literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Kategorie: Wszystkie | filmowe | literackie | myślane | wyszperane, znalezione
RSS
niedziela, 25 kwietnia 2010

Hel, reż. Kinga Dębska, Polska - Czechy 2009

 

Lubię kino czeskie - i z pewnością nie jestem w tej sympatii odosobniona. Czy to będzie klasyka, czy obrazy z ostatnich sezonów.

Jeśli klasyka, to stare filmy Miloša Formana - sprzed emigracji, czarno-białe: "Miłość blondynki" lub "Pali się moja panno!".
Przede wszystkim jednak Jiri Menzel i jego ekranizacje Hrabalowych opowieści - dawniejsze ("Pociągi pod specjalnym nadzorem", "Postrzyżyny", "Skowronki na uwięzi"...) i nawet te nowsze (choć odbieram je z mniejszą admiracją) - "Obsługiwałem angielskiego króla".


Humor i bezpretensjonalność - zwyczajni ludzie w codziennych sytuacjach. A niechby za szybą toczyła się wojna! - tu nie ma barykad, jedynie słusznych racji, misji narodowych i niepokojów moralnych romantycznego formatu.

Gdyby pokrótce wymienić niezbędne składniki czeskiej receptury na kino, to znajdą się wśród nich: brak moralizmu, ciepło i wyrozumiałość wobec ludzkich upadków i słabości, bezpośredniość i (auto)ironia, absurd i groteska. Zazwyczaj są to filmy o ludziach, nie o "tematach-problemach". Skala mikro, nie makro - "mały format" dla uniwersalnych kwestii i pytań.
Poczucie humoru - koniecznie! - choć często o gorzkim posmaku.


"Opowieści o zwyczajnym szaleństwie" Petra Zelenki i "Samotni" Ondricka, "Kola" Jana Sveraka i "Do Czech razy sztuka" Jana Hrebejka lub "Seks w Brnie" Vladimira Moravki. Kto widział choć jeden z tych filmów, wie o czym mówię.


Moje ulubione czeskie filmy:

* "Butelki zwrotne" (J.Sverak) - gdzie emerytowany nauczyciel literatury szuka nowego początku, sensu i pomysłu na swój "ciąg dalszy". Próbuje być kurierem-rowerzystą, lecz w końcu trafia do punktu zrotu butelek w supermarkecie.

* "Piękność w opałach" (J.Hrebejk) - tytułowa "Kráska w nesnázich", Marcela, musi przemyśleć i poukladać swoje życie uczuciowe, dystansując się wobec męża-złodzieja, gdakającej matki i jej uszczypliwego adoratora.

* "Mój nauczyciel" (B.Sláma) - to opowieść o nauczycielu biologii, prażaninie, który przenosi się na czeską prowincję (początkowo w geście ucieczki od siebie, a de facto - po to, by się odnaleźć). A na prowincji - prości ludzie i każdy tu tęskni za odrobiną bliskości...

W zasadzie: o próbach bycia szczęśliwym...


*****


Jeśli ktoś chciałby spotkać raz jeszcze Marcelę z "Piękności w opałach", to nic prostszego: Anna Geislerowá zagrała w polsko-czeskiej produkcji, w filmie Kingi Dębskiej "Hel".

 

Mamy więc aktorkę znad Wełtawy, grającą w polskim filmie czeską reżyserkę - młodą, zamożną, żyjącą w związku ze starszym od niej lekarzem psychiatrą, Piotrem (Paweł Królikowski). Film jest debiutem reżyserskim Kingi Dębskiej, absolwentki praskiego FAMU. Co jeszcze przeniknęło z czeskich klimatów?

 

Może to, że główny bohater jest silny i słaby jednocześnie. Jako psychiatra jest dowcipny, ciepły i energiczny (do czasu). Jako człowiek - sam jest w szponach uzależnienia, niezaleczonego, budzącego się w sytuacji stresu i porażki. Ciekawa postać i dobra rola Pawła Królikowskiego. Sednem kreacji jest chyba minimalizm, naturalność, świetnie dopasowane dialogi (nieprzegadane!) i kotłowanie się podskórne wielu niewypowiedzianych nawet problemów. To, co słyszy od pacjentów, jest i w nim samym: lęk, potrzeba miłości, opieki dawanej i otrzymywanej od kogoś.

 

 

 

"Czeskie" są początkowe partie filmu, rozgrywające się na oddziale psychiatrycznym. Króluje absurd i słowny ping-pong.

Jednym z pacjentów jest Maciej Maleńczuk. Wyłania się ze szpitalnego korytarza (szarość absolutna i symetria) - "Panie doktorze, zgubiłem kolor. Nie wie pan jaki?". Na ogół milczy, snuje się i zagapia.


Starszy pan - w czasie terapii - nie może odpowiadać na pytania, bo: "...myślami jestem na kolegium nowego numeru Głosu Wariata".


Inny śpi z kotem - "pogorzelcem z Sochaczewa - jako jedyny się z czterech osób uratował!". Kolejny ogląda Misia Uszatka i nuci: "bo-klap-nię-te-u-szko-mam".
Przebojem (choć rólka epizodyczna) jest
Bartłomiej Topa - "rybkożerca". Wyjada rybki z akwarium.


Zabawne, również dzięki temu, że nie jest to śmiech z innego. "Jestem takim samym wariatem jak pan. Dlatego tak często się spotykamy." - mówi doktor Piotr do pacjenta. A jeden z nich puentuje bardzo sensownie o co w życiu chodzi: "Każdy powinien o kogoś dbać. Choćby o kota."

 

 

O czym to film? O światach równoległych. I cienkiej granicy między nimi.

Dostrzegam przynajmniej trzy równoległości;

1.  Świat "normalnych", zdrowych psychicznie i tych przebywających w psychiatryku.
Granica - mimo wszystko - umowna.


2.  Dawny i obecny świat Piotra.
Przeszłość to biedne blokowe mieszkanie, tu odwiedza (po latach) swoją postarzałą, zwiędłą eks-żonę. To syn Kamil (Leslaw Żurek), z którym relacje są skomplikowane, przeobrażają się. To również tajemnica, mrok, uzależnienie - które nie chce być tylko przeszłością.

Teraźniejszość jest jasna, elegancka, stabilna. Związek z Hanką (Anna Geislerová), nowoczesne dwupoziomowe mieszkanie i centralny punkt dnia: kolacja przy lampce wina.

Granica, którą Piotr przekracza, w obu kierunkach.


3.  Świat ludzi "trzymających fason" (jak długo? do jakiej próby?) i przestrzeń "odlotu", narkotycznej wizji, zaćpania. Do tej opozycji odnosi się tytuł filmu (hel=heroina).

Spotkałam się z określeniem (Stopklatka), że "Hel" to polska odpowiedź na kultowe hity "Requiem dla snu" i "Trainspotting".

 

Piotr oscyluje między tymi światami. Moim zdaniem scenariusz zbyt wyraźnie oparty jest na symetrii. Nie potrafię przyjąć tej gwałtownej przemiany. Uzasadnienie psychologiczne jest być może wystarczające, lecz aż nadto sprzyja relacji awers - rewers.

 

Niewykluczone, że upływ czasu zmieni mój odbiór, ale wczorajszy seans opuściłam zaskoczona (rozczarowana?). Trzy plus - najbardziej niefortunna z ocen. Coś zaiskrzyło i zgasło przed czasem, pozostawiając mi na twarzy uśmiech wykrzywiony w podkówkę.


Dziś byłabym łaskawsza - to dobry film, mimo nierówności. Zapamiętuję powtarzający się motyw tunelu, którym sunie samochód Piotra. I kilka bardzo wyrazistych zbliżeń. Zwłaszcza lamkę wina, w której odbija się świat (równoległy?) - zdawało mi się, że był to obraz kamienicy, możliwe jednak, że wnętrz kawiarni...

 

 

Ciekawe jest tło muzyczne filmu (Marcin Kuczewski). Rolę lejtmotywu gra piosenka Maleńczuka "Ande La More". Mówi o odchodzeniu i byciu porzucanym. Czy klucz interpretacyjny? - może film jest właśnie i przede wszystkim o tym?

 

 

 

 

piątek, 23 kwietnia 2010

Rabih Alameddine, Hakawati, Wydawnictwo Znak, 2009

 

 

"... historia o tym, kim jesteś, nigdy nie traktuje o tobie."

 

KSIĘGA

Głowa boli od nadmiaru. Wchodzisz i toniesz. Nie sposób ogarnąć skłębionych nitek i supełków, poprzeplatanych, zrywanych i wiązanych na nowo.

1.

Jest Osama (38-letni informatyk z Los Angeles) i jego libańska zwariowana rodzina. Sztafeta pokoleń zmienia prowadzących: umiera ojciec, rodzi się prawnuk, syn porzuca amerykańską tymczasowość i odnajduje się w tradycji hakawatich.

Czas i miejsce: Bejrut (epizodycznie Los Angeles), 2003 rok i retrospekcja sięgająca narodzin Dziadka, obejmująca niemal stulecie.

2.

Jest emir - i jego żona - wyczekujący męskiego potomka. Zasłuchani w romanse płodzą kolejne córki. Dopiero noc poprzedzona opowieścią, w której słychać szczęk zbroi i tupot koni, zaowocuje odmianą... Ich piękna i sprytna niewolnica Fatima przeobrazi się w kochankę dżina, władcy piekieł. Narodzą się bliźniacy: jasny jak słońce Szams (Mandżun) oraz ciemny, mroczny i brzydki Lajl. Nie obędzie się i bez ośmiu kolorowych demonów (przez ludzkie oko rejestrowanych w postaci pstrych papug): czerwoni Izaak i Izmael, pomarańczowy Ezra, zółty Jakub, zielony Hiob, fioletowy Adam, niebieski Noe i Eliasz w kolorze indygo.

Czas i miejsce: baśniowa przeszłość i odrealniona przestrzeń.

3.

Są bohaterowie kanonu opowieści arabskich - herosi i zdrajcy, szlachetne damy i "ponętne gołębice". Heroiczny Bajbars, dzielny Otman, Ma`ruf i Tabusz. Jest zły Arbusto i próżny król Kinjar. Kobiety piękne, przebiegłe i inteligentne, docierające tam, gdzie nic nie wskóra miecz, siła mięśni czy liczebność armii.

Jest Abraham, Hagar i Sara...

Orientalny przepych i starotestamentowa pustynna spiekota.

Czas i miejsce: Egipt, Bliski Wschód ...; czasy odległe, lecz przyporządkowane historycznej chronologii.

 

Wszystko dzieje się dawno lub teraz, daleko albo tuż za plecami, na wyciągnięcie dłoni: "pięć przecznic, cztery zakręty, trzy krzaki jaśminu, dwie jacarandy i jeden krzew białego oleandru stąd." (s.182)

 

CO JA NA TO?

Po przeczytaniu książki - myślę: chapeau bas! Ciekawe przedsięwzięcie i konsekwentnie przeprowadzone.

Ale w trakcie lektury moje odczucia oscylowały: od zaczytania po wrażenie przesytu, od radości, jaką daje przeskakiwanie między wykreowanymi światami po barbarzyńską chęć rozczłonkowania księgi na trzy części i zanurzenia się wyłącznie w sagę al-Charratów.

Wreszcie: towarzyszyła mi pokusa, by tropić korespondencje, odniesienia, analogie i symetrie...bo pełno ich, i jedna opowieść odbija się w drugiej. Szczególnie istotny wydaje mi się archetyp Abrahama i jego synów: Izaaka i Izmaela.

[Ojciec wyrzekający się (choćby pozornie) syna (coś podobnego zaistnieje między Faridem a Osamą) lub składający go w ofierze, oczekiwanie na potomka, motyw dwóch braci, z których jeden pozostaje "nieprawy" lub "inny'... (choćby: Szams i Lajl, a nawet Farid i Dżihad albo Osama i jego kuzyn Hafez), nawet miasto pochodzenia Abrahama - Ur/ Urfa - jest zarazem rodzinnym miastem Izmaela al-Charrata, dziadka Osamy].
I na nic, nie da się tego opanować, nie za pierwszą lekturą.

 

"Odrzuć potrzebę rozumienia czegokolwiek. W tym świecie i w świecie opowieści ta potrzeba jest niczym innym jak przeszkodą." (s.102)

 

HAKAWATI

Kim jest hakawati? To mistrz opowieści. Gawędziarz, bajerant, czarodziej słowa. Zna nieprzebrane ilości historii: o męstwie i wojnie, o miłości, macierzyństwie i ojcostwie, o przemijaniu i trwaniu, o hojności i chciwości... o życiu.

Postać zakorzeniona w kulturze arabskiej. U Alameddina: przede wszystkim w tradycji libańskiej, ale wspomina się też o hakawatich ormiańskich, tureckich, kurdyjskich.

Gdy opowiada hakawati, język opowieści może uwieść nawet cudzoziemca. Bo prawdziwy mistrz mówi również milczeniem, tembrem głosu, gestem i spojrzeniem.

Hakawati jest żywą tradycją - sięga do kanonu znanego od stuleci. Ale nie myśl, że to, co znane, nie zaskoczy cię na nowo. Mistrz opowieści improwizuje. Izmael al-Charrat, protoplasta rodu, przytaczał przykład angielskiego lekarza (swego ojca) jako dowód partactwa narracyjnego. Anglik powtarzał historie biblijne, słowo w słowo, a gdy się pomylił, żona skwapliwie wytykała mu błędy. O, nie! prawdziwy mistrz musi zmyślać, musi ponosić go fantazja..., a tobie nie wolno kwestionować jego prawdomówności.

"Nigdy nie ufaj gawędziarzowi (...). Ufaj opowieści. (s.266)


I dobrze by było, by hakawati grał na udzie. Ud to instrument z arabską duszą. Tylko na udzie można oddawać nastroje duszy (podaję za bohaterem powieści - wierzyć?). Szczególnie obiecująco rekomendowany jest makam saba, "kaskada łaski", przypominająca łzę spływającą po policzku.

 

 

RODZINA

Rodzina al-Charratów jest rozgałęziona i dobrze ukorzeniona. Jej libańskie dzieje zaczynają się od Izmaela, który przybył do Bejrutu z Urfy. Kochał opowieści i snuł je nieustannie aż do śmierci - niestety często przeganiany i niedoceniany przez najbliższych. Hakawati niczym prorok - najtrudniej mu wzbudzić posłuch u swoich. Ale znalazł spadkobierców: w synu Dżahidzie (moja ulubiona postać z tej książki, obok Lajli, jego szwagierki), wnuku Osamie... i niemożliwe, by nie było następnych.


W najmłodszym pokoleniu w rodzinę wżenił się Howik (ulubiona historia miłosna: jego zaloty do Salwy - s.505 i dalej). Jest zafascynowany al-Charratami - "Obcowanie z członkami rodziny przypomina mu badania antropologiczne." Zawiłości wzajemnych relacji pozostawię nierozszyfrowane. Bohaterowie są wyraziści, każdy z własną historią, niczym konar obrosły w gałązki, zaczepiony w potężniejszą niż on sam odnogę.


Nawiązując do motywu Abrahama - ważni są Dżihad i Farid (Izmael - Izaak?). Ten ostatni jest ojcem Osamy, teraźniejszość powieści to jego choroba, przyzywająca marnotrawnego syna, Osamę, na łono rodziny i tradycji.


Ścieranie się temperamentów czasem jest istotne, innym razem zabawne:

"Ciotka Samia od miesiąca nie odzywa się do młodszego syna, bo powiedziała, że nie chce urodzinowego prezentu, a on w to uwierzył..."   (s. 595)

 

Zacytuję jeszcze piękną Lajlę, która podczas kolacji u amerykańskich znajomych jej syna (Osamy) wygłasza ciekawe uwagi lingwistyczne.

"Można powiedzieć, że w języku libańskim istnieją setki leksemów na określenie relacji rodzinnych. Rodzina jest dla Libańczykow niczym śnieg dla Inuitów."  (s. 583)


Swoją drogą - ile tak naprawdę Eskimosi znają słów określających śnieg?
Jeden z bohaterów żartuje, że jego żona zna tyle rodzajów zup ziemniaczanych, że by je nazwać szafuje taką ilością słów, co Eskimosi opisując różnorodność śnieżnych opadów.

Lajla prostuje: "Ta historia zaczęła się w tysiąc dziewięćset jedenastym roku, kiedy antropolog Franz Boas (...) napisał, że Inuici znają cztery słowa oznaczające śnieg. Za każdym razem gdy ktoś powtarzał jego opinię, podobnie jak w wypadku wszystkich dobrych opowieści, ta liczba rosła, aż w końcu pewna gazeta wspomniała o czterystu wyrazach." (s. 582)


I zapamiętuję ścianę wytapetowaną fotosami aktorów z pokoju Dżihada (s.472) oraz kilka skutecznych (?!) środków na depresję zalecanych przez Osamę (s.614).

 

 

"TA HISTORIA SZŁA MNIEJ WIĘCEJ TAK..." (to nie spojlery;)

 

***

Abraham kochał Hagar, ale na życzenie Sary kazał jej opuścić dom wraz z synem Izmaelem. Było to już po narodzinach prawowitego następcy, Izaaka. Gdy Abraham umierał, Izmael wyrusza, by pokłonić się ojcu.


"- Jedź ze mną, matko, abyśmy obydwoje mogli się pożegnać". Lecz Hagar odmówiła. "- Całe życie spędziłam poza domem. Moje serce zbyt długo było zamknięte. Nawet przedsmak tego, jak mogłam żyć, byłby nie do zniesienia".
(s.644)

 

***

[Dżihad]:

" - W każdej opowieści w chwili największych kłopotów zjawia się anioł, który pomaga bohaterowi.

- Tylko że to nie jest żadna opowieść (...).

- Oczywiście, że nie. To życie. W prawdziwym życiu zjawia się więcej niż jeden anioł. Przybywa dwóch albo i trzech. Do diabła, czasami zjawia się cała armia aniołów."  (s. 544)

 

***

Młodzieniec imieniem Aref (przodek Osamy) żył swawolnie i rozpustnie. Smakował miłość bezkarnie, sądząc, że to mu się właśnie od życia należy. Można powiedzieć... sprawdzał teorię bez opamiętania.

 

"Każda kobieta jest inna. Druzyjka smakuje jak średnio wypieczona jagnięcina z rozmarynem i pieprzem, maronitka jak wołowina marynowana w oliwie z oliwek, sunnitka jak cielęca wątroba upieczona w białym winie, szyitka jak kurczak w occie z orzechami pinii, prawosławna jak ryba w sosie tahini, żydówka jak pieczona kibba, melchitka jak potrawka z semoliny, protestantka jak zupa z kurczaka, a alawitka jak okra w bulionie wołowym." (s.299)

 

Tak... Dobra opowieść powinna się wystrzegać morału. Ale to smakowanie nie mogło przecież trwać bez końca. Gdy Aref skosztował dań z powyższego menu, zaplanował podbój mężatek. Czmychając spod domu jednej z nich (oczywiście, przepłoszony przez męża), doigrał się. Spadł z rozpędzonego konia... bardzo nieszczęśliwie. Bywa.


***

A to opowieść o inteligentnym beju.

 

"Pewnej nocy w osiemnastym wieku, może na początku dziewiętnastego, bej rozkazał jednemu ze swoich sługusów zawieźć list szejkowi w Hasbayyi, miasteczku oddalonym o kilka godzin konnej jazdy. Mężczyzna zapytał, czy może poczekać i wyruszyć o świcie. Bej rozkazał, aby ruszał natychmiast, i pocieszył go słowami:

- Nie lękaj się, gdyż księżyc świeci jasno i rozkażę mu, by podążał za tobą i rozświetlał ci drogę.

Sługus dosiadł konia i co kilka minut spoglądał na niebo, a księżyc cały czas tam był. Bez względu na to, jak bardzo sługus oddalił się od wioski, księżyc podążał za nim. Przybył do Hasbayyi i pobudził wszystkich mieszkańców.

- Niech żyje nasz mądry bej! - krzyczał. - Rozkazał księżycowi podążać za mną i księżyc go posłuchał. Spójrzcie na niebo i podziwiajcie cud, dar beja dla waszej wioski. Wstawajcie, wstawajcie i ujrzyjcie te czary.

Mieszkańcy miasteczka wstali, sprali go i wrócili do łóżek." (s.430)

 

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Yo, también (Ja, także) reż. Álvaro Pastor, Antonio Naharro, Hiszpania 2009

 

To jest historia o miłości.


Tylko trochę inna..., ale jakże inaczej... każda miłość na swój sposób jest niepowtarzalna i jedyna.
Uzupełnię: to jest historia
o miłości i inności, o Danielu i Laurze. Uczucie przydarza się (jak zawsze?!), gdy nie jest oczekiwane i wszystkich wokół dziwi. Zaskoczeni są również główni rozgrywający. Daniel - bo to jego pierwsza miłość, Laura - bo nie ma złudzeń, że można tę relację przekuć w związek... zbyt odmienne są ich światy, obudowane mentalnymi barierami.


Komplikacje - wiadoma rzecz, ulotność i niestabilność również. Oczekiwania stawiane opowieści o uczuciu zakładają jednak, że będzie ono trwać wystarczająco długo, by można było w nie uwierzyć, by choć przez kilka akordów czy obrazów było obietnicą szczęścia.


A tu przewrotnie! Historia jest wiarygodna. Nawet jeśli wspólna noc Daniela i Laury będzie jedyną. "Nie będzie więcej" (L). "Ale i nie mniej" (D).
Czy warto poznawać smak czegoś, czego nie można w pełni skosztować?


Tych dwoje poznaje sie w pracy - w biurze organizującym pomoc dla niepełnosprawnych. Ona jest samotna, atrakcyjna, żywiołowa. Ma za sobą wiele krótkich przygód bez miłości i poważną traumę rodzinną. On jest mężczyzną dotkniętym zespołem Downa. Ma 34 lata, właśnie skończył studia i dostał dobrą  pracę. Jest dowcipny, bezpośredni i uczuciowy. Interesuje się sztuką, ale jest w stanie "wybaczyć", że Laura myli "Ogród rozkoszy" z jakimś parkiem rozrywki.


Fenomenalny film!

Fenomen pierwszy
Bohaterem jest człowiek naznaczony innością (widoczną i bezdyskusyjną), ale nie inność jest tematem pierwszoplanowym a równość - to, że potrzebujemy bliskiej osoby i tęsknimy za uczuciem kimkolwiek jesteśmy.

Daniel jest wyjątkowy (jedyny Europejczyk z zespołem Downa, który ukończył studia - to fakt z biografii aktora grającego tę postać), ale przecież nie sposób nie podzielać zastrzeżeń wypowiadanych w filmie przez tzw "normalnych". Santi (w tej roli reżyser - Antonio Naharro) życzliwie i z niepokojem przygląda się emocjom brata. Zaleca Danielowi ostrożność, najlepiej rezygnację z tej sfery życia, a jeśli już - to niech szuka wśród kobiet podobnie naznaczonych. Rozmowa jest otwarta i bezpośrednia, co możliwe jest dzięki inteligencji i dużej samoświadomości Daniela.

Czy ktokolwiek ma prawo kastrować życie innego z miłości?
Daniel walczy o miłość i ani nie jest to walka przegrana (zyskiem jest każda chwila bliskości), ani wygrana (gorzki smak ograniczeń przyjętych nie na wiarę, lecz doznanych).

 

Fenomen drugi
O inności można rozmawiać. I to tak zwana większość ma do odrobienia lekcję, rozszerzenie swego widzenia o perspektywę mniejszości. "Yo, también" jest interesujący ze względu na próbę przybliżenia świata ludzi dotkniętych zespołem Downa.

Daniel dorastał w rodzinie, która dała mu miłość i warunki rozwoju. Podobnie życzliwe są rodziny pozostałych bohaterów dotkniętych tym syndromem (podopieczni Santiego, uczestnicy terapii tańcem). Odrzucenie czyha za progiem domu. Upokarzająca jest scena, gdy Daniel chce odwiedzić dom publiczny, ale zamykają przed nim drzwi. Ochrona traktuje go jak duże dziecko, a Daniel z bólem powtarza, że jest mężczyzną.


Równolegle do opowieści o Danielu prowadzona jest historia Luisy i Pedra. Oboje uczestniczą w zajęciach z tańca i mowa ciał ich zbliża. Chcą być razem, ale ich najbliżsi są tym wstrząśnięci. Matka 24-latki protestuje, nie przewidziała, że jej dziewczynka zechce wkroczyć w niebezpieczną sferę seksu i związku z mężczyzną. Niezwykły jest bunt Luisy i Pedra - oczywiście, szalony i "dziecinny" a zarazem tragiczny. Luise: "Nie jestem dziewczynką. Jestem kobietą!"


Film Pastora i Naharro jest mądry i wyważony. Słyszymy racje buntowników, lecz rozumiemy dobrze głosy rodziny. Ludzi z zespołem Downa cechuje wyjątkowa wrażliwość i uczuciowość, to chodzące ciepło i dobroć. Ale i wieczna dziecięcość.

Nie myślałam o tym wcześniej - może boleć takie zamknięcie drzwi do dorosłości.


Fenomen trzeci
Intrygująca jest postać Daniela - zagrana przez Pabla Pinedę i zainspirowana jego biografią. Pineda jest trzydziestokilkulatkiem - elokwentnym, wykształconym (rozpoczął drugi kierunek studiów), znającym język obcy, niebojącym się wyzwań. Pablo jest zaangażowany w działania na rzecz równości społecznej osób niepełnosprawnych. Podobnie jak Daniel w pierwszej scenie - wygłasza mowy na konferencjach.

Interesujące jest to istnienie na pograniczu światów.
Zespół Downa ukształtował jego fizyczność, może niektore cechy psychiki. Daniel opowiada o tym Laurze bez cienia skrępowania. Lubię tę scenę, gdy porównują swoje dłonie (dłoń Daniela jest grubsza, jakby opuchnięta), a potem "kserują" je i uwieczniają obok siebie.


Daniel przekracza niszę ludzi jemu podobnych, częściej przebywa w środowisku "normalnych". Jego zauroczenie Laurą jest kwintesencją tego, że przekroczył granice a tym samym stał się człowiekiem bez przynależności. Nie przystaje do żadnego z jasno rozgraniczonych światów. To dobrze, bo jest znakiem przełamywania granic. To źle, bo życie niesie dodatkowe komplikacje.
Daniel wiele zawdzięcza swojej matce, to ona rozbudzała jego intelekt, kazała sięgać po niedosięgłe. Dziś jest z niego dumna. Ale usłyszy od syna pytanie: "Po co było to wszystko, skoro nie mogę być szczęśliwy?".

Więcej: ona sama uświadomi sobie, że praca nad Danielem była zaklinaniem rzeczywistości, swoistą nieakceptacją upośledzenia.

Najwspanialsze w tym filmie jest to, że stawia ciekawe i bolesne problemy nie wpadając w przyciężki ton. Zamknięcie jakiejś drogi czy szansy otwiera inne... a przynajmniej uchyla drzwi do świadomie przeżywanej przyszłości.

 

Fenomen czwarty
Film jest zabawny, a źródłem humoru jest zarówno postać Daniela - jego miny, dowcipne riposty, przekomarzania - jak i bezceremonialność opisu świata, śmieszności wynikających z różnic między luddźmi z syndromem Downa i tymi bez naznaczenia.


Komiczna jest historia ucieczki Luisy i Pedra z tortem ślubnym w ręku :)


Gdy Laura i Daniel oglądają telewizję, Daniel zaczyna popłakiwać... A na pytanie Laury odpowiada: "Bo tak mi ciebie żal, że jesteś sierotą...". Sytuacja Laury rzeczywiście jest skomplikowana, nie potrafi przebaczyć wyrządzonego zła, nie umie zaakceptować przeszłości..., ale nikt się nad nią dotąd nie litował. A Daniel robi to tak rozbrajająco, że ją rozśmiesza. Parska śmiechem na widok rozmazanego nadwrażliwca. I to jest fenomenalne - nie obrazoburcze, lecz normalne. Równość to także śmiech bez zakazanych tematów.

 

W wywiadzie przeprowadzonym przez Tadeusza Sobolewskiego - "Nie jestem aniołkiem" - Pablo Pineda mówi o filmie "Yo, también":

"Na pewno nie jest wyciskaczem łez. Powiedziałbym nawet, że to film rozrywkowy. Wątki komiczne sprawiają, że widz oswaja się z bohaterem, który nie jest żadnym aniołkiem."

 

Film warto obejrzeć, bo dopiero wtedy opadają uprzedzenia i powątpiewania w wiarygodność tej historii.

Laura (świetna, bezpretensjonalna Lola Duenas) ma przecież wiele rezerwy do przydarzającej jej się przyjaźni z Danielem. Pyta: "Dlaczego ja? Przecież nic o mnie nie wiesz." - "Bo przy tobie czuję się normalny".

I to działa obustronnie. Co więcej: to jest sednem tej historii o miłości, że dwoje ludzi świadomych swej odrębności odnajduje we wzajemnej obecności bliskość i przekracza barierę ochronnego gorsetu. Również Laura czuje się normalna dopiero dzięki spojrzeniom Daniela.


***

"Yo, también" triumfował na 57. MFF w San Sebastian. Srebrne Muszle - dla najlepszych aktorów - otrzymali Pablo Pineda i Lola Duenas (wrzesień 2009).

W Polsce film pokazywany był w ramach 10. Tygodnia Kina Hiszpańskiego.
W piątek (9.04 - dzień przed Katastrofą) wszedł do repertuaru kin.


 

 

 

sobota, 03 kwietnia 2010

 

 

"Opowieść" jest słowem-kluczem tego bloga. Nie przejdę więc obojętnie mimo ciekawych wypowiedzi na temat istoty, sensu i potrzeby opowiadania sobie nawzajem różnych historii.

 

W dodatku do "Tygodnika Powszechnego" - "Książki", 14.03.2010 - pojawiło się pięć artykułów połączonych tematem opowieści. (Ciekawe!) Jest wśród nich tekst Grzegorza Janowicza "Wszystko za nic" o książce "Hakawati" Rabiha Alameddine`a. Jest też wywiad z tym pisarzem - "Oddycham, dlatego opowiadam historie".

 

Gruby (ponad 600 sron), niebiesko oprawiony tom mam w zasięgu wzroku i ręki. Dziecko Wydawnictwa Znak. Zanim przeczytam powieść i dodam tu coś od siebie, powołam się na cytaty i myśli wydobyte z lektury "Tygodnika..."

 

Rabih Alameddine jest pisarzem i malarzem libańskiego pochodzenia. Mieszka w Stanach, lecz jego twórczość reprezentuje literaturę arabską.

 

Kim jest tytułowy hakawati? To mistrz opowieści, gawędziarz, ten, kto opowiada. Postać wrośnięta w kulturę arabską. Czasami przypisany do wioski, czasem wędrowny trubadur. Ceniony, bo w cenie była opowieść. Była?


R.A.: "Tradycja ustnej opowieści jest coraz słabsza. Gutenberg zadał jej pierwszy cios. Drugi przyszedł ze strony Marconiego. Hakawati zaczęli znikać z krajów arabskich z chwilą, gdy pojawiło się radio. Telewizja zmiotła ich z powierzchni ziemi."

 

Bohater powieści (informatyk) wraca do ojczystego Libanu z powodu choroby ojca. W rodzinie był niejeden hakawati. Nic dziwnego, że tę historię oplatają przeróżne opowieści snute przez narratora lub bohaterów.

 

Ciekawe: Rabih Alameddine wyznaje, że pomysł na książkę zrodził się po obejrzeniu "Rękopisu znalezionego w Saragossie" J.W.Hasa (wszedł do kina i: "...totalnie mnie zmiotło. To czarno-białe arcydzieło wprawiło mnie w totalne osłupienie..."). Misterna szkatułkowa robota. Opowieść prowadzi w następną, kolejną i jeszcze dalej. Zamarzył sobie, by stworzyć własną niekończącą się Księgę. Innym polskim akcentem rozmowy z pisarzem jest to, że w poczet największych bajarzy XX wieku wlicza Brunona Schulza (obok Franza Kafki i Italo Calvino). Zgaduję, że łącznikiem między Potockim a Wizjonerem z Drohobycza jest reżyser, który wyczarował filmowe odpowiedniki ich światów.

 

W tekście Janowicza zainteresowało mnie zestawienie pomysłu Alameddine`a (odnowić ducha powieści, sięgając do tradycji libańskiej) z wciąż jeszcze popularnymi (a niechby się stały przeżytkiem!!) teoriami postmodernistów o "kryzysie wielkich narracji" (J-F Lyotard) czy "literaturze wyczerpania" (J.Barth). Teorie te odstawiają opowieści do lamusa. Co na to praktyk Alameddine? Co może sądzić ptak o ornitologach? :)

 

Spodobały mi się zaczerpnięte z "Hakawatiego" zdania:

 

"Wszystko da się opowiedzieć. Trzeba tylko zacząć, słowo po słowie."

 

"Słuchaj, będę teraz twoim bogiem. Pozwól, że zabiorę cię w podróż poza kres twej wyobraźni. Pozwól, że opowiem ci historię."

 

"Gawędziarz jest z natury plagiatorem. Wszystko, co spotyka na swojej drodze - każdy incydent, książka, powieść, wydarzenie z życia, opowiadanie, osoba, reportaż w wiadomościach - jest jak ziarnko kawy, które zostało rozkruszone, zmielone, zmieszane z odrobiną kardamonu, czasem ze szczyptą soli, trzykrotnie ugotowane i podane jako wrząca opowieść." (posłowie)

 

Tymczasem - Święta! Preludium prawdziwej Wiosny.

Czas na zaczerpnięcie nowej (choć odwiecznej) Nadziei i Siły.

Dużo Radości i ciepła!

A potem - niech jak najszybciej nadciąga pora szafirków!