literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Kategorie: Wszystkie | filmowe | literackie | myślane | wyszperane, znalezione
RSS
poniedziałek, 28 czerwca 2010

Chimamanda Ngozi Adichie, Połówka żółtego słońca, Wydawnictwo SONIA DRAGA 2009

 

Chimamanda Ngozi Adichie powiedziała: I just write. I have to write. I like to say that I didn`t choose writing, writing chose me. This may sound slightly mythical, but I sometimes feel as if my writing is something bigger than I am. [1]

 

A ja po przeczytaniu "Połówki żółtego słońca" mogę po raz kolejny uwierzyć, że literatura bywa czymś mitycznym, magicznym, czymś o naturze zwierciadła, w którym przegląda się nie tylko odmalowany w dziele świat, ale każdy, kto się zatrzyma i zapatrzy (zaczyta).

Piękna opowieść. Szukam słów, by podzielić się lekturą, odsłaniając z niej jak najmniej. Bo warto tę podróż odbyć według własnej busoli emocji, bez wywołanych klisz.

 

 

 

To, co wstrzymywało mnie przed sięgnięciem po tę 500-stronicową powieść - okazało się jej siłą. Wiedziałam, że losy bohaterów rzucone są w wir historycznej zwieruchy: wojny domowej w Nigerii u schyłku lat 60. XX wieku.

Niewiele słyszałam o tym konflikcie, więc pojawiła się obawa, że tło okaże się zbyt hermetyczne albo odwrotnie - wyjaśniane w długich dygresjach. Tymczasem Adichie stworzyła mistrzowski kontrapunkt: literatura zbiega się z historią w idealnych proporcjach. Zaczynałam lekturę jako laik, a rozstawałam się z poczuciem, że tragedia Biafrańczyków jest także moim dziedzictwem.

 

Sekret tkwi chyba w tym, że "Połówka żółtego słońca" jest opowieścią zamaszystą (obejmującą panoramicznie tamten świat), ale z bardzo wyrazistymi kreacjami bohaterów, którym chce się towarzyszyć. I to są postacie z krwi i kości, zmieniające się, doświadczające bliskich mi emocji, wątpliwości czy rozczarowań.

 

To, co dzieje się między nimi, mogłoby dziać się wszędzie. Ale zdarza się akurat tam i właśnie wtedy.

 

***

 

Nigeria - istniejąca formalnie od 1914 roku - była kolonią, później protektoratem brytyjskim. Niepodległość zyskała w 1960, ale była bytem dość kruchym, "zbiorem fragmentów utrzymywanych razem przez bardzo wątłą dłoń" (s.190)

Zamieszkana przez Hausów i Fulanów (Północ) oraz Jorubów i Ibów (Południe); sterowana zewnętrznie metodą "dziel i rządź", bo wewnętrzna słabość miała gwarantować wpływy zainteresowanych mocarstw.

 

Akcja powieści rozpoczyna się na początku lat 60. (przed zasadniczym konfliktem) i kończy, gdy trzyletnia wojna domowa (1967-1970) wygasa, zostawiając świat w chwili, gdy nie wiadomo czego więcej: nieusuwalnych ruin czy nadziei na odrodzenie.

 

Skąd ta wojna?

Elity wojskowe (wywodzące się spośród Ibów) przeprowadziły zamach stanu. Świat miał być dzięki temu sprawiedliwszy (tak sądzi Odenigbo). Uruchomiło to zemstę plemienną - masakry i rzezie pochłonęły 500 tysięcy Ibów.

 

Z Ibów wywodzą się główni bohaterowie powieści: Olanna i Kainene (siostry), Odenigbo (mąż Olanny), Ugwu, ich służący, i wielu innych.


flaga Biafry

 

Ibowie wycofują się z północy na rdzenne południe i dokonują secesji - chcą być niezależną Biafrą. Biafrańska flaga: czerwień, czerń i zieleń, z połówką żółtego słońca, ma symbolizować świeże doświadczenia i zapowiadać szczęśliwą przyszłość (krew-żałoba-nadzieja). Nadzieja - irracjonalna i życiodajna zarazem - towarzyszy bohaterom aż do końca.

"Jeśli słońce nie zechce wstać, zmusimy je, by wstało." (s.490)

 

Republika Biafry istniała trzy lata, daremnie domagając się uznania przez świat ("świat milczał, kiedy myśmy umierali"). Zginęło ponad milion ludzi, po części w wyniku działań wojennych, ale głównie z powodu głodu i chorób. Obrazki z tych stron - utrwalone w reporterskich relacjach i na fotografiach - obiegły globalną wioskę... pozostając niemym krzykiem.

 

"Wyobraź sobie ich ręce jak wykałaczki,

Brzuchy jak piłki, cieniutką skórę tych pociech (...)

Nie trzeba wyobraźni. Wszędzie były ich zdjęcia.

Wystarczyło zajrzeć na lśniącą "Life`a" skórę.

Widziałeś? I czy przez moment ogarnął cię żal,

Nim odwróciłeś się, tuląc kochankę lub żonę."

 

***

 

Bohaterowie "Połówki żółtego słońca" wywodzą się z Ibów i na naszych oczach stają się Biafrańczykami, ale gdy ich poznajemy, ta przynależność nie ma żadngo znaczenia.

Ważna jest miłość rodząca się między Olanną i Odenigbo, intryguje romans Kainene i Richarda; trwają przyjaźnie, napręża się relacja między siostrami, między rodzicami a dziećmi... Obserwujemy inicjacje w dorosłość.

 

Olanna i Kainene to bliźniaczki, niepodobne ani zewnętrznie, ani wewnętrznie.
Obie wychowane w luksusie, znające światowe życie, wykształcone w Anglii.

Olanna planuje karierę naukową (socjologia) u boku ukochanego, a Kainene ma zmysł do interesów i pod skrzydłami ojca prowadzi intratne transakcje.

 

Olanna jest piękna, taktowna, szczera i otwarta. Kojąca. I jak to bywa z kobietami, które wolą łagodzić i leczyć, jest odrobinę niepewna siebie, ustępująca, rozumiejąca aż za dobrze racje innych.

 

Co innego jej pachnący old spice`em Odenigbo. Energiczny, charyzmatyczny, dusza towarzystwa, "rewolucjonista". Wyglądał na kogoś, "kto nigdy nie pyta o drogę, pewny, że tak czy owak dotrze do celu" (s.39). W przeciwieństwie do Olanny - "należał do osób, które nie mają czasu ani ochoty wątpić w siebie" (s.69).

 

Adichie pisze o sile kobiet, o progach, które pokonują...

Lubię te fragmenty, w których Olanna uświadamia sobie, że nic i nikt nie może dyktować jej, jak żyć. Paradoksalnie - dzieje się to w świecie, który nakłada ostre ograniczenia. Kiedy Olanna wybacza, to dlatego, by nie wybierać bólu i żółci. Kiedy stawia Odenigbo warunki, to po to, by nadal był silny.

 

Kainene jest wysoka, bardzo ciemna, chuda i wyzywająca.

Rzeczowa, ironiczna, trafia słowem w sedno, nie bawiąc się w grzeczności. Tajemnicza od pierwszej odsłony do ostatniej. I taką Kainene pokochał Richard.

Postać Richarda początkowo pozostawała na marginesie mojego zainteresowania. Ale wydaje mi się dość szczególna, zwłaszcza gdy interesuje nas kwestia tożsamości i relacji między Europą a Afryką.

 

Richard Churchill to przystojny brytyjski dziennikarz, marzący o byciu pisarzem. Angielski dżentelmen, nieśmiały i powściągliwy. Afryka go fascynuje, próbuje odkrywać ją bez uprzedzeń (w czym jest wyjątkiem wśród innych białych bohaterów). Mógłby lata poświęcić na studia nad sztuką Ibu-Ukwu, której symbolem jest piękny dzban opleciony sznurkami. Mógłby, gdyby nie wojna. Richard staje się Biafrańczykiem z wyboru, a jego komentarze prasowe są głosem stąd, dając - może złudną? - nadzieję, że słowem można przekazać światu prawdę i zostać zrozumianym.

 

A potrzeba słów jest w tym świecie czymś niekwestionowanym. Pisze nie tylko Richard, również Ugwu, a wiersze Okeomy są "głosem pokolenia". (Ugwu jest ważny. Naprawdę ważny, choć o nim nie napiszę.)

 

W relacjach z nigeryjskiej wojny dominują jednak głosy przekłamane, wprawiające Richarda w zażenowanie i wściekłość. Wokół roiło się od korespondentów, "którzy przywieźli ze sobą mocne tabletki z proteinami i jeszcze mocniejsze gotowe wnioski: Nigeria nie bombardowała ludności cywilnej, informacje o głodzie były przesadzone i wszystko jest w porządku, jak to na wojnie" (s.445). "We wszystkich relacjach czuło się jakąś pustkę, pobrzmiewało w nich echo braku kontaktu z rzeczywistością" (s.202).

 

***

 

Jak pisać o doświadczeniach tak ekstremalnych i wstrząsających? To pytanie wykracza poza karty powieści, a ona sama staje się jedną z możliwych odpowiedzi. Moim zdaniem jest to odpowiedź przekonująca.

 

 

Chimamanda Ngozi Adichie urodziła się 7 lat po wojnie. Książkę dedykuje wspomnieniom swoich dziadków i babć. W epilogu przywołuje bliskich, którzy byli dla niej niczym studnia opowieści. Ktoś uruchomił jej wyobrażenia na temat życia nigeryjskiej klasy średniej; ktoś inny odsłonił, jak wyglądał świat widziany oczyma biafrańskiego wojownika lub kilkunastoletniego chłopca. Z tych skrawków i własnej pisarskiej intuicji wykreowała świat, który naprawdę warto poznać. Ciekawa kompozycja, kreacje, namacalność tamtej rzeczywistości i uniwersalność doświadczeń, z którymi można się utożsamiać, choć ogląda się je z oddali... Świetna książka. Aż trudno uwierzyć, że pisała ją niespełna trzydziestoletnia kobieta.

 

Powieść nagrodzono Nagrodą Orange Prize 2007

 

[1] Cytat i zdjęcia autorki pochodzą z jej oficjalnej strony: Chimamanda Ngozi Adichie

 

niedziela, 20 czerwca 2010

Myślę sobie, że...

Wcale nie jest oczywiste co lepsze: swoboda czy ograniczenia.


Nadmiar obciążeń i limitów - choć mi doskwiera ostatnio - może być skuteczną ostrogą dla inwencji i stroicielem wewnętrznej mobilizacji.

Przedawkowanie - wiadomo, impas i rozsypka planów na wszystkich frontach.


Poluzowany harmonogram, brak nakazów i zakazów, możliwość działania poza kontrolą - hmm... Kto to odrzuci? Każdy by tak chciał!

A jednak - tam za progiem czai się jakaś rozlazłość, brak cugli, które pilnują kierunku, nicnierobienie i czas, który płynie nieprzekuty w nic konkretnego.

Istnieją co prawda teorie, uznające "nicnierobienie" za terapię, podczas której wypływa na wierzch to, co zagłuszane. Ale nie zmienia to faktu, że swoboda prowadzi do rozregulowania, do paraliżu wewnętrznego zegara.


Jestem z tych, którzy zacierają ręce, gdy nic nie trzeba i właśnie wtedy wszystko im się chce. Prawda, że wychodzi mi z tego miszmasz, coś lekko niespójnego i rozdrobnionego; za różnorodność płacę brakiem monumentalnego efektu. Cóż, miszmasz to mimo wszystko ulubiony przysmak duszy.


I dzisiaj o miszmaszu i ograniczeniach.

 

***


W Świdnicy - podczas jednego dnia 3.Festiwalu Reżyserii - widziałam trzy różne filmy i posłuchałam kilku rozmów z cyklu "po seansie".

W zasadzie: miszmasz, bo był to jeden film offowy (szalone "Osiem w poziomie" Grzegorza Lipca vel grupy Sky Piastowskie), jedna fabuła zaklasyfikowana jako kino niezależne ("Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha), wreszcie - dokument muzyczny o narodzinach rocka w Polsce ("Beats of Freedom" - dzieło Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty).

Dokument i fabuła mówią - z grubsza - o tym samym: o muzyce, która jest sprzeciwem, jedyną prawdą w czasach propagandy, wentylem bezpieczeństwa i wolności.
Kto ma okazję, niech zobaczy zwłaszcza "Beats of Freedom - zew wolności".


"Wszystko, co kocham" nie jest dla mnie filmem ważnym, ale zgadzam się, że jest świeży. Jego siłą jest wewnętrzny miszmasz, niejednorodność, wielokierunkowość. Spodziewasz się filmu o kapeli punkrockowej, owszem - niby jest, ale samego punk rocka tu niewiele, a fabuła skręca w uliczkę o nazwie: Pierwsza Miłość. Historia Janka i Basi też szybko schodzi na plan - przynajmniej - drugi, bo pojawia się temat stanu wojennego, rodzinnych relacji (ojciec, babcia, matka...), inicjacji (tu: piękna i "stara", bo po trzydziestce, p.Sokołowska!). I ten miszmasz ze swoją nieprzewidywalnością ma energię większą niż przyzwoicie skonstruowana spójna opowieść.


"Beats of Freedom - zew wolności"

Ktoś po seansie powiedział, że 40-latkowie mają swój mit, obrazek z pięknych lat swojej pierwszej młodości. Coś podobnego mówi jeden z bohaterów - było wtedy pusto i szaro, chodziliśmy brzydko ubrani, nie mieliśmy paszportów a nadzieja na radykalną zmianę była wyjątkowo irracjonalna. Ograniczenia zmuszały, by szukać szczelin, a gdy takie pęknięcie się znalazło - ziarno rosło na potęgę.

 

 

 

Głównym narratorem w "Beats of Freedom" jest brytyjski dziennikarz polskiego pochodzenia Chris Salewicz, który jako człowiek z zewnątrz próbuje zrozumieć fenomen polskiego rocka i  historii ostatniej dekady PRL-u. Na jego opowieść składają się archiwalne zdjęcia, fragmenty koncertów z tamtych lat (również nieznane dotąd obrazki z legendarnych festiwali w Jarocinie) i prowadzone z dzisiejszej perspektywy rozmowy z muzykami, którzy w latach 80. zakładali swe pierwsze zespoły.


Pojawiają się więc: Tomek Lipiński (Tilt, Brygada Kryzys), Krzysztof Grabowski (Dezerter), Marek Piekarczyk (TSA), Kora (Maanam), Kazik Staszewski (Kult),... Lech Janerka, Wojciech Waglewski, Krzysztof Skiba. Komentatorami są tu również dziennikarze muzyczni. Miszmasz, bardzo piękny miszmasz. :)


Zostało mi po tym filmie kilka błysków.
Po pierwsze: o historii można opowiadać poprzez sztukę (tu: muzykę), która jej towarzyszy - czasem tworzącą oficjalne tło, czasem podziemny i przeciwstawny nurt. Opowieść zyskuje dzięki temu oryginalny, uniwersalny język.


Po drugie: to absolutnie niezwykłe, że polski rock miał w swoich szeregach takie zagęszczenie artystów, w tym świetnych tekściarzy. Może nie jest to wniosek odkrywczy, ale po seansie uświadomiłam go sobie ze świeżym zaskoczeniem.


Po trzecie: muzyka - ona jest w tym filmie pierwszoplanowym bohaterem - nie starzeje się, wyrasta poza bunt tamtego czasu.


Jeden z rozmówców (Tomek Lipiński?) wspomina rozmowę z muzykiem z Europy Zachodniej, który był pod wrażeniem mocy polskich tekstów, zazdrośnie stwierdzając: "...jesteście zmuszeni, aby bawić się w poezję".

 

***

Sięgam po stojący na półce tom esejów Stanisława Barańczaka, bo pamiętam tekst, który z tym, co powyżej, koresponduje.

"Tablica z Macondo" - tytuł eseju i całego zbioru zarazem; rarytas, mający wszystko to, z czego Barańczak słynie: żart, erudycję, siłę argumentacji i precyzję analizy. Tym razem myśl autora skupia się nie na wierszu, jak w esejach sąsiadujących, lecz na samochodowych tablicach rejestracyjnych w stanie Massachusetts.

Zjawisko dotyczy również innych stanów - dotyczyło wówczas, gdy powstał ten tekst, czyli 20 lat temu.

Sześć przypadkowych cyfr i liter pomysłowy kierowca może zamienić na znaki z sensem i wykupić tzw personalized license plate, popularnie - vanity plate.


Jeśli już decyduje się na ten gest (próżności, oryginalności, kaprysu...), to winien trzymać się zasad:

-  tekst musi być oryginalny (nie można kopiować już zarejestrowanego w urzędzie napisu);

-  nie wolno używać słów nieprzyzwoitych;

-  tylko alfabet łaciński (i to bez znaków diakrytycznych); ortografia nie obowiązuje;

-  najważniejsze: mogą być pauzy, ale liter tylko sześć (w stanie NY - siedem).


"Poezja zaczyna się tam, gdzie chęć wypowiedzi zderza się z ograniczeniem."


Najistotniejsze ograniczenia są dwa: to, że trzeba wystrzegać się plagiatu i to, że należy przyjąć gorset formy.Obserwacje, którymi dzieli się Barańczak, wskazują na przewagę banału, z którego wyłaniają się jednak perełki. Każdy miszmasz ma swoje perły. :)


Barańczaka zaintrygowały: UNWED MD ("nieżonaty doktor medycyny"; kierujący tak zatytułowanym autem z jednej strony wabi, z drugiej odpycha - najwyraźniej ten stan mu odpowiada, skoro płaci haracz za vanity plate; gdyby forma go nie ograniczała, mógłby napisać: SWINGING SINGLE - "kawaler-kobieciarz"), OH BABY i REAR.

 

"Moją osobistą faworytką jest pod tym względem genialna tablica REAR ("tył"). Jakież w tych czterech literach bogactwo kłębiących się znaczeń i funkcji - od organizacji dźwiękowej po całą otchłanną metafizykę stuprocentowej tautologii, nie mówiąc o pełnym rozmachu autoportrecie autora, człowieka tak niepraktycznego, że musi sobie co rano przypominać, gdzie jego samochód ma tył, a gdzie przód! Tablica ta, pamiętam, mignęła mi kiedyś na zatłoczonej autostradzie i szczerze żałowałem, że warunki nie pozwalają na dogonienie tajemniczego autora i uściśnięcie mu dłoni."


Można prześledzić, co zaproponowałby Barańczak amatorom polskiego napisu. Pewnego rodzaju satysfakcję przyniósłby autorowi napis AS SZOS (zwłaszcza, gdyby wóz był rozklekotany) albo PRZECZ Z. Ale karta, która przebija wszystkie to: ON JEST.

Ktoś istnieje. Bóg? Świat? Drugi człowiek?


Ograniczenia cudownie prowadzą do wieloznaczności, wolności myśli i skojarzeń, czyli do poezji właśnie.

 

poniedziałek, 07 czerwca 2010

Brødre, reż. Susanne Bier, Dania 2005

Brothers, reż. Jim Sheridan, USA 2009

Jannik i Michael                                            Sam i Tommy

 

 

Pięć lat temu powstał interesujący dramat duńskiej reżyserki Susanne Bier - "Brødre" (2005). Teraz na ekrany wchodzi amerykański remake tego filmu - "Brothers" (2009). Jego twórcą jest Jim Sheridan, doceniany i uznany reżyser amerykański (o irlandzkich korzeniach).

Oba filmy widziałam; wersję duńską dawniej, więc moje refleksje są przetworzone przez subiektywne kody pamięci i zapomnień.

Co to za dziwny zabieg: nowe twarze i sceneria dla oddania tych samych zdarzeń i treści... Zastanawiam się:

 

Po co remake?

Pominę złośliwe komentarze - prawdziwe tylko po części ;) - że to przejaw kryzysu w branży scenarzystów lub amerykańska maniera unikania filmów z napisami. Załóżmy, że to ma jakiś sens - i pytam: jaki?

Remake ma setki twarzy - na ogół te wtórne istotnie przypominają oblicza poddane chirurgicznej obróbce, mniej naturalne, ze śladami wątpliwych "ulepszeń". Analizę wybranych przypadków można odnaleźć na stronie film.org. Prawidłowością, jaką tu można dostrzec jest sięganie po materiał sprzed kilkudziesięciu lat, który -według czyjegoś rozeznania- domaga się aktualizacji bądź unowocześnień. Albo przenoszenie na rodzime poletko historii z innego kręgu kulturowego.

Przypadek "Braci" jest inny. To samo tło niby odległej wojny (Afganistan), analogiczne konflikty i traumy. Sens "odświeżania" wersji duńskiej ukryty może być tylko w szczegółach, więc przyjrzę się tym przesunięciom, które dostrzegam.

 

O czym to film? Constans

Bracia. Negatyw i pozytyw, Kain i Abel, zły i dobry.
Starszy jest chlubą rodziny - wiedzie odpowiedzialne i uporządkowane życie, szczęśliwy mąż i ojciec dwóch córek. Związany z wojskiem, co w niespokojnych czasach niesie ze sobą ryzyko udziału w misjach wojennych.
Młodszy ma kryminalną przeszłość (napad na bank, więzienie) i żadnej życiowej stabilizacji, charakter - "trudny".

 

Co się wydarza?

Wyjazd "dobrego" na wojnę w Afganistanie. Odtąd akcja toczy się równolegle. Rodzina otrzymuje fałszywą informację o jego śmierci, cierpi, oswaja myśl o nieobecności, z wolna zaczyna zabliźniać ranę (mija kilka miesięcy). Niesforny brat okazuje wsparcie bratowej i dziewczynkom.
Tymczasem starszy - uwięziony przez talibów - przeżywa koszmar, z którego powrót może okazać się niemożliwy. Wraca odmieniony, trochę martwy, w miejsce, które zaakceptowało już jego śmierć.

 

Najważniejsze nie mieści się w tym streszczeniu. Schemat nie spłyca, lecz uwypukla najprawdziwsze emocje, dramaty, napięcia.

Mamy relacje: świat - rodzina; rodzice (to oni ugruntowali wizerunek syna, z którego są dumni i którego się wstydzą) - dzieci; kobieta i mężczyzna (czy zbliżenie do innego mężczyzny jest zdradą, skoro żyje się w przekonaniu o śmierci męża?); więź braterska.

Jest przemiana - albo raczej: pęknięcie wizerunku, próba, trauma. Zazdrość, miłość, obcość.

Dużo. Wystarczająco, by na tej kanwie stworzyć dwie odrębne opowieści.

 

Duńskie klimaty

Twórcy filmu to pierwsza liga duńskich filmowców. Susanne Bier można kojarzyć choćby z filmem "Tuż po weselu" (2006). Więcej mówi nazwisko scenarzysty, Andersa Thomasa Jensena. Napisał scenariusz do "Wilbur chce się zabić" Lone Scherfig (a także do "Księżnej" i "Antychrysta"). Sam wyreżyserował "Jabłka Adama" (2005). Podaję tytuły, które są mi znane. Jeśli nie przebijają hitów amerykańskich, to tylko dlatego, że duńska kinematografia jest niszowa i przegrywa z hollywoodzkim Goliatem (tylko w rankingach komercyjnych!).

 

Świetna jest obsada aktorska. Starszy brat, Michael (Ulrich Thomsen), jego żona Sara (Connie Nielsen). Młodszy brat - Jannik (Nikolaj Lie Kaas). Styl gry, szorstkość emocji, brak przerysowań; pewien chłód w relacjach... przełamany bliskością Sary i Michaela, oszczędną czułością. W mojej pamięci pozostał obraz o dość stonowanej kolorystyce.

Michael (w tle: Sara)

Scenariusz zawiera mocną, "afgańską" scenę - kluczową dla całej metamorfozy Michaela. Duński pierwowzór ma większą siłę rażenia niż amerykański odpowiednik. Może działa tu zasada zaskoczenia? Drugi raz nie sposób przeżyć tej niespodzianki tak intensywnie. W filmie Jima Sheridana zastosowano tu zabieg odrealnienia (muzyka!) - to ciekawe, ale osłabiające brutalność.

 

Starszy brat w filmie Bier zmienia się wyraźniej. Również dlatego, że on naprawdę czuł się silny, emanował takim hartem ducha, że wydawało się jakby zło nie mogło go zniszczyć.

 

Inna jest duńska opowieść o miłości, o bliskości. Sara kocha Michaela. Ale (-tak to zapamiętałam-) jej bliskość z Jannikiem również jest wiarygodna. Niedopowiedziana, lecz nie do zaprzeczenia. I nie ma tu nic zastępczego, jakiegoś opatrywania samotności lub ucieczki. Po prostu stają się sobie - niespodziewanie - bliscy. "Zmartwychwstanie" Michaela ma tu wymiar bardziej skomplikowany; Sara jest przy nim, ale coś się w tej relacji zmieniło również z jej strony.

Sara z Michaelem / Sara z Jannikiem

 

Amerykańskie zmiany

Bohaterowie filmu Jima Sheridana noszą inne imiona: starszy brat to Sam (Tobey Maguire), jego żoną jest Grace (Natalie Portman), a bratem - Tommy (Jake Gyllenhaal).

Scenariusz amerykański musiał uwzględnić odmienną sytuację polityczną. Jeśli Michael uczestniczył w wojnie jako reprezentant sił pokojowych ONZ, to Sam Cahill bierze w niej udział reprezentując jedną ze stron konfliktu. To zmienia charakter scen wojennych. Amerykański marine, walczący z dala od rodzinnej ziemi; mimo szlachetnych intencji i profesjonalizmu, narażony jest na zderzenie z wszystkimi nieoczywistościami zbrojnych konfliktów. Nie jest bowiem tak, że "Tata zabija tylko złych" (mówi córeczka), a "źli to ci z brodami".

 

Sam i Grace

 

Ten sam dramat rozgrywa się tu z amerykańską flagą w tle. Ojciec (postać istotna w obu filmach) nazywa syna "bohaterem narodowym". Jest weteranem wojny w Wietnamie i może domyśla się, czym jest okaleczenie Sama, obcość, jaką daje przekonanie, że nikt "stąd" nie zrozumie piekielnych doświadczeń.

 

Druga sprawa: braterstwo. W duńskim filmie kontrast był czytelny, możliwe że skrajnie (dobry - zły). Tu role są niby rozdzielone, ale bracia nie wchodzą w nie do końca. Sam świetnie rozumie Tommy`ego. Z przymrużeniem oka traktuje gloryfikujące go komentarze ojca. Tommy natomiast ma sympatyczną twarz Jake`a Gyllenhaala i "nie taki diabeł straszny, jak go malują". Nawet po powrocie Sama z Afganistanu, gdy reaguje on agresją na wszystko, wyznaje bratu, że tonie, jakby prosząc o pomoc. Więzi rodzinne są tu niesamowicie silne. Pomimo toksyn, którymi każda rodzina zatruwa i naznacza młode pokolenie.

 

Tommy i dziewczynki (Isabelle i Maggie)

 

Zaskakujący był dla mnie wątek córeczek: Isabelle i Maggie. Starsza (ośmioletnia?) Isabelle dramatycznie przeżywa najpierw wyjazd ukochanego taty, śmierć, później niechęć do nielubianego ojca, pretensje, że niegdyś bliski, teraz budzi tylko strach. Czuje się odtrącona, jakby zepchnięto ją na drugi plan. Zwłaszcza, że wszyscy zachwycają się słodką Maggie, która Isabelle wydaje się kimś lepszym od niej. Przypomina to relację między braćmi.

 

 

Wreszcie: Sam - Grace - Tommy. Wściekła zazdrość Sama i oskarżenia o zdradę odbieram jako próbę "przeniesieia" własnego sprzeniewierzenia na innych. Grace jest nieskalana i silna. Wycięta z mitu o amerykańskiej dziewczynie i żonie. Piękna i kochająca swego męża. Niegdysiejsza cheerleaderka wpatrzona w swojego "złotego chłopca". Oglądam analogiczne sceny, ale akcenty opowieści rozłożone są inaczej. Trudno uwierzyć w relację Grace - Tommy. Są dla siebie wsparciem i pomocą, bo są rodziną.

 

Po co remake?

Przeczytałam wywiady z reżyserami zamieszczone na portalu Stopklatki. Susane Bier o swoich "Brødre" mówi: "Dla mnie to jest przede wszystkim film o okazywaniu uczuć." I uzupełnia: "Film dotyczy przesunięcia pewnego paradygmatu (...). Rozpoznanie faktu, że wojna i teroryzm są także tutaj, w naszy małym, bezpiecznym świecie."

Natomiast Jim Sheridan, szukając głównego tematu, wskazuje na traumę i jednoczenie się rodziny w sytuacji kryzysowej.

 

Wolę film duński. Ale remake Sheridana ma swój sens.

Czy kultura nie jest wiecznym przetwarzaniem gotowych stereotypów, motywów, wątków...?

 

Gdy jednak czytam żartobliwy komentarz amerykańskiego reżysera, że ludzie dziwią się remake`om, a nie zauważają, jak na deskach teatru po raz nie wiadomo który wystawiany jest Szekspir - to myślę sobie: przesada. Po pierwsze: Szekspir. Bez komentarza. Po drugie: film nie jest tak ulotny jak teatr. Pierwowzór istnieje, a całą oryginalność odczytań można wykazać w odbiorze.