorstwa (pochodzą z oficjalnej strony (Nuri Bilge Ceylan)


Zeki Demirkubuz - jedyny, który miał swoją retrospektywę (osiem filmów - obejrzałam pięć). Oficjalnie przyznaje się do fascynacji Kieślowskim, podobno szczególnie naznaczył go "Dekalog 6". Minimalista, jego styl jest surowy, precyzyjny, wystudzony. Opowiada o destrukcyjnej sile ludzkich namiętności ("Przeznaczenie", "Zazdrość") lub wypalenia ("Poczekalnia").


Sahir Kaplanoglu - pamiętam, że kilka lat temu spodobało mi się "Jajko", pierwsza część trylogii o Yusufie, stambulskim poecie i księgarzu, który powraca na prowincję przynaglony śmiercią matki. (Kolejne części to "Mleko" i Miód".) Turecki temat wykorzenienia, rozdarcia między tradycją a nowoczesnością, wsią i miastem, wschodem i zachodem, nieco uogólniając: między Azją a Europą. W tegorocznym repertuarze był "Upadek anioła" - trudny, hermetyczny, sugerujący zdarzenia ukazane ledwie w zalążku. Bohaterką jest Zeynep, młoda kobieta omotana w stare swetry, skrępowana. Obciążona relacją rodzinną (despotyczny, molestujący ją ojciec), związana z poczciwym zakochanym w niej chłopakiem, którego odpycha i z mężczyzną, od którego otrzymuje ubrania po zmarłej żonie. Tajemniczość niektórych sekwencji pozostawiła mnie w konsternacji: nie wiem, czy wychwyciłam wszystkie informacje potrzebne do zrekonstruowania sensu.


Children Riding Bicycles. Midyat 2004 Two sisters. Dogubeyazit 2004


To, co zadziwia, to potężna dawka milczenia w tureckich filmach. Oszczędność słów, gestów, obrazów, spod której wypływały silne, spiętrzone emocje. Wyczuwalne, choć nie "zilustrowane". Różnie to można tłumaczyć - Max Cegielski (wprowadzający lub aranżujący rozmowę z twórcą po seansie) sugerował, że milczenie ma kontekst polityczny i kulturowy. A nie są to filmy polityczne, większość ma rys bardzo uniwersalny, liczne są odniesienia do kultury powszechnej (ze szczególnym upodobaniem do Dostojewskiego). Milczenie byłoby tu więc po prostu przeniesieniem doświadczeń znanych z codzienności, w której kobieta ma ograniczone prawa ekspresji, artysta musi liczyć się z cenzurą a obywatel z politycznym reżimem. W filmie Ceylana "Trzy małpy" (niepokazywanym na festiwalu) metaforycznie obrazuje to tytuł nawiązujący do wschodniej przypowieści, w której jedna z małp zasłania sobie oczy, druga uszy, trzecia usta. "Nie widzę, nie słyszę, nie mówię."


Ważne nazwiska tureckiego kina to również: Dervis Zaim ("Kropka"), Ümit Ümal ("Pomiędzy"), Hüseyin Karabey ("Mój Marlon i Brando"), Yesim Ustaoglu ("Puszka Pandory").


Pocztówki filmowe z Turcji łamały turystyczny sztafaż: mało słońca, niewiele barw, temperatura schłodzona, temperamenty zadziwiająco nostalgiczne, choć podszyte fatalizmem, gorączką, szaleństwem jakimś ukrytym.


Sardes 2003


Co było wydarzeniem, najsilniejszym doznaniem, filmem, który wgniata w fotel?

Studiuję listę obejrzanych obrazów, porównuję z porzednimi latami i nie znajduję niczego na miarę filmów Agnes Vardy, Lucile Hadzihalilovic ("Niewinność"), Roya Anderssona ("Do ciebie, człowieku"), Carlosa Reygadesa ("Ciche światło"), Petera Stricklanda ("Katalin Varga"), Steve`a McQueena ("Głód") ...


Spośród filmów tureckich wytypowałabym "Kosmos" Erdema i "Uzak" Ceylana.

Z pozostałych: "O bogach i ludziach" Beavoisa i dwa filmy nie najświeższe, lecz dobrze znoszące próbę czasu: "Barry Lyndon" Kubricka i "Taśma" Linklatera. Oba pokazane w cyklu Nowe Horyzonty Języka Filmowego.

"Barry Lyndon" to trzygodzinny seans z brawurową rolą Ryana O`Neala. Barwne losy irlandzkiego szlachcica rzucone na panoramę osiemnastowiecznej Europy, której realia oddane są tyleż wiernie, co uwodząco. Opowieść snuje głos z offu, wprowadzając dowcip i ironię. Film z 1975 roku, który naprawdę warto było obejrzeć na ogromnym ekranie kina Helios. Słowa festiwalowego katalogu (na ogół wyważone) brzmią przy tym tytule entuzjastycznie: "Jeden z najpiękniejszych filmów świata...", "Pod kątem zdjęć film nie ma sobie równych w historii kina.", "Arcydzieło pokazujące nieograniczone możliwości kina i taśmy filmowej.". Co za euforia recenzencka!


I dla kontrastu - dziejąca się w zamkniętej przestrzeni "Taśma" z 2001r. Kameralna scenografia hotelowego pokoju, w którym przypadkiem - nieprzypadkiem spotykają się szkolni przyjaciele. Od matury minęło dziesięć lat, a "pewnych rzeczy nie da się wymazać". Ethan Hawke, Robert Leonard i Uma Thurman. Kto wobec kogo był nie fair? Kto i w jaki sposób dąży do konfrontacji? Kto jest przegranym a przed kim perspektywy wciąż są szerokie? Rewelacyjne dialogi i gra aktorska. Napięcie wzrasta a batuta przechodzi z rąk do rąk. Majstersztyk. Zwłaszcza ze względu na ograniczenia przestrzeni i zdawać by się mogło, że niefilmową strategię.

PS. Wojciech J.Has jest klasykiem nieśmiertelnym, ożywczym, poetyckim, wizjonerskim. Kto nie znał, mógł tego doświadczyć.

 
1 , 2 , 3