literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Kategorie: Wszystkie | filmowe | literackie | myślane | wyszperane, znalezione
RSS

literackie

poniedziałek, 21 lutego 2011

Warszawski Żoliborz - choć zupełnie bez potrzeby pokryty śniegiem - był cichy, spacerowy i nie wiadomo dlaczego wyludniony.


Weekend skrojony na film. Dwunastogodzinne warsztaty w Akademii Filmowej były elementarne, ale klimatyczne. Taki zoom na warsztat operatora i montażysty. Podejrzenia, że montaż jest najfajniejszy, okazały się słuszne. Zabawa przednia i efekt dający wyobrażenie o potędze kompozycji...w filmie...i co tu dużo mówić: we wszystkim. Ten sam materiał mógł zostać użyty do stworzenia opowieści o zróżnicowanych tonacjach nastrojowych i odmiennych przesłaniach. Nie mówiąc już o tym, że efekt końcowy w prostej linii zależał od sprawnego oka i niedrżącej ręki tego, który tnie. Z oddaniem cesarzowi co cesarskie, czyli przypomnieniem, że bez dobrego scenariusza i gry aktorskiej, i zdjęć (im więcej dubli tym większy sezam) i myśli reżysera - montażysta musiałby nalewać z próżnego, czyli bawić się w Salomona, z marnym efektem.


Jednak wisienką na torcie mego dwuipółdniowego pobytu w stolicy były wieczorne spektakle.

Jako że każdy łapie okazję, więc i ja.

Kina w Poznaniu stoją na mocnym gruncie, a takie metro czy "bezlik" ofert teatralnych to dla mnie atrakcja. Niczym dla dzieciaka wiatraczek z odpustu. Podobało mi się już z samej definicji. Poza tym: wisienki naprawdę pierwszego sortu.


Teatr Na Woli

Nasza klasa. Historia w XIV lekcjach

(spektakl wyreżyserowany przez Ondreja Spišáka)


Znam "Sąsiadów" Jana Tomasza Grossa, nie znam "Naszej klasy" Tadeusza Słobodzianka. Słowem: przeżyłam już dreszcz przerażenia, gdy poznawałam historię Jedwabnego. Banalność zła, które rozegrało się w sztetlu, gdzie ci, których poniosły (co?: uprzedzenia, chciwość, głupota...?) złe emocje wymierzyli śmierć tym, z którymi od lat dzielili życie.

Szkolna polsko-żydowska klasa jest świetnym spectrum. Siedzą w ławkach obok siebie, potem stają vis a vis jak ludzie z odległych galaktyk.


Artystyczna obróbka Słobodzianka, nagrodzona tegoroczną Nike, budzi różne nastroje. Nie zadeklaruję niczego w sprawie tekstu - oglądałam spektakl. Aktorzy ucieleśnili mi postaci, wprowadzili też -podejrzewam, że silniejszą niż w tekście- umowność.

Już choćby to, że są sobą, w tym samym stroju i postawie, zarówno gdy recytują wierszyki z elementarza, jak i w momentach próby, czy u kresu, gdy wszyscy mają to samo poczucie zmarnownia życia. Spartaczenia marzeń.



Historia polsko-żydowskiego miasteczka... Od lat trzydziestych (może wcześniej, bo piosenka o ćwierkających w drodze do szkoły wróbelkach sięga lat wczesnoszkolnych), poprzez czas porewolucyjnych sympatii żydowskich z ideami komunizmu, po okupację, stalinizm...aż do pontyfikatu polskiego papieża.


Nic dziwnego, że oprócz (z)grozy wojennej (mord całopalenia w kościele, potajemne zbrodnie, jawne upokorzenia i bezkarne gwałty) pojawia się kilkakrotna zamiana ról.

To mi się podobało, bo odbierało postaciom jednoznaczność.


Menachem raz był zaszczutym, ukrywającym się Żydem, to znów oficerem UB przesłuchującym dawnych oprawców; kochankiem Zochy, która dla niego ryzykowała życie (jako Polka ukrywająca go w stodole) to znów łajdakiem, który ją rzuca i w Izraelu chce ułożyć sobie życie od nowa. Ale od nowa nie można - żeby było jasne: naznaczenie nie znika.


Zygmunt jest antysemitą. Prostackim w swym myśleniu i cynicznie przebiegłym w działaniu. Ojca się wyprze, na kolegę z klasy zorganizuje pułapkę, koleżankę Żydówkę zgwałci... , choć inną uratuje. Ale koło fortuny się toczy i po chwili jest ojcem rodziny, bohaterem narodowym - torturowanym w więzieniu ubeckim... towarzyszem...złamanym nieszczęściem ojcem.


Ofiara bywa oprawcą. I tylko im dalej w las, tym mniej miejsca na naiwność.

Naiwny jest Abram, jedyny z klasy, który przeżył swe życie poza Polską, wchodząc w skórę amerykańskiego rabina.


Jest w tym pewien nadmiar. Jakby rozpędzona machina historii (albo wizja reżysera vel autora tekstu) zagalopowała się bez miary. Kartoteka polskich kart. Wszystkie karty są w grze.


Dziwnie korespondowało to z dyskusją, która zrodziła się na filmowych zajęciach - o lokalności polskiego kina, grzęźnięciu w tym, co polskie, nieczytelne dla tych, którzy przyspieszonego kursu polskich traum, kompleksów i szerokich gestów nie przerobili.

W "Naszej klasie" jest właśnie takie zagęszczenie historycznych kodów. Oglądałam bez znużenia, ale było w tym pomyśle coś niczym wyciąganie chustek z cylindra magika. Każda kolejna zmienia barwy dotychczasowej konstelacji. No i wyciąganie trwa bez końca...


Chwyt, który mi się podobał: piosenki z elementarza, wierszowanki, banalne recytacje, wygłaszane infantylną intonacją przez wszystkich naraz. Na początku tworzyło to po prostu aurę szkoły. Potem brzmiało zaskakująco, teatralnie... Ale to świetny pomysł! Takie banalne frazesy o Koperniku, co ruszył ziemię, wstrzymał słońce, o dobrym Polaku... Składanka prostych klisz, które budują naszą tożsamość. Pełno ich mamy w głowie i one wcale nie są takie dobroduszne, jak się zdaje. Nasze myślenie jest funkcją tych wpakowanych nam do mózgu śmieci.


Oczu nie mogłam oderwać od Zochy (Izabela Dąbrowska) i Racheli przechrzczonej na Mariankę (Anna Gryszkówna). Rewelacyjne postaci i świetne aktorki. Dwa odmienne kobiece losy i dwa style brania się za bary z życiem.


Wisienka druga: na wieczór po dniu pełnym wrażeń, środek relaksujący.

 


Teatr 6 piętro

Zagraj to jeszcze raz, Sam

(spektakl wyreżyserowany przez Eugeniusza Korina, na podstawie sztuki Woody Allena)


Lekko, neurotycznie, ...farsowo. Kuba Wojewódzki jako bohater rodem z Woody Allena - zakompleksiony intelektualista z pretensjamii, nieporadny emocjonalnie, gotowy do szarż, gdy są niepotrzebne i tchórzliwy w najprostszych sytuacjach. Tak, to całkiem niezły Woody Allen (no, taki polski, czyli p r a w i e  Woody). Jest jego była, Nancy (Małgorzata Socha) i zaprzyjaźnione małżeństwo - Dick (Żebrowski) i Linda (Cieślak). Nade wszystko zaś jest postać, która schodzi z ekranu filmowego: Humprey Bogart! Czarny typ uwodziciela, doradca Kuby- ciamarajdy. Przyjemny ten duet. Z reszta: kwintet, ale dialogi Wojwódzkiego i Olbrychskiego, okraszone aluzjami personalnymi, jakoś najlepiej korespondowały z moim nastrojem.


A Casablanka w tle..:)


I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje wyskoki teatralne. Najbliższy skok zakończy się prawdopodobnie w fotelu kinowym.


zagraj to jeszcze raz, Sam


czwartek, 03 lutego 2011

Tonino Guerra

Mówią o nim, że młody. Wierzę.

Metryki, statystyki, rankingi - to przecież informacje dla amatorów tabelek. Ja wolę opowieści, a Tonino Guerra jest ich mistrzem. Znam nieliczne, a wyczarował niemal setkę filmowych scenariuszy.

Raz jeden otrzymał nominację do Oscara (1976) za scenariusz oryginalny do filmu "Amarcord" - to mój ulubiony obraz Felliniego.

Włoskie kino naznaczone opowieściami Guerry to oprócz Felliniego (jeszcze: "Ginger i Fred", "A statek płynie") przede wszystkim MichaelAngelo Antonioni ("Przygoda", "Zaćmienie", "Czerwona pustynia", "Zabriskie Point"i inne), również: Vittorio De Sica, Paolo Taviani, Francesco Rosi i Giuseppe Tornatore.


Ważna była jego przyjaźń z Tarkowskim.

I bardzo szczególna współpraca z Theo Angelopoulosem. Ta interesuje mnie szczególnie ze względu na moje plany, by filmy te wreszcie poznać, do kilku powrócić. Zrobili razem osiem filmów (m.in. "Pejzaż we mgle", "Spojrzenie Odyseusza", "Wieczność i jeden dzień").

Angelopoulos tworzy kino autorskie i sam jest zarazem reżyserem i scenarzystą. Tonino go wspomagał. To będzie odsłona szczególiku tej współpracy, który swą prostotą przypadł mi do serca.


"Zacząłem opowiadać mu o moim projekcie scenariusza Podróży na Cyterę. Słuchał jak dziecko.

Dotarłszy jednak do momentu, kiedy starzec wraca po trydziestu latach wygnania i widzi żonę, która czeka na niego w drzwiach domu, zatrzymałem się. Nie potrafiłem znaleźć pierwszego słowa, pierwszych słów, które wypowiedziałaby do niego kobieta po trzydziestu latach.

Tonino wstał z nagłym błyskiem w oczach.

- Jadłeś?

- Co takiego?
Nie rozumiałem. Tonino uśmiechnął się.

- Jadłeś? - powtórzył. - O to zapytał mnie ojciec, kiedy wróciłem pieszo z obozów jenieckich w Niemczech w czterdzistym piątym.

- Słowo, którego szukałem." (Theo Angelopoulos)


Krytycy sugerują wpływ Tonina Guerry na znaczące przesunięcie w filmach Angelopoulosa: od historiozoficznej analizy do refleksji egzystencjalnej. Jednostkowy bohater, mniej - trudnych dla obcokrajowca - kontekstów politycznych. To wszystko nie czyni z tych filmów obrazów łatwych, lekkich i przyjemnych, ale wierzę (a priori), że je upraszcza.

 

Kultura włoska, rosyjska, grecka. Z tej międzynarodowej ekspansji czas jednak powrócić do miejsca, skąd wyruszył w świat, do którego wrócił, które uznał za docelowe.

 

Włochy, Romania, wioska Pennabilli.

Mikrokosmos. Stary (choć młody) Tonino Guerra mieszka tu z bratem, wśród sąsiadów -Biny, Pineli, Filomeny (i jej głupiego syna), Pirina od Pszczół, Pidia i innych. Życie płynie wolniej, ciszej, nabrało gęstości - cokolwiek to oznacza, bo pewnie utraciło już niektóre smaki, te burzliwe i pikantne.

Tonino Guerra jest poetą. W Polsce znamy jeden tylko tomik, "Miód". Przetłumaczony z włoskiego, czyli pośrednio, bo językiem oryginału jest dialekt, którym posługują się mieszkańcy tej ziemi. Wydawnictwo rekompensuje to kilkoma cytatami z dialektu i zestawieniem polskich tekstów z ich wersją włoską.

 

Powrót do początku niesie ze sobą odkrycia, które wymagają dojrzałości. Dopóki kogoś gna, by świat podbijać, będzie na nie głuchy. Później głuchniemy na to, co złudnie wabiło nas w młodości. Sięgnę po słowa Jarosława Mikołajewskiego ze wstępu do tomiku - Guerra "wraca do rodzinnej krainy - z miasta, w którym szukał przemiany losu, na wieś, która jest losem niezmiennym".

 

Spaliłem strony z książek, kalendarze,
mapy. Dla mnie Ameryki
już nie ma, Australii jakby nie było,
Chiny są zapachem,
Rosja białą pajęczyną,
zaś Afryka szklanką wody, o której śniłem.   (Pieśń druga)

 

Wiersze - jakie są? Proste. Dla wiecznie zdziwionych brakiem ostrej różnicy między prozą a poezją mogą być kolejnym pretekstem, by o to spytać. Są słowa poetyckie, ale nie wyszukane. Jest liryzm, trochę kruchych uczuć i wrażeń. Czasem odpryski spostrzeżeń, obrazów:

 

Kiedy jesienią
drzewa były nagie,
pewnego wieczoru
nadleciała chmura
wycieńczonych ptaków;
usiadły na gałęziach.
Zdawało się, że to wróciły liście,
żeby pohuśtać się na wietrze.    (Pieśń dwudziesta druga)

 

Nade wszystko te wiersze są opowieściami, są epickie, trochę plotkarskie lub pamiętnikarskie.
Niech dopowie za mnie Italo Calvino:

"U Tonina Guerry wszystko przeobraża się w opowiadanie i w poezję: w słowie mówionym, pisanym, czy też w sekwencjach filmowych, w prozie czy w wersach, po włosku czy w dialekcie. W każdym jego wierszu jest opowiadanie; w każdym opowiadaniu poezja."

 

Trzydzieści pięć pieśni. W jednej bracia obserwują przez okno burzę, a później smakują wodę ze szklanki, którą napełnila ulewa - "a potem porównaliśmy tę wodę z nieba / z codzienną wodą,/ która nie ma zapachu piorunów". W innej Prin od Pszczół wędruje z ulami po wsiach (tak, trzeba pszczołom dopomóc). Kolejna o ojcu Biny, który wyjechał do Chin i stamtąd pisał listy:

 

raz w roku słał wiadomości, potem nazwane
"listami z Chin". W pierwszym pytał o kozę,
która miała gorączkę w dzień jego wyjazdu,
w drugim opowiadał, że jadł węża; w trzecim
o przyszywającej mu guzik kobiecie,
czwarty był pełen gryzmołów, jakby kura grzebała pazurem
w błocie, aby wiedzieli, że już jest Chińczykiem
i że zapomniał wszystko, nawet słowa.    (Pieśń pierwsza)

 

Gdybym miała wybrać wiersz jeden jedyny dla oddania klimatu tego tomu, wybrałabym Pieśń trzydziestą. Jest o gadaniu. Tonino i jego brat, dwaj tetrycy marudzący na zmieniający się, oczywiście na gorsze, świat. Noc przegadali o zbożu - że kiedyś było takie, "które nie pokładało się podczas wichury", podczas gdy dzisiejsze "wyciągnięte jak głód,/ które niczym dziwka od razu kładzie się na ziemię". I ciąg dalszy:

 

tak w ogóle przygnębiała nas myśl, że świat
jest coraz brzydszy. Jednak pewnego ranka
wyciągnęliśmy z szuflad komody
odświętne ubrania, których nie zakładaliśmy już od dawna.
Moja marynarka i spodnie pasowały także jemu,
jego rzeczy zdawały się szyte na moją miarę.
Nie wiedząc, dokąd idziemy, otworzyliśmy drzwi
i tuż przed nami, na przydrożnej
łące, kwitły wiśnie,
które witały nas w błękicie powietrza.
Wtedy ja i mój brat stanęliśmy
jak wryci na schodku i bez słowa
zdjęliśmy z głów kapelusze.


Chapeau bas! Iga Cembrzyńska w którymś filmie Kondratiuka mówi podobnie: Chcę mieć ładne myśli, to się ładnie ubrałam. :)


To nie jest tomik, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Tu można spotkać Tonina Guerrę. Starszego pana z talentem do opowieści. I oczywiście cały jego mały mikrokosmos.

Ta poezja przypomina mi klimat filmu, który widziałam kilka lat temu. To dokument hiszpańskiej reżyserki Mercedes Alvarez "Niebo obraca się" (El cielo gira). Autorka powraca do wioski, którą opuściła jako mała dziewczynka. Była ostatnim dzieckiem, które przyszło na świat w tym miejscu. Teraz żyją tu wyłącznie starsi ludzie, kilkunastu. I właśnie taka senna, niespieszna, lekko nostalgiczna, ale też humorystyczna aura spowija ten film. I tomik Tonina Guerry również.


 

Tonino Guerra, Miód, Wydawnictwo Anagram. Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, Warszawa 2008.


Żeby uściślić wiek młodego Tonina, podaję rok urodzenia: 1920.

 

A poniżej plakaty kilku filmów, do których pisał scenariusze.

 

Ginger i Fred.Fellini Amarcord. Fellini A statek płynie. Fellini Zabriskie Point. Antonioni Zaćmienie. Antonioni

Wieczność i jeden dzień. Angelopoulos Pejzaż we mgle. Angelopoulos Spojrzenie Odyseusza. Angelopoulos

niedziela, 16 stycznia 2011

Tomasz Mann, Śmierć w Wenecji, [data powstania: 1911]

Śmierć w Wenecji, reż. Luchino Visconti [film z roku 1971]


W eseju Süskinda "O miłości i śmierci" znalazłam aluzję do opowiadania Tomasza Manna Śmierć w Wenecji. Przeczytałam je (ponownie) i obejrzałam (po raz pierwszy) jego filmową adaptację wyreżyserowaną przez Viscontiego.


Klasyka - dzieła obrosłe w interpretacje, osadzone w kulturowych kontekstach, stworzone przez artystów o wielce docenionych nazwiskach.


Zacznę od anegdoty, którą znalazłam w notce na temat savoir vivre`u na blogu Ja, Irena i ja. Porady dotyczą tego, jak kulturalnie rozmawiać, jak być damą. Panie spotykają się na herbatce i wymieniają konwencjonalne uwagi, wśród których pada - nieco ryzykowne - wyznanie jednej z nich, że woli herbatę Pickwicka od Klubu Pickwicka Dickensa. Odpowiedź rozmówczyni: "Klub Pickwicka jest arcydziełem. Radzę przeczytać raz jeszcze." I wracają do herbatek vel pogody.


Coś podobnego odczuwam, czytając Manna. To nie mój pisarz, nie mój bohater, nie moja melodia. Ale... damą będąc, doczytałam do ostatniego słowa.

Film Viscontiego obejrzałam z przyjemnością. I w kilku zdaniach - poprzedzonych spostrzeżeniami ogólnymi - spróbuję wyrazić swe przekonanie o wyższości obrazu nad słowem. W tym konkretnie zestawieniu.



Gustaw Aschenbach to mieszkający w Monachium pięćdziesięciolatek, uznany pisarz, który za swe zasługi otrzymał szlachectwo, a jego dzieła umieszczano w szkolnych wypisach z literatury. Mężczyzna o niezwykłej samodyscyplinie, zrównoważony, o ogromnym poczuciu obowiązku (wobec swego talentu, którego nie wolno mu zaprzepaścić, wobec społeczeństwa, etc...).


Ktoś opisał go tak: "Oto Aschenbach żył od dawna tylko tak - i mówca zacisnął palce lewej ręki w pięść - nigdy tak - i swobodnie zwiesił otwartą rękę z poręczy."

 


Zmęczony monotonią wyjeżdża do Wenecji, zatrzymuje się w jej pobliżu, w hotelu na wyspie Lido.


Obserwuje otaczający go światek kuracjuszy, odwiedza Wenecję, spędza dnie na plaży. Przeżywa udręki wywołane przez sirocco. W centrum jego zainteresowań jest 14-letni Tadzio, przebywający tu ze swą polską rodziną. Aschenbach jest oczarowany jego pięknem, podpatruje go dyskretnie, zna linię jego sylwetki, układ włosów, niuanse zachowań. Jeszcze się do tego nie przyznaje, ale zakochał się po uszy. Tak, wie, że to niewłaściwe. Nie zdradza się z niczym, zresztą - opuszcza Wenecję, uciekając przed niepokojem, który w nim zagościł. Ale ucieczka nieudana - na dworcu źle nadano bagaż, więc wraca i tym razem pozwala sobie wielbić Tadzia.


Tymczasem coś niepokojącego rozgrywa się w samym mieście. Silnie pachnie karbolem, którym dezynfekuje się ulice. Tubylcy, bojąc się strat finansowych, usiłują zataić przed turystami okrutną prawdę: w mieście panuje zaraza. To sceneria dla chorobliwej miłości. Im większe rozprzężenie wywołuje choroba, tym większy chaos w głowie i sercu Aschenbacha. Zachowania już nie dyskretne, lecz graniczące z upokorzeniem i śmiesznością.


Świetny - trzeba Mannowi przyznać - pomysł z wprowadzeniem "fałszywego młodzieńca" na początku opowiadania. Na statku do Wenecji Aschenbach widzi starszego mężczyznę mizdrzącego się do młodych, z makijażem i w stroju, który ma go odmłodzić. W ostatnich scenach główny bohater odgrywa podobną rolę. Chce się podobać - maluje usta, farbuje włosy, wierzy w trywialną prawdę fryzjera, że "mamy tyle lat, do ilu poczuwa się nasz duch...".


Nieszczęśliwa historia. Zakończy ją śmierć, w Wenecji.


Visconti sięga po prozę Manna z czcią i fascynacją. Nie ma więc powodu, by film przeciwstawiać literackiemu pierwowzorowi. W tekst Manna wpisane są już konteksty i pytania, które reżyser podejmuje. Z tym, że w filmie jest więcej warstw, bardziej oczywista jest jego intertekstualność (do Śmierci w Wenecji trzeba by dodać Doktora Faustusa Manna, biografię i muzykę Gustawa Mahlera - choćby to).


Historię starzejącego się artysty zauroczonego młodością i pięknem opowiedział 36-letni pisarz i 65-letni reżyser. Zaznaczam, choć nie śmiem twierdzić, że to mogłoby dać którejś z wersji przewagę.

 

 


Visconti czyni Aschenbacha muzykiem.

I wplata retrospekcje, w których słyszymy jego spór z przyjacielem na temat istoty sztuki i piękna. Aschenbach całe życie odrzucał zmysły, szukał doskonałości i tego, co duchowe. Protestuje wobec sugestii, że sztuka bądź artysta mogą być dwuznaczni moralnie. To, co mu się przydarza, przeczy więc wszystkiemu, w co wierzył. Odkrył nową prawdę, czy tylko sprzeniewierzył się samemu sobie?


W opowiadaniu Manna bohater rozmawia sam ze sobą i z tekstem Platona (Sokrates wyjaśnia naturę piękna i artysty Fajdrosowi).

Muzyka filmowa (dużo Mahlera) dopowiada portret Aschenbacha-artysty. O naturze sztuki słowa nigdy nie dowiedzielibyśmy się równie wiele.

A skoro portet...


Rola główna to kreacja Dirka Bogarda.

Świetna. Dystans, samotność, ostrożność, choroba, obserwacja(!), a zwłaszcza sceny końcowe, gdy paraduje w makijażu, ... gdy czarne strużki potu zabarwionego fryzjerską farbą spływają mu na twarz...


Bardzo lubię scenę na dworcu (rozbudowaną w filmie). Aschenbach postanowił uciec, wycofać się z sytuacji. Pośpiesznie kupuje bilet, może nie zdążyć, jest zdenerwowany i spięty. A tu urzędnik informuje go o pomyłce w przesłaniu jego bagażu. Szczyt irytacji! Jest naprawdę wściekły, wykrzykuje i odgraża się, by po chwili stanowczo stwierdzić, że w takim razie on wraca do hotelu. Złość ustępuje radości! Przecież tego właśnie chciał. Cudnie to Bogard zagrał. Kostyczny Aschenbach nagle się rozluźnia, ma figlarną minę, jak dzieciak.


W dworcowej hali zdarzył się incydent. Zesłabnięcie (śmierć?) wymizerowanego tubylca. Nikt jeszcze nie wie, że to symptom zarazy. Jeden z licznych znaków śmierci i rozkładu, które towarzyszą tej opowieści. Innymi są gondole-łodzie Charona, Wenecja - miasto upadającej świetności, chore, wspomniani już starcy przerażeni swym przemijaniem.


Obrazy filmowe oddają główne zajęcie Aschenbacha. Są obserwacją.

Można o tym pisać, ale lepiej pokazać. Tu wyższość filmu wydaje mi się bezsporna.

Samotny muzyk rzadko wdaje się w rozmowy, częściej rozgląda się, szuka wzrokiem Tadzia, obejmuje spojrzeniem fin de siecle`ową scenerię wytwornego kurortu.


Elegancja, dystyngowane ruchy, towarzyskie przesiadywanie w salonach, na tarasach, na plaży. Stosowne stroje panów - tak, w garniturze nad brzegiem morza. Piękne suknie pań, kapelusze, woalki. To seria malarskich ujęć. Gęstych w treść, mimo że szmer rozmów nie zmierza do rozstrzygnięć fabularnych. Słyszymy polskie dialogi - Tadzio, jego siostry, piękna mama i służba to Polacy.


Mama jest niezwykła. Rozmawia z dziećmi jak z osobami z towarzystwa, nie naruszając image`u damy. Jest zjawiskowa! Sama nie wiem, który kostium podobał mi się bardziej. Różowa (lekko!) powłóczysta, podkreślająca sylwetkę suknia, udekorowana perłami? Nienaganny kostium ecru? Może ta srebrno-szara z przebłyskiem stonowanego różu, zestawiona z cudnym kapeluszem? Magia.


Spojrzenie Tadzia.

Wymiana spojrzeń to kwintesencja znajomości muzyka i chłopca. Jak wygląda ten młody bóg, o którym pisze Mann? Czym jest to piękno, które zniewoliło Aschenbacha?

Fałszywa obsada mogłaby zniszczyć film.

Szczupła sylwetka, delikatność, poetycko-anielska twarz, melancholia przełamywana radością morskich zabaw. Uroda aktora jest tu głównym narzędziem kreacji.

Tadzio Viscontiego jest współuczestnikiem gry, nie tak nieświadomym jak literacki pierwowzór. Rozpoznał spojrzenia Aschenbacha, wyczekuje ich, odpowiada uśmiechem...


Wszystko pochodzi jakby z innego świata. Niuanse, dekadencja, życie sztuką, która nie syci się popkulturą... Bezkresne morze, muzyka... i Wenecja - miasto, które umiera, zatruwa, do którego dociera się i penetruje drogą wodną... zanurzając się w wody Styksu i Lety.



czwartek, 06 stycznia 2011

Patrick Süskind, O miłości i śmierci, Świat Książki 2009.


Eseje o miłości.

Raz po raz znajduje się śmiałek podejmujący próbę (essai) rozważenia i odsłonięcia jej natury. Zbiera obserwacje, wsłuchuje się w głos artystów, śledzi miłosne opowieści... Analizuje, porządkuje, zestawia z sobą...wnioskuje i dzieli się tym, co wymyśli. Uff.


Czy dzięki temu tajemnica zostaje oswojona? Bynajmniej.

Czy wiemy: jak kochać, kogo i za jaką cenę?

Wiemy...tyle, co na początku: wszystko. I nic.


Sens czytania tego rodzaju rozważań wiąże się raczej z przyjemnością podróży niż z triumfem dotarcia do celu. Cieszy rozpoznawanie w czyichś myślach własnych przypuszczeń, gra motywów i strategia zakrętów. Czasami uroda zdania każe nam wyjąć notes, bo oto ktoś w kilkunastu słowach uchwycił coś, co nam się wymykało.


Süskind rozpoczyna swój tekst od parafrazy św.Augustyna - zrównuje sposób, w jaki doświadczamy czasu, z tym, jak uświadamiamy sobie miłość:


"Jeżeli mnie nikt o to nie pyta, wiem;

gdy zaś chcę wyjaśnić pytającemu, nie wiem."

 


Znane mi eseje o miłości wyszły spod pióra Stendhala ("O miłości") i Ericha Fromma ("O sztuce miłości"). Najświeższa lektura dodaje nazwisko Süskinda ("O miłości i śmierci").


Najwięcej inspiracji życiowych niesie tekst Fromma. Stendhala najmniej pamiętam. A Süskind jest z tej trójki największym prowokatorem.


Miłość niejedno ma imię i niejedną przywdziewa maskę.

Powtórzę więc za Frommem (który powtórzył to za Paracelsusem...), że:


"...kto wyobraża sobie, że wszystkie owoce dojrzewają w tym samym czasie, co poziomki,

nic nie wie o winogronach."

 

 

Mówi Süskind: miłość to choroba, irracjonalny amok.


Przywołuje Sokratesa, który łaskawie nazwał tę chorobę bogactwem i darem - "boskim szaleństwem, które dodaje skrzydeł duszy związanej z ziemskim światem".

Chorobą tęsknoty za boskością, za tym wszystkim, czego nam brak: za pięknem, dobrem, szczęściem, doskonałością.


Szybko jednak zostawiamy platońską krainę idei, by podglądać jak boski obłęd przeistacza się w choróbsko - szerzące się na potęgę, odbierające rozum tak dalece, że chory nie chce się leczyć.


Idziemy szlakiem anomalii. Süskind rozpracowuje trzy "przypadki medyczne", wspierając się zaobserwowanymi sytuacjami.




Mamy więc autyzm gruchających gołąbków: casus zakochanych, którzy gdzie by nie byli, świata poza sobą nie widzą, z jednego talerza jedzą i smutek krzyczy z twarzy, gdy na moment utracą możność patrzenia sobie w oczy. Zdziwiliby się, gdyby im powiedzieć, że to, co poza nimi, też istnieje.


Mamy agresję erotycznego nienasycenia: casus dwojga - na oko niedopasowanych, ale kto ich tam wie - niemogących zaprzestać wymiany śliny i śluzu (dosłowność Süskinda!). Wszystko, co domaga się od nich respektowania ogólnie przyjętych rytmów i taktu, uznają za złowrogie czepianie się i zazdrość. A wszelkie inne działanie - za stratę czasu. Pozostają przy tym - w odróżnieniu od gołąbków - na płaszczyźnie nade wszystko cielesnej.


Mamy wreszcie - kalectwo jednostronnych rojeń. Zilustrowane sytuacją zaczerpniętą z życia niemieckiego pisarza (wszystko mi sugeruje, że chodzi o Tomasza Manna).

 

Starzejący się pisarz (75 lat) utrwala w dziennikach swe zauroczenie Franzlem (19-letni kelner). Budzi się w nim namiętność, której nie oczekiwał (zdaje mu się więc tym cenniejsza). Irracjonalnie przyciąga go każdy gest, słowo, niuans dotyczący chłopca. Nazywa Franzla "poruszycielem" swego stygnącego ciała i duszy.


Aspekt choroby - i to jest ciekawe - tkwi nie w tym, że miłość ma zabarwienie homoerotyczne. (Wspomniany pisarz wiedzie życie szanowanego męża i ojca; Süskind sugeruje, że zamiana Franzla na Franziskę niczego by nie zmieniła.)

Chorobą jest przebywanie w sferze rojeń, przeżywanie uczucia bez konfrontacji z osobą, ku której jest ono skierowane.

Jest w tym coś z masochizmu (miłość-udręka), coś z egoizmu (miłość uruchamia wenę artystyczną, paradoksalnie: traktuje adresata uczuć instrumentalnie).

Nie otwiera, nie obdarza, jest statyczna. Stąd chorobliwość i kalectwo.

Czy zmienia coś fakt, że pisarz zainspirowany swym uniesieniem upamiętni Franzla w literaturze? I czy Süskind ma tu na myśli "Śmierć w Wenecji", o ile w ogóle za pierwowzór obrał Tomasza Manna?


Eros & Tanatos


Miłość i Śmierć - zestawienie arcyliterackie (z zapleczem malarskim i muzycznym).

Pozornie niedobrana para. Choćby dlatego - tu powtórzę za Süskindem - że o tej pierwszej mówią wszyscy bez ustanku, wyczekują jej i śnią, druga zaś - jest (coraz bardziej) tematem tabu. Odpychamy nasuwające się wraz z nią skojarzenia i nie bardzo wiemy, co z nią począć, gdy podchodzi zbyt blisko (vide: Szumowska, 33 sceny z życia).


Nie przypomnę sobie, kto to powiedział - myśl jest zapożyczona, lecz zasymilowana.

Miłość pozwala pojąć grozę śmierci.

Śmierć przeraża naprawdę dopiero wtedy, gdy odniesiemy ją do kogoś, kogo kochamy.

Bo kochać, to zaklinać wszystkie moce, by ten, kto dla nas ważny, żył (jak najpełniej), by to, co kochamy, trwało. Bez miłości, śmierć jest atrapą.


Co z tym tematem robi Süskind? Ciekawie i prowokacyjnie sobie poczyna, czego nie zdradzę, bo myśli z eseju wyciągać nie należy.


 

 

Wymienię uruchomione w eseju konteksty. Wspominałam już o "Dialogach" Platona.

Mamy też: "Dzieje Tristana i Izoldy", "Cierpienia młodego Wertera", legendę/biografię romantycznego samobójcy: Kleista, "Annę Kareninę", "Madame Bovary"..., Novalisa i Baudelaire`a.


Nade wszystko sięga Süskind do Orfeusza (z "Przemian" Owidiusza).

Esej "O miłości i śmierci" jest jedną z najpiękniejszych wariacji na temat Orfeusza i Eurydyki, jakie dotąd czytałam. A temat przecież nie nowy (vide: Rilke, Sonety do Orfeusza czy po części autobiograficzny poemat Miłosza z 2002 roku: Orfeusz i Eurydyka).


 


Orfeusz - by miłość odzyskać - udał się do Hadesu i mocą swej gry na lirze zdobył serca Cieni i władców tej krainy. Dostał obietnicę, przyprawioną błahym - jakby się zdawało - warunkiem, by nie obejrzeć się za siebie, póki nie opuszczą Królestwa Śmierci.


Fascynujący Orfeusz...i straszliwie ludzki w swych błędzie. "Historia Orfeusza porusza nas po dziś dzień, bo jest to historia niepowodzenia."


Süskind prowokuje? Tak. Zwłaszcza, gdy przeprowadza analizę poczynań Orfeusza i Jezusa.

Nie trafił Jezus do gustu Süskinda... Jest dla niego bohaterem książki, której szczerze nie lubi. Jedna z analogii dotyczy podejmowanej przez obu próby wskrzeszania zmarłych. Jezus jest (tu sarkastyczne: "oczywiście") zwycięski, Orfeusz popełnia najgłupszy, ale za to człowieczeństwem motywowany błąd.


"Trzy przypadki wskrzeszenia przez Jezusa z Nazaretu, o których donoszą ewangelie, naszym zdaniem

nie mogą się równać z tak wspaniale nieudanym wyczynem Orfeusza z Tracji ani pod względem odwagi, ani siły poetyckiej i mitologicznej."

Język, jakim komentuje poczynania Nazareńczyka, świadczy, że nie jest to dla niego postać emocjonalnie neutralna.


Prowokacje sprawiły mi czytelniczą przyjemność. Nie dlatego, by przekonywały. Raczej ze względu na tak totalną negację ogólnie przyjętych odczytań Ewangelii. Nie zacietrzewiam się, ani nie przyklaskuję, po prostu uśmiecham się na myśl, ile zachwytu włożył Süskind w opowieść o starogreckim micie.


Dla Orfeusza warto przeczytać esej Süskinda i to wielokrotnie.



* Ilustracja pochodzi ze zbiorów Wikipedia Commons i przedstawia dzieło Arno Brekera: Orpheus u. Euridike, 1944.



 


niedziela, 21 listopada 2010

Joanna Bator, Chmurdalia, Wydawnictwo W.A.B. 2010


Coś srebrnego dzieje się w chmur dali... [Leśmian, Szczęście]


Kraina wymyślona. Z inspiracji Leśmianem rodzi się jej nazwa - dawno temu, gdy Dominika i Małgosia, wałbrzyskie licealistki, marzyły o wyspie szczęśliwej.

Chmurdalia być może obecna jest w nas... Może, ale bardziej prawdopodobne, że w sobie odnajdziemy tylko obietnicę, zarys, zapowiedź miejsca (sytuacji?), do którego zmierzamy, za którym tęsknimy.


Chmurdalię nosi się w sercu, więc jest blisko. A zarazem ucieleśnia ona jakiś brak, który chcemy wypełnić, więc jest nieosiągalnie daleko. Kto o niej zamarzy, staje się Odysem lub Odyską i rusza w świat. A w świecie: wiadomo, można trafić między Scyllę i Charybdę, można nieopatrznie zjeść lotos (zapominając o celu wędrówki), wdać się w niepotrzebny konflikt z Cyklopem..., może schwytać nas w pułapkę Kirke lub omamić statycznym szczęściem Calipso.


Prawdziwa odyseja.


Powieść kontynuuje wątki rozpoczęte w "Piaskowej Górze" i dopisuje dalsze losy znanym już bohaterom. Jest równie dobra jak część pierwsza. Nie umiem zdecydować, którą wolę.


Duża frajda czytelnicza! Świetnie stworzone postaci!

I opowieści! Dziesiątki różnych historii, które przeplatają się w czasie i w przestrzeni. Jedne dzieją się współcześnie (lata 90. i przełom stuleci), inne sięgają czasów przedwojennych lub zagnieżdżają się w jakimś międzyczasie. Bohaterom przybywa lat: ktoś umiera, zmieniają się życiowe role, pokolenie dzieci dorasta - rówieśnicy Dominiki przekraczają trzydziestkę.


Wałbrzych z Piaskową Górą nadal jest znaczący, ale to już nie "pępek świata". W Babelu nadal pomieszkuje bojąca się wszelakich udziwnień (fiksum dyrdum i fiu bździu) Jadzia, a za sąsiadki ma równie drobnomieszczańskie jak ona - Krysię  Śledź i panią Lepką.

Alternatywnie ważny jest prowincjonalny Kamieńsk, miasteczko, które przed wojną było sztetlem, a choć późniejszy brak żydowskich mieszkańców miejsce to ogołocił, to i tak we wspomnieniach Icka Kaca czy Grażynki pozostanie ono wiecznie młode. Tu mieszkał fotograf (Ludek Borowic), który na zdjęciach rozpoznawał czyhającą śmierć i przeraził się, widząc u schyłku lat 30. niebezpieczną aurę nad głowami większości swych sąsiadów. Tu żyły Ciocie Herbatki, tajemnicze syreny z nocnikiem Napoleona.

Ważnym przystankiem okaże się niemieckie gospodarstwo pod Monachium, w którym Hans niepokoi się, że jego polska żona (tak! Grażynka Rozpuch, ta, która uwiodła chyba już cały męski świat) potrafi być szczęśliwa z nim i bez niego, jednakowo.


Ważny jest Nowy Jork, z którego wywodzi się Sara, potomkini hotentockiej Wenus (jaśniej: czarnoskóra, żółtowłosa, afrykańsko obfita dziewczyna, która podąża śladami swej ulubionej opowieści o XIX-wiecznej piękności [dziwolągu?], co to Napoleona zadziwiła i na kryształowym żyrandolu się huśtała). Miasto, w którym mieszka i Icek Kac, i żyjąca przeszłością i książkami Eulalia Barron.

Istotny jest Londyn, gdzie Dominika robi karierę fotografki i spotyka starą Greczynkę Apostoleę.

I cudnie niezwykła (a zarazem matriarchalnie dziwna) jest grecka wyspa Karpathos.


W porównaniu z "Piaskową Górą" świat się powiększył.

Silniej odsłania się przeszłość. Rozszerza się przestrzeń. Przybywa bohaterów, z których każdy niesie własną opowieść, a zarazem przynależy do opowieści głównej.


Niektóre sploty losów wydają się niezwykłe, ale są zdecydowanie z realistycznego porządku.

Można przecież w dalekim świecie wynająć pokój u kobiety, która zna naszego przyjaciela z dzieciństwa. Można wysłuchać opowieści, w której mignie na moment (nierozpoznana) postać z własnej biografii lub rodzinnego albumu.

Nie mogę oddać tego fenomenu w opisie, bo delikatnie przeplatane nitki zamieniłyby się w grube nici i wzbudziły podejrzenia. Tymczasem świat obu powieści Bator ma jakąś swoją podszewkę, która prześwituje przez ażurowy wzór. Z przyjemnością natrafiałam na takie przebłyski.


Realizm... a jeśli zdarza się fragment odrealniony, to od biedy można by rzec: realizm magiczny. Ale lepiej - idąc tropem autorki (wywiad): tekst nocny.

"[Ernest Sabato] wyróżnia 'tekst dzienny' i 'tekst nocny'. Tekst dzienny to wszystko to, co dzieje się na poziomie moich świadomych intencji, kiedy konstruuję bohaterów, zastanawiam się, co robią i dlaczego. Tekst nocny zaś to nieświadomość, to, co 'się pisze' i co może sprawić, że sama siebie zaskoczę - przyjemnie lub nie. Tekst nocny to ten, w którym można spotkać (...) Ciocie Herbatki przemienione w syreny".*


Co porządkuje świat "Chmurdalii"?


Po pierwsze: motyw podróży wzorowany na "Odysei" Homera (którą niektórzy z bohaterów czytają a wydarzenia parafrazują) i nierozłączny z nim problem inności. Bycia wśród innych i bycia odmieńcem.


Po drugie: motyw nocnika Napoleona, arcycennej pamiątki, która przechodzi z rąk do rąk niczym kłębek włóczki scalający tylko pozornie odrębne elementy.


Po trzecie: Dominika-Odyska (określenie autorki, użyte w wywiadzie). Tylko ona może łączyć ze sobą historie wałbrzyskie z nowojorskimi, londyńskimi, z historiami, które powierzają jej ludzie w opowieściach lub które utrwala swym wyczulonym okiem na fotografiach.


Czytałam wywiad z autorką, który odsłania rodowód niektórych postaci. Dominika jest ukształtowana z osobistych doświadczeń Joanny Bator. Rzecz jasna nie chodzi tu o wydarzenia fabularne. Raczej o sposób istnienia, nomadyczną osobowość, miejsca, które ją naznaczają. Bator z autopsji zna Piaskową Górę i Londyn, Nowy Jork, i Kamieńsk... miejsca przefiltrowane przez doświadczenia pisarki.

"Moim sposobem zamieszkiwania świata jest bycie w drodze". "Mam tożsamość podróżną - tak w ogóle widzę tożsamość współczesnego człowieka".


Po czwarte (jest i po piąte, szóste, siódme..., pominę, bo to już smaki indywidualne): postać Grażynki i Jadzi.

Z powodów fabularnych - obie pojawiają się często i funkcjonują albo jak katalizator wydarzeń (Grażynka) albo jak przekaźnik plotek i opowieści (Jadzia).


Obie są archetypiczne: Grażynka to kobiecość tajemnicza, uwodząca, wymykająca sie oswojeniu, zmienna..., szczodrze obdarzająca miłością; Jadzia to kobiecość matczyno-ofiarnicza, nadopiekuńcza, narzekająca, zagubiona, więc kurczowo trzymająca się kuchni i zimowych zapraw.


Są znaczące, bo przecież książki Joanny Bator to studium kobiecości, z centralnie umieszczonym motywem więzi między córką a matką. To, co pcha Dominikę do podróży jest po części ucieczką od matki (tylko tak można odnaleźć własną kobiecość), a po części powrotem (bo ucieczka bez zrozumienia i nowej więzi byłaby czymś wiecznie niedojrzałym).


A tak to się objawia w cytatach:


***
"Grażynka dawała dzieciom z siebie tyle, by cieszyły się na jej widok, ale nie tyle, by każdy dar musialy odwijać z ozdobnej bibułki matczynego poświęcenia. Co to znaczy, że ty się poświęcasz, Jadzia? dziwiła się. Nie możesz po prostu Dominiki kochać? (...) i cudem, którego zazdrościła Grażynce niejedna matka, [jej corki] wyrosły na kobiety przekonane, że są tam, gdzie być powinny, że ich ciała i myśli należą do nich".


"Grażynka uważała utratę za tak samo konieczną część życia jak przyjemne niespodzianki. Właściwie to, że szczęście mija, a nie trwa, że ludzie raczej odchodzą, niż zostają (...) i że życie po tym toczy się dalej, że dalej chce się tańczyć, kochać i oblizywać palce poklejone słodkim sokiem, było dla niej oczywiste."


***

"[Dominika] robi zdjęcia i wybiera najlepsze dla matki, ale Jadzię interesują tylko te nieliczne, na których jest Dominika; może wtedy ocenić z bijącym sercem, czy poprawiła się na buzi, czy znów schudła, czy ciepło się ubiera, czy w końcu zapuściła włoski. Bez czapki! martwi się na widok córki ze Statuą Wolności w tle i niespecjalnie interesuje ją symbol Ameryki, skoro właśnie przeczytała w 'Poradniku Domowym', że przez głowę ucieka trzydzieści procent ciepła."



"...robienie przetworów, kiszenie i konserwowanie było dla niej sposobem radzenia sobie z czasem. (...) Jadzia czas kisiła i konserwowała, przesmażała z cukrem, pasteryzowała; zamykała czas hermetycznie w słoikach z napisem ogórki 1991, czarna porzeczka 1992, papryka 1993, buraczki z papryką 1994, truskawki w miodzie 1995, kapusta z kminkiem 1996. (...) Jadzia Chmura w pokorze przyjmowała fakt, iż czas poddany konserwacji jednak ulega zmianie, tak jak truskawka z kompotu różni się od surowej, ale to cena, jaką trzeba zapłacić za możliwość zachowania przeszłości w słoikach. Lepsza taka niż żadna!"


Jadzia - choć nie chcę się z nią utożsamiać, przeraża mnie - jest genialna. Kwintesencja przeciętności, ograniczeń mentalnych, sprowadzania wszystkiego do płaskiego wymiaru rzeczy znanych i uporządkowanych według wzoru. Wydaje się niezmienna, a jednak i w niej trwa wędrówka, która ją otworzy, zmusi do kilku życiowych wolt i zbliży z córką.


Niezręczność pisania o tej książce polega na tym, że "Chmurdalia" jest nie tylko wielowątkowa (wystarczyłoby wskazać nici, które te wątki zszywają) i wielowarstwowa (trudniej, trzeba by warstwy zdiagnozować i ponazywać, uchwycić główne problemy). "Chmurdalia" jest ponadto wielokontekstowa, archetypiczna jakaś, otwarta... Wszystko jeszcze zdarzyć się może... Kto wie, jaki układ chmur się przytrafi i czy deszcz wielki z nich będzie, czy raczej przebije się słońce?


* "Gazeta Wyborcza", 7.06.2010 ("Odyska" - rozmowę z Joanną Bator przeprowadziła Agata Michalak)

środa, 10 listopada 2010

Joanna Bator, Piaskowa Góra, Wydawnictwo W.A.B. 2009


Czas najwyższy już był.

Otworzyć książkę i dać się wessać. Bo jak inaczej - od pierwszego fiksum-dyrdum, od początku Jadzinego monologu, głosu przysadzistej agrestookiej matki i skontrastowanej z nią córki o naturze latawca, odmieńca, nomada.


Ciekawa okładka. Szklana kula (kolba?) z usypaną górką piasku lub cukru, nad którą krążą czarne ptaki - aż znikną wciągnięte w niebyt, w przeszłość, w przemijanie?

Góra tymczasowa. Jeśli cukier, to złudne sny, którym życie zaprzeczy. Jeśli piasek, to nietrwałość, sypkość, niestabilność.


A całość jest grą z tytułową Piaskową Górą, czyli wałbrzyskim betonowym osiedlem z lat 70., którego jeden z bloków nosi nazwę Babel i stanowi centrum rozgrywających się w powieści wydarzeń.


"Pod spodem Wałbrzycha jest węgiel, na wierzchu piasek i ludzie nawiani tu ze świata na miejsce wypędzonych".


Prolog i epilog rozgrywają się w 2005 roku, ale akcja właściwa przypada na epokę Gierka, a potem czasy nieuchronnych rozczarowań i ciętych perspektyw - lata 70. i 80.


W tym czasie rozwija się i przemija rodzina stworzona przez Jadzię Maślak i Stefana Chmurę.

I choć początek łatwo wskazać (spadła Jadzia ze schodów dworcowych wprost w ramiona górnika Stefana), to ma on swoje pradzieje, bez których liczne sprawy (np. buszmeńskie włosy i czarne oczy ich córki Dominiki) byłyby niejasne.

Odsłony przeszłości opowiedzą o bólu dziewczyny porzuconej przez cyrkowca, smutku kelnera, który na Ziemiach Odzyskanych wspominał zostawioną w rodzinnych stronach młodość, wzruszającą historię wojennej miłości Polki i Żyda, skrywane usynowienia i ucórczenia. Słowem: saga rodzinna z perspektywą na dalsze losy Dominiki, które będą tematem kolejnej powieści Joanny Bator - "Chmurdalii"


O czym?

Opowieść jest barwna, pomimo PRL-owskiej scenerii i realiów, które ujednolicają pragnienia.

Nade wszystko codzienność, powszedniość, zwyczajność, a to znaczy, że przeplata się subtelność z kiczem.

To książka o tym, jak lgniemy do życiowych schematów, jak szukamy w nich sensu, i jak z czasem ubywa nam naiwności, niewiele zyskując na mądrości.


Po pierwsze: być jak wszyscy lub płacić haracz za inność.

Los Ignacego Goldbauma przypieczętowuje irracjonalny antysemityzm. Janek Kos (imię zapożyczone groteskowo z "Czterech pancernych...") nienawidzi Żydów szczerze i z całego serca. Są winni wszystkiemu, co mu w życiu nie wyszło.

Dwaj sympatyczni, eleganncy panowie z Babela muszą pogodzić się ze społecznym ostracyzmem wobec "homoniewiadomo". Gorzej: otrzymają za swą odmienność tragiczną zapłatę.

Nie ma lekko Małgosia Lipka (bo lesbijka), ani Dimitri Angelopoulos (bo Grek), ani Dominika - dziwna i niesłowiańska. Może nawet wyjdzie jej to na dobre?
"...po pewnym czasie Dominika przywykła do przedszkola, mimo iż podczas zabawy w czterech pancernych nigdy nie była ani Marusią, ani Lidką, tylko co najwyżej psem Szarikiem".

"...w środku Dominiki budzi się z drzemki miniaturowa Jadzia [matka], wywija ścierą i powtarza, tyczka grochowa, odmieniec, gąsieniczka, fiksum-dyrdum! Dominika jest pełna takich słów, one zapadły głęboko, wciąż odkładają się jedne na drugich warstwy rodzicielskiej niezdarności, żółci, bólu".


Po drugie: przeglądać się w serialach, gotowych kliszach religijnych, w tym samym guście.

Cała Polska ogląda "Niewolnicę Isaurę" i emocjonuje się złym Leonciem. Kobiety czeszą się a la Isaura, nawet gdy tak jak Jadzia są pulchnymi blondynkami. I wzdychają, że to samo życie, najprawdziwsze...

Katolicyzm bezrefleksyjny, dostępny bez wysiłku, dość teatralny. Pierwsza komunia, zachwyt nad księdzem Adamem (chłopak z gitarą, który religijny repertuar poszerzył o Stachurę i Kaczmarskiego: Wyrwij muuurom zęęęby krat ...). Obrzędy jedno, życie i skrobanki drugie, nie ma sprzeczności. Jadzia po cichu żywi jednak aprobatę dla karkołomnej tezy małej Dominiki, że Czwórca byłaby lepsza od Trójcy - należy dołączyć Maryję. Ją przede wszystkim. "Baba zawsze lepiej babę zrozumie niż ukrzyżowany chłop, i do tego kawaler..." A gdy się zdarzy księżowskie potknięcie, będą to "istne ptaki ciernistych krzewów".


Gust śmieszny przede wszystkim w swej pospolitości, ukształtowany na niemieckich katalogach wysyłkowych i sprowadzony do tego, co dostępne. Ówczesny luksus to "cała meblościanka zaćpana kryształami", a w łazience opakowania po przywiezionych z Enerefu kosmetykach - zachwyt budzi Zielone Jabłuszko i odświeżacz o zapachu leśnym (prawie jak perfumy).


Po trzecie: oczekiwać na lepsze życie... i doznać rozczarowania.

Kobiety śnią o ślubnym kobiercu. Jadzia wiedzie tu prym. Gdy porzuciła mrzonki o ordynacie Michorowskim ("Trędowata") i sobie w roli ołtarzowej, zaczęła obmyślać zaślubiny córki-berbecia z cudzoziemcem, aranżować wystawną ceremonię z wieloletnim wyprzedzeniem.

Sen o ołtarzu: "gdzie dzwony dzwonią na wesele, a welon kryje twarz panny młodej. Gdzie pan młody jest wart wiele, jak wygrana w Wielkiej Grze, i stoi jeszcze nieodpakowany, tak że nie widać, co ma w środku, i można sobie marzyć a marzyć". Oj, można. Ale gwarancji ten towar nie ma żadnej...

Niebawem przyjdzie czas na przewracanie oczyma i "zwijanie ust w kurzą dupkę" - na znak pomyłki życiowej.

Mężczyźni, którym nie ułoży się kariera (a takich jest większość), mogą roić w alkoholowym upojeniu lub obstawiać wygraną w totolotka.


I choć wspominam w drugiej kolejności, to jednak przede wszystkim jest to opowieść o rodzinnych relacjach. O byciu przy sobie zazwyczaj w poczuciu niedostatku miłości lub braku formy, by ją czytelnie przekazać. Szczególnie istotne są więzi między matką a córką. Kobiety w powieści Bator mają w sobie więcej życiowej siły niż mężczyźni (ci umierają, jak nie na wojnie, to zaatakowani przez raka lub dławią się pączkami). Nie są wyjątkowo mądre czy przenikliwe, ale jeśli świat trwa, to dzięki nim.


"Uważaj na błotko, Dziunia"

Siłą tej książki jest język. Prosty, lekki, nieprzezroczysty, pełen charakterystycznych powiedzonek, przylegający do myśli bohaterów. Bo to jest język, którym oni sami opisują swój świat.

Coś, co może dziwić: czterystustronicowa powieść i żadnych wyodrębnionych graficznie dialogów. A jednak słyszy się i rozmowy, i monologi, strzępy miłosnych przekomarzań, kłótni rodzinnych, sąsiedzkich plotek i różnych zasłyszanych fraz. Jest narrator, ale niezwykle często stoi za plecami Stefana Chmury, Jadzi,...wuja Kazimierza, czy choćby Grażynki Rozpuch i ich mentalnością wydziwia, narzeka lub kombinuje.


Oto rozmowa teściowej z synową (Haliny z Jadzią):

"Nie, myślała o Jadzi Halina i na nie o Halinie Jadzia, a gdy rozmawiały, używały kalekich bezosobowych form, wspartych na konstrukcji niepotrzebnych zaprzeczeń. A nie przeszedłby się tak kto do rzeźnika i nie kupił na rosół, wzdychała Halina, buchając dymem, a Jadzia, z chęcią na słodkie powodowaną beznadziejnym stanem ciąży, rzucała w przestrzeń pytanie, nie dałoby się tak zagnieść ciasta na pierogi z jagodami? (...)

Jedna drugiej patrzyła na ręce, by czerpać satysfakcję z faktu, że ta druga robi wszystko nie tak, i wzdychała Jadzia, a nie mogłoby się mamusi mocniej wyżymać, a mamusia, tak nagle obdarzona przez syna córką, pytała, a nie uczyli tam nikogo, że się ziemniaki cieniej obiera?"


Ulubieńcy

Mam takie bezdyskujne faworytki z trzeciego planu.

Młynarzowa Jadwiga Strąk - babcia Jadzi, prababka Dominiki, zmarła podczas wojny, więc na wydarzenia powieściowe bezpośrednio nie wpływa.

Słynęła Jadwiga z kompilowanych przysłów i powiedzonek o jej tylko znanym sensie. Niektóre głęboko wryją się w rodzinną pamięć, jak sakramentalne zdanie Zofii: "Co komu pisane, temu w wodę kamień". (Co się ma zdarzyć, to się zdarzy, ale na pewno będzie dobrze).

Kilka zdań dla posmakowania: "Leniwemu chłopu i Salomon nie naleje"; "Pamiętaj, oliwa sprawiedliwa jak topielica wypływa"; "Diabeł tylko patrzy, żeby cię ogonem nakryć i pisz pan mogiła".


Roześmiana i życiodajna przyjaciółka Haliny - Grażynka Rozpuch.

Mieszkała na Szczawinku i opinię miała (zasłużenie) kobiety lekkiej. Jeden z nieznośnych dzieciaków sąsiadów "namazał jej smołą kurwa na drzwiach, tam gdzie porządni ludzie mają K+M+B, ta zamiast zmazać, żeby można było znów napisać kurwa, dopisała pod spodem i to farbą różową olejną: o złotym sercu. Kary na taką nie było". Dobroć wcielona. Przygarniała męskie tałatajstwo (za pończochy lub czekoladki), dawała więcej niż byli w stanie wziąć i aż rozlewało się od nadmiaru uczuć. Pobili ją raz opiekunowie zawodowych panien i to ją oburzyło: "...co za pomyłka, przecież ona, i czy tego nie widać na pierwszy rzut oka, szuka miłości. Może się takiemu mężczyźnie nie przelewać, ona weźmie nawet miłość pustą jak bańka do mleka i napełni sobą po brzegi".


Była Grażynka kobiecością wcieloną (kwadraturą koła, wcieleniem ideału z wiersza Szymborskiej "Portret kobiecy": "Musi być do wyboru./ Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło./ (...) Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda./ Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,/ własne pieniądze na podróż daleką i długą,/ tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.")

"Nikt nie wiedział, ile naprawdę ma lat. Mężczyźni, którzy lubili młode, dawali jej dwadzieścia, a ci, którzy woleli dojrzalsze, trzydzieści parę..."


Jej zaprzeczeniem jest kostyczna i antypatyczna magister Helena Demon, nauczycielka po trosze od wszystkiego, ale od języka polskiego w szczególności.

"Magister Demon uważa, że zasłużyła na więcej niż ma i nie chciałaby, aby ktoś inny dostał to, czego ona nie dostała. Razy, które w nią trafiały, oddaje w klasie i widzi, że ma oko, nawet jeśli było już wielokroć poobijane. Celuje w rękę linijką, w tyłek większą i umie trafić do środka ucznia tak, że idzie mu w pięty".

Póki co po prostu wredna kobieta, ale są jeszcze dalsze odsłony, które wykręcają ją niczym makaron świderki.

"Gdyby prześwietlić magister Demon, zobaczyłoby się w środku dziewczynkę wielkości myszy, o bardzo starej twarzy, zwiniętą jak płód i skamieniałą. W jej snach stoją inne dziewczynki, wszystkie mają szare sukienki z białymi kołnierzami (...) i pokazują postać stojącą w środku kręgu z kartonową tabliczką na szyi Helusia Demon Złodziejka."

Tragikomiczna jest odsłona Mrs.Demon w roli obrończyni poczętego życia, wyśpiewującej piosenki w imieniu zagrożonych dzieciątek.


***

Czas najwyższy już był, by otworzyć "Piaskową Górę" i pozwolić się wessać. Istne fiksum-dyrdum! Rewelacja. Na półce, pod ręką stoi "Chmurdalia".

 


 

sobota, 16 października 2010

 

Chris Greenhalgh, Coco i Igor, Wydawnictwo Amber 2002

Biografia nie-biografia, choć główne role obsadzone są przez ikony XX wieku.

On: Igor Strawiński, wybitny kompozytor, rosyjski emigrant - obywatel świata. Zaproponował nawykłym do melodii uszom muzykę dysonansu, ostrych brzmień i rytmu.

Ona: Coco Chanel, kreatorka mody (mała czarna, perły, zapach: Chanel N°5), kobieta niezależna i niekonwencjonalna.


Kalendarium dołączone do książki odsłania, że oboje nieraz trafiali na życiowe zakręty, doświadczali odrzucenia i uwielbienia.

Dwoje artystów pracujących w skrajnie różnej materii. Ich drogi splatają się wielokrotnie: w przedsięwzięciach artystycznych (muzyka i kostiumy dla teatru), na salonowych imprezach, w życiu towarzyskim (kręgi przyjaciół).


W roku 1920 Strawiński spędził lato w podparyskim domu Chanel. Gest bogatej kobiety dla człowieka sztuki. Siła i pragmatyzm wspomagają rozedrgany geniusz, który w zamian oddarza je brokatem szlachectwa.

Strawiński (38-latek) ma żonę Katarzynę i czworo dzieci, które kocha. Chanel skończyła 37 lat, wygląda młodo i energicznie. Żałoba po zmarłym w wypadku samochodowym kochanku dobiegła końca. Igora i Coco łączy namiętny, kilkumiesięczny romans - oboje sądzą, że to miłość. Jeśli nawet, to z gatunku tych, które trzeba utracić.


Chris Greenhalgh robi rzecz następującą. Ostatni dzień życia Coco (10.01.1971) wybiera na klamrę opowieści. W środku umieszcza jeden wieczór z 1913 roku i kilka letnich miesięcy z 1920. Premiera "Święta wiosny" (źle przyjęta, skandalizująca) jest scenerią, w której rodzi się zainteresowanie Chanel Strawińskim. Siedem lat później rozegra się ich wspólna historia. Trochę tu prawdy, sporo zmyślenia. Klucz biograficzny może zwodzić. Sedno sprawy to odsłona tego, co dzieje się między mężczyzną i kobietą. Fascynacja, ból, tęsknota, odrzucenie, bliskość i obcość.



Sięgnęłam po książkę zainspirowana jednym zdaniem rekomendacji.

T. stwierdził, że autor ma talent do przenikania dusz obojga płci... "Wiele razy łapałem się na tym, że mówiłem sobie: o tak, tak właśnie postępują kobiety (albo: no tak, tacy są właśnie mężczyźni ;)".


Postanowiłam sprawdzić. I może wreszcie coś zrozumieć...?




Gra dotyczy kilkorga osób, zgromadzonych dla wygody obserwacji w rezydencji Bel Respiro (właściciel: Coco Chanel). Piekielny trójkąt: mężczyzna (Igor), jego żona (Katarzyna) i kochanka (Coco). W końcowym akcie dołączy książę Dymitr (wnuk rosyjskiego cara). W zasięgu wzroku - dzieci.


Zawieszam oceny moralne (wymuszałyby czerwoną lampkę i dźwięk dzwonu), spróbuję coś zrozumieć.


Fascynacja
(...wszystko dzieje się samo...)


Spotkanie w parku. Bukiet żonkili. Proszę pani..., czy mógłby pan... Dreszcz, prąd, żadne z nich niczego nie planuje, nie układa kadrów przyszłości. Ale wrażenie jest silne.


"...jakie są szanse, żeby dwoje ludzi zbliżających się z różnych kierunków do rogu ulicy nuciło tę samą melodię? Jakie jest prawdopodobieństwo, by w chwili spotkania nucili tę samą jej frazę? Co by to znaczyło, gdyby się tak stało? Nie umie tego wytłumaczyć, ale czuje, że on i Coco poruszają się w jakimś wspólnym rytmie, i czuje się potajemnie zaproszony, by zanucić z nią wspólną melodię". (s.37)


Mężczyzna przywiązuje do tych ożywiających go impulsów dużą wagę. Bo szuka - wiecznie szuka - dotknięcia, które uruchomi jego potencjał, odwróci złą kartę, znów uczyni go królem życia. Coco waha się, czy wolno jej zrobić kolejny krok. Igor trwa w zdziwieniu, że mu "się przydarza" taki cud. Wątpliwości zamraża, bo przecież fascynacja zjawiskową kobietą nie unieważnia jego bezpiecznego rodzinnego portu. Znaczące jak rozłożone są akcenty. Ona wie, że zaangażowanie to decyzja. On - chwyta się irracjonalnych "prądów".


Po pewnym czasie... Strawińscy mieszkają już pod dachem Chanel.

Greenhalgh wprowadza scenę potajemnego przenikania w sferę tej drugiej osoby. Coco myszkuje w gabinecie Igora pod jego nieobecność. Dotyka klawiszy, nut, bierze do rąk zdjęcia... Igor zakrada się do pokoju Coco, do jej łazienki... Każdy szczegół uruchamia wyobraźnię.

Niby nic, lecz aura grzechu czy choćby niestosowności działa jak przyprawa (lub perfumy). Oboje są namagnesowani.


Jest ktoś oprócz ciebie
(...to jest trudne...)


Przedtem, równolegle, czy wtedy gdy w tobie żar wcale nie chce wygasnąć...

Tu najciekawsze rozgrywa się w psychice kobiet.


Katarzynę dręczy zależność od pieniędzy Coco. Gardzi nią (bezwstydna sklepikarka!) i boi się jej siły witalnej, urody, pewności siebie. Obserwuje, jak Coco odbiera jej męża. Nie dowierza, że Igor rozmienia na drobne wszystko, co ich łączyło. Najdotkliwszy jest czas odchodzenia. Mąż jeszcze dzieli z nią sypialnię i podtrzymuje pozory, ale duszą (marzeniami) lgnie do tamtej. Gdy domysły zastąpi pewność, dotychczasowa pokora, oddanie i słabość eksplodują nienawistnymi oskarżeniami (wszystkie świętości są po jej stronie), wygarnie mu całe swoje poświęcenie, przygniecie swą miłością (której nie był godzien). Strzeżcie się zdradzonej bezsilnej kobiety.



Coco z satysfakcją odnotowuje, że inteligentna, oczytana i wykształcona muzycznie żona Igora jest brzydka, mało kobieca. Choroba, której się poddaje, świadczy o jej marazmie, apatii życiowej. Nie ceni tego. Ale jest świadoma praw Katarzyny. Godzi się na skryte spotkania z Igorem, ukradkowe kroki we własnym domu, na udawanie. Czeka aż Igor dojrzeje do decyzji, by zostawić, co wypalone i wspólnie budować nowe. Czy zdarzają się jej chwile zapomnienia, gdy sądzi, że to naprawdę jest możliwe? Tylko chwile. Musi wiedzieć, że Katarzyna zawsze będzie tą, która rodziła Igorowi dzieci i zna każdy dzień ich wspólnej młodości.


Jest taka scena: Coco odwiedza Katarzynę (osłabioną, leżącą w łóżku). Otwiera szafę i zaczyna przeglądać jej ubrania. "...tak bardzo narusza to jej prywatność, że czuje się niemal zgwałcona". I choć Coco taktownie przegląda jej bluzki i spódnice, chce doradzić, chwali niektóre ciuszki, to mimo wszystko góruje nad Katarzyną. Do momentu, gdy z szafy wypada biała ślubna suknia. Coco "czuje, jak cała przewaga, którą udało się jej zdobyć, ulatnia się w jednej chwili (...) niezamężna i bezdzietna musi się wydawać kimś, kto poniósł klęskę". Pojedynek trwa dalej: zażenowanie (paradoksalnie) dodaje Coco sił. Katarzyna, po chwili triumfu, pojmie "jak niepewna jest wierność, jak słaba jest pozycja żony". (s.58)


Gdy po kilku miesiącach zmieni się konstelacja (Katarzyna opuści męża, przyjedzie książę Dymitr), ból dzielenia się ukochaną z kimś trzecim dosięgnie również Igora. Może dlatego, że wydaje mi się to sprawiedliwe, a może dlatego, że mężczyźni skomplikowane sytuacje przeżywają bardziej jednotorowo...dość, że emocje Strawińskiego mniej mnie zainteresowały. Zazdrość, wściekła bezradność, poczucie, że jest się cieniem, zapijanie smutku alkoholem... i wymioty. No, doprawdy... Wiem, że boli, ale ileż można unikać decyzji?

I jakie to dziwnie prawdziwe, że niedostępność, ryzyko utraty bądź wygasające oddanie - dopiero to uświadamia czyjąś ważność.


Proszę, wybierz mnie
(...to nie jest łatwe...)


Biedny Igor... Z nutą ironii - jest jak przedszkolak, który chce mieć i klocki, i samochodzik. Łapczywość wytłumaczalna, gdy rzecz nie dotyczy ludzi - w życiu trzeba wybierać. Ta oczywista prawda jest dla Igora niepojęta.


Z Katarzyną wiążą go dzieci, przysięga, lata przyjaźni i udanego związku. Żona jest chora, więc potrzebuje wsparcia. Za nic w świecie nie chce, by o jego romansie dowiedziala się matka lub dzieci. W ogóle: nikt nie powinien nic wiedzieć, nikt nie powinien czuć się zraniony i nikt nie powinien go oceniać... (męskie?)


Z Coco łączy go namiętność, braterstwo dusz, podobny stosunek do życia, do sztuki. Potrzebuje jej, jest nią zafascynowany, ryzykuje całą swoją stabilizację emocjonalną i rodzinną. Z nią rozmawia o Katarzynie, odsłania sekrety małżeńskie. Ale na domniemaną ciążę Coco reaguje paniką. Związek ma szansę stać się jawnym dopiero wtedy, gdy zdecyduje o tym Katarzyna, odchodząc wraz z dziećmi. Odchodzi również Coco.



Warto prosić o miłość? Brzmi absurdalnie, ale bywa, że w desperacji, tuż przed spakowaniem walizki,takie błagalne oczekiwanie domaga się wypowiedzenia.

Katarzyna prosi, a gdy nie otrzymuje, grozi i ocenia.

Coco zna swoją siłę, nie potrzebuje zapewnień. Sama gotowa jest wiele poświęcić, dopóki nie zrozumie, że mężczyzna, który nie umie jej wybrać, nie jest tego wart. Niezależność i nowoczesność to jedno, potrzeba wyłączności - drugie. Tu Coco i Katarzyna są wyjątkowo zbieżne.


***


 

 

Powieściowa fikcja dopisuje do kilku gorących miesięcy czułe i bolesne zakończenie.

Po latach Strawiński dyryguje ""Świętem wiosny", doskonalonym pamiętnego lata w willi Chanel. I to, co utracone, nagle ożywa w muzyce. Czytelne tylko dla niego, ale w jakiś sposób ocalone. Gdy Coco umiera (pół wieku później!), przypadkowe zdarzenie uruchamia ciąg wspomnień. Zaprzepaszczona miłość powraca silną falą. Przetrwała w postaci pustki, która się nie zabliźnia.

 

 

 



Coco Chanel & Igor Stravinsky, reż. Jan Kounen, Francja 2009

Film nie ma jeszcze polskiego dystrybutora, ale trailer zapowiada się interesująco. Recenzje szacują ten obraz wyżej od filmu Coco avant Chanel z Audrey Tautou w roli tytułowej. Scenarzystą jest Chris Greenhalgh.


poniedziałek, 20 września 2010

Witold Szabłowski, Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji, Wydawnictwo Czarne 2010.

Siłą reportażu jest temat.

Siłą reportażu jest sposób opowiadania o faktach.

W książce Szabłowskiego obie siły współbrzmią, więc efekt jest piorunujący. Re-we-la-cyj-nie dobre teksty!


Rzadko się zdarza, by opinie z obwoluty były wiarygodną zapowiedzią wnętrza. Tym razem wszystko się zgadza. Jacek Hugo-Bader poleca "Zabójcę...", bo "to książka o tym, jak niewygodnie jest stać w rozkroku". Akcent pada na sakramentalne rozdwojenie (przywoływane niemal w każdym tekście o Turcji) - między przeszłością a teraźniejszością, prowincją a miastem, Azją a Europą, islamem i aregijnością. Tym razem nie stambulski Most Bosforski jest figurą znaczącą, ale ludzie, w których jedno z drugim się miesza. "Każdy Turek jest takim mostem" - mentalność rozpina się między z pozoru wykluczającymi się skrajnościami.


Rekomendacja Krzysztofa Krauze dotyczy analogii między polską a turecką megalomanią. Gdy zajrzy się głębiej, widać jej poszczególne warstwy: antysemityzm, nieracjonalne pojmowanie honoru, kompleksy, ksenofobia i kompensacyjne poczucie wyższości. Tylko spojrzenie na Wiktorię Wiedeńską mamy różne. Turek uważa, że Sobieski przegrał pod Wiedniem. :)


Paweł Goźliński wskazuje na ukrytego bohatera tych reportaży, na autora. "Specjalista od nietypowych zadań". Jego obecność jest nienachalna, wycofana, ale wyrazista. Czujemy, że zna ten świat od podszewki, że nie opisuje Turcji turystycznej, że nie boi się kłopotliwych tematów, dociera do niesamowitych rozmówców, pisze o bolączkach, ale nie mamy wątpliwości, że dystans jest zaślubiony z fascynacją.


Mariusz Szczygieł dodaje: "Witold Szabłowski pisze o Turcji tak, jak ja bym chciał pisać, gdybym znał się na Turcji."

Właśnie to przyszło mi na myśl, gdy doczytałam do ostatniej strony: majstersztyk, też bym tak chciała! Nie dość, że warto sięgnąć po "Zabójcę...", by zrozumieć Turków, to reportaże Szabłowskiego są jak zapisy szalonej przygody, przeplatane aluzjami, kontekstami, nietanią sensacją i niesłodkim sentymentem - są pierwszorzędną przygodą czytelniczą.

Mam nadzieję, że uwzględnią to jurorzy przyszłorocznej Nike.


Turcja wzdłuż i wszerz

Reportaże poprzedza mapka Turcji, na której zaznaczono miasta będące tłem poszczególnych historii. W legendzie - dwuzdaniowy skrót: tu sąsiedzi ukamieniowali dziewczynę, a stąd wywodzi się żydowski mesjasz, który przeszedł na islam (!), tu mieszkał Ali Ağca, który strzelał do papieża. Świetny pomysł redakcyjny. Punkty rozrzucone są po całym terytorium i znaczą trasę podróży Szabłowskiego.


Autor - 30-letni dziennikarz Gazety Wyborczej - ma za sobą studia politologiczne w Stambule i staż w telewizji CNN Türk. Zjeździł kraj autostopem, rozmawiał (po turecku) z napotkanymi Turkami, szukał dróg do postaci niezwykłych. Miał niesamowite szczęście dotrzeć do osób otoczonych kordonem nieufności lub obaw.


Myślę tu o rodzinie "zabójcy" papieża, o zapomnianej żonie Atatürka - kto wie, czy nie sprężynie nadającej rozmach jego reformom, o eks-prostytutkach kandydujących do parlamentu czy dziewczynie, którą chcieli zabić najbliżsi (w imię urojonego honoru).

Reportaży jest trzynaście.


Uprzedzenia

Jeden z rozmówców stwierdza z goryczą: "Mój kraj za wszelką cenę chce być zachodni i nowoczesny. Zrobilibyśmy wszystko, żeby się wam przypodobać. (...) A wy ciągle przyjeżdżacie i kręcicie nosami." "Mówicie, że islam jest zacofany, że nasza demokracja jest słaba, a tradycje głupie. Każecie się zmieniać, bo wy wiecie, jak się powinno żyć w XXI wieku. A jak próbujemy się zmieniać, bo przecież od czasów Atatürka nie robimy nic innego, śmiejecie się z nas."


Wytwarza się jedyna w swoim rodzaju mieszanka tęsknoty za akceptacją i namaszczeniem przez Zachód i urażonej dumy, która każe unieważnić nowoczesność i przylgnąć do rodzimych mitów.

Mustafa, z którym Szabłowski rozmawia w herbaciarni, jest kierowcą. Zakompleksionym i zaczepnym. "Wszyscy nas nienawidzą. (...) I Wschód, i Zachód. Wiesz, dlaczego tak jest?" I daje genialną odpowiedź: - Bo się nas boją. Bo my jesteśmy najlepsi.

Arcypolskie!


Przywołam tu dwa prezydenckie epizody: bajbajbusza i morelę.

Podczas wizyty George`a Busha w Iraku dochodzi do incydentu: dziennikarz rzuca w prezydenta butem i impertynenckim okrzykiem. Bush uchyla się, ale sytuacja ma reperkusje. But wyprodukowano w Turcji i odtąd fabryka z przedmieść Stambułu zbija kokosy. Wszyscy kupują buty, które na podeszwie mają wygrawerowany napis "Bye bye Bush". Można zarobić na nienawiści do zdemoralizowanego pogańskiego Zachodu.


Trzy miesiące później Stambuł gości Obamę. Telewizja pokazuje, jak prezydent skubnął ze straganu morelę. Mieszkańcy Malaytai (tytułowe miasto moreli) widzą w tym szansę na pomnożenie kapitału. Europejskie zagłębie moreli rozgłasza, że to była ICH morela, a Obama wie, co dobre. Można zarobić na radości, że świat lubi Turcję, lubi tureckie morele.


Kochamy Atatürka

Znacie? To posłuchajcie.


"Gwiazda B-16 była widziana raz tylko, w 1909 roku, przez tureckiego astronoma, który swoje odkrycie ogłosił na Międzynarodowym Kongresie Astronomów. Nikt jednak nie chciał mu uwierzyć, ponieważ miał bardzo dziwne ubranie.

Na szczęście turecki dyktator kazał zmienić swojemu ludowi ubiór na europejski. Astronom ogłosił po raz wtóry swoje odkrycie w roku 1920 - i tym razem był ubrany w elegancki frak.

Cały świat mu uwierzył."

(A. de Saint Exupéry, Mały Książę; motto Zabójcy z miasta moreli)


Dyktator wydawał mi się zawsze postacią baśniową. A wcale nie! Atatürk naprawdę istniał, rządził Turcją 15 lat (1923-1938) i zmienił ją nie do poznania. "Stworzył kraj na nowo", by pchnąć go na drogę postępu. Cena była wysoka, do maruderów strzelano. Jednak mit wodza, który kochał naród z wzajemnością, trwa do dziś. Podobno nie ma lepszego testu na obcokrajowca niż zapytać go: - A co sądzisz o Atatürku? Szabłowski podpowiada jedyną słuszną odpowiedź: - Sądzę, że był wybitnym mężem stanu. To wielkie szczęście dla Turcji, że miała kogoś takiego.


Wewnętrzne oceny mogą oscylować od uwielbienia po krytycyzm, ale świat niech lepiej niczego nie osądza.


Konkrety: Atatürk dążył do laicyzacji Turcji. Zniósł sułtanat, rozwiązał bractwa religijne, wprowadził prawo cywilne zamiast szariatu. Dał prawo wyborcze kobietom. Zmienił kalendarz islamski na obowiązujący w Europie i pismo arabskie zastąpił europejskim.

Z dnia na dzień miliony Turków musiały wydobyć się z analfabetyzmu, na nowo uczyć się liter. To tylko wycinek reform Atatürka, wystarczający, by pokazać ich rozmach.

Od kwestii konstytucyjnych po obyczajowe. Ustawa kapeluszowa nasuwa analogie z carem Rosji, Piotrem I, który bojarom zgolił brody w XVIII wieku.


Oto cytowany przez Szabłowskiego fagment zarządzenia:

"Cywilizowany, międzynarodowy ubiór jest godny i właściwy dla naszego narodu i będziemy go nosić. Obuwie na nogach, spodnie, koszule i krawaty, marynarki i kamizelki oraz - naturalnie do kompletu - nakrycie głowy z rondem. Chciałbym, żeby to było jasne. To nakrycie głowy nazywa się kapelusz."

Kto nosił fez, tracił go razem z głową.


Czas płynie, Atatürk od ponad 60 lat nie żyje, ale jego portrety spotkać można wszędzie: w urzędach, szkołach, na ulicach, w kawiarniach, u babci klozetowej.

"- Jeśli się kiedyś zorientujesz, że od piętnastu minut nie widziałeś ani jednego Atatürka, biegnij! To znaczy, że już nie jesteś w Turcji. Musiałeś przejść granicę i nie zauważyć."

Nowoczesne kobiety, z tytułem naukowym i postępowym spojrzeniem na życie, nie chcą słuchać niczego, co burzy pozytywny wizerunek wodza. To dzięki niemu mają swoje prawa, swoją szansę. Podobno w nadmiarze sięgał po alkohol... Cóż, na trzeźwo nie dałby rady, wątpliwości mogłyby go zatrzymać.

Skandalem na całą Turcję była wypowiedź nagrana dla telewizji, w której dwie nastolatki bezczelnie wyznają, że nie kochają Atatürka.

Wszczęto śledztwo z urzędu. Dziewczyny uniewinniono, co znaczy, że Turcja się zmienia.


Być kobietą...

W ostatnim tekście Szabłowski wraca do tematu tureckich sprzeczności.

Pisze o kobietach wyzwolonych, niezależnych, śmiałych. Pisze o kobietach spętanych nierozumnym patriarchatem, dodatkach do mężczyzn, otulonych w chusty i luźne stroje.

Są obok siebie. Kto wie - może obie wersje są w każdej Turczynce?

Autor wspomina o zdjęciu opublikowanym w tureckiej prasie z podpisem "To jest właśnie Turcja". Dwie kobiety stojące w morzu. Jedna w muzułmańskim stroju kąpielowym (zakryte ramiona i nogi, na głowie kapturek, na plecach pelerynka, by osłonić obcisłe miejsca), druga - topless.


Porażające są artykuły o kobietach, które stały się ofiarami tradycji.

Nieprawda, że cała tradycja jest zła, ani że spojrzenie z zewnątrz ma prawo osądzać pozycję społeczną kobiet tureckich bez wniknięcia w mentalne sensy tradycji.

Ale opowieści o kobietach osaczonych, sprzedanych do burdelu, poniżanych i bitych (bez możliwości schronienia się pod płaszcz prawa), zamordowanych przez najbliższych, którzy uznali, że splamiły ich honor (tytuł reportażu o honorowych zabójstwach brzmi: "To z miłości, siostro") są wstrząsające.


Honor mężczyzny. Definiowany jest przez postawę podległej mu kobiety. Kilkadziesiąt kobiet rocznie oddaje życie dla zadośćuczynienia tym urojonym uniesieniom urażonej godności. Są regiony, które z tego słyną.


Mąż zabija żonę, bo wydaje mu się, że nie jest dość oddana. Nie musi mieć prawdziwego powodu, wystarczy plotka.

Brat nie może znieść hańby, za jaką uważa spotykanie się siostry z chłopakiem - przynosi mu to ujmę, z której oczyści tylko śmierć.

Ojciec uśmierca córkę, ktora wysłała do radia SMS-a z życzeniami dla chłopaka - splamiła dziewictwo.

Społeczność na to zezwala. Decyzje zapadają nie w efekcie, lecz z rozmysłem. Mężczyzna, który honoru nie pomści, jest jak śmieć.


Oczywiście, Turcja ma świadomość, że to jest problem społeczny, prowadzone są kampanie medialne szerzące sprzeciw wobec tych praktyk.

Turcy bywają bardzo europejscy albo szarmancko wschodni. Ale myślenie kodem tradycji sprawia, że bywają nie do pojęcia dla kogoś z zewnątrz. Oczywiście,  "Zabójca z miasta moreli" jest przyczynkiem, by rozumieć ich lepiej.

Oto rozmowa autora z tureckim studentem, Muratem (s.197):


"- Zachód? Mam z nim kontakt prawie codziennie. Moje miasto Alanya leży nad morzem. Są tam tysiące turystów. Jak widzę, jak traktujecie kobiety, krew mnie zalewa - opowiada. - Wasza kobieta z każdym mężczyzną porozmawia. Ktoś ją zaczepia, a ona się uśmiecha!

- Są w obcym kraju. Chcą być miłe.

- Tylko prostytutki wdzięczą się do każdego. Ale co z was za mężowie! (...) Skąd jesteś, z Polski? Spałem kiedyś z jedną Polką... No, dlaczego nic nie mówisz?

- A co mam powiedzieć? Szczęściarz z ciebie...

- Chłopie, przecież ja cię właśnie obraziłem!

- Tak?

- No właśnie, wy nic nie rozumiecie. Za taki tekst Turek dałby od razu w twarz. To tak, jakbym ci obraził rodzinę - mówi Murat i oddala się."

 

niedziela, 22 sierpnia 2010

Elif Şafak, Pchli pałac, Wydawnictwo Literackie 2009



KAMIENICA


Stambuł, rok 2002.

Na ulicy Żurnalowej stoi kamienica, która ma swoją historię, a przede wszystkim teraźniejszość - na tyle nieobojętną i dającą się we znaki jej mieszkańcom, że pozostajemy zdecydowanie hic et nunc.


Akcja rozpoczyna się 1 maja, gdy Krzywda Öztürk (spec od dezynsekcji) przyjechał zrobić porządek z owadzim nadmiarem. I tegoż dnia ma miejsce koda powieściowych wydarzeń. A ponieważ każde "teraz" ma swoje "przedtem", więc sięgniemy wstecz na tyle, by poznać mieszkańców kamienicy i ich sekrety.


Dziesięć kamienicznych lokali to tyleż  tajemnic i teatrów, których codzienne spektakle możemy obserwować. Nie są to światy izolowane. Toczy się między nimi transfer informacji, ciasteczek, szemrań i usług. A nade wszystko: owiewa je specyficzny zapach... co tu dużo mówić - smród rozchodzący się się od nadmiaru śmieci. I krąży po tych przestrzeniach różnego rodzaju robactwo: mrówki, prusaki, karaluchy, pchły.

Oj, kto by pomyślał, że to rudera lub zapyziała twierdza stambulskiego plebsu, ten myli się na potęgę. Prawdą jest jednak, że kamienicę określają obie jej nazwy: Pałac Cukiereczek i Pchli Pałac.


MIESZKAŃCY


Na parterze (pod numerem 2) jest salon fryzjerski braci bliźniaków. Cemal i Celal (czyt.: Dżemal i Dżelal) są identyczni wizualnie, o kontrastowo odmiennych temperamentach. Klientki już od progu wyczuwają, któremu zawierzą swoje włosy i image.


Awers i rewers: ekstrawertyk i introwertyk. W moich skojarzeniach swoją podszewkę ma również samo miejsce. Jazgotliwy damski światek przywołuje obraz filmowych milczących kofenhauzów. Mężczyźni pijają tu -jedna za drugą- herbatę w tulipanowych szklaneczkach, zagęszczając jej smak kostkami cukru. Nie ma filmu tureckiego bez takiej sceny!


W suterenie (pod numerem 1) mieszka chudy mizantrop -student rozmiłowany w temacie samobójstwa- i jego ogromny, wiecznie głodny pies Gaba. Kilka tropów łączy tę postać z Raskolnikowem.

Samotnie pomieszkuje Błękitna Kochanka, odwiedzana przez sponsorującego jej dobrobyt handlarza oliwą (lokal numer 8).

Pod dziesiątką ma swe królestwo Madame Babcia, do której trudno się wprosić (i nic dziwnego, nic dziwnego!), rozsyłająca po sąsiadach próbki swoich wypieków. Vis a vis, w mieszkaniu numer 9, żyje ogarnięta obsesją sprzątania Tijen Czyścioszka, a niżej (nr 7) sympatyczny młody filozof uniwersytecki, zbyt często smakujący alkohol (raki).


To zaledwie połowa galerii. Każdy ma swą tajemnicę, a żaden sekret nie jest szczelny. Wcześniej czy później ktoś go ujawni.


FIOLET STAMBUŁU


Elif Şafak potrafi opowiadać! Historie nakładają się jedna na drugą, puszczają pędy, uruchamiają kolejne możliwości.

Nie chcę odsłaniać powieściowych perypetii, sięgnę więc do preludium, w którym Şafak wyjaśnia genezę Pałacu Cukiereczek. Ta opowieść mogłaby wypełnić swą wielowymiarowością i zakrętami zdarzeń odrębną książkę czy film.


Oto rosyjskie małżeństwo ucieka z rewolucyjnej Rosji z nadzieją na nowe życie w Stambule. Generał białej armii, Paweł Pawłowicz Antipow, całe życie podporządkowany wojskowemu rygorowi, który nagle przestał wydawać mu jakiekolwiek rozkazy. I jego młodziutka żona, gotowa komenderowac całym światem. Agrypina ma dziwny dar widzenia barwnej aury przypisanej przestrzeni.


"Aby poczuć się w nowym miejscu jak u siebie, musiała przede wszystkim zobaczyć jego kolor."


Zamglony Stambuł nie ujawnił swej barwy. Okazał się miejscem trudnym i niegościnnym, ledwie przystankiem w tułaczce. Ostatniego dnia przed wyjazdem do Paryża świat Agrypiny utracił zmysłowy wymiar. Stał się zbiorem bialo-czarnych pocztówek.

Czas zatrzymał się dla niej w monotonii paryskiej kliniki psychiatrycznej, a galopował, oferując nowe atrakcje, dla jej męża. Z marazmu wyrwie ją wspomnienie Stambułu i cukierki owinięte w kolorowe papierki. Zegar znów zacznie tykać, w Stambule wybudowany zostanie dom, który Agrypina nazwie Cukiereczek. A samo miasto... ukaże się spowite w fiolet.

Kilkadziesiąt lat później rozegrają się tu główne wydarzenia powieści.


Stambuł i Turcja.

Egzotyka miejsc przenika do opowieści, lecz nie przytłacza jej, nie wybija się na plan pierwszy.

Jest podtekst tureckiej wieloetnicznoci. Kamienica wybudowana została na miejscu dawnych cmentarzy - muzułmańskiego i ormiańskiego. Są aluzje do wiary w świętych mężów (odczytuję to jako ludową odmianę islamu), są opowieści o dżinach.


Pojawiają się specjały tureckiej kuchni, a zwłaszcza aşure, z którym nie może sobie poradzić Rosjanka Nadia.

Zwróciłam też uwagę na wzmianki o dwóch tradycjach, które zapadły mi w pamięć po filmie Kaplanoğlu "Upadek anioła". Rzeczy zmarłych koniecznie należy oddać obcym. A w święto Hıdrellez (odpowiednik naszej Sobótki) warto zawiesić na drzewie kartkę z marzeniem. Jeśli nitka się nie zerwie, pragnienie się ziści.


WYLICZANKA


Şafak ma dar zmyślania i czasami szarżuje. Niczym pieśniarka, chcąca zaprezentować całą rozpiętość skali swego głosu.

Maniera czy chwyt? Zakończenie rozgrzesza tę wariantywność, może nawet czyni z niej atut?


O czym myślę, mówiąc o przepychu?
O tym, że co rusz napotykam na wyliczanki. Dotyczą rzeczy, przyzwyczajeń, ewentualnych możliwości, które stoją przed bohaterem. Jakby gałązka na próbę puszczała po dziesięć pędów naraz, by po chwili zdecydować się na jeden.

Sufit Sidara upstrzony jest obrazkami i tekstami (wyliczenie). Meryem jest zabobonna i pilnuje, by unikać rzeczy zakazanych (lista). Kolejno przedstawieni różni eksfaceci Ethel. Graffiti na stambulskich murach. Jest wyliczanka "rzeczy porzuconych" zbieranych przez Madame Babcię. To tylko szczypta przykładów - na pięciuset stronach jest ich znacznie więcej. I powiem dwuznacznie: są one solą tej powieści.


***


Sięgnęłam po Elif Şafak na fali moich zainteresowań Turcją. Z przyjemnością przeczytałabym jej "Bękarta ze Stambułu". Ale prawdziwym magnesem, który sprawił, że na mej drodze stanął Cukiereczek, był felieton Bonowicza ("Tygodnik Powszechny"). Wypisałam z niego cytat, który miło mi było podczas lektury "Pchlego pałacu" odnaleźć.


"Kochać kogoś to wydobywać z jego magazynu zgryzot zwoje ze spisanymi i wciąż nie uporządkowanymi, pełnymi niepokoju opowieściami i jedną po drugiej przepisywać je na czysto."

niedziela, 04 lipca 2010

Amos Oz, Jak uleczyć fanatyka, Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2010

 

Trzy krótkie eseje o naturze fanatyzmu, wygłoszone w Tybindze (Niemcy) w 2002 roku dla środowiska uniwersyteckiego. Izraelski pisarz zaprasza na wspólny myślowy spacer w poszukiwaniu sposobów na ograniczenie zjawiska fanatyzmu, zrozumienie jego źródeł, ewentualnie: zdiagnozowanie go w sobie.

Uwzględniając czas (w tle niedawny zamach na WTC) i pochodzenie Oza, można by się spodziewać rozważań o fundamentalistach islamskich bądź konflikcie izraelsko-palestyńskim. Drugi temat rzeczywiście się pojawia, ale myśli Oza nie skupiają się na rozwiązaniu problemów mieszkańców Ziemi Świętej. Sięgają głębiej, ujmują rzecz szerzej i w ogóle wzbijają się ponad konkretne sytuacje (często z nich wyrastając).


Anegdoty, dykteryjki, wspomnienia i przykłady w sosie rozważań nad dość fundamentalną kwestią. To dla mnie nowa odsłona Amosa Oza. Pamiętam melancholię "Opowieści o miłości i mroku". Tu natomiast ton nadaje autoironia, błyskotliwość, duża dawka humoru. I królowa eseistycznego warsztatu: dygresja.


"Moją przywarą jest skłonność do dygresji, więc w tym wykładzie będzie się od nich roiło." (s.8)


Tytuły esejów: 1) "Sekretne przyjemności"; 2) "Fanatyk jest chodzącym wykrzyknikiem"; 3) "Izrael i Palestyna: między dwiema skrajnościami".

 

 

 

 

Antidotum na fanatyzm

 

"Uganiać się za bandą fanatyków w górach Afganistanu to jedno. Walczyć z fanatyzmem to co innego. " (s. 27)

Oz - co oczywiste - nie sugeruje lekarstwa na uleczenie całego świata. A nawet zakłada, że ten, kto chciałby zreformować ludzkość według prostego przepisu, sam musiałby być fanatykiem.

Czy można z finezyjnych wywodów wyprowadzić konkretne zalecenia?

Parafrazując styl Oza: "Jeśli przyjmiecie moje słowa z przymrużeniem oka, to wam powiem, że..." tak, można.


Najpierw diagnoza, czym jest fanatyzm.

"Fanatyzm, panie i panowie, jest starszy niż islam, niż chrześcijaństwo, judaizm, starszy niż (...) jakakolwiek ideologia czy wiara. Fanatyzm jest, niestety, wszechobecnym elementem natury ludzkiej; genem zła, jeśli sobie życzycie." (s.28)

 

Fanatyzm to niezgoda na to, że ludzka kondycja ma naturę półwyspu. Nie jesteśmy ani samotną wyspą, ani drobiną kontynentu otoczoną zewsząd lądem. Ludzie to półwyspy - "w połowie złączone ze stałym lądem i w połowie zwrócone ku oceanowi". Półwyspy łączą się, lecz pozostają odrębne.

Zalążki fanatyzmu są tam, gdzie chcemy zapanować nad czyjąś niezależnością, zaoferować (bez możliwości odrzucenia) naszą wizję szczęścia lub zabronić zmian. To dość powszechna reakcja, gdy ktoś bliski zaczyna wybierać inne drogi na rozstajach niż my jesteśmy gotowi wybrać.

Poszanowanie dla "kondycji półwyspu" bliskie jest dewizie: live and let live. Zilustruję to dykteryjką z opowieści o babci Autora.


"Widzisz - powiedziała - chrześcijanie wierzą, że Mesjasz już raz tu był i na pewno wróci pewnego dnia. Żydzi zaś utrzymują, że Mesjasz dopiero ma przyjść. Z tego powodu - rzekła moja babka - z tego powodu było tak wiele złości, prześladowań, rozlewu krwi, nienawiści. Dlaczego? - mówiła. - Dlaczego wszyscy nie mogą po prostu poczekać i się przekonać? Jeżeli Mesjasz przyjdzie i powie: Witajcie, miło was znowu widzieć, żydzi będą musieli dać za wygraną. Jeżeli zaś Mesjasz przyjdzie i powie: Witajcie, miło was poznać, to cały chrześcijański świat będzie musiał przeprosić żydów. A tymczasem - rzekła moja mądra babka - żyjmy i dajmy żyć innym.

Ona z pewnością była uodporniona na fanatyzm. Znała sekret życia w płynnych warunkach, w sytuacji nierozstrzygniętych konfliktów, wiedziała, jak żyć z innością innych ludzi." (s.43)

 

Fanatyzm to reakcja na rozpacz i beznadzieję. Ta definicja ogarnia wiele socjologicznych i politycznych kontekstów. By temu zaradzić, trzeba dotrzeć do sił umiarkowanych, do tych, którzy w przyszłości mogą przechylić się ku skrajności lub budować porozumienie.


"Umiarkowany islam jest jedyną siłą, która może przekonać fanatyczny islam. Umiarkowany nacjonalizm jest jedyną siłą, która może wziąć w cugle fanatyczny nacjonalizm. (...) Żeby jednak umiarkowani wyszli z ukrycia i wzięli górę nad fanatykami, trzeba wzbudzić nadzieję na polepszenie warunków i rozwiązanie problemów." (s.30)

 

Fanatyzm to nonszalanckie odrzucenie kompromisu.

Bezkompromisowy człowiek - to brzmi szlachetnie, prawda? Ale i zgubnie. "Kompromis uważa się za brak integralności, zasad moralnych, brak konsekwencji i uczciwości. (...) Nie w moim słowniku. W moim świecie słowo "kompromis" jest synonimem słowa "życie". A gdzie jest życie, tam są kompromisy. Przeciwieństwem kompromisu nie jest prawość ani idealizm, nie jest determinacja ani poświęcenie. Przeciwieństwem kompromisu jest fanatyzm i śmierć." (s.21)


Amos Oz wie, o czym mówi, gdy proponuje szukanie miejsc wspólnych w mrowisku pojedynczych racji. Żyje w cieniu izraelsko-palestyńskiego konfliktu i wywodzi się z narodu, którego naturą (jak sam autoironicznie wyznaje) jest spór i dyskusja. Eseje Oza warto przeczytać również dla tych żydowskich smaczków, anegdot o samorodnych reformatorach świata, o tym, że nie sposób znaleźć dwóch Żydów, którzy myślą tak samo, bo "trudno znaleźć jednego, który zgadza się sam ze sobą" (s.17)

Pyszna jest opowieść  sięgająca do przeżyć Autora z czasów wojny sześciodniowej (1967).


"W noc poprzedzającą rozpoczęcie walk siedzieliśmy przy ognisku i próbowaliśmy zgadywać, co przyniesie przyszłość. W pewnej chwili objawił się pośród nas generał. (...) Wszyscy ucichli i generał zaczął nam prezentować swoje koncepcje na temat zbliżającej się bitwy. Po kilku zdaniach przerwał mu pulchny, podstarzały kapral w okularach, który bardzo grzecznie zapytał: "Proszę wybaczyć, generale, ale czy czytał pan kiedyś Wojnę i pokój Tołstoja?" Generał odparł: "Oczywiście, co za pytanie, czytałem wiele razy". "Czy zdaje pan sobie sprawę, generale, że zamierza pan powtórzyć taki sam błąd, jaki zdaniem Tołstoja popełnili Rosjanie w bitwie pod Borodino?". W mgnieniu oka cały pluton pogrążył się w zawziętej, hałaśliwej kłótni o Tołstoja, o strategię, literaturę, tłumaczenie, o wszystko. Wszyscy krzyczeli najgłośniej, jak mogli, wyzywali się od idiotów, nie oszczędzając generała, ani kaprala. W końcu się okazało, że kapral jest profesorem literatury rosyjskiej na Uniwersytecie Telawiwskim, a generał ma dyplom filozofii Uniwersytetu Jerozolimskiego na najwyższym poziomie." (s.19)

 

Fanatyzm to taka przypadłość, której towarzyszy brak wyobraźni i poczucia humoru.

Wyobraźnia umożliwia przewidywanie skutków naszych decyzji i postaw. To jedno. Pozwala też na empatię: Jak bym się czuł, gdybym bym nią? Co bym zrobiła, będąc nim? Ćwiczenie wyobraźni rozwija poczucie relatywizmu. Jednym ze sposobów takiego treningu jest czytanie. Literatura budzi wyobraźnię! Tu, niestety, konieczny jest nawias, w który należy ująć literaturę z tezą. Ale już zupełnie bez cenzury - mówi Oz - można czytać Szekspira, Gogola, Kafkę czy Faulknera.


Rozbudzanie wyobraźni działa skuteczniej niż adresowane wprost apele.
Oto jeszcze jedna - ulubiona, więc nie mogę pominąć - anegdota o tym, jaką siłę perswazyjną kryje w sobie metoda zadawania pytań. ;) Jej bohaterem jest przyjaciel Amosa Oza - Sammy - który wybrał się w podróż z szoferem.


"Szofer palnął zwyczajową mówkę o tym, że zabicie wszystkich Arabów jest dla nas Żydów sprawą niecierpiącą zwłoki. Sammy go wysłuchał i zamiast zawołać: "Panie, co z pana za straszny człowiek! Czyś pan jest nazistą, czy faszystą?", zagrał inaczej. "A kto pana zdaniem powinien pozabijać tych wszystkich Arabów?", zapytał. Na to szofer: "Jak to kto? My! Izraelscy Żydzi! Musimy! Nie mamy wyboru, pomyśl pan, co oni nam wyrządzają każdego dnia!". "Ale jak pan myśli, kto powinien się do tego zabrać? Policja? A może wojsko? Straż pożarna? Ekipy medyczne? Kto ma to zrobić?" Tamten podrapał się w głowę i rzekł: "Chyba powinniśmy się sprawiedliwie podzielić, każdy z nas musi zabić kilku".

Sammy Michael, zachowując kamienną twarz, rzekł: "No dobrze, przypuśćmy, że przydzielono panu blok mieszkalny w pańskim mieście, Hajfie, puka więc pan albo dzwoni do wszystkich drzwi i pyta: Przepraszam, czy przypadkiem nie jest pan Arabem? Czy pani jest Arabką? I jeżeli odpowiadają, że tak, strzela pan do nich. Potem, gdy kończy pan obchód tego bloku i wybiera się pan do domu, gdzieś z czwartego piętra dobiega do pańskich uszu płacz niemowlęcia. Czy wróciłby pan i zabił to dziecko? Tak czy nie?". Przez chwilę panowała cisza, po czym szofer powiedział: "Wie pan co, pan jest bardzo okrutnym człowiekiem". (s.34-35)


Na koniec: lek o największej sile regeneracji i środek zapobiegawczy, który nie ma sobie równych: poczucie humoru.

"Ani razu w życiu nie widziałem fanatyka z poczuciem humoru, nie spotkałem również człowieka z poczuciem humoru, który zostałby fanatykiem, jeśli owego poczucia humoru nie stracił. (...) Humor to relatywizm, to zdolność widzenia siebie tak, jak inni cię widzą, umiejętność uświadomienia sobie, że choćbyś był przekonany o swej słuszności i choćbyś został okrutnie skrzywdzony, to zawsze jest w tym coś odrobinę śmiesznego." (s.41)


Tak... i dodam, że jest to antidotum na niejedną chorobę. Panaceum na prawie każde zło.

 

 
1 , 2