literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Kategorie: Wszystkie | filmowe | literackie | myślane | wyszperane, znalezione
RSS
czwartek, 23 września 2010

Myślę sobie, że...

 

Liritio mnie załańcuszkowała, przydzielając mi rolę ogniwa w ciągu odpowiadających na pytanie o

Dziesięć Rzeczy, Które Lubię.

Pomyślałam o zastrzeżeniach wobec powyższego... ale trzeba by spisać listę, więc ostatecznie - co za różnica? Jedno nadmienię: to (nomen omen, Liritio) KALEJDOSKOP.


Jest wczesne popołudnie, chłodne, lecz zielone, spokój, nic mnie nie nagli... Lubię pracować! Lubię się w pracy zatracić!

Innym razem, niech będzie wieczór, za oknem ciemno,  aż boję się spojrzeć na układ zegarowych wskazówek, warczy jakiś motor bez tlumika lub sąsiad robi remont... Kurczę! Jak nie cierpię zadań na czas! To jak choroba terminalna. Gilotyna. Uwielbiam nieróbstwo!


To samo może być źródłem błogości i machiną ugniatającą. Zależy, co zaoferuje kalejdoskopowy układ wrażeń, marzeń, upodobań chwilowych i kaprysów.


Kusi mnie wyręczenie sie cytatem - wiersz Szymborskiej (Możliwości) byłby dość bliski moim zapatrywaniom.

Zdecydowanie wers pierwszy: "Wolę kino"!

Niestety, w żadnym razie wers dwunasty: "Wolę wychodzić wcześniej". Jakiś bliżej nieznany układ gwiazd, genów, okoliczności, zaszłości z poprzedniego wcielenia... sprawia, że trudno mi zdążyć na czas, o byciu "wcześniej" nie mówiąc.

 

Lubię!


1.  Plamy światła powstrzymywane cieniem...

 

...na leśnym trakcie mijanym podczas wakacyjnej wyprawy rowerem. Wszystko we właściwych proporcjach. Wystarczy jasności, by rozświetlić drogę, a cień sprawia, że ciepło nie jest oczywiste, dane raz na zawsze.

 

2. Paradoksy i sprzeczności połączone klamrą...

 

W ogóle nie wierzę w prawdy oczywiste. Męczą mnie zbyt okrągłe zdania, wolę kanciaste, z supełkami.

Szanuję logikę myślenia (korzysam z niej dość często) i nie widzę tu żadnej sprzeczności. Rozumiem, że można być otwartm, nachylonym ku innym i introwertycznym jednocześnie; że można wierzyć i daremnie szukać znaków; że potrzebuje się bliskości i samotności zarazem...

...i takie tam podobne...

 

3.  Szafirki, maki i roślinność wszelaką...

 

Na ptaka mówię "ptak", ale do drzew, krzewów, bylin, kwiatów ciętych i doniczkowych staram się zwracać po imieniu.


W domu mam: krotony, storczyki (phalaenopsis), dracenę (d.marginata), fiołki afrykańskie, hoję (hoya carnosa), grubosze (crassula arborescens, czyli drzewko szczęścia, które rośnie znacząco pokręcone), peperonię (p.obtusifolia), kalanchoe, trzykrotkę (taką intensywnie fioletową-bordową). Do niedawna były maranta, szeflera i sanseweria... - puściłam w świat. Raz po raz mam zakusy wyhodować z nasionka okazałą passiflorę.

Naprawdę lubię: szafirki!, maki, chabry... i róże (to a propos punktu 2., że jedna kategoria jest zbyt mało pojemna). Tamaryszki też, zwłaszcza wiosną.

 

4.  Kolczyki...

 

W biżuterię się nie stroję. Pierścionki, bransolety, broszki i spinki - mogłyby nie istnieć. Rzeczy koralopodobne - owszem, cieszą oko. Ale ucho!, ucho potrzebuje kolczyka. Lubię bardzo.

 

5.  Słowa... i idiolekty...

 

Lubię literaturę. Poza treścią i formą tekstów ciągłych fascynują mnie pojedyncze słowa i ich najbliższe otoczenie.

Nie jestem poliglotką (żałuję), lecz uczenie się języka uważam za zajęcie piękne i twórczo absorbujące. Poznawanie nowych słów - frajda!

Przypomniał mi się esej Anne Fadiman o słowach rzadkich, egzotycznych, staroświeckich bądź specjalistycznych. Mam podobną manierę identyfikowania słów nieznanych i potrzebę posiadania w swych zasobach garnituru wyrazów synonimicznych. Słowniki - genialny wynalazek ludzkości!


Lubię słuchać, jak ludzie mówią. Rozpoznawać charakterystyczną intonację, powtarzające się zwroty, upodobania, nieporadności.

Nie oceniam, rozpoznaję. Lubię różnorodność, to że można mówić w kilku rejestrach, że tak wiele komunikuje się sposobem wyrażenia treści.

Teraz mam skłonność do zdań prostych. Owszem, nie wystarczy mi jeden przymiotnik, ale nie sądzę bym mówiła kwieciście. Kiedyś (widocznie był czlowiek bardziej skomplikowany) mówiłam nawiasami: stwierdzenie i wyjaśnienie, znów nowa myśl i nawiasowe dopowiedzenie... Rany! Idiolekty w wydaniu codziennym i tym z kart powieści - to lubię!

 

6.  Dygresje...

 

...lubię opowieści, które się rozrastają, zahaczają o nisze i uskoki, zbaczają z głównego nurtu. Dygresje zapamiętuję i potrafię je wytwarzać na potęgę. Choć... jestem wyposażona w cugle i znajomość zasad kompozycji każe mi zachować umiar.

 

7.  Myśleć, że wszystko jest po coś...

 

...choć nie mieszam do tego Przeznaczenia i Opatrzności (tej ostatniej nie wykluczam).

Nie wiem, czy "tak musiało być", ale skoro już jest, to można z tym coś zrobić.

Ta myśl ustawia mi wzrok ku przyszłości i nie pozwala na rozgrzebywanie tego, co było. Znajomość przyczyn - dobra rzecz, jednak najbardziej twórcze jest spojrzenie na to, czym się dysponuje, okiem ... rzeźbiarza?, ogrodnika (co to sadzonki sortuje)?, kogoś, kto zamierza posprzątać?

Moje składanie wszystkiego w całość jest nieporadne, do mistrzostwa daleka droga... Po prostu lubię ten stan, gdy zakasuję rękawy i mam ochotę coś przemeblować. Znaleźć miejsce dla świeżo zaistniałych czy uświadomionych faktów.


Udało się? Może trzeba iść w tym kierunku...

Znowu nie wyszło? Zmienić cel, może obrać do niego inną trasę...

Bolało? Cholera, niech wyboli aż spali się na popiół.

Przyda się, na pewno było "po coś".

 

8.  Ciszę...

 

"Kiedy wymawiam słowo Cisza,

niszczę ją"  (Szymborska, Trzy słowa najdziwniejsze)

Więc nic nie dodam. Wolę ciszę.


9.  Przestrzeń...


Przestrzenne krajobrazy - nic wspanialszego niż Grecja nie przychodzi mi do głowy.

Ale myślę też o w miarę nieuciążliwych sytuacjach, bez przynaglania, ograniczeń (bywają bodźcem, ale daję sobie bez nich radę). Obawiam się, że czas najprzyjaźniej otwartej przestrzeni jest już za mną. Czas, gdy możliwe było wszystko, a rozstaje oferowały tyle możliwości, że wcale niełatwo było znaleźć własną ścieżkę. Wolę przestrzeń. Może być bez przesady.


10. Jabłuszka...

 

...chrupiące, winne, soczyste... Nie idaredy, nie bardzo papierówki czy lobo, ale melrose, cortlandy, jonagoredy, szampiony, gala royal...

Niezłe są stare odmiany - takie boskopy na przykład (byle bez plamek w miąższu) albo malinówki!

Szarlotki i naleśniki z jabłkami, musy...

Nie, no przede wszystkim jabłka same w sobie. :)

Tagi: Lubię
21:55, renbor1 , myślane
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 20 września 2010

Witold Szabłowski, Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji, Wydawnictwo Czarne 2010.

Siłą reportażu jest temat.

Siłą reportażu jest sposób opowiadania o faktach.

W książce Szabłowskiego obie siły współbrzmią, więc efekt jest piorunujący. Re-we-la-cyj-nie dobre teksty!


Rzadko się zdarza, by opinie z obwoluty były wiarygodną zapowiedzią wnętrza. Tym razem wszystko się zgadza. Jacek Hugo-Bader poleca "Zabójcę...", bo "to książka o tym, jak niewygodnie jest stać w rozkroku". Akcent pada na sakramentalne rozdwojenie (przywoływane niemal w każdym tekście o Turcji) - między przeszłością a teraźniejszością, prowincją a miastem, Azją a Europą, islamem i aregijnością. Tym razem nie stambulski Most Bosforski jest figurą znaczącą, ale ludzie, w których jedno z drugim się miesza. "Każdy Turek jest takim mostem" - mentalność rozpina się między z pozoru wykluczającymi się skrajnościami.


Rekomendacja Krzysztofa Krauze dotyczy analogii między polską a turecką megalomanią. Gdy zajrzy się głębiej, widać jej poszczególne warstwy: antysemityzm, nieracjonalne pojmowanie honoru, kompleksy, ksenofobia i kompensacyjne poczucie wyższości. Tylko spojrzenie na Wiktorię Wiedeńską mamy różne. Turek uważa, że Sobieski przegrał pod Wiedniem. :)


Paweł Goźliński wskazuje na ukrytego bohatera tych reportaży, na autora. "Specjalista od nietypowych zadań". Jego obecność jest nienachalna, wycofana, ale wyrazista. Czujemy, że zna ten świat od podszewki, że nie opisuje Turcji turystycznej, że nie boi się kłopotliwych tematów, dociera do niesamowitych rozmówców, pisze o bolączkach, ale nie mamy wątpliwości, że dystans jest zaślubiony z fascynacją.


Mariusz Szczygieł dodaje: "Witold Szabłowski pisze o Turcji tak, jak ja bym chciał pisać, gdybym znał się na Turcji."

Właśnie to przyszło mi na myśl, gdy doczytałam do ostatniej strony: majstersztyk, też bym tak chciała! Nie dość, że warto sięgnąć po "Zabójcę...", by zrozumieć Turków, to reportaże Szabłowskiego są jak zapisy szalonej przygody, przeplatane aluzjami, kontekstami, nietanią sensacją i niesłodkim sentymentem - są pierwszorzędną przygodą czytelniczą.

Mam nadzieję, że uwzględnią to jurorzy przyszłorocznej Nike.


Turcja wzdłuż i wszerz

Reportaże poprzedza mapka Turcji, na której zaznaczono miasta będące tłem poszczególnych historii. W legendzie - dwuzdaniowy skrót: tu sąsiedzi ukamieniowali dziewczynę, a stąd wywodzi się żydowski mesjasz, który przeszedł na islam (!), tu mieszkał Ali Ağca, który strzelał do papieża. Świetny pomysł redakcyjny. Punkty rozrzucone są po całym terytorium i znaczą trasę podróży Szabłowskiego.


Autor - 30-letni dziennikarz Gazety Wyborczej - ma za sobą studia politologiczne w Stambule i staż w telewizji CNN Türk. Zjeździł kraj autostopem, rozmawiał (po turecku) z napotkanymi Turkami, szukał dróg do postaci niezwykłych. Miał niesamowite szczęście dotrzeć do osób otoczonych kordonem nieufności lub obaw.


Myślę tu o rodzinie "zabójcy" papieża, o zapomnianej żonie Atatürka - kto wie, czy nie sprężynie nadającej rozmach jego reformom, o eks-prostytutkach kandydujących do parlamentu czy dziewczynie, którą chcieli zabić najbliżsi (w imię urojonego honoru).

Reportaży jest trzynaście.


Uprzedzenia

Jeden z rozmówców stwierdza z goryczą: "Mój kraj za wszelką cenę chce być zachodni i nowoczesny. Zrobilibyśmy wszystko, żeby się wam przypodobać. (...) A wy ciągle przyjeżdżacie i kręcicie nosami." "Mówicie, że islam jest zacofany, że nasza demokracja jest słaba, a tradycje głupie. Każecie się zmieniać, bo wy wiecie, jak się powinno żyć w XXI wieku. A jak próbujemy się zmieniać, bo przecież od czasów Atatürka nie robimy nic innego, śmiejecie się z nas."


Wytwarza się jedyna w swoim rodzaju mieszanka tęsknoty za akceptacją i namaszczeniem przez Zachód i urażonej dumy, która każe unieważnić nowoczesność i przylgnąć do rodzimych mitów.

Mustafa, z którym Szabłowski rozmawia w herbaciarni, jest kierowcą. Zakompleksionym i zaczepnym. "Wszyscy nas nienawidzą. (...) I Wschód, i Zachód. Wiesz, dlaczego tak jest?" I daje genialną odpowiedź: - Bo się nas boją. Bo my jesteśmy najlepsi.

Arcypolskie!


Przywołam tu dwa prezydenckie epizody: bajbajbusza i morelę.

Podczas wizyty George`a Busha w Iraku dochodzi do incydentu: dziennikarz rzuca w prezydenta butem i impertynenckim okrzykiem. Bush uchyla się, ale sytuacja ma reperkusje. But wyprodukowano w Turcji i odtąd fabryka z przedmieść Stambułu zbija kokosy. Wszyscy kupują buty, które na podeszwie mają wygrawerowany napis "Bye bye Bush". Można zarobić na nienawiści do zdemoralizowanego pogańskiego Zachodu.


Trzy miesiące później Stambuł gości Obamę. Telewizja pokazuje, jak prezydent skubnął ze straganu morelę. Mieszkańcy Malaytai (tytułowe miasto moreli) widzą w tym szansę na pomnożenie kapitału. Europejskie zagłębie moreli rozgłasza, że to była ICH morela, a Obama wie, co dobre. Można zarobić na radości, że świat lubi Turcję, lubi tureckie morele.


Kochamy Atatürka

Znacie? To posłuchajcie.


"Gwiazda B-16 była widziana raz tylko, w 1909 roku, przez tureckiego astronoma, który swoje odkrycie ogłosił na Międzynarodowym Kongresie Astronomów. Nikt jednak nie chciał mu uwierzyć, ponieważ miał bardzo dziwne ubranie.

Na szczęście turecki dyktator kazał zmienić swojemu ludowi ubiór na europejski. Astronom ogłosił po raz wtóry swoje odkrycie w roku 1920 - i tym razem był ubrany w elegancki frak.

Cały świat mu uwierzył."

(A. de Saint Exupéry, Mały Książę; motto Zabójcy z miasta moreli)


Dyktator wydawał mi się zawsze postacią baśniową. A wcale nie! Atatürk naprawdę istniał, rządził Turcją 15 lat (1923-1938) i zmienił ją nie do poznania. "Stworzył kraj na nowo", by pchnąć go na drogę postępu. Cena była wysoka, do maruderów strzelano. Jednak mit wodza, który kochał naród z wzajemnością, trwa do dziś. Podobno nie ma lepszego testu na obcokrajowca niż zapytać go: - A co sądzisz o Atatürku? Szabłowski podpowiada jedyną słuszną odpowiedź: - Sądzę, że był wybitnym mężem stanu. To wielkie szczęście dla Turcji, że miała kogoś takiego.


Wewnętrzne oceny mogą oscylować od uwielbienia po krytycyzm, ale świat niech lepiej niczego nie osądza.


Konkrety: Atatürk dążył do laicyzacji Turcji. Zniósł sułtanat, rozwiązał bractwa religijne, wprowadził prawo cywilne zamiast szariatu. Dał prawo wyborcze kobietom. Zmienił kalendarz islamski na obowiązujący w Europie i pismo arabskie zastąpił europejskim.

Z dnia na dzień miliony Turków musiały wydobyć się z analfabetyzmu, na nowo uczyć się liter. To tylko wycinek reform Atatürka, wystarczający, by pokazać ich rozmach.

Od kwestii konstytucyjnych po obyczajowe. Ustawa kapeluszowa nasuwa analogie z carem Rosji, Piotrem I, który bojarom zgolił brody w XVIII wieku.


Oto cytowany przez Szabłowskiego fagment zarządzenia:

"Cywilizowany, międzynarodowy ubiór jest godny i właściwy dla naszego narodu i będziemy go nosić. Obuwie na nogach, spodnie, koszule i krawaty, marynarki i kamizelki oraz - naturalnie do kompletu - nakrycie głowy z rondem. Chciałbym, żeby to było jasne. To nakrycie głowy nazywa się kapelusz."

Kto nosił fez, tracił go razem z głową.


Czas płynie, Atatürk od ponad 60 lat nie żyje, ale jego portrety spotkać można wszędzie: w urzędach, szkołach, na ulicach, w kawiarniach, u babci klozetowej.

"- Jeśli się kiedyś zorientujesz, że od piętnastu minut nie widziałeś ani jednego Atatürka, biegnij! To znaczy, że już nie jesteś w Turcji. Musiałeś przejść granicę i nie zauważyć."

Nowoczesne kobiety, z tytułem naukowym i postępowym spojrzeniem na życie, nie chcą słuchać niczego, co burzy pozytywny wizerunek wodza. To dzięki niemu mają swoje prawa, swoją szansę. Podobno w nadmiarze sięgał po alkohol... Cóż, na trzeźwo nie dałby rady, wątpliwości mogłyby go zatrzymać.

Skandalem na całą Turcję była wypowiedź nagrana dla telewizji, w której dwie nastolatki bezczelnie wyznają, że nie kochają Atatürka.

Wszczęto śledztwo z urzędu. Dziewczyny uniewinniono, co znaczy, że Turcja się zmienia.


Być kobietą...

W ostatnim tekście Szabłowski wraca do tematu tureckich sprzeczności.

Pisze o kobietach wyzwolonych, niezależnych, śmiałych. Pisze o kobietach spętanych nierozumnym patriarchatem, dodatkach do mężczyzn, otulonych w chusty i luźne stroje.

Są obok siebie. Kto wie - może obie wersje są w każdej Turczynce?

Autor wspomina o zdjęciu opublikowanym w tureckiej prasie z podpisem "To jest właśnie Turcja". Dwie kobiety stojące w morzu. Jedna w muzułmańskim stroju kąpielowym (zakryte ramiona i nogi, na głowie kapturek, na plecach pelerynka, by osłonić obcisłe miejsca), druga - topless.


Porażające są artykuły o kobietach, które stały się ofiarami tradycji.

Nieprawda, że cała tradycja jest zła, ani że spojrzenie z zewnątrz ma prawo osądzać pozycję społeczną kobiet tureckich bez wniknięcia w mentalne sensy tradycji.

Ale opowieści o kobietach osaczonych, sprzedanych do burdelu, poniżanych i bitych (bez możliwości schronienia się pod płaszcz prawa), zamordowanych przez najbliższych, którzy uznali, że splamiły ich honor (tytuł reportażu o honorowych zabójstwach brzmi: "To z miłości, siostro") są wstrząsające.


Honor mężczyzny. Definiowany jest przez postawę podległej mu kobiety. Kilkadziesiąt kobiet rocznie oddaje życie dla zadośćuczynienia tym urojonym uniesieniom urażonej godności. Są regiony, które z tego słyną.


Mąż zabija żonę, bo wydaje mu się, że nie jest dość oddana. Nie musi mieć prawdziwego powodu, wystarczy plotka.

Brat nie może znieść hańby, za jaką uważa spotykanie się siostry z chłopakiem - przynosi mu to ujmę, z której oczyści tylko śmierć.

Ojciec uśmierca córkę, ktora wysłała do radia SMS-a z życzeniami dla chłopaka - splamiła dziewictwo.

Społeczność na to zezwala. Decyzje zapadają nie w efekcie, lecz z rozmysłem. Mężczyzna, który honoru nie pomści, jest jak śmieć.


Oczywiście, Turcja ma świadomość, że to jest problem społeczny, prowadzone są kampanie medialne szerzące sprzeciw wobec tych praktyk.

Turcy bywają bardzo europejscy albo szarmancko wschodni. Ale myślenie kodem tradycji sprawia, że bywają nie do pojęcia dla kogoś z zewnątrz. Oczywiście,  "Zabójca z miasta moreli" jest przyczynkiem, by rozumieć ich lepiej.

Oto rozmowa autora z tureckim studentem, Muratem (s.197):


"- Zachód? Mam z nim kontakt prawie codziennie. Moje miasto Alanya leży nad morzem. Są tam tysiące turystów. Jak widzę, jak traktujecie kobiety, krew mnie zalewa - opowiada. - Wasza kobieta z każdym mężczyzną porozmawia. Ktoś ją zaczepia, a ona się uśmiecha!

- Są w obcym kraju. Chcą być miłe.

- Tylko prostytutki wdzięczą się do każdego. Ale co z was za mężowie! (...) Skąd jesteś, z Polski? Spałem kiedyś z jedną Polką... No, dlaczego nic nie mówisz?

- A co mam powiedzieć? Szczęściarz z ciebie...

- Chłopie, przecież ja cię właśnie obraziłem!

- Tak?

- No właśnie, wy nic nie rozumiecie. Za taki tekst Turek dałby od razu w twarz. To tak, jakbym ci obraził rodzinę - mówi Murat i oddala się."

 

poniedziałek, 06 września 2010

Kucharze historii (Cooking History), reż. Peter Kerekes, Słowacja 2009

 


Bohaterami tego dokumentu są wojenni kucharze. Każdy z bagażem doświadczeń, świadek historii. A nawet jej katalizator, jeśli przyjąć za słuszny padający w filmie wniosek, że najlepsza strzelanina jest po dobrym posiłku.

Straż przy kotle to działanie zarazem newralgiczne i kojące. Dość bezpieczna odległość od linii frontu i wystarczająca bliskość prowiantu.

Kerekes zaprosił do udziału 12 kucharzy różnych nacji (przesłuchał podobno ponad setkę): Niemców, Rosjan, Francuzów, Żydów, Węgrów, Serbów i Chorwatów.

 

Reżyser deklaruje w wywiadzie, że lubi, gdy film przypomina lasagne i jest wielowarstwowy.

Posmakowałam, spróbuję odtworzyć skład potrawy.

 

Oto przepis:

warstwa pierwsza - sześć dwudziestowiecznych wojen jako tło. Mamy tu: II wojnę światową (niemieccy kucharze pamiętają wrzesień 39`, a Rosjanka wspomina blokadę Leningradu), wojnę algierską (1954-1962), wkroczenie wojsk Układu Warszawskiego na Węgry (56`) i do Czechosłowacji (68`), rozpad Jugosławii i konflikt bałkański (początek lat 90.), wojnę w Czeczenii (1994-1996). Serwowane w małych dawkach materiały archiwalne przywracają twarzom kucharzy ich życiowy kontekst.

 

warstwa druga - kucharskie opowieści o życiu i wojnie. Wiele zależy od perspektywy oglądu. Świat widziany od strony kotła jest prosty i przewrotny zarazem. Kucharze nie zabijają, nie wydają rozkazów. Czy są całkowicie neutralni? Jeden z nich mówi: "Ja nie gotuję przeciw komuś, ja gotuję dla kogoś!"

 

warstwa trzecia - przepisy dla całej armii! Nie spamiętałam receptur, bo liczby określające porcje składników przyprawiały o zawrót głowy. Jedno z dań wymaga 1600 kg kminku (bodajże), nie mówiąc o zasadniczych ingredientach. Nasyciłby się i Gargantua, i Pantagruel. Ilość budzi konsternację, przegania apetyt. Stosy węgierskiej kiełbasy, kotły z gulaszem, miliony blinów, bochenków chleba...może tylko francuski kurczak w winie chroni swą pojedynczość (nie wierzę, by jedzono go tak masowo). Elitarnym kąskiem okazał się również chleb z arszenikiem, ze zrozumiałych względów. Była to jednorazowa akcja kulinarna kucharzy żydowskich - "mścicieli z Norymbergii" - którzy swym wypiekiem uśmiercili ok. 300 Niemców.

 

warstwa czwarta - poczucie humoru i czułość dla ludzkiej małości. I spora dawka absurdu, który na wojnie jest zawsze pod ręką. Słowacki reżyser czerpie garściami z Hrabala i Haška.

Na ekranie pojawia się osobisty kucharz Josipa Broz Tito, wierny mu do ostatnich dni, smakujący potrawy zanim zbliżyły się do ust wodza. Gdy opowiada o rozpadzie i chaosie, jaki ogarnął Jugosławię po śmierci Tito, mówi językiem kuchni. Zniknęły potrawy neutralne, każdy kolejny lunch, na którym obradowano w sprawie przyszłości kraju był manifestacyjnie serbski, chorwacki, bośniacki. Fenomenalne, że menu politycznych narad jest wizytówką poglądów gospodarzy.


Kucharka rosyjska, która 40 lat temu brała udział w "wyprawie" do Czechosłowacji opowiada o lasach pełnych grzybów. Żal było nie zbierać, więc robiła marynaty. Niewiele rozumiała z inwazji, ostatecznie uznaje, że nikt nie lubi zbyt wielu obcych na swoim terytorium, ale oburza ją niedelikatność Czechów. Ich niezrozumienie, że przecież Rosjanie przybyli nad Wełtawę nie dla przyjemności... Wróciła do Moskwy ze wspomnieniami, a Nowy Rok powitała jedząc czeskie grzybki.


warstwa piąta - antropologia wojenna. Rytuały niemal mityczne. Kobieta, która gotowała dla rosyjskich chłopców, lotników, którzy po posiłku lecieli zabijać Niemców, wspomina o naleśnikach dla zmarłych. Smażyła je, wynosiła na zewnątrz, niczym pokarm na dziady. Nikt nie uskubnął, chyba że ptaki... Francuski kucharz rozlewa wino na cztery strony świata. A kucharz z łodzi podwodnej snuje opowieść, stojąc w morzu podczas przypływu. Smaży sznycle dla przyjaciół, którzy polegli, woda pochłania upichcone danie... Dziwnie miesza się trzeźwy kucharski rozsądek z irracjonalnym gestem.

 

warstwa szósta - metajęzykowe aluzje. Mówimy o mięsnych daniach dla wojska, ale niepostrzeżenie nasuwają się skojarzenia z ludzkim ciałem. Zagotować, usmażyć, pokroić, posiekać, poćwiartować, wypatroszyć... Język kuchni to język wojny.


W jednej z rozmów pada pytanie, czy przepis ma coś wspólnego z rozkazem. Niemiecki kucharz początkowo nie rozumie aluzji. Opowiada. Mówi o czasach, gdy jego armia okupowała Rumunię. Mężczyzna z wioski poprosił go o cukier dla umierającej córki. Cukier jej nie uratuje, ale nasyci pragnienie, tak brzmi ostatnie życzenie dziewczyny. Kucharz odmawia, bo to niezgodne z przepisami. Co by to było, gdyby nagminnie je łamano. Kuchnia stała kilkanaście metrów od chaty, w której umarła dziewczyna. Ludzie zebrani na pogrzebie wpatrywali się w kucharza milcząco i z pogardą.

Receptura a wojskowe przepisy i rozkazy. Dobry kucharz - wyznaje rozmówca - łączy składniki intuicyjnie, wyczuwa proporcje, nie waży. Dlaczego rozkaz należy traktować dosłownie?


Film "Kucharze historii" zdobył nominację do Europejskiej Nagrody Filmowej (2009) i Specjalne Wyróżnienie Jury na 6.Planete Doc Review.

Obecnie na ekranach kin, wkrótce na dvd.