literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Kategorie: Wszystkie | filmowe | literackie | myślane | wyszperane, znalezione
RSS
środa, 25 sierpnia 2010

Adam Zagajewski, Improwizacja, z tomu "Niewidzialna ręka" (2009)


W wierszu Szymborskiej -"Utopia"- jest wyobrażenie "wyspy, na której wszystko się wyjaśnia".

...Pejzaż, którego każdy element tchnie odpowiedzią, rozwiązaniem, niedwuznaczną wskazówką...

Stoi człowiek na pewnym gruncie i wie, że nie błądzi - "Nie ma dróg innych oprócz drogi dojścia."

"Rośnie tu drzewo Słusznego Domysłu (...), Olśniewająco proste drzewo Zrozumienia/ przy źródle, co się zwie Ach Więc To Tak."

Jest tu wszystko, czego nam brak. Ktoś powie - ależ to martwe być musi! Życie to niespodzianki, tajemnice, nieoznakowane rozdroża!

Prawda, aż nadto oczywista, lecz niekoniecznie ożywcza. Czasem nie miałabym żadnych zastrzeżeń, by sadzonki tamtejszego drzewostanu przetransportować w bardziej mi dostępne okolice.

Póki co - zostaje improwizacja.

 

Trzeba wziąć na siebie cały ciężar świata

i uczynić go lekkim, znośnym.

Zarzucić go sobie na ramiona

tak jak plecak i ruszyć w drogę.

Najlepiej wieczorem, na wiosnę, kiedy

spokojnie oddychają drzewa, a noc zapowiada się

pogodnie, w ogrodzie trzaskają gałązki wiązów.


Jesienią też chyba można? To jak alchemia przemieniająca kamienie w złoto. Pamiętać o proporcjach, spokojnych ruchach - zwłaszcza przez kilka chwil, zanim to, co ciężkie, straci swą wagę.

 

 

Cały ciężar? Krew i brzydotę? To niemożliwe.

Zawsze zostanie osad goryczy w ustach

i zaraźliwa rozpacz tej starej kobiety,

którą widziałeś w tramwaju.

Dlaczego mamy kłamać? Przecież uniesienie

istnieje wyłącznie w wyobraźni i szybko znika.

 

 

Wyobraźnia potrafi podsuwać miraże;)

 

 

Improwizacja - zawsze tylko improwizacja,

nic innego nie znamy, mała albo wielka,

w muzyce, gdy trąbka jazzowa wesoło płacze,

albo kiedy patrzysz na białą kartkę papieru

czy też wtedy, kiedy uciekasz

przed smutkiem i otwierasz ulubiony tom wierszy;

zwykle w tym momencie dzwoni telefon

i ktoś pyta - czy reflektuje pan/pani na nasze

najnowsze modele? Nie, dziękuję bardzo.

 

Nie reflektuję. Odpowiedź uniwersalna, mogę się nią posłużyć w odruchu na liczne niewabiące oferty, propozycje, wskazania, zobowiązania, oczekiwania i oczywiste przymusy.

Choć wydaje mi się, że czynniki rozpraszające mogą też działać wzmacniająco. Improwizacja nabiera transu. Przybywa koncentracji, jakoś rozżarza się światełko chęci, a biała kartka jest w zasięgu myśli, nawet gdy zupełnie nie pod ręką.

 

 

Zostaje szarość i monotonia; żałoba,

której nie uleczy najwspanialsza elegia.

 

Tak definitywne stwierdzenia są jak prysznic. Bo muszą mieć podszewkę, o tym wie każdy sceptyk.

 

 

 

A może są rzeczy ukryte przed nami

i w nich melancholia miesza się z entuzjazmem,

zawsze, codziennie, jak narodziny świtu

nad brzegiem morza, albo nie, poczekaj,

jak radosny śmiech tych dwóch małych ministrantów

w białych komeżkach, na rogu Jana i Marka,

pamiętasz?

 

 

 

 

niedziela, 22 sierpnia 2010

Elif Şafak, Pchli pałac, Wydawnictwo Literackie 2009



KAMIENICA


Stambuł, rok 2002.

Na ulicy Żurnalowej stoi kamienica, która ma swoją historię, a przede wszystkim teraźniejszość - na tyle nieobojętną i dającą się we znaki jej mieszkańcom, że pozostajemy zdecydowanie hic et nunc.


Akcja rozpoczyna się 1 maja, gdy Krzywda Öztürk (spec od dezynsekcji) przyjechał zrobić porządek z owadzim nadmiarem. I tegoż dnia ma miejsce koda powieściowych wydarzeń. A ponieważ każde "teraz" ma swoje "przedtem", więc sięgniemy wstecz na tyle, by poznać mieszkańców kamienicy i ich sekrety.


Dziesięć kamienicznych lokali to tyleż  tajemnic i teatrów, których codzienne spektakle możemy obserwować. Nie są to światy izolowane. Toczy się między nimi transfer informacji, ciasteczek, szemrań i usług. A nade wszystko: owiewa je specyficzny zapach... co tu dużo mówić - smród rozchodzący się się od nadmiaru śmieci. I krąży po tych przestrzeniach różnego rodzaju robactwo: mrówki, prusaki, karaluchy, pchły.

Oj, kto by pomyślał, że to rudera lub zapyziała twierdza stambulskiego plebsu, ten myli się na potęgę. Prawdą jest jednak, że kamienicę określają obie jej nazwy: Pałac Cukiereczek i Pchli Pałac.


MIESZKAŃCY


Na parterze (pod numerem 2) jest salon fryzjerski braci bliźniaków. Cemal i Celal (czyt.: Dżemal i Dżelal) są identyczni wizualnie, o kontrastowo odmiennych temperamentach. Klientki już od progu wyczuwają, któremu zawierzą swoje włosy i image.


Awers i rewers: ekstrawertyk i introwertyk. W moich skojarzeniach swoją podszewkę ma również samo miejsce. Jazgotliwy damski światek przywołuje obraz filmowych milczących kofenhauzów. Mężczyźni pijają tu -jedna za drugą- herbatę w tulipanowych szklaneczkach, zagęszczając jej smak kostkami cukru. Nie ma filmu tureckiego bez takiej sceny!


W suterenie (pod numerem 1) mieszka chudy mizantrop -student rozmiłowany w temacie samobójstwa- i jego ogromny, wiecznie głodny pies Gaba. Kilka tropów łączy tę postać z Raskolnikowem.

Samotnie pomieszkuje Błękitna Kochanka, odwiedzana przez sponsorującego jej dobrobyt handlarza oliwą (lokal numer 8).

Pod dziesiątką ma swe królestwo Madame Babcia, do której trudno się wprosić (i nic dziwnego, nic dziwnego!), rozsyłająca po sąsiadach próbki swoich wypieków. Vis a vis, w mieszkaniu numer 9, żyje ogarnięta obsesją sprzątania Tijen Czyścioszka, a niżej (nr 7) sympatyczny młody filozof uniwersytecki, zbyt często smakujący alkohol (raki).


To zaledwie połowa galerii. Każdy ma swą tajemnicę, a żaden sekret nie jest szczelny. Wcześniej czy później ktoś go ujawni.


FIOLET STAMBUŁU


Elif Şafak potrafi opowiadać! Historie nakładają się jedna na drugą, puszczają pędy, uruchamiają kolejne możliwości.

Nie chcę odsłaniać powieściowych perypetii, sięgnę więc do preludium, w którym Şafak wyjaśnia genezę Pałacu Cukiereczek. Ta opowieść mogłaby wypełnić swą wielowymiarowością i zakrętami zdarzeń odrębną książkę czy film.


Oto rosyjskie małżeństwo ucieka z rewolucyjnej Rosji z nadzieją na nowe życie w Stambule. Generał białej armii, Paweł Pawłowicz Antipow, całe życie podporządkowany wojskowemu rygorowi, który nagle przestał wydawać mu jakiekolwiek rozkazy. I jego młodziutka żona, gotowa komenderowac całym światem. Agrypina ma dziwny dar widzenia barwnej aury przypisanej przestrzeni.


"Aby poczuć się w nowym miejscu jak u siebie, musiała przede wszystkim zobaczyć jego kolor."


Zamglony Stambuł nie ujawnił swej barwy. Okazał się miejscem trudnym i niegościnnym, ledwie przystankiem w tułaczce. Ostatniego dnia przed wyjazdem do Paryża świat Agrypiny utracił zmysłowy wymiar. Stał się zbiorem bialo-czarnych pocztówek.

Czas zatrzymał się dla niej w monotonii paryskiej kliniki psychiatrycznej, a galopował, oferując nowe atrakcje, dla jej męża. Z marazmu wyrwie ją wspomnienie Stambułu i cukierki owinięte w kolorowe papierki. Zegar znów zacznie tykać, w Stambule wybudowany zostanie dom, który Agrypina nazwie Cukiereczek. A samo miasto... ukaże się spowite w fiolet.

Kilkadziesiąt lat później rozegrają się tu główne wydarzenia powieści.


Stambuł i Turcja.

Egzotyka miejsc przenika do opowieści, lecz nie przytłacza jej, nie wybija się na plan pierwszy.

Jest podtekst tureckiej wieloetnicznoci. Kamienica wybudowana została na miejscu dawnych cmentarzy - muzułmańskiego i ormiańskiego. Są aluzje do wiary w świętych mężów (odczytuję to jako ludową odmianę islamu), są opowieści o dżinach.


Pojawiają się specjały tureckiej kuchni, a zwłaszcza aşure, z którym nie może sobie poradzić Rosjanka Nadia.

Zwróciłam też uwagę na wzmianki o dwóch tradycjach, które zapadły mi w pamięć po filmie Kaplanoğlu "Upadek anioła". Rzeczy zmarłych koniecznie należy oddać obcym. A w święto Hıdrellez (odpowiednik naszej Sobótki) warto zawiesić na drzewie kartkę z marzeniem. Jeśli nitka się nie zerwie, pragnienie się ziści.


WYLICZANKA


Şafak ma dar zmyślania i czasami szarżuje. Niczym pieśniarka, chcąca zaprezentować całą rozpiętość skali swego głosu.

Maniera czy chwyt? Zakończenie rozgrzesza tę wariantywność, może nawet czyni z niej atut?


O czym myślę, mówiąc o przepychu?
O tym, że co rusz napotykam na wyliczanki. Dotyczą rzeczy, przyzwyczajeń, ewentualnych możliwości, które stoją przed bohaterem. Jakby gałązka na próbę puszczała po dziesięć pędów naraz, by po chwili zdecydować się na jeden.

Sufit Sidara upstrzony jest obrazkami i tekstami (wyliczenie). Meryem jest zabobonna i pilnuje, by unikać rzeczy zakazanych (lista). Kolejno przedstawieni różni eksfaceci Ethel. Graffiti na stambulskich murach. Jest wyliczanka "rzeczy porzuconych" zbieranych przez Madame Babcię. To tylko szczypta przykładów - na pięciuset stronach jest ich znacznie więcej. I powiem dwuznacznie: są one solą tej powieści.


***


Sięgnęłam po Elif Şafak na fali moich zainteresowań Turcją. Z przyjemnością przeczytałabym jej "Bękarta ze Stambułu". Ale prawdziwym magnesem, który sprawił, że na mej drodze stanął Cukiereczek, był felieton Bonowicza ("Tygodnik Powszechny"). Wypisałam z niego cytat, który miło mi było podczas lektury "Pchlego pałacu" odnaleźć.


"Kochać kogoś to wydobywać z jego magazynu zgryzot zwoje ze spisanymi i wciąż nie uporządkowanymi, pełnymi niepokoju opowieściami i jedną po drugiej przepisywać je na czysto."

środa, 18 sierpnia 2010

NOWE KINO TURECKIE

ENH 2010


Ładunek tureckiego milczenia jest - jak można się domyślać - obciążający. Nic to, że górskie szlaki zadziałały niczym wentyl i upuściły odrobinę melancholii - wciąż jeszcze chodzę w oparach.


Na szczęście nie wszystkie nostalgiczne chmurki muszą się skraplać, a ja nie jestem zdeterminowana, by opisać każde swoje spostrzeżenie. Trwałoby to miesiącami, niebezpiecznie natężając niebieskie nastroje do rozmiarów klinicznych.


Bardzo ułatwia mi zadanie świetna publikacja towarzysząca przeglądowi tureckiej kinematografii: "Nowe kino tureckie" pod redakcją Jana Topolskiego. Zbiór artykułów filmoznawców polskich i tureckich prezentujący zarówno problematykę, jak i style narracji,  kluczowe kategorie, język kina i emploi twórców. Skoro tak kompetentnie wybrzmiały analizy innych, ja nie muszę już ostrzyć pióra i mierzyć się z wyzwaniem, które i tak urwałoby mi głowę, podcięło skrzydła i uzmysłowiło, że nie widziałam przecież kilku tytułów, bez których ogląd jest niepełny.


Paradoksy i antytezy - oto jest miara na Turków.
Symbolem rozdarcia i antynomii jest Stambuł. Spacer Mostem Galata (sceneria wielu filmów) pozwala przejść od dzielnic będących znakiem tradycji do rejonów krojonych według międzynarodowej nowoczesnej miary. Most Bosforski łączy Azję z Europą.


Tygiel etniczny (zhierarchizowany, z bolesną pamięcią o prześladowaniach Ormian czy Kurdów) eksploduje wielością języków i dźwięków. By poczuć jego rytm, warto zobaczyć "Crossing the Bridge: The Sound of Istanbul" ("Życie jest muzyką") Fatiha Akina - pełnometrażowy dokument o muzyce spotkanej na stambulskiej ulicy.
A gdy dźwięki się rozkołyszą, można obejrzeć dowolny film Demirkubuza, Kaplanoglu, Erdema czy Ceylana, gdzie słowa są limitowane.


Jak to w ogóle jest możliwe, by opowiadać historie o emocjach, sięgając po ciszę i "nicniedzianie się"? Nie chodzi o brak akcji, raczej o sposób jej opowiedzenia.


[Weźmy "Wyznanie" Demirkubuza. Małżeństwo Nilgün i Harun. Ona jest piękną kobietą, on podejrzewa zdradę. Ma powody - wie "niemal na pewno", że Nilgün spotyka się z innym mężczyzną. Pamięta, że ich związek zaczął się od zdrady najlepszego przyjaciela Haruna, męża Nilgün. Jego samobójcza śmierć zbliżyła ich do siebie i spętała. Sceny wyznań, przebaczeń, odgrażań, błagań. Zmęczenia i wciąż silnej więzi. To nie jest mało. A jeśli dodamy: powrót i wyznanie przed rodziną przyjaciela swej dawnej zdrady, odejście kobiety i związanie się z żonatym mężczyzną (potępienie społeczne), fiasko tego związku, próbę samobójczą Haruna, relacje z bardziej poukładanymi przyjaciółmi... i zaskakujące zakończenie... to przecież kipi od zdarzeń. Ale nie na ekranie. Są wyznania odsłaniające ważne fakty, lecz rytm opowieści przypomina raczej życie niż filmowe konstrukcje.]

 

Jak można łączyć wyrazistą turecką tradycję, obyczajowość, mentalność z europejskim egzystencjalizmem, parafrazowaniem Dostojewskiego czy Camusa?


["Poczekalnia" Demirkubuza obrazuje kryzys twórczy reżysera usiłującego sfilmować "Zbrodnię i karę", "Fatum" inspirowane jest "Obcym" Camusa, filmy Ceylana są po trosze rozmową z Tarkowskim.]


Skoro o europejskości tureckich reżyserów mowa, to warto wspomnieć o specjalnym statusie takich twórców jak Fatih Akin ("Głową w mur", "Na krawędzi nieba") czy Ferzan Özpetek ("Hamam-łaźnia turecka"), sięgających do swych tureckich korzeni z perspektywy zadomowionych w nowej ojczyźnie emigrantow (Niemcy, Włochy).


Jeden z rozdziałów mojego kinowego kompendium traktuje o "kinie melancholii".
"Melancholia zaczyna się od myśli o tym, czego nie ma." To tęsknota za czymś utraconym, a często nie chodzi nawet o nieobecną osobę czy opuszczone miejsce, lecz o siebie samego, którego nie ma. Innymi słowy: melancholia jest smutkiem z powodu niezrealizowanej potencjalności (gdy wiedzie się życie, z którym wolałoby się nie mieć wiele wspólnego) lub ze względu na niemożliwość ożywienia w sobie uczuć, świeżości i nadziei, która niegdyś nam towarzyszyła.


Synonimem "kina melancholii" jest kino powolności, milczenia, kontemplacji (spod znaku Antonioniego, Tarkowskiego i Bressona). Interesujące są rozważania na temat języka filmowego, którym wyraża się tego rodzaju doświadczenie (polecam: tekst Magdaleny Bartczak).


SCENY WYRWANE Z KONTEKSTU

 

Delikatnie dookreślę, ale osadzanie ich w fabule filmu przedłużyłoby tę notkę irracjonalnie.

Nadciąga wrzesień, więc zacznę od sceny lekcji w "Miasteczku" Ceylana.

Nuri Bilge Ceylan ("Miasteczko", "Majowe chmury", "Uzak", "Klimaty", "Trzy małpy")

 

Rodzinna wioska reżysera w pięknych czarno-białych obrazach. Zdaje się, że wszystko rozgrywa się w ramach dnia i nocy, ale pejzaż przeobraża się od lata po zimę.


Salka w wiejskiej szkole (za oknem zaśnieżony krajobraz); rozbrykane dzieci wymyślają jakąś radosną zabawę. Czas na lekcję! Wchodzi Pan Nauczyciel a wraz z nim cisza jak makiem zasiał. Czytanie na głos podręcznika w uczniowski, dukający sposób. "Słuchajcie, bo w każdej chwili mogę o coś zapytać." Nauczycielowi się dłuży, ale dzieci to już doprawdy nudzą się śmiertelnie.


Ceylan przełamuje to - najpierw poezją później dramatem.
Udręka monotonii wymalowana na twarzach - podparte dłonią buzie, smutne oczy, rozdziawione usta... A tu mucha zabrzęczy, krople po szybie spływają, ktoś przejdzie za oknem, piórko fruwa (można dmuchnąć, pofrunie jeszcze raz!)...


A tu Ismael spóźnia się na lekcję (no, to nareszcie jakaś akcja!), rozsiada się, zdejmuje skarpetki, żeby wysuszyć nad piecykiem, a z tych skarpetek kapie woda i syczy na rozgrzanej płycie. I jak tu słuchać lekcji? Nauczyciel też widocznie ma dość, bo jeden z rozpraszających bodźców podrażnił mu nos. Coś śmierdzi. "Dzieci, wyciągać śniadania!" Pan Nauczyciel przechodzi od ławki do ławki i wącha. Nos wsadza w bułkę czy kanapkę. Tropi smród. I trafia na nieświeże jajko w śniadaniu Dziewczynki, którą chce uchronić przed zatruciem, a przynosi jej wstyd.

Bardzo lubię tę scenę. Prawdziwa symfonia zakłóceń. Przebłyski życia w szkole.

 

Dwa wyznania z filmu Demirkubuza ("Wyznanie").

(zdjęcie: Rafał Placek -ENH)
Zeki Demirkubuz ("Blok C", "Niewinność", "Trzecia strona", "Fatum", "Wyznanie", "Poczekalnia", "Przeznaczenie", "Zazdrość")


Po serii napięć między małżonkami - oboje są nimi udręczeni - dochodzi do rozmowy, w której Harun domaga się od Nilgün wyznania zdrady. Zapamiętałam jego uporczywość i przeskoki emocji. Błaga, prosi, zapewnia, że nic tak nie boli, jak nieświadomość, że da sobie radę z każdą prawdą, byleby ją wreszcie usłyszeć... Następnie wylicza (i są mu wyliczone) błędy partnerki - wszystkie "pchnięcia nożem w serce" i ogrom cierpień własnych. Później - czas na agresję.


Bez ironii: prawdziwe emocje, zbyt mocne, ale tylko z zewnątrz tak wyglądają. A to jest kara sevda (miłość fatalna). W literaturze - podaję za Anitą Piotrowską - mistrzowski zapis tej udręki miłosnej można znaleźć w "Muzeum niewinności" Orhana Pamuka. Jeden z lejtmotywów tureckiej kultury. Mroczne uczucie, które niszczy, ale zadając ból, jednocześnie przełamuje jałowość życia. (Prawda, że mistrzowska sofistyka? ;))


Drugie wyznanie ma wiele z pierwszym wspólnego. Teraz Harun ma potrzebę wyrzucić z siebie skrywaną winę. Jedzie do rodziny Taylana (do którego samobójstwa przyczynił się swoim związkiem z Nilgün), gdzie witany jest jak przyjaciel, z sercem na dłoni. Gorączkowo oznajmia prawdę... Na co liczy? Matka Taylana przegania go z domu - "Idź odpokutować swoje grzechy gdzie indziej." Bo jedna rzecz to potrzeba oczyszczenia siebie, druga - prawo do nierozgrzeszania ze strony tych, których wina rani.


Wybrałam te sceny, by pokazać, że turecki minimalizm formy idzie często w parze z gwałtownością uczuć. To nie jest surowość o skandynawskim rodowodzie, choć następny przykład ma wiele wspólnego z Bergmanem.

 

Znów Ceylan - powinien być festiwalowy "Uzak", ale żadna ze scen nie przychodzi mi na myśl tak intensywnie jak fragment z "Klimatów" ("Iklimler") - scena na plaży i jazda motocyklem.

 

By wprowadzić w treść filmu, posłużę się słowami reżysera.
"Człowieka uszczęśliwiają rzeczy proste, a unieszczęśliwiają jeszcze prostsze. Tak, jak każdy rodzi się z prostego powodu i z jeszcze prostszego powodu umiera... Małżeństwo Isy i Bahar przechodzi kryzys. Te dwie samotne postaci poddają się najróżniejszym emocjom, przechodzą przez najróżniejsze klimaty. Szukają szczęścia, które już do nich nie należy."

 

Wybrałam sceny tuż przed rozstaniem. Wakacyjny wyjazd, plaża rozgrzana słońcem. Niby jest dobrze, lecz z wszystkiego ulatuje sens, a twarze Bahar (ona - Ebru Ceylan) i Isy (on - Nuri Bilge Ceylan) opowiadają o dręczącym ich zwątpieniu, bólu, bezradności wobec utraty, której nie mogą powstrzymać.

 

 

Leżą obok siebie na piasku. Bahar uśmiecha się, czując dotyk Isy i krople chłodnej wody na ogrzanym słońcem ciele. A Isa mówi, że ją kocha. Potem delikatnie przysypuje ją piaskiem. Stopy, nogi, całe ciało w bezpiecznej pierzynce ciepłej plaży. Gwałtowny ruch ją zaskakuje. Piach, przed którym nie może się obronić, zasypuje jej twarz, dławi usta. Krzyk.


To był sen. Isa leży obok, znudzony, zajęty czytaniem.
Bahar idzie ku morzu.

 

Opowieść budują nie słowa, lecz ujęcia - oddają odległość między mężczyzną i kobietą, odmienność widzenia.

Ważne są zbliżenia. Przede wszystkim ze względu na ekspresję twarzy. Lecz świetnie odsłaniają pewną grę, którą jedno z nich prowadzi, a drugie jej podlega.


Gdy Bahar śniła, kamera nie objęła Isy, pozwalając uwierzyć, że to jej projekcja jest rzeczywistością. A podczas monologu Isy, który ćwiczy zanim naprawdę wypowie propozycję rozstania - mamy wrażenie, że Bahar jest obok i to słyszy.

 


 

A jak bezradne są słowa!

Choćby Isa ćwiczył nie wiem jak długo, to co w końcu wypowie i tak będzie banałem. Powie, że to "na jakiś czas", że "tak będzie lepiej, dla ciebie", że "nadal mogą być przyjaciółmi" - nic się nie zmieni, wciąż będą mogli się spotykać, chodzić do kina i na kolację.

 

Bliżej mi do Bahar z jej zewnętrzną akceptacją zdarzeń, choćby w sercu rozlewała się rozpacz.

- Nie martw się o mnie. Nic mi nie będzie.

I tylko podczas powrotu motocyklem (droga wiedzie urwistym wybrzeżem) irracjonalnie zasłoni Isie oczy, powodując - niegrożną na szczęście - wywrotkę. A Isa będzie ćwiczył swe wahania i lęki przed przynależnością jeszcze w kolejnych odsłonach.



Nuri Bilge Ceylan, Miasteczko, Turcja 1997
Nuri Bilge Ceylan, Klimaty, Turcja 2006
Zeki Demirkubuz, Wyznanie, Turcja 2002


Rozdaję cukierki każdemu, kto przeczytał ten wpis do końca ;)

sobota, 14 sierpnia 2010

W prozie Elif Safak ("Pchli pałac") jest takie oto wyznanie:

"... gdy przeszłość mi dokucza i nie mogę pogodzić się z tym, że przyszłość wcale nie zapowiada się lepiej, gdy dręczę się, że nie mogę być tą osobą, na jaką wyglądam... plotę bzdury."


Bzdury nie są tu synonimem kłamstwa, nie są też wydestylowaną prawdą. Safak określa tę antynomię jako linię prostą: prawda - poziom, kłamstwo - pion; bzdurom nadaje kształt okręgu. Nie mają początku ani końca, zataczają przedziwne koła, podatne są na różnego typu rytmy, cykle, wieczne powroty.


Pleść bzdury to nic innego jak snuć opowieści, zmyślać i ustanawiać swoje prawdy; zmierzać ku czemuś, ale chętnie powracać do raz odkrytych tropów; powtarzać, ale za każdym razem inaczej. Bo jakże - każda opowieść (zwłaszcza literacka czy filmowa) jest biletem do rządzącego się swymi prawami świata. Odkrywanie parametrów orbity, po której krąży opowieść, ewentualnych przebitek fałszu, jądra prawdy i tego wszystkiego, co daną konstelację współtworzy - to uzależnienie, przyjemny nałóg, wewnętrzne przynaglenie... takie wprawione w ruch perpetum mobile.


Dlatego mówię o powrotach, gdy myślę o kolejnej edycji festiwalu ENH, o kolejnym seansie, kolejnym rozszyfrowywaniu linii papilarnych. Monotonia oglądania czterech filmów dziennie (wytrwalsi ode mnie zaliczają ich pięć) jest wewnętrznie rozszarpywana eksplozjami, ma nierówny puls, a pomiar amplitudy doznań - od śnienia (olśnienia) po drzemkę - domaga się wynalezienia specjalnego przyrządu. "Bzdury" są dobre na wszystko.


Old Photograph. 2007


Jubileuszowa edycja ENH trzymała równy poziom poprzednich festiwali. Po raz piąty we Wrocławiu (te wydania znam z autopsji), wcześniej był Cieszyn i Sanok (legendarne, klimatyczne, wciąż żywe we wspomnieniach uczestników-pionierów).


Rozmach coraz większy, ale rocznicowe ceregiele nie dawały się we znaki. Machina toczyła się po wypróbowanych torach. Może odrobinę więcej głosów i analiz fenomenu Gutkowego kina pojawiło się w mediach. Zwróciłam uwagę na poświęcony ENH specjalny numer "HA!ART-u" i na podsumowujące tegoroczne wrażenia artykuły Anity Piotrowskiej "Odmienne stany kina" ("Tygodnik Powszechny") i Krzysztofa Siwczyka "Pokolenie ENH" ("Polityka") .


Tytuł tego ostatniego to pierwszy slogan sezonu. Pokolenie? Wiek nie gra tu roli! Mainstream festiwalowej publiczności to studenci, ze sporym desantem licealistów, ale - uwzględniając liczną reprezentację dziennikarzy, filmowców i filmoznawców, nauczycieli (warsztaty filmowe) i niezrzeszonych kinomaniaków - twarze trzydziesto-, czterdziesto-, pięćdziesięcio-(etc.)-latków są w tym pejzażu na swoim miejscu.


Generacja? Sens tego fenomenu tkwi w tym, że od 10 lat trwa strojenie gustów, odsłanianie nisz, wielkie forum i bezcenne wtajemniczenia w twórczość artystów, którzy wytyczają (bądź niegdyś wytyczali) nowe drogi kina. W pewnym sensie jesteśmy wszyscy z tej samej szkoły, choć - drugi slogan sezonu - każdy kształtuje swój własny festiwal (wybierając z ogromnej oferty to, na co ma apetyt - z 500 filmów co najwyżej 50).


Curved Street in Winter. Istanbul 2004.

Moje ENH 2010


Obejrzałam 30 filmów pełnometrażowych i 8 krótkometrażówek.

Nie oglądałam: Godarda, braci Quay i Szczechury (dostępne były retrospektywy ich twórczości).

Widziałam 14 filmów tureckich (w pamięci mam też 6 poznanych wcześniej), więc mój festiwal jest naznaczony Stambułem, Bosforem, melancholią i milczeniem.

Rzecz jasna - gdyby połączyć opisem jedną narodową kinematografię, powstałby z tego bełkot. Wszędzie jest jakiś Wajda, Has, Kieślowski, Holand, Kędzierzawska czy Kolski.

Pewnym zawężeniem jest hasło "nowe kino tureckie", czyli filmy powstałe po doświadczeniach politycznych i społecznych 1980 roku (przewrót wojskowy), kino twórców debiutujących w latach 90. XX wieku i później.

Wytrychem może być etykieta "kino autorskie", bo ona ustawia myśl. Są różne charaktery pisma, choć czasem ta sama ręka podlega odmiennym drganiom.


Golden Horn in Winter. Istanbul 2006

Reha Erdem jest bliski opowieściom mitycznym, sięga po metaforę, szuka doświadczeń inicjalnych. Sam pejzaż jest tu opowieścią, a topografia i czas obywają się bez map i kalendarzy. Kilka lat temu widziałam piękne "Czasy i wiatry", w tym roku urzekł mnie "Kosmos". Znawcy komentują, że jest to mistrz heterotopii (nie utopii - ta jest bytem idealnym, więc nieistniejącym), czyli przestrzeni, w której się marzy, gdzie doświadcza się chęci bycia wśród ludzi i ucieczki w swą odrębność jednocześnie.


Nuri Bilge Ceylan - najbliżej spokrewniony artystycznie z Pamukiem. W rozmowie wyznaje, że popada w melancholię patologiczną, ale najwyraźniej nie jest to stan permanentny, skoro przełamuje go konkretem i wiarą w sztukę.

"Sztuka jest jedynym sposobem na wyrażenie siebie. Ludzie preferują dookreślanie, chcą postrzegać siebie jako osoby konsekwentne. A przecież ze swej natury są bardzo niedookreśleni, rozmyci, niestabilni. Tę zmienność tkwiącą w człowieku idealnie pokazuje Dostojewski. Być może, jeśli jesteś filozofem, musisz operować bardzo ostro zarysowanymi, precyzyjnymi kategoriami pojęciowymi. Artysta może być natomiast wolny. W sztuce nie musisz byc niczego pewien. Tworzenie wymaga jednak odwagi, siły, aby ukazać coś, co do czego masz wątpliwości, w sposób, który jednoznacznie mówi, że stoisz za tym dziełem."


Snowfall. 2007 (na zdjęciu ojciec Ceylana, występujący w jego filmach)


Ceylan jest najbardziej europejski spośród plejady twórców tureckich i najbardziej przez Europę doceniony. Reżyser i fotograf. W Galerii na Solnej obejrzeć można było jego wystawę fotografii. Wszystkie zdjęcia ilustrujące mój tekst są jego autorstwa (pochodzą z oficjalnej strony (Nuri Bilge Ceylan)


Zeki Demirkubuz - jedyny, który miał swoją retrospektywę (osiem filmów - obejrzałam pięć). Oficjalnie przyznaje się do fascynacji Kieślowskim, podobno szczególnie naznaczył go "Dekalog 6". Minimalista, jego styl jest surowy, precyzyjny, wystudzony. Opowiada o destrukcyjnej sile ludzkich namiętności ("Przeznaczenie", "Zazdrość") lub wypalenia ("Poczekalnia").


Sahir Kaplanoglu - pamiętam, że kilka lat temu spodobało mi się "Jajko", pierwsza część trylogii o Yusufie, stambulskim poecie i księgarzu, który powraca na prowincję przynaglony śmiercią matki. (Kolejne części to "Mleko" i Miód".) Turecki temat wykorzenienia, rozdarcia między tradycją a nowoczesnością, wsią i miastem, wschodem i zachodem, nieco uogólniając: między Azją a Europą. W tegorocznym repertuarze był "Upadek anioła" - trudny, hermetyczny, sugerujący zdarzenia ukazane ledwie w zalążku. Bohaterką jest Zeynep, młoda kobieta omotana w stare swetry, skrępowana. Obciążona relacją rodzinną (despotyczny, molestujący ją ojciec), związana z poczciwym zakochanym w niej chłopakiem, którego odpycha i z mężczyzną, od którego otrzymuje ubrania po zmarłej żonie. Tajemniczość niektórych sekwencji pozostawiła mnie w konsternacji: nie wiem, czy wychwyciłam wszystkie informacje potrzebne do zrekonstruowania sensu.


Children Riding Bicycles. Midyat 2004 Two sisters. Dogubeyazit 2004


To, co zadziwia, to potężna dawka milczenia w tureckich filmach. Oszczędność słów, gestów, obrazów, spod której wypływały silne, spiętrzone emocje. Wyczuwalne, choć nie "zilustrowane". Różnie to można tłumaczyć - Max Cegielski (wprowadzający lub aranżujący rozmowę z twórcą po seansie) sugerował, że milczenie ma kontekst polityczny i kulturowy. A nie są to filmy polityczne, większość ma rys bardzo uniwersalny, liczne są odniesienia do kultury powszechnej (ze szczególnym upodobaniem do Dostojewskiego). Milczenie byłoby tu więc po prostu przeniesieniem doświadczeń znanych z codzienności, w której kobieta ma ograniczone prawa ekspresji, artysta musi liczyć się z cenzurą a obywatel z politycznym reżimem. W filmie Ceylana "Trzy małpy" (niepokazywanym na festiwalu) metaforycznie obrazuje to tytuł nawiązujący do wschodniej przypowieści, w której jedna z małp zasłania sobie oczy, druga uszy, trzecia usta. "Nie widzę, nie słyszę, nie mówię."


Ważne nazwiska tureckiego kina to również: Dervis Zaim ("Kropka"), Ümit Ümal ("Pomiędzy"), Hüseyin Karabey ("Mój Marlon i Brando"), Yesim Ustaoglu ("Puszka Pandory").


Pocztówki filmowe z Turcji łamały turystyczny sztafaż: mało słońca, niewiele barw, temperatura schłodzona, temperamenty zadziwiająco nostalgiczne, choć podszyte fatalizmem, gorączką, szaleństwem jakimś ukrytym.


Sardes 2003


Co było wydarzeniem, najsilniejszym doznaniem, filmem, który wgniata w fotel?

Studiuję listę obejrzanych obrazów, porównuję z porzednimi latami i nie znajduję niczego na miarę filmów Agnes Vardy, Lucile Hadzihalilovic ("Niewinność"), Roya Anderssona ("Do ciebie, człowieku"), Carlosa Reygadesa ("Ciche światło"), Petera Stricklanda ("Katalin Varga"), Steve`a McQueena ("Głód") ...


Spośród filmów tureckich wytypowałabym "Kosmos" Erdema i "Uzak" Ceylana.

Z pozostałych: "O bogach i ludziach" Beavoisa i dwa filmy nie najświeższe, lecz dobrze znoszące próbę czasu: "Barry Lyndon" Kubricka i "Taśma" Linklatera. Oba pokazane w cyklu Nowe Horyzonty Języka Filmowego.

"Barry Lyndon" to trzygodzinny seans z brawurową rolą Ryana O`Neala. Barwne losy irlandzkiego szlachcica rzucone na panoramę osiemnastowiecznej Europy, której realia oddane są tyleż wiernie, co uwodząco. Opowieść snuje głos z offu, wprowadzając dowcip i ironię. Film z 1975 roku, który naprawdę warto było obejrzeć na ogromnym ekranie kina Helios. Słowa festiwalowego katalogu (na ogół wyważone) brzmią przy tym tytule entuzjastycznie: "Jeden z najpiękniejszych filmów świata...", "Pod kątem zdjęć film nie ma sobie równych w historii kina.", "Arcydzieło pokazujące nieograniczone możliwości kina i taśmy filmowej.". Co za euforia recenzencka!


I dla kontrastu - dziejąca się w zamkniętej przestrzeni "Taśma" z 2001r. Kameralna scenografia hotelowego pokoju, w którym przypadkiem - nieprzypadkiem spotykają się szkolni przyjaciele. Od matury minęło dziesięć lat, a "pewnych rzeczy nie da się wymazać". Ethan Hawke, Robert Leonard i Uma Thurman. Kto wobec kogo był nie fair? Kto i w jaki sposób dąży do konfrontacji? Kto jest przegranym a przed kim perspektywy wciąż są szerokie? Rewelacyjne dialogi i gra aktorska. Napięcie wzrasta a batuta przechodzi z rąk do rąk. Majstersztyk. Zwłaszcza ze względu na ograniczenia przestrzeni i zdawać by się mogło, że niefilmową strategię.

PS. Wojciech J.Has jest klasykiem nieśmiertelnym, ożywczym, poetyckim, wizjonerskim. Kto nie znał, mógł tego doświadczyć.