literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Kategorie: Wszystkie | filmowe | literackie | myślane | wyszperane, znalezione
RSS
czwartek, 22 lipca 2010

Międzynarodowy Fwestiwal Filmowy Era Nowe Horyzonty (ENH).

"Moje" edycje tego festiwalu to: 6., 7., 8., 9. i obecna: 10.

Rzut oka ;) na plakaty towarzyszące tej imprezie.

Nie ma mocnych, trzeba patrzeć, oglądać, oczy wysilać. Dlatego oko jest jak "rybka", refren, który co rok w innej tonacji jest śpiewany.


Czy istnieje jakaś obowiązująca (?!) interpretacja tych obrazów? Nie znam, więc trochę pozmyślam.



Oko musi być. To pierwsze.

Niebieski i róż w zmiennych proporcjach, ale razem.

Niebieski - z wielu skojarzeń wybieram znak wolności i przestrzeni lub bezmiaru.

Różowy?... Skuteczne ożywienie melancholii. Dawka awangardy.



Siódma i dziewiąta edycja to akcent na wspólne (wzajemne?) oglądanie. W towarzystwie wakacyjnego wiatraczka z filmowych kadrów bądź w dziwnej sieci zaplątań.

Szósta i ósma stawiają na pojedynczość, jeden co wszystkich oznacza. Oko czuwające jest niczym zachód słońca (6) ciągnie do nieba aż trzeba je na sznurku trzymać, inaczej stałoby się bezpańskim latawcem (8).



Dziesiątka.

Dlaczego oni biegną? Przecież internetowe rezerwacje miały usunąć pośpiech ustawiania się w kolejce! O co tu "chodzi"? Dokąd człowiek zajdzie, tak oglądając bez miary? Odpowiedź jest poza kadrem.

Albo wskazówka, że jak już sie zobaczy swoją porcję, należy dla równowagi zapisać się na (biegowy) maraton. Albo przynajmniej wyruszyć w trasę: "chodzić, skacząc po górach, omijając pagórki." Zamierzam.

 

 

środa, 14 lipca 2010

Myślę sobie, że...


(zdjęcia z Grecji*)

Już niedługo, już za momencik (11 dni) minie szósty miesiąc mojego blogowania. Nic okrągłego, ale zawsze to impuls do uporządkowań lub okazja na postój przy małym-co-nieco.

 

Republika

Wcale nie anarchia, choć każdy rządzi na swoim poletku. Wiele (niepisanych) praw jest dość powszechnie respektowanych. Niemało też tradycji i lokalnych specjałów.

 

DELFY

Główna sprawa to wpisy i komentarze. Po co się pisze?

Złożona kwestia, ale priorytetowe czynniki są w moim przypadku dwa.

Po pierwsze: dla pamięci i mobilizacji. Blog jest niczym elektroniczny notes (niekoniecznie pamiętnik), który ma tę zaletę, że nie zawierusza się i jest odrobinę porządniejszy niż pokątne zapiski. Po drugie: to sposób na wywołanie treści wpół świadomych.

Są tacy ludzie, którzy tworzą całe konstrukcje przemyśleń i noszą je w głowie. Ja myślę, gdy piszę (analogicznie: gdy dłużej się wypowiadam). To, co spisuję niby jest poprzedzone myślą, ale widzę wyraźniej, gdy ujmę ją w słowa. Jakbym wywoływała tekst zakodowany sympatycznym atramentem - bez blogu sama bym nie wiedziała, co myślę;).


Wpisy są skategoryzowane, ale jak dotąd wykorzystuję głównie kategorię literacką i filmową. Niewykluczone, że to się zmieni.


Komentarze... naprawdę dobrze, że są. Ślad po czyjejś lekturze, więc nawet gdyby były zaczepne, są znakiem uwagi. A ja mam szczęście do ciekawych dopowiedzeń, spontanicznych reakcji i sympatycznych rozmówców.

Swoją drogą - jak różnie to bywa! Zastanawiam się, czy blogerzy piszą głównie, by stworzyć tekst (post), czy po to, by wywołać dyskusję? U Logosa rozmowy są długaśne i polifoniczne, a na jednym z moich ulubionych blogów nie ma w ogóle komentarzy. Naprawdę! Nieśmiało pozostawiłam - bodaj dwa razy - ślad swoich uwag i do dziś nie wiem, czy nie popełnilam faux pas. Jak by nie było: lubię komentarze.


Inne kurioza: stosiki, listy rankingowe, podsumowania i łańcuszki:)

To jest dopiero kolorowy jarmark!

Niestety, stoję na bocznym torze, bo przyłączenie się byłoby mocno stresujące. Stosiki (czyli zdjęcia lub wyliczenia nowo kupionych książek bądź zdobytych do przeczytania) wywołują we mnie niepokój. Trudno byłoby mi się cieszyć lekturą, wiedząc, że w kolejce czeka (i niecierpliwi się!) - powiedzmy - siedmioro autorów. A stosy mogą być ogromne, kilkunastotomowe... Ludziom podobno sprawiają radość...

Reaguję inaczej, bo nie czytam w tak zawrotnym rytmie, jaki obserwuję u najaktywniejszych blogerów. Nie ma więc mowy o rankingach. Poza tym: nie przydzielam not, bo - jeśli tylko mogę - unikam oceniania jak diabeł święconej wody.

 

I wreszcie coś, do czego mogę się przyłączyć: łańcuszek!

Zaproszenie dostałam od Anny (Abiela), a wymyśliła go Maniaczytania. Trzy pytania - odpowiadam i wskazuję następnych... Pytania są proste, więc odpowiadanie na nie jest odrobinę dezorientujące. Ad rem.

 

1. Do jakiego kraju/miasta chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą?

 

Stambuł. Moje niezrealizowane marzenie sprzed roku. To pewnie nie jest oryginalne, zważywszy, że literatura turecka jest modna i ma swoich wielbicieli. W tle - oczywiście - "Stambuł. Wspomnienie i miasto" Orhana Pamuka, poza tym "Młodzi Turcy" Morisa Farhiego (skończyłam kilka dni temu) i wlaśnie rozpoczęty "Pchli pałac" Elif Safak. Chciałabym jeszcze przeczytać "Most nad Złotym Rogiem" Emine Sevgi Özdamar. Wszędzie Stambuł!


Póki co realna wyprawa nie odbędzie się wcześniej niż za rok. Tego lata organizuję sobie filmową eskapadę po Turcji (i Stambule). Już za tydzień rozpoczyna się 10. MF ENH, na którym kinematografia turecka jest gościem specjalnym. Wybrałam sobie około 8-10 filmów nie do przeoczenia. Zdam relację, ile podróży okaże się udanych.


2. Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania latem?

 

Miejsce nie ma szczególnego znaczenia. Ale komfort największy: poza miastem, w ogrodzie, z widokiem na róże i lilie na tle trzech świerków, dwóch sosen, cyprysiku (?) i jednej tui. Za plecami kwitną cynie, i takie delikatne białe i niebieskie (zapomniałam nazwę); maciejka budzi się, gdy tną komary;).

Wyobrażam sobie, że park mógłby stanowić miejski ekwiwalent tej błogości, lecz mi się to nie sprawdza. Lubię spacery i nie przerywam ich lekturą. Nawet, gdy taszczę w torebce książkę, donoszę nietkniętą do domu.


3. Poleć mi jedną książkę do przeczytania na wakacje.

 

PRZYLĄDEK SOUNION

 

Lektura na wakacje... wcale nie musi być wakacyjna. Czytać to, co dobre, zaplanowane lub co akurat przyciągnęlo wzrok. A jeśli już, to może "Mag" Johna Fowlesa (przyzwoita grubość - 600 stron - łyka się niepostrzeżenie).

 

Wróciłam do niej podczas mojej ubiegłorocznej podróży do Grecji. W zasadzie druga lektura dostarcza mniej frajdy fabularnej; to jakby iść labiryntem wyposażonym w znaki drogowe. Ale greckie smaczki w Grecji były w sam raz.


... Pewien młody, lekko zblazowany nauczyciel angielskiego (Nicholas Urfe) opuszcza Anglię i znajduje posadę na greckiej wyspie Phraxos. Szkoła tam i tu taka sama, ale spotkanie z mieszkającym w sąsiedztwie tajemniczym Conchisem nie tyle odmieni jego życie, co rozbije je na kawałeczki i każe oglądać tysiące kalejdoskopowych wzorów.

Ta książka jest o tym, o czym chcemy, by była.

Dla mnie o tym, że facet zanim zrozumie, że kocha, musi dostać kilka razy obuchem po wyobraźni, przejrzeć się w jakimś wklęsłym lusterku, stracić wszystkie błyskotki... To tak metaforycznie.

W każdym razie - metamorfozy są możliwe.

 

A teraz ja zadaję pytania.

1. Jakie masz literackie (filmowe lub malarskie) skojarzenia ze słowami: słodko, gorzko, pieprznie, słono, mroźnie i gorąco (kwaśne pomijam).

 

2. Coś, co przeczytałaś/łeś, a co mogłoby być kwintesencją (bliższej lub dalszej) Północy, Południa, Wschodu i Zachodu.

 

3. W jednym zdaniu zapodaj temat książki, którą chętnie byś przeczytał(a).


Można odpowiadać na pytania fragmentarycznie. Na swoim blogu lub tu, w komentarzu. Ktokolwiek ma ochotę. Ale ja bym bardzo chciała, by odpowiedziały osoby (mam kłopot, bo łańcuszki krążą, a nie sposób odpowiadać na każdy), do których ten rodzaj postów nieszczególnie pasuje - np. JolaLiritio, Logos :))) i Czara

 

* Zdjęcia z Grecji są po trosze ilustracją do "Maga", po trosze moją sympatią do tamtejszej przestrzeni i szarych błękitów.

"Różyczka", reż. Jan Kidawa-Błoński, Polska 2010.

 

(à propos)

Fanatyzm niejedno ma imię. I trzeba przyznać: najlepiej widoczny jest z pewnego oddalenia, obojętnie czy dystansuje nas przestrzeń czy czas. Ostrzej widać absurdy.

Gdy Amos Oz - analizując konflikt palestynsko-izraelski - wspomina o zbrojnych eskalacjach fanatycznych urojeń, dociera do źródeł, które promieniują.
Przypomina to kręgi na wodzie, rozchodzące się od miejsca, w które wrzucono kamień. Kamyków było sporo, a fale tworzą dość zawiły wzór.

Zbliżam się do wycinka tej mozaiki.


Jest rok 1967, w czerwcu (5-10) sytuacja na Bliskim Wschodzie nabrzmiała prowokacjami, doprowadzając do wybuchu wojny sześciodniowej. Izrael kontra kraje arabskie.

Stany Zjednoczone poparły Izrael, ZSRR - stronę arabską. Polskie władze wybrały "lojalność" wobec Kraju Rad. Wbrew społecznym nastrojom, za to z dużą determinacją, by te nastroje kształtować.

Zaczęła się antysemicka nagonka: tropienie osób o żydowskim rodowodzie, napiętnowanie ich jako obcych, wręcz wrogich temu, co polskie. Inwigilacja, donosy, praca agentów, język propagandy (wichrzyciele, syjoniści, wrogie mniejszości narodowe...). Czystki przeprowadzano w środowiskach, które PRL traktował nieufnie (studenci, inteligencja), ale i w szeregach partyjnych, wśród najgorliwszych wyznawców systemu.

Symboliczny finał to Dworzec Gdański, z którego odjeżdżają tysiące Polaków z "biletem podróży" zamiast paszportu.

"Różyczka" Kidawy-Błońskiego rozgrywa się na takim właśnie tle.


Epizod

Warszawski taksówkarz wiezie posądzanego o żydowskie pochodzenie pisarza. Zagaduje bezceremonialnie o niedokończonym zamiarze Hitlera. "No, może nie od razu, żeby do gazu, ale tak ogólnie miał rację."

W esejach Amosa Oza jest rewers tej sytuacji: izraelski taksówkarz przekonuje, że trzeba wymordować Arabów, w imię sprawiedliwości.



Fikcyjna opowieść okraszona jest archiwalnymi materiałami (przede wszystkim z marca 68`, scena "pacyfikacji" studenckiego wiecu za pomocą zomowskich pałek).


Dodatkowym uwiarygodnieniem fabuły są aluzje do konkretnych nazwisk i inspiracje biografią autentycznych postaci. Najwięcej zamieszania wywołało dopatrzenie się w postaci granej przez Seweryna biograficznych tropów do Pawła Jasienicy. Małżeństwo z kobietą współpracującą z SB, piszącą donosy na męża. Reżyser mówi, że to zaledwie inspiracja, sugeruje sięganie do wielu inteligenckich życiorysów. W tekście recenzenckim zamieszczonym w marcowym "Kinie" ks.Andrzej Luter wylicza postaci, które można dostrzec w filmowym bohaterze: Jerzy Zawiejski, Stefan Kisielewski, Andrzej Kijowski, nawet Władysław Bartoszewski. Co ciekawe: Jasienicę pomija, choć wspomniany dramat związku opozycjonisty z donosicielką jest w tym przypadku niekwestionowany. Twórcy sugerują powinowactwo problematyki z głośnym filmem "Życie na podsłuchu" Floriana Henckela von Donnersmarcka (2006).


Dramat rozgrywa się między trojgiem bohaterów. Motyw melodramatyczny jest główną kanwą fabuły, ale spod romansowych gier przebija najprawdziwsza tragedia.

Bohaterowie - szlachetny pisarz, naiwna, o giętkim kręgosłupie (etycznym) młoda kobieta, prostacki funkcjonariusz SB - wcale nie są tak jednoznaczni, jak powyższe etykietki.

Zasługę można przypisać i reżyserowi, i scenarzyście, ale pominąć aktorów nie sposób.



ADAM WARCZEWSKI (Andrzej Seweryn)


Pisarz i uniwersytecki wykładowca w wieku średnim zaawansowanym (ok. 60-tki). Kwintesencja dawnej inteligencji w sposobie bycia, mówienia, w estetycznym smaku i etycznej postawie.

Wdowiec, na ogół otoczony kobietami i doceniający ich piękno.

Niechołubiony przez władze, które chętnie ujrzałyby materiały, mogące go skompromitować lub udowodnić wichrzycielską działalność i żydowskich przodków. Jego prawdziwe nazwisko brzmi Janusz Weiner (trop okaże się mylący, prowadzi do austriackich korzeni).
Urząd Bezpieczeństwa przydziela rozpracowanie Warczewskiego Romanowi Rożkowi, sugerując dotarcie do "figuranta" przez kobietę.


Inteligenckość Warczewskiego ma krój Herbertowski - odporny na manipulację prawdą, niezależny w osądach, "wyprostowany". Nostalgicznie pomyślałam, że nawet poczucie humoru ma niedzisiejsze, showmeni naszych czasów nie stosują zawoalowanej aluzji...
Nie dość, że zna literaturę emigracyjną (m.in. "Zniewolony umysł" Miłosza), to sam pisuje felietony "Widziane z Warszawy" do Rozgłośni Wolna Europa. A jak romantycznie przemyca je za żelazną kurtynę! Nie dziwi, że spontanicznie oklaskuje przedstawienie Dejmkowskich "Dziadów", z godnością znosi zakaz druku i inne wymierzone w niego szykany.


Romans z Kamilą przeradza się w miłość, prowadzi do małżeństwa. I tu zaczyna się najciekawsza odsłona aktorskiej kreacji. Andrzej Seweryn interesująco balansuje między pewnym patosem szlachetnego inteligenta, szarmanckością i charmem mężczyzny zabiegającego o miłość dużo młodszej kobiety, a bólem zdradzonego, któremu kazano posmakować o kilka kropel goryczy za dużo.

Balansuje na granicy między powagą a śmiesznością, naiwnością a ufnością.

Nie zdradzając perypetii, wspomnę, że ostateczne decyzje Warczewskiego sceptyk przyjmie jako nieprawdopodobne. Jeśli jednak uznamy, że cynizm i chłodne wyrachowanie jest po stronie tych, którzy niszczą, to może wiara w człowieka jest nie naiwnością, lecz ostatnią deską ratunku?


KAMILA SAKOWICZ (Magdalena Boczarska)


Gdyby pójść śladem aluzji do związku Jasienicy z Zofią O`Bretenny (pseudonim: Ewa), wówczas Kamila Sakowicz (pseudonim: Różyczka) powinna być świadomą rozgrywanej intrygi 40-letnią kobietą. Bohaterka jest co prawda - jak domniemany pierwowzór - pracownicą uniwersyteckiego sekretariatu, lecz dramat jej uwikłań ma wymiar fikcji i kreacji.


Kamila jest dwudziestokilkuletnią dziewczyną: piękną, kolorową, seksowną. Aspekt nie do przeoczenia, bo rola Magdaleny Boczarskiej zbudowana jest zmysłowością. Najpierw zachłanną i nieokrzesaną (związek Kamili z Romanem), później stonowaną, lecz nie mniej intensywną (bliskość z Adamem).

Głupio i niewybaczalnie jest współpracować z SB.

Trzeba przyznać - z zaburzoną świadomością.

Jeśli młodość nie jest usprawiedliwieniem, to zaślepiający stan zakochania, niewiedza o skutkach, o manipulacji, jakiej służą donosy, wiele tłumaczy.

Różyczka jest zaskoczona, że Roman pracuje dla bezpieki; cieszy się jak dziecko z perfumów (choć rozczarowuje ją konieczność potwierdzenia odbioru); sądzi, że materiały, które gromadzi, służą sprawiedliwym wyjaśnieniom (pisze bardzo naiwnie, raczej broniąc niż atakując "figuranta").


Z czasem wiele się zmienia... Więcej rozumie, dojrzewa, stać ją na odważne decyzje - tyle, że jest to odwaga splamiona, bez szans na oczyszczenie.

Kocha obu: Romana i Adama, wybiera jednego z nich i nie jest to wybór interesowny.

Związek z Romanem był instynktowny, oślepiający, postawiony na pierwszym miejscu, dlatego tak bezrefleksyjnie godziła się wypełniać zlecenia.

Związek z Adamem był wchodzeniem w "inny świat".

Różyczka to dziewczę naiwne, ale z gruntu dobre i chłonne wiedzy. Adam stwarza ją niczym Pigmalion Galateę. Gdy Kamila dojrzewa, przeobraża się w uważną kobietę, na wszystko okazuje się być za późno. Najważniejsze decyzje podjęła w stanie nieprzebudzenia. Konsekwencje są nie do uniknięcia.


Z trojga bohaterów to Różyczka ma najbardziej otwartą przyszłość, ale poczucie winy może być nieporównywalnym z niczym obciążeniem.


ROMAN ROŻEK (Robert Więckiewicz)


Młody i energiczny. Człowiek, który czuje wiatr historii - wie, że światem rządzą układy, nikt nie jest bez winy, każdemu można udowodnić wszystko.

Niegdyś bokser, teraz tajniak.

Egzaltowany prostak, poświęcający kochaną kobietę dla zleconej sprawy.

Robert Więckiewicz potrafi jednak wyposażyć łotra w serce, a nawet w pewne racje.
Po pierwsze: Roman naprawdę kocha Kamilę i jest tym uczuciem zaślepiony nie mniej niż ona.

Po drugie: ta rola budowana jest na pęknięciu. Twardziel podszyty jest lękiem.


[Zdradzam ważne ogniwo fabuły, ale ono jest przewidywalne od pierwszych scen - a już z pewnością od sceny zebrania partyjnego, na którym zdemaskowano pewnego kryptożyda.]

Rożek naprawdę nazywa się Rozen. Żydowskie pochodzenie to najtrefniejsza karta, jaką można wyciągnąć od losu w tamtym miejscu i czasie. Strach przed zdemaskowaniem podsyca żarliwość demaskowania innych. Rożek nie szuka prawdy - to oczywiste. Ale buduje zaporę ochronną przed uderzeniem w niego samego.


Jeśli mówię o tragizmie postaci, to bohater grany przez Więckiewicza - choć pełniący rolę jednoznacznie negatywną - z pewnością nie jest jednowymiarowy. Ostatnia scena filmu i kilka wcześniejszych, w których jesteśmy świadkami odmiany losu Rożka, pozwalają zobaczyć w nim kogoś, kto przegrał. A Więckiewicz gra tak, że można zapomnieć, po której "linii frontu" stał, gdy rozpoczynał się seans.


Kreacje aktorskie to mocna strona "Różyczki". Pozwalają zapomnieć o kilku uproszczeniach (relacja Kamili z córką Warczewskiego) czy niewiarygodnościach. Ostatecznie: w tworzeniu nieprawdopodobnych scenariuszy nikt nie przerośnie  życia.


 

 

 

niedziela, 04 lipca 2010

Amos Oz, Jak uleczyć fanatyka, Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2010

 

Trzy krótkie eseje o naturze fanatyzmu, wygłoszone w Tybindze (Niemcy) w 2002 roku dla środowiska uniwersyteckiego. Izraelski pisarz zaprasza na wspólny myślowy spacer w poszukiwaniu sposobów na ograniczenie zjawiska fanatyzmu, zrozumienie jego źródeł, ewentualnie: zdiagnozowanie go w sobie.

Uwzględniając czas (w tle niedawny zamach na WTC) i pochodzenie Oza, można by się spodziewać rozważań o fundamentalistach islamskich bądź konflikcie izraelsko-palestyńskim. Drugi temat rzeczywiście się pojawia, ale myśli Oza nie skupiają się na rozwiązaniu problemów mieszkańców Ziemi Świętej. Sięgają głębiej, ujmują rzecz szerzej i w ogóle wzbijają się ponad konkretne sytuacje (często z nich wyrastając).


Anegdoty, dykteryjki, wspomnienia i przykłady w sosie rozważań nad dość fundamentalną kwestią. To dla mnie nowa odsłona Amosa Oza. Pamiętam melancholię "Opowieści o miłości i mroku". Tu natomiast ton nadaje autoironia, błyskotliwość, duża dawka humoru. I królowa eseistycznego warsztatu: dygresja.


"Moją przywarą jest skłonność do dygresji, więc w tym wykładzie będzie się od nich roiło." (s.8)


Tytuły esejów: 1) "Sekretne przyjemności"; 2) "Fanatyk jest chodzącym wykrzyknikiem"; 3) "Izrael i Palestyna: między dwiema skrajnościami".

 

 

 

 

Antidotum na fanatyzm

 

"Uganiać się za bandą fanatyków w górach Afganistanu to jedno. Walczyć z fanatyzmem to co innego. " (s. 27)

Oz - co oczywiste - nie sugeruje lekarstwa na uleczenie całego świata. A nawet zakłada, że ten, kto chciałby zreformować ludzkość według prostego przepisu, sam musiałby być fanatykiem.

Czy można z finezyjnych wywodów wyprowadzić konkretne zalecenia?

Parafrazując styl Oza: "Jeśli przyjmiecie moje słowa z przymrużeniem oka, to wam powiem, że..." tak, można.


Najpierw diagnoza, czym jest fanatyzm.

"Fanatyzm, panie i panowie, jest starszy niż islam, niż chrześcijaństwo, judaizm, starszy niż (...) jakakolwiek ideologia czy wiara. Fanatyzm jest, niestety, wszechobecnym elementem natury ludzkiej; genem zła, jeśli sobie życzycie." (s.28)

 

Fanatyzm to niezgoda na to, że ludzka kondycja ma naturę półwyspu. Nie jesteśmy ani samotną wyspą, ani drobiną kontynentu otoczoną zewsząd lądem. Ludzie to półwyspy - "w połowie złączone ze stałym lądem i w połowie zwrócone ku oceanowi". Półwyspy łączą się, lecz pozostają odrębne.

Zalążki fanatyzmu są tam, gdzie chcemy zapanować nad czyjąś niezależnością, zaoferować (bez możliwości odrzucenia) naszą wizję szczęścia lub zabronić zmian. To dość powszechna reakcja, gdy ktoś bliski zaczyna wybierać inne drogi na rozstajach niż my jesteśmy gotowi wybrać.

Poszanowanie dla "kondycji półwyspu" bliskie jest dewizie: live and let live. Zilustruję to dykteryjką z opowieści o babci Autora.


"Widzisz - powiedziała - chrześcijanie wierzą, że Mesjasz już raz tu był i na pewno wróci pewnego dnia. Żydzi zaś utrzymują, że Mesjasz dopiero ma przyjść. Z tego powodu - rzekła moja babka - z tego powodu było tak wiele złości, prześladowań, rozlewu krwi, nienawiści. Dlaczego? - mówiła. - Dlaczego wszyscy nie mogą po prostu poczekać i się przekonać? Jeżeli Mesjasz przyjdzie i powie: Witajcie, miło was znowu widzieć, żydzi będą musieli dać za wygraną. Jeżeli zaś Mesjasz przyjdzie i powie: Witajcie, miło was poznać, to cały chrześcijański świat będzie musiał przeprosić żydów. A tymczasem - rzekła moja mądra babka - żyjmy i dajmy żyć innym.

Ona z pewnością była uodporniona na fanatyzm. Znała sekret życia w płynnych warunkach, w sytuacji nierozstrzygniętych konfliktów, wiedziała, jak żyć z innością innych ludzi." (s.43)

 

Fanatyzm to reakcja na rozpacz i beznadzieję. Ta definicja ogarnia wiele socjologicznych i politycznych kontekstów. By temu zaradzić, trzeba dotrzeć do sił umiarkowanych, do tych, którzy w przyszłości mogą przechylić się ku skrajności lub budować porozumienie.


"Umiarkowany islam jest jedyną siłą, która może przekonać fanatyczny islam. Umiarkowany nacjonalizm jest jedyną siłą, która może wziąć w cugle fanatyczny nacjonalizm. (...) Żeby jednak umiarkowani wyszli z ukrycia i wzięli górę nad fanatykami, trzeba wzbudzić nadzieję na polepszenie warunków i rozwiązanie problemów." (s.30)

 

Fanatyzm to nonszalanckie odrzucenie kompromisu.

Bezkompromisowy człowiek - to brzmi szlachetnie, prawda? Ale i zgubnie. "Kompromis uważa się za brak integralności, zasad moralnych, brak konsekwencji i uczciwości. (...) Nie w moim słowniku. W moim świecie słowo "kompromis" jest synonimem słowa "życie". A gdzie jest życie, tam są kompromisy. Przeciwieństwem kompromisu nie jest prawość ani idealizm, nie jest determinacja ani poświęcenie. Przeciwieństwem kompromisu jest fanatyzm i śmierć." (s.21)


Amos Oz wie, o czym mówi, gdy proponuje szukanie miejsc wspólnych w mrowisku pojedynczych racji. Żyje w cieniu izraelsko-palestyńskiego konfliktu i wywodzi się z narodu, którego naturą (jak sam autoironicznie wyznaje) jest spór i dyskusja. Eseje Oza warto przeczytać również dla tych żydowskich smaczków, anegdot o samorodnych reformatorach świata, o tym, że nie sposób znaleźć dwóch Żydów, którzy myślą tak samo, bo "trudno znaleźć jednego, który zgadza się sam ze sobą" (s.17)

Pyszna jest opowieść  sięgająca do przeżyć Autora z czasów wojny sześciodniowej (1967).


"W noc poprzedzającą rozpoczęcie walk siedzieliśmy przy ognisku i próbowaliśmy zgadywać, co przyniesie przyszłość. W pewnej chwili objawił się pośród nas generał. (...) Wszyscy ucichli i generał zaczął nam prezentować swoje koncepcje na temat zbliżającej się bitwy. Po kilku zdaniach przerwał mu pulchny, podstarzały kapral w okularach, który bardzo grzecznie zapytał: "Proszę wybaczyć, generale, ale czy czytał pan kiedyś Wojnę i pokój Tołstoja?" Generał odparł: "Oczywiście, co za pytanie, czytałem wiele razy". "Czy zdaje pan sobie sprawę, generale, że zamierza pan powtórzyć taki sam błąd, jaki zdaniem Tołstoja popełnili Rosjanie w bitwie pod Borodino?". W mgnieniu oka cały pluton pogrążył się w zawziętej, hałaśliwej kłótni o Tołstoja, o strategię, literaturę, tłumaczenie, o wszystko. Wszyscy krzyczeli najgłośniej, jak mogli, wyzywali się od idiotów, nie oszczędzając generała, ani kaprala. W końcu się okazało, że kapral jest profesorem literatury rosyjskiej na Uniwersytecie Telawiwskim, a generał ma dyplom filozofii Uniwersytetu Jerozolimskiego na najwyższym poziomie." (s.19)

 

Fanatyzm to taka przypadłość, której towarzyszy brak wyobraźni i poczucia humoru.

Wyobraźnia umożliwia przewidywanie skutków naszych decyzji i postaw. To jedno. Pozwala też na empatię: Jak bym się czuł, gdybym bym nią? Co bym zrobiła, będąc nim? Ćwiczenie wyobraźni rozwija poczucie relatywizmu. Jednym ze sposobów takiego treningu jest czytanie. Literatura budzi wyobraźnię! Tu, niestety, konieczny jest nawias, w który należy ująć literaturę z tezą. Ale już zupełnie bez cenzury - mówi Oz - można czytać Szekspira, Gogola, Kafkę czy Faulknera.


Rozbudzanie wyobraźni działa skuteczniej niż adresowane wprost apele.
Oto jeszcze jedna - ulubiona, więc nie mogę pominąć - anegdota o tym, jaką siłę perswazyjną kryje w sobie metoda zadawania pytań. ;) Jej bohaterem jest przyjaciel Amosa Oza - Sammy - który wybrał się w podróż z szoferem.


"Szofer palnął zwyczajową mówkę o tym, że zabicie wszystkich Arabów jest dla nas Żydów sprawą niecierpiącą zwłoki. Sammy go wysłuchał i zamiast zawołać: "Panie, co z pana za straszny człowiek! Czyś pan jest nazistą, czy faszystą?", zagrał inaczej. "A kto pana zdaniem powinien pozabijać tych wszystkich Arabów?", zapytał. Na to szofer: "Jak to kto? My! Izraelscy Żydzi! Musimy! Nie mamy wyboru, pomyśl pan, co oni nam wyrządzają każdego dnia!". "Ale jak pan myśli, kto powinien się do tego zabrać? Policja? A może wojsko? Straż pożarna? Ekipy medyczne? Kto ma to zrobić?" Tamten podrapał się w głowę i rzekł: "Chyba powinniśmy się sprawiedliwie podzielić, każdy z nas musi zabić kilku".

Sammy Michael, zachowując kamienną twarz, rzekł: "No dobrze, przypuśćmy, że przydzielono panu blok mieszkalny w pańskim mieście, Hajfie, puka więc pan albo dzwoni do wszystkich drzwi i pyta: Przepraszam, czy przypadkiem nie jest pan Arabem? Czy pani jest Arabką? I jeżeli odpowiadają, że tak, strzela pan do nich. Potem, gdy kończy pan obchód tego bloku i wybiera się pan do domu, gdzieś z czwartego piętra dobiega do pańskich uszu płacz niemowlęcia. Czy wróciłby pan i zabił to dziecko? Tak czy nie?". Przez chwilę panowała cisza, po czym szofer powiedział: "Wie pan co, pan jest bardzo okrutnym człowiekiem". (s.34-35)


Na koniec: lek o największej sile regeneracji i środek zapobiegawczy, który nie ma sobie równych: poczucie humoru.

"Ani razu w życiu nie widziałem fanatyka z poczuciem humoru, nie spotkałem również człowieka z poczuciem humoru, który zostałby fanatykiem, jeśli owego poczucia humoru nie stracił. (...) Humor to relatywizm, to zdolność widzenia siebie tak, jak inni cię widzą, umiejętność uświadomienia sobie, że choćbyś był przekonany o swej słuszności i choćbyś został okrutnie skrzywdzony, to zawsze jest w tym coś odrobinę śmiesznego." (s.41)


Tak... i dodam, że jest to antidotum na niejedną chorobę. Panaceum na prawie każde zło.