literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Kategorie: Wszystkie | filmowe | literackie | myślane | wyszperane, znalezione
RSS
piątek, 21 maja 2010

Przed wschodem słońca, reż. Richard Linklater 1995

Przed zachodem słońca, reż. Richard Linklater 2004

 

 

Niedawno obejrzałam w kinie "Zakochany Nowy Jork" (2009) - film, który kontynuuje pomysł twórców "Zakochanego Paryża"(2006): opowiada różnorodne miłosne historie, rozgrywające się w jednym (z założenia: magicznym) mieście.

Mijanie się ludzi... i przypadkowe, czasem istotne spotkania... Błyski, odsłony, prologi lub epilogi, sceny wyrwane z kontekstu.

W kilku z nich pojawia się Ethan Hawke. Jest nowojorskim pisarzem, przesiadującym w kawiarni, poszukującym weny. Trochę z potrzeby twórczej, a trochę dla zabawy, wdaje się w romansowy dialog z piękną kobietą. Dzielą się ogniem papierosa i żonglują słowami - lekko, dowcipnie, z dobrą puentą.


Gra skojarzeń ...

... Ethan Hawke w roli pisarza (nowojorczyka); spotkanie (które potencjalnie jest miłością); miasto, będące więcej niż tłem, bo trochę wchłania, a trochę przenika do historii dwojga ludzi...

...prowadzi do dwóch filmów Richarda Linklatera, znanych mi od lat. Lubię do nich wracać i uparcie twierdzę, że przysłuchiwanie się dwojgu ludziom, którzy przez czas seansu spacerują po mieście i rozmawiają - ma w sobie dramatyzmu co niemiara. A ściślej: w sam raz.


Spotkanie. Rozmowa. Bliskość.


Spotkania są dwa.

Pierwsze trwa kilkanaście godzin: zaczyna się pewnego czerwcowego popołudnia a kończy rankiem następnego dnia ("Przed wschodem słońca"). Co się ma wydarzyć, wydarzy się tej jednej nocy.

Celine jest Francuzką, wraca z Budapesztu do Paryża. Jesse to Amerykanin w (nieco wymuszonej rozstaniem z dziewczyną) podróży po Europie; zmierza do Wiednia, skąd nazajutrz ma odlecieć do Stanów.

Jadą tym samym pociągiem. Oboje mają po 23 lata. Francuzka biegle mowi po angielsku, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by przypadkowo rozpoczęta rozmowa toczyła się swobodnie i lekko.


Kim są? Dwojgiem zaciekawionych światem ludzi.

Ile prawdy o człowieku może płynąć z tego, o czym, i w jaki sposób, mówi i słucha? Dużo.

Ich wizytówką niech będą tytuły książek, które czytają w podróży. On - brnie przez autobiografię Klausa Kinskiego "Potrzebuję tylko miłości". Sam nie jest wcale tak ekscentryczny, choć bliski mu nonkonformizm i dystans do banalnych schematów. Ona - czyta George`a Bataille`a (zbiór tekstów, m.in. "Historię oka" - opowieść perwersyjną i erotycznie odważną). Jest lekko neurotyczna, zaskakująca, daleka od sentymentalnych klisz, ale przecież delikatna i dowcipna.

Za oknem pojawia się wiedeński dworzec, więc trzeba się rozstać. Jesse proponuje, by Celine wysiadła razem z nim. Niedosyt rozmowy można by kontynuować, spacerując nocą po Wiedniu. Jeśli zabrzmiało dwuznacznie, to niesłusznie.


Ale pomysł jest zwariowany, więc trzeba go czymś uzasadnić...

[Jesse]: ...Pomyśl o tym w ten sposób. Przenieśmy się 10, 20 lat w przyszłość. Jesteś mężatką. Twoje małżeństwo nie jest już takie, jak kiegdyś. Zaczynasz obwiniać męża. Myślisz o wszystkich facetach, których spotkałaś w życiu, i o tym, co by się mogło wydarzyć, gdybyś nie przegapiła okazji.

Jestem jednym z tych facetów. To ja. Pomyśl, że podróżujemy w czasie... z przyszłości w teraźniejszość, żeby się przekonać, co cię ominęło. Jestem nieudacznikiem jak on, nudziarzem bez ambicji. Będziesz szczęśliwa, że dokonałaś właściwego wyboru.

Co tu dużo mówić. Skoro zaiskrzyło, to przekonywanie wcale nie było potrzebne.


Spotkanie jest barwne, wiedeńskie, świeże i bezpretensjonalne. Rozmowy (wyznania, drobne kłótnie, anegdotki, przekonania i plany... zauroczenie i magia bliskości) mają jednak swój nieuchronny kres, który rozbija ewentualne podejrzenia o melodramat. Oboje nie dowierzają znajomościom, które trwają dzięki listom czy telefonom, więc nie wymieniają adresów. Jednak, wbrew wszelkim racjonalizacjom, tuż przed rozstaniem na dworcu, rzucają hasło: za sześć miesięcy, w tym samym miejscu, o 18-tej.

 

Spotkanie drugie ("Przed zachodem słońca")

 

 

Minęło dziewięć lat. Paryska księgarnia "Shakespeare & Company". Jesse Wallace kończy ostatnie spotkanie zorganizowane w ramach promocji jego powieści. Książka jest bestsellerem, opowiada o tym, co wydarzyło się pewnego czerwcowego popołudnia i skończyło rankiem następnego dnia na wiedeńskim dworcu...

Wśród czytelników, którzy przyszli na wieczór autorski, dostrzega Francuzkę... Postać, którą zna... Mają dla siebie ledwie półtorej godziny na spacer po Paryżu i rozmowę.


W Wiedniu rozmawiali ze sobą ludzie bardzo młodzi. Istotne było dla nich tropienie nieautentyczności, szukanie własnej drogi, wkurzanie się na świat. W liczbie znaczącej ich metrykę cyfry zamieniły się miejscami. Mają po 32 lata. Są rozpoznawalni, przypominają tamtych dwoje. On został pisarzem, ona reformuje świat (który "jest w fatalnym stanie"), działając w ekologicznych organizacjach pozarządowych. Mówią o spełnieniu, o szukaniu zgody na siebie. Wyglądają na szczęśliwych, odnoszą sukcesy, ale... gdy przeglądają się w tamtej nocy, czują, że choć była darem, coś im odebrała. Jesse ma synka i  żonę, wobec której czuje się zobowiązany. Celine żyje w związku z korespondentem wojennym, którego na ogół nie ma - i dobrze, bo szczęśliwa umie być tylko w pojedynkę.


Bliskość doznana w Wiedniu została w pamięci jak niedościgły wzorzec. Nieuchwytny, bo przecież nie dali sobie szansy na kontynuację.

 

 

Ich paryski spacer trwa tyle, co filmowy seans. Wydawnictwo, organizujące Jessemu przelot do Stanów, ponagla go. On przedłuża spotkanie, bo iskrzy między nimi jak dawniej. I sami się z siebie śmieją (próbując obłaskawić żal): "Może jesteśmy dobrzy tylko w krótkich spotkaniach i spacerach po europejskich miastach. O ciepłym klimacie."


I znów kurtyna zapada w takim momencie, który budzi jakąś irracjonalną nadzieję.

Celine: Spóźnisz się na samolot.

Jesse: Wiem.


Wiedeń - Paryż

Można obejrzeć oba filmy Linklatera, kierując się przede wszystkim ochotą na spacer po Wiedniu lub Paryżu. Atrakcje turystyczne mieszają się z tym, co można odkryć poza szlakiem. Są ulice, mosty, przejażdżka tramwajem, spacer parkiem lub kurs stateczkiem po Sekwanie. Wiedeński kościół, Diabelski Młyn, cmentarz bezimiennych. Świetnie wypada zestawienie kawiarenek: wiedeńska ma klimat intelektualnych rozmów o sztuce (niemieckie konwersacje tubylców), paryska jest kameralna, więcej w niej codzienności.


Gdy kończą się spotkania, kamera raz jeszcze podąża śladami Celine i Jessego. Są miejsca, choć zniknęli ludzie, czas bliskości się skończył. I może jeszcze w rozedrganym powietrzu wibrują cząsteczki głosu, który przed chwilą był rozmową.

 

 

["Przed wschodem słońca"]

(Celine): Wierzę, że jeśli istnieje jakiś Bóg, jest w każdym z nas, nie w tobie czy we mnie, ale w tej małej przestrzeni pomiędzy nami. Jeśli na tym świecie istnieje jakaś magia, to jest ona próbą zrozumienia kogoś, podzielenia się czymś. Wiem, że to prawie niemożliwe, ale co z tego. Rzecz w tym, żeby próbować.


["Przed zachodem słońca"]

C - Pisałeś w dzieciństwie pamiętnik?
J  - Tak, z doskoku...
C - Niedawno odczytałam swoje zapiski z 1983 roku. Okazało się, że podchodziłam do życia identycznie jak teraz. Byłam tylko bardziej ufna i naiwna. Prawie w ogóle się nie zmieniłam.
J  - To norma. Nie przyznajemy się do tego, ale mamy wrodzone wytyczne i niewiele spraw ma wpływ na nasze usposobienie.
C - Wierzysz w to?
J  - Tak. Porównano kiedyś reakcje zwycięzców loterii i osoby dotknięte paraliżem. Jedno powinno wprawiać w euforię, drugie wyzwalać myśli samobójcze. Ale badacze odkryli, że po pół roku ludzie zżywali się z sytuacją, a ich charakter się nie zmieniał. Jowialny optymista zamieniał się w jowialnego optymistę na wózku. Małostkowy smętny dupek stawał się małostkowym nadzianym dupkiem...
C  - Więc będę w dołku, choćbym miała nieziemski fart?
J   - Tak.
C  - Super.


(Jesse): Pisanie książki było jak wznoszenie budowli. Chciałem utrwalić szczegóły wspólnie spędzonych chwil. Na pamiątkę tego, że naprawdę się spotkaliśmy. Że to się naprawdę zdarzyło...


(Celine): ...Nie potrafię zapomnieć osób, z którymi byłam związana...(...) Koniec związku jest dla mnie czymś, z czego się nigdy nie otrząsam. Dlatego niełatwo się angażuję. Bo to jest zbyt bolesne. (...) Tęsknię za czyjąś zwyczajnością. Mam obsesję wyławiania szczegółów. (...) Pamiętam, że masz w zaroście rude włoski... i to, jak rozświetlało je słońce tamtego ranka tuż przed wyjazdem. Pamiętałam o tym... i tęskniłam.


J  - Dlaczego nie wymieniliśmy adresów?
C - Bo byliśmy młodzi i głupi.
J  - Sądzisz, że wciąż tacy jesteśmy?
C - Młodzi wierzą, że jest mnóstwo osób, z którymi można nawiązać więź. Potem rozumieją, jaka to rzadkość.
J  - I jak łatwo to spieprzyć, zerwać więź...



Improwizacja. Pomiędzy rolą a sobą

Na ekranie te dialogi brzmią bezpretensjonalnie i świeżo, choć - jak widać - nie w oryginalności tkwi ich siła. Nie szkodzi. Dziewięćdziesiąt minut wygłaszania prawd głębokich i filozoficznych byłoby niestrawne. By wyrazić swoje rozczarowanie czy radość, trzeba po prostu sięgnąć po słowa, które zgrają się z impresją ciała i "prawdą chwili".

 

Ethan Hawke i Julie Delpy są współautorami scenariusza do "Przed zachodem słońca". Energia relacji Celine - Jesse pochodzi z przełożenia relacji między aktorami.

Julie Delpy wyposaża Celine w swój prywatny "francuski sposób bycia", mówienia, gestykulacji. Gdy w ostatniej sekwencji scen śpiewa Jessemu piosenkę, gra na gitarze i czule parodiuje styl pieśniarki Niny Simone, czerpie z własnych pasji. Julie Delpy jest francusko-amerykańską aktorką, która również reżyseruje, komponuje i śpiewa (!z zespołem punkrockowym!). Niektóre fragmenty dialogowe zawierają aluzje do jej życia.

Analogicznie ma się rzecz z rolą Jessego-Ethana. Powieść, którą napisal Ethan Hawke nie zrobiła, o ile wiem, takiej furory jak książka Jessego Wallace`a. Ale wizerunek pisarza wyrasta z życia.

 

Co więcej: do roli Celine i Jessego przenika nie tylko biografia i temperament aktorów, ale ich dotychczasowe filmowe emploi.


Jesse to wrażliwy, inteligentny mężczyzna, zraniony idealista, czlowiek, który potrzebuje sztuki. Przypomnę więc, że Ethan Hawke to uczeń profesora Keatinga ze "Stowarzyszenia umarłych poetów" (1989) (Todd Anderson - ten, który pierwszy wchodzi na stół, by wykrzyczeć: "Kapitanie, mój Kapitanie!"). To także współczesny Hamlet z filmu Michaela Almereydy (2000).

 

Julie Delpy wnosi ze sobą m.in. zbuntowaną i niezależną postać Dominique z filmu Kieślowskiego ("Trzy kolory. Biały" 1994).

 

Uff... Celine i Jesse zdają się wykraczać poza ramy obrazu. Pojawiają się w jeszcze jednym filmie Linklatera "Życie świadome" (2001). A komedia "2 dni w Paryżu" - której reżyserką, scenarzystką i odtwórczynią głównej roli jest Julie Delpy - podejmuje temat związku Amerykanina i Francuzki, tyle że w tonie mniej romantycznym.

 

Polonica... Nie mają bezpośredniego związku z tą opowieścią, ale nie sposób nie wspomnieć.

Julie Delpy zagrała w filmach trojga polskich reżyserów: Kieślowskiego, Holland ("Europa, Europa") i Janusza Kijowskiego ("Tragarz puchu"). Jedną z jej najbliższych przyjaciółek (jak wyznaje w wywiadzie) jest Kasia Adamik. Kieślowski pozostał mistrzem.


wtorek, 11 maja 2010

Anne Fadiman, Ex libris. Wyznania czytelnika, Wydawnictwo Znak 2010, tłumaczenie: Helena Pustuła, Paweł Piasecki, opracowanie i noty: Jan Gondowicz.

Anne Fadiman, W ogóle i w szczególe. Eseje poufałe, Wydawnictwo Znak 2010, tłumaczenie: Magda Heydel.

 

Insrukcja obsługi

Wydawnictwo Znak wznowiło edycję zbioru esejów Anne Fadiman "Ex libris" * i wydało po raz pierwszy tom "W ogóle i w szczególe".

Obie książki mają bliźniaczą szatę graficzną. Różnią się tłumaczeniem i szczegółami redakcyjnych rozwiązań ("Ex libris" wyposażony jest w świetne noty Gondowicza). To eseistyczny duet. Rzecz, którą czytać można w dowolnej kolejności - co dotyczy zarówno obu tytułów, jak i wyboru tekstów z ich wnętrza.


Można też czytać wielokrotnie. Zalecane! Bo Anne Fadiman jest dobra (niemal) na wszystko: na erudycyjną lukę, na udrożnienie myśli, na lekkość i swingowy napęd (jeśli czytamy o poranku), na głód nastrojowych refleksji wieczornych, na potrzebę odsłony arkanów bibliofilskich lub tajemnic ze świata literackich snobów, maniaków, książkożerców - różnych czasów i szerokości geograficznych.


Moje ulubione: "Psoty wieloczłonowców", "Być tam", "Moja specjalna półka", "Słowa na szmucpaginie" (z "Ex librisa" 1.) oraz: "W owczej skórze" i "Coleridge uciekinier" (z "... Esejów poufałych" 2.).

 

ESEJE POUFAŁE (familiar essay)


Skoro esej, to wiadomo: dygresyjność, erudycja, hybrydyczność i swoboda skojarzeń.

Esej poufały aspiruje do bycia rozmową przy stole, bliskim spotkaniem, w którym to, co obserwować można przez lunetę bądź mikroskop (sprawy uniwersalne i studia analityczne) ogląda się przymrużonym okiem przez okulary (filtr) współrozmówcy. Autor nie skąpi swej prywatności, odsłania anegdoty, w których sam występuje, dzieli się tym, czym się pasjonuje, co go uwodzi lub wzrusza. Szlachetny esej poufały zachowuje jednak harmonię między głównym tematem a tym, co choć osobiste, nie powinno się stać megalomańskie.

Teksty Anne Fadiman są krojone na miarę.

"Najlepsze eseje nie rozwijają oryginalnych tematow. Rozwijają oryginalnych ludzi, ich twórców." (1. s.89)


Gdy ojcec autorki, Clifton Fadiman, pisał melancholijne pożegnanie gatunku, oznajmił, że zanika on bezpowrotnie jak wszystko to, co najlepsze: dobre maniery, znajomość greki i łaciny czy sztuka rozmowy.


Pesymiści mogą zatrzymać się nad tym z zadumą, optymiści sięgną po eseje Anne F., a realiści zaczną rozglądać się z uwagą po literackich zasobach, śledzić i tropić. Albo chwycą za pióro i potraktują tę formę jak wyzwanie.


Eseje poufałe czyta się lekko i szybko. Podejrzewam (mając przed oczyma obraz autorki ślęczącej nad dwudziestoma książkami rozłożonymi na jej biurku), że pisze się je z przyjemnością, lecz nie bez mozołu.

 

SILVA RERUM


Eseje karmią się biografią. W tekstach Anne Fadiman roi się od mini portetów i anegdot o sławnych ludziach. Dickens odsłania się jako ekspresyjny amator głośnej lektury własnych dzieł, Melville - choć napisał szlachetnego "Moby Dicka" - to typ nonszalancki, zdolny do wrednych, niemoralnych zachowań; Balzak - kofeinista, Nabokov (wiadomo, ale warto odkryć na nowo) - lepidopterolog.


Ja zapamiętam szczególnie opowieści o angielskich literatach z początku XIX stulecia: Charlesie Lambie i Samuelu Coleridge`u.

"Musze tu wyznać od razu: jestem do szaleństwa zadurzona w Charlesie Lambie" (2.s.36)- wyznaje Fadiman i pisze o nim tak, że jestem gotowa (w ciemno) podzielać tę słabość.

To on ze swoimi "Esejami Elii" patronuje tekstom autorki. Spokojny, ale znał najdziksze demony duszy (brzmi - mam nadzieję - odpowiednio romantycznie;)). Czas pożerała mu praca księgowego, ale nie pozwolił, by stłamsiła jego pasję twórczą. Co więcej - może właśnie dzięki tej niechcianej codzienności - uparcie szukał pokarmu dla duszy wśród słów. Żył naznaczony mrocznym piętnem, w przedziwnej bliskości z siostrą Mary, która w przypływie szaleństwa zamordowała ich matkę. Dwoje zbratanych samotników, "podwójna pojedynczość'.

 

Coleridge - oryginał jakich mało! A zarazem ktoś, z kim łatwo się wdać w komitywę. Prawdziwe imię i pseudonim określają tę jego niedostępność i bliskość zarazem.


"Nikt z nas nie zna nikogo, kto choć odrobinę przypominałby Samuela Taylora Coleridge`a. Każdy z nas jednak zna kogoś podobnego do Silasa Tomkyna Comberbache`a, faceta co rusz składającego przysięgi, których nie ma szans dotrzymać, uchylającego się od odpowiedzialności, niepłacącego rachunków, wędrującego przez życie w cyklonie dezorganizacji, a jednak - jako że jest szczodry, jako że ma masę uroku i że sam dla siebie jest najsroższym krytykiem - niepowstrzymanie budzi w nas uczucie miłości." (2. s.112)

 

"... mając sześć koszul, trzy zgubił w pralni, odkrył, iż w czwartej sypia, a piątą bezwiednie posługiwał się jako dywanikiem przy kąpieli. Niemniej włożywszy na grzbiet koszulę szóstą, wygłaszał serię improwizowanych wykładów, a ich sekret zasadzał się właśnie na kompletnym braku przygotowania."


Anne Fadiman, posiadaczka Swojej Specjalnej Półki (ma ją ponoć każdy bibliofil), oderwanych od księgozbioru ogólnego książek "tematycznych" (tu: wszystko o Antarktydzie i Arktyce), zadziwia swoją orientacją w wyprawach polarniczych.


Mnie ujęły jej komentarze o dżentelmeńskich (więc romantycznie nieporadnych!) wyprawach na biegun z początków XX stulecia. Kto by pomyślał, że zdobywający Biegun Północny ludzie Sir Johna Franklina (30 osób) zginęli z głodu, bo nie wzięli ze sobą strzelb, które w drodze powrotnej umożliwiłyby im polowanie... Wzięli natomiast srebrne sztućce, pastę do polerowania guzików i książki.

Ekspedycja Scotta (Biegun Południowy) dorównuje im kroku. Jeden z uczestników zabrał ze sobą 5-tomową historię wojen napoleońskich. Zginęli w drodze powrotnej, choć mogli tego uniknąć. Ograniczyli drastycznie swe racje żywnościowe, by nie obciążać sani,... ale ciągnęli za sobą zdobyczne 35 funtów skamielin.

 

KSIĄŻKI, MON AMOUR!


Książki zajmują miejsce. Zagnieżdżają się na półkach, stolikach, na parapecie. Wędrują z pokoju do kuchni, na klatkę schodową, na strych. Rozpełzają się ... czyniąc przestrzeń  gotową do tego, by w niej żyć. Nowe muszą zawalczyć o swą pozycję w księgozbiorze (w jak najbardziej materialnym sensie).

Opowieść o zaślubinach księgozbiorów (czyli połączeniu swych bibliotek po 5 latach małżeństwa!) jest szkicem uroczym i zabawnym. Choć rzecz rozgrywa się na serio i wojna (a wraz z nią rozwód) wisi w powietrzu. Trzeba przecież ustalić, czy wolno dziełom Szekspira stać w przypadkowej czy też koniecznie chronologicznej kolejności.


I jak wariata zrozumie tylko drugi wariat, tak bibliofila bibliofil.


Anne Fadiman ma szczęście, bo poślubiła książkowego mola. Tylko ktoś z tego gatunku mógłby z okazji jej 42. urodzin zaproponować wyprawę w nieznane... na której horyzoncie przyczaiła się zasobna księgarenka z używanymi książkami. Wyniesione z niej zdobycze ważyły 19 funtów!


Jeden z esejów traktuje o książkowych plagiatach. I mając go na uwadze, nie przytoczę błyskotliwych książkowych, bibliofilskich odkryć autorki, bo musiałabym przepisać tu całe stronice.


Bardzo mnie zaintrygowała idea czytania książek w miejscu, ktore one opisują.

Nie przypominam sobie, bym doświadczyła (i dotąd nie szukałam) podobnych doświadczeń.

 

 

KLAN FADIMANÓW


Anne Fadiman i jej mąż George Colt parają się literaturą zawodowo. (Anne jest redaktorką prestiżowego "American Scholar").

Ich rodzinne perypetie, życie wśród książek i wspólnych pasji to materia, którą Fadiman obiera za punkt wyjścia lub ilustrację dla swych esejów o czytaniu.

Zgrany duet, złączony niczym awers i rewers tej samej monety. Ona - sowa, nabierająca impetu po północy, on - skowronek, łowiący pierwsze blaski dnia.

Ona wybiera estetykę północy, on południa. Pejzaż arktyczny z niedźwiedziem polarnym na horyzoncie kontra gorąco-wilgotny las tropikalny. George preferuje spontaniczny chaos, Anne - systematyczność i porządkowanie.


Pojawiają się dzieci: Susanah i Henry, wdrażane w świat literatury drogą dość niekonwencjonalną acz skuteczną. (Henry zjada słowa, pałaszując porcje zadrukowanego papieru).


Ale sercem rodu (i dobrym duchem eseistyki Anne Fadiman) jest ojciec autorki, Clifton Fadiman (historyk literatury, redaktor, pisarz). To jemu i matce - Annalee Jacoby Fadiman -  dedykowane są oba tomy.


Podskórnym, lecz silnym i porywającym nurtem tych książek jest opowieść o rodzinie.

O spoiwach, dziwactwach, pasjach i nałogach. Więzi są silne, ludzie nietuzinkowi, ich obecność na kartach książki jest wyraźna i delikatna zarazem. Eseje powstawały w pewnym przedziale czasowym. Był to czas choroby i odchodzenia ojca. Anne Fadiman pisze o tym delikatnie, bez dramatyzmu, a jednak w taki sposób, że słowa, szkicując pejzaż, niepostrzeżenie obrysowują kontury jakiejś szalenie interesującej postaci. Silnej, lecz znikającej na horyzoncie.




* "Ex libris" ukazał się po raz pierwszy w 2004 roku, nakladem wydawnictwa Świat Literacki.

sobota, 01 maja 2010

Notatki fragmentaryczne, postrzępione, niepełne...

 

Poznań. Centrum Kultury Zamek i Istytut Filologii Polskiej UAM są organizatorami ciekawego projektu: Jaskinia Filozofów i Pisarzy.

To cykl wieczornych spotkań (poprzedzonych konwersatoriami prowadzonymi przez gości w godzinach dopołudniowych), któremu przyświeca idea "popularyzacji czytania literatury filozoficznie pogłębionej i filozofii zainteresowanej literaturą."


Uczestniczyłam w spotkaniu kwietniowym (27.04.10), którego sednem był dialog profesorów (literatury i teologii) wywołany tematem: WOBEC ZŁA

Poniżej moje postrzępione zapamiętania, które starają się być wierne (nie przeinaczać), ale skazane są na ułomność pamięci, wybiórczość upodobań i gubienie nici przewodnich.


Wiadomo jak Mateusz Lewita zapisywał myśli Jeszui, prawda?
Postaram się nie aż tak;)


Osoby:
Stefan Chwin - profesor literatury na Uniwersytecie Gdańskim; pisarz i publicysta. W mojej świadomości nade wszystko autor "Hanemana" i "Esther". Filozoficzno-etyczno-społeczne rozważania wypełniają jego "Dzienniki". Obiecująco zapowiada się jego najnowsza rozprawa -  "Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni". [Eseistyczna wyprawa w psychologię, literaturę i sztukę w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie "dlaczego ludzie nie chcą żyć?", z uwzględnieniem samobójstw pisarzy i bohaterów literackich.]


Tomasz Polak - profesor teologii i jeden z najwybitniejszych polskich teologów.


W przeszłości: był rektorem Seminarium Duchownego, rektorem i twórcą katedry teologii na UAM. Autor świetnych (choć niełatwych w lekturze) książek - lubię: "W teologii chodzi o Ciebie", przeczytałam (z częściowym zrozumieniem) "Gdzie jest Bóg? Małe wprowadzenie dla tych, którzy nie boją się myśleć". [Chciałoby się dodać, choć to zupełnie nie na temat: amator rowerowych wypraw po Europie, co chyba przełożyło się - sądząc po rekwizytach (kask) - na bliską zażyłość z motorem.]


Teraźniejszość: jest szefem i inicjatorem Pracowni Pytań Granicznych.

W 2007 roku wystąpił ze stanu kapłańskiego i odszedł z Kościola Katolickiego. Zmienił (2008) nazwisko - poprzednie: (ks.) Tomasz Węcławski.

 

Krótko: dwa ważne nazwiska, więc zapowiadało się interesujące - potencjalne - starcie. Moją ciekawość wyostrzała przede wszystkim okazja posłuchania Polaka.


***

WOBEC ZŁA

Stefan Chwin:

Pytanie prawdziwie ważne brzmi: Unde bonum? To dopiero zagadka!

(Echo myśli Leibniza: Si Deus est, unde malum? Si non est, unde bonum? = Jeśli jest Bóg, to skąd się wzięło zło? Jeśli go nie ma, to skąd dobro?)


Czym jest zło? Co jest złe? Jako probież wybrać można Dekalog. Przykazania wyznaczają granice - coś wolno a czegoś nie. Coś jest wskazane bądź zakazane.

Czy ustalenia Dekalogu sprzyjają zawsze dobru? Podlegają - jak wszystko - subiektywnym odczytaniom, a czasami nawet kostnieją lub grzmią spiżem niczym tarcza wojowników.

Jak "powinny" brzmieć, by implikować więcej dobra, stawiać tamę nadużyciom interpretacji?


Chwin prowadzi "podszewkowe" gdybania. Przywołuje pytania - nienowe - na kóre na pewno nie znajdzie odpowiedzi. Rzecz nie w tym nawet, by dyskutować z Dekalogiem, ile uświadomić sobie człowieczą nieporadność, stronniczość odczytań. Kończy przewrotnie (-wykład był poniekąd grą z odbiorcą-): "istnieją trzy najbardziej demoralizujące zawody: filozof, filolog i teolog. Wykręcają teksty tak, by wycisnąć z nich sens, który im odpowiada (i jeszcze uczą tego innych;))."


Kilka wątków z wykładu Stefana Chwina.

1. Nie będziesz czcił bogów cudzych przede mną.


Chwin z nostalgią przywołuje stojący w starożytnym Rzymie ołtarz poświęcony "Nieznanemu Bogu".
W politeistycznym świecie to gest pzyzwolenia na wielość prawd. Monoteizm stwarza nierozwiązywalne napięcie: tolerancja wobec innych wierzeń nie może być totalna, groziłaby relatywizmem, niepewnością co do słuszności własnej prawdy.


Monoteistyczny świat (świat jedynej racji) zna słowa, które dzielą: poganin (ten, który wierzy w niewłaściwego boga) i heretyk (ten, który wierzy we właściwego boga, ale w niewłaściwy sposób).

Co by było - pyta Chwin - gdyby przykazanie brzmiało inaczej:"Wszystkie religie są jednakowo dobrą drogą do Boga", "Kochajcie mnie, ale możecie szanować bogów wybranych przez innych." Czy zniknęłyby stosy Inkwizycji czy zapłonęły nowe zarzewia sporów?


5. Nie zabijaj.


Do kogo odnosi się ten zakaz, kogo chroni a kogo wyłącza? Kiedy zbrodnia jest złem?

* Czy aby żyć, musimy zabijać istoty żywe? Czy wolno nam - bez skrupułów wykluczać spod ochrony zwierzęta?

*  Czyżby to przykazanie było zależne od czasu historycznego? Niektóre akty zbrodni (gotowość ich popełnienia) wydają się być chwalebne - np. ofiara z Izaaka. Czy Izaaka naznaczyło to doświadczenie? Odczuwał całe życie lęk przed powtórką?

* Kary wymierzane starotestamentowym grzesznikom były namacalną niezgodą Boga na zło. Zginęli mieszkańcy Sodomy i Gomory... a wraz z rozpustnikami ogień pochłonął nienarodzonych. Tylko Lot byłby niewinny?

* Rzeczywistość Ewangelii - tu powinno być mniej dwuznaczności... Jezus niosący pokój i miłosierdzie mówi jednak: A kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu lepiej byłoby kamień młyński uwiązać u szyi i wrzucić w morze. (Mk,9,42)

Czy należy przez to rozumieć, że czasem śmierć trzeba wymierzyć?

*  A czas wojny? Dlaczego kapelani wszystkich nacji powtarzają niezmiennie: Gott mit uns! Z kim jest Bóg i przeciw komu?


Chwin stawia pytania o względność dobra i zła. To, co nas przeraża (katastrofa, nieszczęście) może zostać odebrane jako dzieło Szatana lub wola Boga. Okoliczności lub intencja interpretatora narzuca rozstrzygnięcie.


Można mnożyć pytania. Przyznam, że odczuwam wobec nich znużenie... nie ma przecież dobrych odpowiedzi. Chwin podkreślał, że nie jest teologiem, że interesuje go zło w ujęciu literackim i ludzkim (w sensie: z perspektywy kogoś, kto nie rozumie i stawia odwieczne naiwne pytania).

Chwin: "Główny paradoks polega na tym, że można nie wiedzieć, co jest dobre a co złe i przeżyć uczciwie całe swoje życie."


Tomasz Polak:

Zderzenie ogólnych prawd i rozstrzygnięć z jednostkowym doświadczeniem i wątpliwościami każe Chwinowi stanąć po stronie tego, co konkretne, indywidualne. Kto spodziewałby się, że teolog zaproponuje kontrę, czyli pochwałę dociekań uniwersalnych i ponadjednostkowych - ten się mylił.


[Tu naderwały mi się niteczki, łączące wykład TP z problemem zła. Moją uwagą zawładnęła ta absolutyzacja konkretu i analiza niebezpieczeństw religijnego myślenia, więc tylko tym się zajmę.]


TP nawiązał do dyskusji w "Tygodniku Powszechnym" dotyczącej książki Chwina o samobójstwie. [Mikołejko: "Nie mam przekonania, że życie odarte jest z majestatu." (sens: życie to wartość nadrzędna) Chwin: "Tylko życie do zniesienia."]


Otóż teologia nie przyjmuje do wiadomości, że istnieje "próg ludzkiej wytrzymałości". I to jest niebezpieczne, bo mimo dobrych chęci (zbawienie), wprowadza zło (zaprzeczenie człowieczeństwa).


Dwie maniery wkradły się w religijne myślenie:


a) przeforsowany optymizm = życie to absolutne dobro, wszystko ma sens, zmierza ku pełni itp.

b) przeforsowany pesymizm = człowiek ma naturę skłonną do zła i bez religii nie może być dobrym.


Obie przypadłości scala religijna presja happy endu. Przekonanie, że obietnica musi się spełnić.

Hipostaza. [hipostaza = błąd w myśleniu; przypisywanie realnego istnienia temu, co idealne...]


W realnym życiu bywa różnie. Spełnienia można doświadczyć lub nie. Ta rozbieżność sprawia, że: "Przyszłość (która nigdy nie przychodzi) staje się ważniejsza od teraźniejszości. To pozwala żyć wciąż (tylko) nadzieją." Tymczasem: "nadzieja dotyczyć powinna życia, nie czegoś poza życiem."


Uogólnione opisy są ucieczką.

TP: "Życie jest do przyjęcia jedynie jako własne i jako jedyne."

"Nasze otwarcie wobec nicości (-ewentualnej-) odkrywa jej niespodziewane znaczenie TU."

"Religijny sposób mówienia sprawia, że ludzie przemawiają poza własnym doświadczeniem. (...) Przez ludzi, którzy mówią tym językiem zaczyna przemawiać coś innego [nie oni]."

 

***

Dyskusja o złu okazała się - przynajmniej z mojej perspektywy - przestrogą przed znajdywaniem zbyt łatwych, ideologicznych, uniwersalnych odpowiedzi. Jedyne, co przybliża do prawdy, to niezakłamany język własnych doświadczeń, którym nie wolno zaprzeczać, ale można je przekraczać i pogłębiać.