literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Kategorie: Wszystkie | filmowe | literackie | myślane | wyszperane, znalezione
RSS
piątek, 29 października 2010

Wspomnienie minionego weekendu...

1.FFA we Wrocławiu, 20-24 października 2010


Organizacyjnie i koncepcyjnie Festiwal Filmów Amerykańskich jest repliką Festiwalu Era Nowe Horyzonty. Bogata oferta tytułów: każdego dnia 5 seansów w dziewięciu salach, czyli 45 projekcji.

Uporządkowana według sekcji.

Są rzeczy nowe: te najgłośniejsze bądź firmowane znanym nazwiskiem reżysera (HIGHLIGHTS), panorama współczesnego kina amerykańskiego (SPECTRUM), dokumenty sezonu (AMERICAN DOCS) i awangarda/ eksperyment (ON THE EDGE).


Były tez filmy o ugruntowanej renomie: sekcja DEKADA NIEZALEŻNYCH (tu: Jarmusch, Aronofsky, bracia Coen czy van Sant), a nawet evergreeny opatrzone hasłem wywoławczym: ZAGRAJ TO JESZCZE RAZ, SAM.


Spośród siedmiu filmów obejrzanych od piątkowej nocy po niedzielne popołudnie nadmienię o kilku, które zapamiętam szczególnie.


Gdzieś wśród lasów Missouri...

Do szpiku kości (Winter`s Bone), reż. Debra Granik (2010)


Prowincja - surowa, zapomniana, bez perspektyw. Każdy tu ma swoje miejsce, swoje granice nie do przekroczenia. Nie jest swojsko ani bezpiecznie.

Skromne (zabałaganione) domy to jedyny majątek, gwarancja zakorzenienia. Relacje z sąsiadami i rodziną (klany po trosze mafijne) są wróżbą przetrwania lub unicestwienia. Kodeks niepisanych praw i zależności domaga się cichego podporządkowania. Zadziorność przywołuje tragedię.


By się utrzymać, wielu przekracza prawo. Wśród nich: Jessup Dolly. O nim mówi się najczęściej, choć na ekranie pojawi się wyłącznie w roli rekwizytu (!). Szuka go policja - dawne sprawki, produkcja narkotyków - jeśli nie stawi się na rozprawę, rodzina straci dach nad głową.


Szuka go 17-letnia córka, Ree Dolly, która dźwiga ciężary ponad miarę. Wychowuje dwoje młodszego rodzeństwa, troszczy się o apatyczną, chorą psychicznie matkę, łata koniec z końcem. Znaleźć ojca (żywego lub martwego), by ocalić dom - oto cel i przewodnia nić fabuły.

Możliwe, że brzmi to mało porywająco. Ale film trzyma w napięciu niczym misterna mieszanka kina społecznego i thrillera. Jest mrocznie i bezwzględnie. Milczenie, pogróżki, zemsta... a zarazem braterstwo i więzy krwi, ochrona najsłabszych (dzieciaki, matka Ree).


Film o odwadze i determinacji, o potwierdzaniu swoich praw do istnienia i godności.

Rewelacyjna kreacja 20-latki, Jennifer Lawrence, w roli Ree. Śledzimy jej odyseję, kolejne nokauty i stawanie w podskoku do następnej rundy. Film jest chłodny, listopadowo ogołocony, przestrzenny, ale i klaustrofobiczny. Natomiast Ree jest rozbudzonym wulkanem -  krucha, lecz groźna, rzeczowa i żarliwa.


Widziałam siedem filmów, więc oceniać mi trudno, ale zwycięstwo Do szpiku kości w konkursie festiwalowym wydaje mi się strzałem w dziesiątkę.


W Teksasie, w miasteczku z dobrym szeryfem...

Morderca we mnie (The Killer Inside Me), reż. Michael Winterbottom (2010)


Och, czarujący i dobrze ułożony Lou, zastepca szeryfa...!


Amerykańskie miasteczko (lata 50., przynajmniej w literackim pierwowzorze), w którym życie wydaje się podlegać czytelnym regułom.


Jest szeryf - stary poczciwy Bob - znający ludzi i szanujący prawo.

Jest miejscowy potentat Conway (i jego mało bystry syn) - hmm... nieco poza kontrolą, bo pieniądze zapewniają pancerz ochronny.

Jest redaktor lokalnej gazety, który lubi prowokacje, ma alergię na bzdurne bajeczki, obrażające jego inteligencję i sceptyczne rozeznanie w ludzkiej naturze.

Jest piękna, zmysłowa prostytutka Joyce (Jessica Alba), dziewczęco niewinna, unforgettable, of course.

Amy (Kate Hudson), inteligentna panna zakochana w obiecującym strażniku prawa.


Nade wszystko zaś jest sam Lou, Lou Ford (Casey Affleck), zastępca szeryfa - z odznaką, kowbojskim kapeluszem, buzią grzecznego przystojniaczka.

Wyrastał wśród tutejszych i wypracował sobie szacunek.

- Małe miasteczko to takie miejsce, gdzie wszystkim się wydaje, że znają cie na wylot.

Tytuł jest wyraźnym mrugnięciem oka: tak, Lou to właśnie Dr Jekyll & Mr Hyde w jednej osobie.

Ma charme i siłę przekonywania. Sam zdaje sie wierzyć, że zło, które uruchamia, jest koniecznością, bólem nie do uniknięcia. Wali pięścią w delikatną twarz Joyce i szepcze: kochanie, jeszcze tylko trochę, zaraz będzie po wszystkim.

- Gdy pierwszy raz przyszło mi na myśl, by zabić [...], nie mogłem w to uwierzyć. A chwilę potem wiedziałem, że to musi się stać.

Historia Lou Forda okupiona jest nienaturalną śmiercią sześciu osób.


Joyce (Jessica Alba)                                                          Amy i Lou (Kate Hudson i Casey Affleck)

 

Sedno tkwi jednak nie tylko w fabularnej intrydze. Ważne jest wkroczenie w sferę podświadomości, ukrytych obsesji, agresywnych kompensacji, tego wszystkiego, co inspirację znajduje w analizach Zygmunta Freuda. Lou, mężczyzna kulturalny i oczytany, sięga na półkę wlaśnie po tom mistrza psychoanalizy, w którym znajduje zdjęcia posiniaczonej perwersyjnie pupy własnej matki. Źródła dewiacji tkwią w przeszłości, w erotycznych fantazjach i zakazanych upodobaniach.


Trzeci ważny aspekt to gra konwencjami: porcja kina noir w miksie z lekkością, niemal śpiewnym tonem, prawie tanecznym sposobem bycia...  Wrażenie potwierdza piosenka kończąca film: Ach, wstydź się, wstydź (Shame on you, shame).

Melodię zakłócają brutalne, obezwładniające ciosy, aż karykaturalnie zwielokrotnione.

A rytm wystukują wyznania zakochanych kobiet, którym nie przeszkadza zbita na kwaśne jabłko pupa. Zmasakrowane wyznają czule: kocham...

Jasne obok ciemnego. Konkluzja szeryfa Boba jest trafna: - Najjaśniej jest tuż przed zmrokiem.


"W wypatroszonej, spustoszonej, jałowej krainie..."

Droga (The Road), reż. John Hillcoat (2009)


Ekranizacja nagrodzonej Pulitzerem (2007) powieści Cromacka McCarthy`ego.

Fabularnie rzecz jest nieskomplikowana.

Świat był kiedyś zwykły, ludzki i dobry. Mężczyzna doglądał koni na łące, czule patrzyła na niego kobieta, oczekiwali dziecka. Miłość była w zasięgu.

Migawki ocalone z przeszłości wybudzają mężczyznę ze snu. Są w ciepłej tonacji, podczas gdy teraźniejszość ma posmak, barwę i rozmiary apokalipsy.


- Zegary stanęły o 1.17.

Świat po katastrofie nuklearnej. Jest spustoszony, zwyrodniały, barbarzyński.

Mężczyzna i jego syn usiłują przetrwać, kierują się na Południe. Walczą z głodem, słabością ciała i hordami Złych, którzy polują na pokarm (szerzy się kanibalizm).

Samotni wędrowcy mają tylko siebie. I ta wzajemna relacja staje się wyznacznikiem człowieczeństwa.

- Mój syn... Jeśli nie jest Słowem Bożym, to Bóg nigdy nie przemówił.

Męska odpowiedzialność, wrażliwość mimo szorstkości, upór, by dokądś zmierzać i przenosić wewnętrzny ogień... Mimo eksplozji zła, podłości, dzikiej walki o przetrwanie.

- Czy wciąż jesteśmy dobrzy? (...) Czy zawsze tacy będziemy?

Podróż jest próbą, która odbiera apokalipsie jej ostateczność. Nadzieja przygasa, lecz trwa.


To opowieść paraboliczna, moralitet, wojna o duszę.

Z tym wiążą się pewne jednoznaczności, od których film nie jest wolny. Źli i dobrzy, Badboys & Goodboys.

Uwodzi sceneria i muzyka (NickCave). Opuszczone domostwa, ruiny, wraki samochodów, śmieci. Nie ma zwierząt, drzewa padają martwe lub trwają jako kikuty. Krajobraz zarażony śmiercią. Najsilniejszą stroną tego filmu jest obraz.




***
Trzy obrazki z Ameryki, każdy w innej konwencji: dramat realistyczny (Do szpiku kości), trochę pastisz noir - trochę thriller (Morderca we mnie) i moralitet w apokaliptycznej odsłonie (Droga). Wszystkie traktują o złu. Przerażają i fascynują.

sobota, 16 października 2010

 

Chris Greenhalgh, Coco i Igor, Wydawnictwo Amber 2002

Biografia nie-biografia, choć główne role obsadzone są przez ikony XX wieku.

On: Igor Strawiński, wybitny kompozytor, rosyjski emigrant - obywatel świata. Zaproponował nawykłym do melodii uszom muzykę dysonansu, ostrych brzmień i rytmu.

Ona: Coco Chanel, kreatorka mody (mała czarna, perły, zapach: Chanel N°5), kobieta niezależna i niekonwencjonalna.


Kalendarium dołączone do książki odsłania, że oboje nieraz trafiali na życiowe zakręty, doświadczali odrzucenia i uwielbienia.

Dwoje artystów pracujących w skrajnie różnej materii. Ich drogi splatają się wielokrotnie: w przedsięwzięciach artystycznych (muzyka i kostiumy dla teatru), na salonowych imprezach, w życiu towarzyskim (kręgi przyjaciół).


W roku 1920 Strawiński spędził lato w podparyskim domu Chanel. Gest bogatej kobiety dla człowieka sztuki. Siła i pragmatyzm wspomagają rozedrgany geniusz, który w zamian oddarza je brokatem szlachectwa.

Strawiński (38-latek) ma żonę Katarzynę i czworo dzieci, które kocha. Chanel skończyła 37 lat, wygląda młodo i energicznie. Żałoba po zmarłym w wypadku samochodowym kochanku dobiegła końca. Igora i Coco łączy namiętny, kilkumiesięczny romans - oboje sądzą, że to miłość. Jeśli nawet, to z gatunku tych, które trzeba utracić.


Chris Greenhalgh robi rzecz następującą. Ostatni dzień życia Coco (10.01.1971) wybiera na klamrę opowieści. W środku umieszcza jeden wieczór z 1913 roku i kilka letnich miesięcy z 1920. Premiera "Święta wiosny" (źle przyjęta, skandalizująca) jest scenerią, w której rodzi się zainteresowanie Chanel Strawińskim. Siedem lat później rozegra się ich wspólna historia. Trochę tu prawdy, sporo zmyślenia. Klucz biograficzny może zwodzić. Sedno sprawy to odsłona tego, co dzieje się między mężczyzną i kobietą. Fascynacja, ból, tęsknota, odrzucenie, bliskość i obcość.



Sięgnęłam po książkę zainspirowana jednym zdaniem rekomendacji.

T. stwierdził, że autor ma talent do przenikania dusz obojga płci... "Wiele razy łapałem się na tym, że mówiłem sobie: o tak, tak właśnie postępują kobiety (albo: no tak, tacy są właśnie mężczyźni ;)".


Postanowiłam sprawdzić. I może wreszcie coś zrozumieć...?




Gra dotyczy kilkorga osób, zgromadzonych dla wygody obserwacji w rezydencji Bel Respiro (właściciel: Coco Chanel). Piekielny trójkąt: mężczyzna (Igor), jego żona (Katarzyna) i kochanka (Coco). W końcowym akcie dołączy książę Dymitr (wnuk rosyjskiego cara). W zasięgu wzroku - dzieci.


Zawieszam oceny moralne (wymuszałyby czerwoną lampkę i dźwięk dzwonu), spróbuję coś zrozumieć.


Fascynacja
(...wszystko dzieje się samo...)


Spotkanie w parku. Bukiet żonkili. Proszę pani..., czy mógłby pan... Dreszcz, prąd, żadne z nich niczego nie planuje, nie układa kadrów przyszłości. Ale wrażenie jest silne.


"...jakie są szanse, żeby dwoje ludzi zbliżających się z różnych kierunków do rogu ulicy nuciło tę samą melodię? Jakie jest prawdopodobieństwo, by w chwili spotkania nucili tę samą jej frazę? Co by to znaczyło, gdyby się tak stało? Nie umie tego wytłumaczyć, ale czuje, że on i Coco poruszają się w jakimś wspólnym rytmie, i czuje się potajemnie zaproszony, by zanucić z nią wspólną melodię". (s.37)


Mężczyzna przywiązuje do tych ożywiających go impulsów dużą wagę. Bo szuka - wiecznie szuka - dotknięcia, które uruchomi jego potencjał, odwróci złą kartę, znów uczyni go królem życia. Coco waha się, czy wolno jej zrobić kolejny krok. Igor trwa w zdziwieniu, że mu "się przydarza" taki cud. Wątpliwości zamraża, bo przecież fascynacja zjawiskową kobietą nie unieważnia jego bezpiecznego rodzinnego portu. Znaczące jak rozłożone są akcenty. Ona wie, że zaangażowanie to decyzja. On - chwyta się irracjonalnych "prądów".


Po pewnym czasie... Strawińscy mieszkają już pod dachem Chanel.

Greenhalgh wprowadza scenę potajemnego przenikania w sferę tej drugiej osoby. Coco myszkuje w gabinecie Igora pod jego nieobecność. Dotyka klawiszy, nut, bierze do rąk zdjęcia... Igor zakrada się do pokoju Coco, do jej łazienki... Każdy szczegół uruchamia wyobraźnię.

Niby nic, lecz aura grzechu czy choćby niestosowności działa jak przyprawa (lub perfumy). Oboje są namagnesowani.


Jest ktoś oprócz ciebie
(...to jest trudne...)


Przedtem, równolegle, czy wtedy gdy w tobie żar wcale nie chce wygasnąć...

Tu najciekawsze rozgrywa się w psychice kobiet.


Katarzynę dręczy zależność od pieniędzy Coco. Gardzi nią (bezwstydna sklepikarka!) i boi się jej siły witalnej, urody, pewności siebie. Obserwuje, jak Coco odbiera jej męża. Nie dowierza, że Igor rozmienia na drobne wszystko, co ich łączyło. Najdotkliwszy jest czas odchodzenia. Mąż jeszcze dzieli z nią sypialnię i podtrzymuje pozory, ale duszą (marzeniami) lgnie do tamtej. Gdy domysły zastąpi pewność, dotychczasowa pokora, oddanie i słabość eksplodują nienawistnymi oskarżeniami (wszystkie świętości są po jej stronie), wygarnie mu całe swoje poświęcenie, przygniecie swą miłością (której nie był godzien). Strzeżcie się zdradzonej bezsilnej kobiety.



Coco z satysfakcją odnotowuje, że inteligentna, oczytana i wykształcona muzycznie żona Igora jest brzydka, mało kobieca. Choroba, której się poddaje, świadczy o jej marazmie, apatii życiowej. Nie ceni tego. Ale jest świadoma praw Katarzyny. Godzi się na skryte spotkania z Igorem, ukradkowe kroki we własnym domu, na udawanie. Czeka aż Igor dojrzeje do decyzji, by zostawić, co wypalone i wspólnie budować nowe. Czy zdarzają się jej chwile zapomnienia, gdy sądzi, że to naprawdę jest możliwe? Tylko chwile. Musi wiedzieć, że Katarzyna zawsze będzie tą, która rodziła Igorowi dzieci i zna każdy dzień ich wspólnej młodości.


Jest taka scena: Coco odwiedza Katarzynę (osłabioną, leżącą w łóżku). Otwiera szafę i zaczyna przeglądać jej ubrania. "...tak bardzo narusza to jej prywatność, że czuje się niemal zgwałcona". I choć Coco taktownie przegląda jej bluzki i spódnice, chce doradzić, chwali niektóre ciuszki, to mimo wszystko góruje nad Katarzyną. Do momentu, gdy z szafy wypada biała ślubna suknia. Coco "czuje, jak cała przewaga, którą udało się jej zdobyć, ulatnia się w jednej chwili (...) niezamężna i bezdzietna musi się wydawać kimś, kto poniósł klęskę". Pojedynek trwa dalej: zażenowanie (paradoksalnie) dodaje Coco sił. Katarzyna, po chwili triumfu, pojmie "jak niepewna jest wierność, jak słaba jest pozycja żony". (s.58)


Gdy po kilku miesiącach zmieni się konstelacja (Katarzyna opuści męża, przyjedzie książę Dymitr), ból dzielenia się ukochaną z kimś trzecim dosięgnie również Igora. Może dlatego, że wydaje mi się to sprawiedliwe, a może dlatego, że mężczyźni skomplikowane sytuacje przeżywają bardziej jednotorowo...dość, że emocje Strawińskiego mniej mnie zainteresowały. Zazdrość, wściekła bezradność, poczucie, że jest się cieniem, zapijanie smutku alkoholem... i wymioty. No, doprawdy... Wiem, że boli, ale ileż można unikać decyzji?

I jakie to dziwnie prawdziwe, że niedostępność, ryzyko utraty bądź wygasające oddanie - dopiero to uświadamia czyjąś ważność.


Proszę, wybierz mnie
(...to nie jest łatwe...)


Biedny Igor... Z nutą ironii - jest jak przedszkolak, który chce mieć i klocki, i samochodzik. Łapczywość wytłumaczalna, gdy rzecz nie dotyczy ludzi - w życiu trzeba wybierać. Ta oczywista prawda jest dla Igora niepojęta.


Z Katarzyną wiążą go dzieci, przysięga, lata przyjaźni i udanego związku. Żona jest chora, więc potrzebuje wsparcia. Za nic w świecie nie chce, by o jego romansie dowiedziala się matka lub dzieci. W ogóle: nikt nie powinien nic wiedzieć, nikt nie powinien czuć się zraniony i nikt nie powinien go oceniać... (męskie?)


Z Coco łączy go namiętność, braterstwo dusz, podobny stosunek do życia, do sztuki. Potrzebuje jej, jest nią zafascynowany, ryzykuje całą swoją stabilizację emocjonalną i rodzinną. Z nią rozmawia o Katarzynie, odsłania sekrety małżeńskie. Ale na domniemaną ciążę Coco reaguje paniką. Związek ma szansę stać się jawnym dopiero wtedy, gdy zdecyduje o tym Katarzyna, odchodząc wraz z dziećmi. Odchodzi również Coco.



Warto prosić o miłość? Brzmi absurdalnie, ale bywa, że w desperacji, tuż przed spakowaniem walizki,takie błagalne oczekiwanie domaga się wypowiedzenia.

Katarzyna prosi, a gdy nie otrzymuje, grozi i ocenia.

Coco zna swoją siłę, nie potrzebuje zapewnień. Sama gotowa jest wiele poświęcić, dopóki nie zrozumie, że mężczyzna, który nie umie jej wybrać, nie jest tego wart. Niezależność i nowoczesność to jedno, potrzeba wyłączności - drugie. Tu Coco i Katarzyna są wyjątkowo zbieżne.


***


 

 

Powieściowa fikcja dopisuje do kilku gorących miesięcy czułe i bolesne zakończenie.

Po latach Strawiński dyryguje ""Świętem wiosny", doskonalonym pamiętnego lata w willi Chanel. I to, co utracone, nagle ożywa w muzyce. Czytelne tylko dla niego, ale w jakiś sposób ocalone. Gdy Coco umiera (pół wieku później!), przypadkowe zdarzenie uruchamia ciąg wspomnień. Zaprzepaszczona miłość powraca silną falą. Przetrwała w postaci pustki, która się nie zabliźnia.

 

 

 



Coco Chanel & Igor Stravinsky, reż. Jan Kounen, Francja 2009

Film nie ma jeszcze polskiego dystrybutora, ale trailer zapowiada się interesująco. Recenzje szacują ten obraz wyżej od filmu Coco avant Chanel z Audrey Tautou w roli tytułowej. Scenarzystą jest Chris Greenhalgh.


poniedziałek, 04 października 2010

ARCHIPELAG

(Niezależny Magazyn Bukinistyczny)


Konstelacja autorów i czytelników połączonych pasją w jeden Archipelag.

Internetowe pismo adresowane do ludzi zaprzyjaźnionych z książką.
Teksty o literaturze, czytaniu, spotkaniach i inspiracjach.
Z perspektywy czytelnika, blogera, miłośnika słów.

 

 

Zapraszam do lektury.

Kto tu zagląda, ten pewnie wie, że ARCHIPELAG istnieje.

[Prosta dedukcja: duże prawdopodobieństwo, że zaglądający "na tamaryszka" czytuje książkową blogosferę, a tam na trop do ARCHIPELAGU natrafić łatwo.]

 

Temat przewodni drugiego numeru: Dom. Zamieszkać w książce.


Warto zajrzeć na stronę ARCHIPELAGU i stamtąd ściągnąć magazyn na swój komputer, by wygodnie wertować go i poczytywać.



Ponad sto stron słów i obrazów.

O domach literackich i realnych miejscach zamieszkania literatów.

Gotyckie domostwa, kamienice, wnętrza mieszkań i siedziby rodu, budynki i domy mentalne.


Ale nie tylko o tym jest ten numer. Można odkryć różne odrośla i gałązki, znaleźć coś dla siebie.


W przepastnej ilości tekstów są i dwa moje.

Recenzja tomu opowiadań Annie Proulx, Dobrze jest, jak jest.


"...Tytuł tomu, choć pobrzmiewa w nim akceptacja tego, co jest, sugeruje przede wszystkim ograniczenia i rezygnację. W ostatnim opowiadaniu jest frazą, którą bohaterowie powtarzają, by dać do zrozumienia, że świata lepiej nie zmieniać. Tak było, więc niech będzie nadal.

Proulx nie opisuje nędzy (nie przede wszystkim), lecz gaśnięcie nadziei. Bo nadzieja pierwotnie jest w każdym losie. Dopiero uświadamianie sobie nieprzekraczalnych a dławiących barier zaczyna przemieniać życie w piekło..."

 


I analiza powieści Morisa Farhiego, Młodzi Turcy.


"...wielowymiarowy świat widziany oczyma tych, którzy zachłannie w niego wkraczają, intensywnie przeżywają ograniczenia, wierzą naiwnie, ale obserwują rachunki, jakie życie wystawia za idealizm (...)

Wywodzą się z jednego pokolenia, niektóre opowieści przywołują postaci spotkane już we wcześniejszych historiach. Możliwe (lecz niekonieczne), że dobrze się znają – są przyjaciółmi, sąsiadami, kolegami ze szkoły. Wszyscy są niczym „popękane naczynia z tych samych ruin”, z tej samej gliny, marzeń i rozczarowań..."

 

 

sobota, 02 października 2010

"Matka Teresa od kotów", reż. Paweł Sala, Polska 2010


W zasadzie: pisać, nie pisać - oto jest pytanie...

Pisać, bo obejrzałam film Pawła Sali i nie przechodzę mimo obojętnie.

Nie pisać, bo wokół widzę tyle różnych opinii, ocen, recenzji, że nie wiem, dlaczego miałabym dodawać kolejną..., następne..., jeszcze jeden... .

Zrobiłam researching... Tak zupełnie coś nowego powiedzieć będzie trudno, niemniej jednak, swoje trzy grosze dorzucam. Ot.


Pierwsza i ostatnia scena.

Policja aresztuje chłopców: 20-letniego Artura i 10-letniego Marcina. To bracia, którzy kilka dni wcześniej zamordowali własną matkę. Odcięli głowę, ciało wrzucili do szafy... uciekli i (pozornie?) beztrosko spędzali czas.

Aresztowanie stanowi klamrę.

Opowieść jest retrospekcją sięgającą 13 miesięcy wstecz. Napisy wyznaczają jej rytm: dzień wcześniej, 3 dni temu, tydzień, miesiąc, ... rok...


Kolejne sekwencje luźno ze sobą korespondują, tworzą rodzinny album, migawki z życia pięciorga ludzi, których łączą więzy krwi. Musi być tez coś, co ich antagonizuje, rani, kaleczy, doprowadza do granic, które przekroczone staną się nieodwracalnym złem.


Retrospektywa nie odsłoni wszystkiego. Sięgnie wystarczająco daleko, by utrwalić moment robienia rodzinnej fotografii - piknig, leśny plener, uśmiechy, przytulenia, głupie miny - jak to na fotografii... Rodzinka jakich wiele; ze swoim szczęściem i swoimi kantami. Coś musiało się czaić pod powierzchnią, jakieś podskórne emocje, tajemnice, przemoc?, lęk?, odrzucenie?

To mocny punkt filmu Sali, że nie wskazuje jednoznacznie przyczyn.


[Cytuję fragment wpisu na blogu Filmy Torne`a . Bardzo trafny!]

"Matka Teresa od kotów" to rzecz o potłuczonych ludziach. Bohaterowie filmu są jak porcelanowe filiżanki, pełne rys i pęknięć. Mimo to wypełnia się je gorącą herbatą. Niby wszystko jest w porządku, a jednak herbata wycieka. Problem jest jednak ignorowany, a kiedy w końcu się go zauważa, człowiek budzi się z lufą policyjnego pistoletu przy skroni.



Pęknięcia

Teresa (Ewa Skibińska)

Jak to jest bać się własnego dziecka? Być tak bezradną, zagubioną, sparaliżowaną siłą Artura? Nawet gdy w grę wchodzi dobro młodszego, ustępuje, pozwala by Artur nim zawładnął, nie znajduje sposobu, by skutecznie zaprotestować.


Wezwana na rozmowę do szkoły zatuszuje wagary, uzna sfałszowany podpis za swój.

Może dlatego, że nie liczy na pomoc szkoły. Na wsparcie ze strony męskiego autorytetu liczyć nie może (ani mąż, ani znajomy Jacek niewiele potrafią wskórać).

Z desperacji wyrusza na religijną pielgrzymkę, po czym zawraca. Zagubiona, bezsilna, bardzo samotna kobieta. I do tego kobieca właśnie - z umalowanymi ustami, w kostiumiku, z potrzebą przytulenia się do mężczyzny i przygarnięcia kota. Koty to jakaś obsesja. Zatrzyma się, by wyciągnąć miauczące stworzenie spod samochodu, dom zdominowany jest przez kocięta, kotki i kocury.


Uderzyło mnie, że ona do relacji z najbliższymi wprowadza swoją zawodową usłużność. Pracuje jako agentka ubezpieczeniowa. Składa oferty, po czym z uśmiechem i akceptacją przyjmuje odmowę zainteresowania. Nie może niczego wymusić, wynegocjować. Analogiczna jest jej życiowa apatia.


Hubert (Mariusz Bonaszewski)

Mąż i ojciec. Wrócił z misji w Afganistanie, wkrótce potem traci pracę w wojsku, niefortunnie topi pieniądze w funduszach. Cień człowieka. Czy Hubert z przeszłości był inny? Może naprawdę molestował chłopaków (o co oskarża go Artur, czemu zaprzecza Teresa)? Może szafował przemocą, którą teraz odnajduje w sobie Artur? Czy jego marazm można wytłumaczyć wojenną traumą czy po prostu wypaleniem, nieumiejętnością życia w cywilu?


Marcin (Filip Garbacz)

Młodszy brat Artura. Wpatrzony w niego jak w obrazek. Artur traktuje go z pewną dawką empatii (normą jest arogancja), ale są sytuacje, w których wymusza posłuch. Skąd wzięło się zaślepienie Marcina? Z błędów wychowawczych rodziców? z braku ojca? Z autentycznej charyzmy Artura, który potrafi mu wmówić swe paranormalne zdolności. Małemu wydaje się, że życie jest grą, można je mieć w garści, wymuszając ożywienia zmarłych lub ingerencję w cudze myśli.


Dlaczego siedmioletnia Jadzia dopiero od niedawna potrafi mówić? Dlaczego czuje się brudna po nocy, domaga się kąpieli, mimo przynagleń do wyjścia? Co skrywa?


Artur (Mateusz Kościukiewicz)

Zabić matkę a potem wypytywać o nią znajomych, zmyślać na jej temat przed przyjaciółką Teresy... Naprawdę nic nie czuje? Zło wcielone? Kwintesencja arogancji, bezinteresownej podłości, chamstwa... Albo raczej chłopak, który strach przed życiem chce zagłuszyć przekonaniem, że ma nad nim władzę... Nieufny, bojący się relacji z dziewczyną... Wypytujący - z dziwną ekscytacją - o wojenne mordy ojca...  "Praktykujący czarną magię". Skrzywdzony? Odepchnięty? Tak to wygląda, gdy podczas rodzinnego pikniku zjeżdża z trasy i wpada do jeziora.


Nie rozumiem, dlaczego reżyser uwiarygodnia magiczne moce Artura. Odrzucam te cudowne zdolności, więc czuję pewną konsternację, czy aby dobrze interpretuję niektóre sygnały.

Mimo wszystko kreacja Kościukiewicza jest sugestywna i pełnokrwista. To druga ważna rola tego aktora (po "Wszystko, co kocham"). Zbiera za nią kolejne nagrody. Szczególnie prestiżowa jest ta otrzymana w Karlowych Warach bądź ogłoszona wczoraj nominacja do Nagrody im.Zbyszka Cybulskiego.


Artur (na przemian z Marcinem) powtarza jak refren: "koty mają przejebane"!

Tylko dlaczego koty? One tu mają klawe życie. One jedyne.