literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Kategorie: Wszystkie | filmowe | literackie | myślane | wyszperane, znalezione
RSS
środa, 31 marca 2010

 

Notka okołourodzinowa - [Michael Fassbender: 02.04.1977].


Widziałam trzy filmy, w których grał. Trzy dobre filmy, trzy dobre role, trzy odmienne stylistyki.

Było tak:

Najpierw "Głód" (ENH, film, który wygrał Konkurs Nowe Horyzonty 2009) i pierwszoplanowa rola Bobby`ego Sandsa.

Później "Fishtank" i - jak to możliwe?! - wzrok mi się przykleił do filmowego Connora, a mimo to nie rozpoznałam. Dopiero gdy ujrzałam nazwisko wśród napisów końcowych - oczywiście! Michael Fassbender! Jasne.

Wreszcie z opóźnieniem obejrzane "Bękarty wojny" i świadome oczekiwanie na jego kreację. Wyrazista, znów nowa twarz, inna sylwetka, odmieniona osobowość. Tym razem zgrana polifonicznie z innymi charakternymi postaciami: Aldo Raine  (Brad Pitt), Hans Landa (Chritopher Waltz) czy  Frederick Zoller (Daniel Bruhl).


Andrea Arnold, w wywiadzie skoncentrowanym na jej filmie "Fishtank", mówi o Fassbenderze:


"Najbardziej intrygujące jest w nim to, że może być kim chce, kim sobie wymyśli. Potrafi zagrać pozytywną i negatywną postać, w zależności od potrzeb - czasami nawet w jednym filmie - zmienia swoje filmowe emploi, pozostając niezwykle wiarygodnym. To rzadka umiejętność - móc grać romantycznych idealistów i złoczyńców, zazwyczaj aktorzy się specjalizują."


Szerokie emploi i odmienne filmowe konwencje: kino wojenne - rozsadzane pastiszem w obróbce Tarantino ("Bękarty wojny"), kino społeczne osadzone w tradycji brytyjskiej spod znaku Kena Loacha ("Fishtank") czy wymykające się klasyfikacji ascetyczne kino biograficzne i polityczno-sołeczne ("Głód").

***

 

Purucznik Archie Hicox, czyli Kocham Kino!


Quentin Tarantino eskortuje nas do Francji początku lat 40. Trwa hitlerowska okupacja, bezprawie Gestapo i ciemiężenie Żydów.

Opowieść jest postmodernistycznym koktajlem: garść prawdopodobnych realiów, kilka historycznych postaci (Churchill, Hitler, Göring czy Goebbels) w panierce pastiszu oczywiście i odrobina perwersji (tytułowe Bękarty to sadystyczny oddział Żydów skalpujących w odwecie Niemców, postrach umundurowanych aryjczyków). Powyższe składniki ubarwiają tryskające beztrosko gejzery krwi oraz smaczne, pięknie podane filmowe przekładańce (aluzje i gry historią kina). Dowcip i cięte dialogi.

Film składa się z pięciu rozdziałów. Zasłaniam kurtyną losy pięknej Żydówki Shoanny, działania błyskotliwego "łowcy Żydów" - Landa i przygody dowodzonych przez Aldo Raina Bękartów. Światło kieruję na rozdział 4. pt. "Operacja Kino", bo tu rozgrywa swą filmową partię Michael Fassbender, czyli porucznik Archie Hicox.


 

Alianci mają niespotykaną szansę na szybkie zakończenie wojny. W paryskim kinie odbędzie się premiera niemieckiej "Dumy narodu". Obecność zapowiedzieli luminarze sceny politycznej III Rzeszy, jest więc okazja, by za jednym zamachem (!) zniszczyć wroga. W gabinecie Churchilla padają slowa: "Wszystkie zgniłe jaja w jednym koszyku. Celem Operacji Kino jest wysadzenie koszyka!" Michael - Archie typowany jest na wykonawcę tej strategii.


U Churchilla

Tarantinowska nonszalancja! Co znaczy wojskowa hierarchia i etykieta rozkazu, skoro dużo przyjemniej jest sobie pogawędzić! Porucznik Archie Hicox chodzi salonowym krokiem, pije szkocką z lodem, bryluje bon motami (Taaak, rasa panów panuje...; Gorąca noc w Paryżu...). Z Churchillem dyskutuje o niemieckim kinie, o Goebbelsie, który nie wiadomo czy bardziej Mayera czy Selznicka przypomina. A gdy od niechcenia wymienia tytuły swych filmoznawczych książek, słyszy westchnienia ("Robi wrażenie...") - czymże jest władza polityczna czy wojskowa wobec oczywistej wyższości krytyka filmowego! Nic dodać nic ująć.

 


W piwnicznej karczmie

Niestety, spotkanie z podwójną agentką - niemiecką aktorką, która miała wprowadzić do kina przebranych aliantów - okazuje się potrzaskiem. Archie z Bękartami muszą znosić towarzystwo niemieckich oficerów. Wystrojeni w hitlerowskie mundury imitują akcent rodowitych Niemców. Oficer Gestapo jest podejrzliwy - rozpoznał u Bękartów akcent z Monachium i Frankfurtu, tylko biedny Archie jest "kapitanem Nie-Wiadomo-Skąd". Pięknie Tarantino namieszał, pozwalając Fassbenderowi opowiedzieć swą komicznie  nieprawdopodobną genealogię (z powołaniem się na występy u samej Leni Riefenstahl!).

Hicox trzyma fason: jest rasowym dżentelmenem, spokojnym (nawet w pojedynku z odstrzeliwaniem jąder!), szarmanckim i stanowczym. Kreacja Fassbendera jest szyta według tego samego sznytu co rola Brada Pitta czy Christopha Landa: luz, charm, błyskotliwość i mrugnięcie okiem (czyli wzięcie wszystkiego w cudzysłów).

 

 

Connor, czyli łatwo się nabrać


"Fishtank" jest filmem o 15-letniej Mii (Katie Jarvis).
Społeczny skansen, w którym żyje, określa jej perspektywy. W blokach gnieżdżą się bezrobotni, dziedzicznie niewprawni w zabieganiu o życiowy sukces. Ciasnotę przestrzeni chorobliwie zagęszcza język: dosadny, wulgarny, zaczepny i raniący. Mia ma młodszą siostrę i wciąż młodą matkę, której dokucza samotność. Nie ma przyjaciół, wystarcza jej taniec - ekspresja chaotycznych emocji. Na świat reaguje nieufnością, czasem agresją, zawsze buntem. Ale ten świat jest jak akwarium z toksyczną wodą. Odbiera nadzieję, lecz poza nim żyć przecież nie potrafi.


W tę rzeczywistość wkracza Connor.

 

 

Rola Fassbendera to majstersztyk drugiego planu: pojawia się, jest katalizatorem wydarzeń, wodzi za nos tych, którzy wezmą go serio. Budzi nadzieję i jak nikt potrafi ją zabić.


Jest kochankiem matki Mii. Ma pracę, więc wnosi powiew stabilizacji. Młody, o kocim wdzięku, naturalny i swobodny. Mia przekreśla go, bo neguje wszystko, co dotyczy matki, ale kilka rozmów od niechcenia i to, że Connor umie słuchać sprawiają, że "przekreślenie" znika. Fassbender przekonuje do siebie i inspiruje Mię do podążania za marzeniem. "Jego" piosenka - "California dreamin" - jest niczym emblemat tej roli... Do czasu. Bo wkrótce fragmenty układanki przestaną się zazębiać. Connor przekracza granice - w relacji z Mią, w stosunku do osób, wobec ktorych ma rodzinne zobowiązania, wobec kobiety, której obiecał zbyt wiele.


Posłużę się niezbyt jasnym kryterium: Fassbender jest wiarygodny. I wtedy, gdy otwiera drzwi (wycieczka samochodowa w zielony plener) i wtedy, gdy je zatrzaskuje (policzek wymierzony Mii z wściekłości i strachu). Kalifornijskie marzenia były fałszem, prawdziwiej brzmi "Life`s a Bitch".

 

 

Bobby Sands, czyli dusza uśmierca ciało


W 1981 roku, w więzieniu w Północnej Irlandii zmarł po 66 dniach głodówki 27-letni Bobby Sands. Film Steve`a McQueena opowiada historię tego buntu, ofiary, męczeństwa i szaleństwa w jednym.


Bobby Sands jest działaczem IRA, skazanym na więzienie (odsiedział 4,5 roku) wraz z innymi członkami organizacji. Rząd Margaret Thacher uznaje bojowników IRA za kryminalistów, odmawiając im statusu więźniów politycznych. Dyskusyjne. Służba więzienna - w imieniu prawa - traktuje ich uwłaczająco, brutalnie. Więźniowie protestują - stawiają opór, odrzucają zakładowe pasiaki, zaniedbują higienę.

Pierwsza część filmu - niemal niema - to zapis tego stanu rzeczy. Nie jednostronny: zło i racje rozlożone są po obu stronach.

Część druga jest skoncentrowana na postaci Sandsa (Fassbender); jest studium jego umierania.

Łącznikiem jest scena rozmowy Bobby`ego Sandsa z księdzem - kumulacja niemal wszystkich słów, jakie padają w tym filmie.

 

 

Bobby objaśnia: chodzi o rotacyjny strajk głodowy. Już nigdy nie złamią ich szantażem i litością dla najmniej wytrwałego. Głoduje jeden - ale do końca. Aż do spełnienia politycznych żądań. Po jego śmierci - głodówkę przejmuje następny... Dla Sandsa to konieczność. Nie jest demagogiem, wie, że za każde słowo zapłaci samym sobą. Wierzy, że zatrzymanie się w pół drogi rozdrobni znaczenie całego buntu. A on potrzebuje sensu i skuteczności (wierzy w złamanie rządu, choć nie ma złudzeń - wie, że potrzebne będą ofiary).


Ksiądz - nazywa tę decyzję samobójstwem, autodestrukcją. Nie namawia do wycofania, po prostu nazywa.

Dwadzieścia minut trzymającego w napięciu dialogu.

 

 

Bobby Sands umierał na oczach mediów, więc i w filmie McQueena kamera rejestruje kolejne fazy osłabienia, osuwania się w cierpienie, agonię. Rola Fassbendera jest porażająca. To aktorstwo fizjologiczne: chudnięcie, odleżyny, egzemy, rany ropne, zaburzenia zmysłów i percepcji...


Czy to ma sens? Ma, choć niewyjaśnialny. Może to zwycięstwo ludzkiej woli? Może. Choć w ostatnich majaczeniach Sands widzi siebie- nastolatka, biegnącego przez las na przełaj. Startuje w zawodach i właśnie uświadamia sobie, że zabłądził...

Ciało - skatowane przez wroga, zostaje unicestwione własną decyzją.

 

 

 

"Bękarty wojny" (2009), reż. Quentin Tarantino - 8 nominacji do Oscara, jedno zwycięstwo: rola drugoplanowa Christopha Waltza (również nagroda w Cannes); nominacje do Złotych Globów.


"Fishtank" (2009), reż. Andrea Arnold - Nagroda Jury w Cannes.


"Głód" (2008), reż. Steve McQueen- nominacje do Europejskiej Nagrody Filmowej (2008) m.in. dla Fassbendera i dla reżysera; nagroda Grand Prix na 9. MFF ENH we Wroclawiu.

niedziela, 28 marca 2010

 

Anne Enright, Tajemnica rodu Hegartych, Wydawnictwo Literackie 2007.

(na lotnisku) "Patrzę na ludzi stojących w kolejce do kasy i zastanawiam się, czy wracają do domu, czy też wyjeżdżają od swoich bliskich. Bo nie ma innych podróży. Stajemy się dziwnymi uchodźcami, którzy uciekają od własnej krwi albo ku niej; pulsują w tę i z powrotem w upiornych żyłach oplatających świat motkiem krwi."


Veronica i pozostali Hegartowie

Współczesna Irlandia - rok 1998. Centralnym wydarzeniem jest samobójcza śmierć Liama i zamieszania związane z jego pogrzebem. Rodzina Hegartych żyje w rozproszeniu, ale gromadzi się i konfrontuje z tragicznym odejściem jednego z nich. Śmierć staje się niezbyt wygodnym lustrem, które wymusza zmierzenie się z przeszłością, z własnym życiem - zwłaszcza, że rodzeństwo Liama to ludzie po trzydziestce lub starsi, z bagażem życiowych sukcesów i porażek.


Plan teraźniejszy uzupełniają wspomnienia sięgające czasów, gdy Liam miał 9 lat ("Ziarno śmierci mojego brata zostało zasiane przed laty..."). Wyobraźnia narratorki sięga jeszcze głębiej - do roku 1925, kiedy to Ada Merridan (babcia Liama, nestorka rodu) poznała mężczyzn swego życia.


Hegartowie stanowią rodzinę wielodzietną - jedną z wielu w irlandzkim pejzażu lat 60. Jeśli pominąć 7 poronień, na świat przyszło 12 dzieci. Rodzinny klan, ale więzi między dorosłymi są wątłe i raczej obciążające.


Liam miał wśród krewnych opinię błyskotliwego, dowcipnego kompana i nieudacznika zarazem. Kogoś, kto wszędzie napyta sobie biedy, bo nie nadaje się do życia: zbyt ostro osądzał kompromisy, krzywdził gotowych go pokochać, a siebie samego unicestwiał alkoholem. Dożył 40 lat.


Veronica była najsilniej związana z bratem; młodsza o rok, wie o nim więcej niż ktokolwiek, zna destrukcyjne tajemnice. Śmierć Liama wybija ją z rytmu własnego życia. Uruchamia obrazy z przeszłości i niepokój, ktory zatruwa wszystko, czym dotąd żyła. Uporządkowany świat wydaje się jej "życiem w cudzysłowie": mąż-finansista, dwie córeczki, dom w kolorach beżu, kremu, piasku i popielu (stonowane, przyjazne życiu barwy). Zaneguje i cynicznie podważy każdą więź. Doświadczy kilkumiesięcznej depresji i pustki.

Veronica jest narratorką. Historia odsłania się, pulsując zgodnie z jej skojarzeniami, fantazjami i emocjami.


Czym jest ta opowieść?


Po pierwsze.

Dryfowaniem po chaosie zapamiętanych przeżyć, po niezabliźnionych ranach, sprzecznych emocjach odczuwanych wobec najbliższych. Przyglądaniem się rodzinnym więziom - brutalnie, bez sentymentu, bo "przynależność do rodziny to najbardziej rozdzierający sposób na życie".


Po drugie.

Próbą odnalezienia się po ciosie i przewartościowywaniem swojego życia. Wiwisekcją prowadzącą od negacji po ostrożną akceptację. Myślę, że w osnowę tej opowieści wpleciona jest nitka optymizmu. Cieniutka. Oto jak przebija się na powierzchnię: "Spadam tak od miesięcy. Od miesięcy spadam w swoje życie. I zaraz w nie trafię".


Po trzecie.

Czymś irytującym i niegrzecznym, niepozwalającym zaczytać sie spokojnie. Narracja jest postrzępiona, poskładana z odprysków niespójnej pamięci. Gorycz rozsadza jednak język: żywy, plastyczny, erotyczny, śmiały i świeży, poddany raczej wyobraźni niż rozumowej analizie. Dynamiczna to rzecz, więc i pesymizm nie przytłacza, lecz kłuje.


Kilka interpretacyjnych tropów.


Cielesność

Śmierć jest namacalna i dotyczy ciała. Uświadamia śmiertelność tych, których kochamy. Gdy Veronica budzi się przy mężu, wyobraźnia podsuwa jej, że Tom jest martwy. Nie, nie jest to naturalizm (na szczęście) - to taka gra w zbliżenia i utratę. Zawieszony tymczasem rozkład można pokonać obrazami fizycznego złączenia - współżycie z mężem, wspominanie młodzieńczych przygód, fantazjowanie o spotkanych przypadkowo mężczyznach, wyobrażanie sobie życia erotycznego własnej babki (!). Cielesna jest więź z córkami, którym dała życie, czyli... "zrodziła je na śmierć".


Tajemnice

Ta kluczowa dotyczy wydarzeń sprzed 30 lat, kiedy to Lambert Nugent molestował dziewięcioletniego Liama*. Veronica zachowa w pamięci bardzo zniekształcony obraz. Zrozumie po latach, nikomu nie wyzna, zagłuszy... i  dopiero po odejściu Liama uprze się widzieć w tym wydarzeniu klucz do osobowości brata.

Ale tajemnic jest więcej. Wydaje się, że są one przyprawą rodzinnego życia, kurtyną, która skrywa niejedno wyjaśnienie.

Tajemnice Hegartych dotyczą m.in.: przeszłości Ady, losów jej obłąkanego syna - wujka Brendona, załamania nerwowego matki, aresztowania nastoletniego Liama, związku Liama z Sarah...

Z tajemnic czasami wyrasta coś świeżo zielonego, nadzieja - jest nią twarz trzyletniego Rowana, z której promieniuje podobieństwo do ojca. Największe objawienie dnia pogrzebu. Najczęściej tajemnice to strupy na toksycznych ranach.


Ada Merridan

Czy powinna być zapamiętana jako kobieta piękna i prawa, silna i hojna, ostoja rodu Hegartych? Czy raczej wypłakująca się "do zmywaka" kobieta doświadczona ciężarem rodzinnych potknięć? Kochała swego męża, Charliego,  czy tajemniczego Nugenta? Czy można ją obwiniać o nieuwagę, skoro w jej domu Liam doświadczył traumy? I dlaczego Veronica szuka katharsis w fantazjowaniu na jej temat? Dlaczego w prologu powieści chwyta się kurczowo myśli (to z pewnością dotyczy Ady): "Kochała go! Musiała go kochać!". Co to może wyjaśniać?

Gubię się, więc pozwalam sobie nie rozstrzygać niejasności.


Rodzina (raz jeszcze)

Hegarty`owie na stypie: "Scena przypomina Boże Narodzenie w Hadesie". Nie ma co oczekiwać zbyt daleko posuniętych pojednań.

Interesujące są dla mnie trzy kwestie.
1.  Zadawany sobie ból. Okrutnie bezwzględne osądy, na ogół niewypowiadane.
Veronica ma w sobie złoża pretensji do matki - o jej nijakość, o nierównomiernie rozłożoną miłość (towar i tak nadto rozdrobniony przy tuzinie potomstwa), o to, że czegoś nie dostrzegła, że źle rozegrała własne życie. Przywiązanie (zauważyłam tylko dwa czułe gesty) graniczy z nienawiścią: "nie zapomnę", "nie wybaczę", "ten dobroduszny ludzki ochłap".

"Boże, jak ja nienawidzę swojej rodziny, tych ludzi, których sobie nie wybrałam do pokochania, a i tak kocham."


2.  Luki w pamięci.

"W swoim prywatnym lustrze widzę strzęp uśmiechu brata, ton głosu, który czasem sama przybieram. Nie uważam, że tak naprawdę pamiętamy swoją rodzinę. Po prostu w niej żyjemy."


3.  Najistotniejszych wtajemniczeń w życie doświadczamy w rodzinie i to wtedy, gdy najmocniej jesteśmy w nią zanurzeni. Dziewięcioletni Liam... i będące w zbliżonym wieku córki Veroniki: Rebecca i Emily...

"Patrzę na swoje dzieci i myślę, że w wieku ośmiu lat wie się już wszystko. Może się jednak mylę. Wie się wtedy wszystko, ale to wszystko jest przed nami schowane, zapieczętowane, trzeba się więc rozciąć, żeby poznać prawdę."

Więc podróżujemy: uciekając i powracając, w tę i we w tę, wydobywając naznaczenia - poddając się im, zwalczając... mozolnie przewartościowując.


Czym ta opowieść nie jest?
Nie jest, moim zdaniem, tym, co wyczytać można z obwoluty:
"...to wzruszająca opowieść o pożądaniu i demonach przeszłości, o trudnej sztuce budowania zaufania wobec najbliższych, ale przede wszystkim - to historia o miłości."


* Nie uważam, by trzeba było tę informację kamuflować w recenzji, bo ta opowieść nie opiera się na sensacji.

NAGRODA BOOKERA 2007r.

niedziela, 21 marca 2010

MERYL STREEP

 

Filmy, w których gra Meryl Streep to niekoniecznie to, co tamaryszki lubią najbardziej. [Można by rzec złośliwie, że Tamaryszek się lekko snobuje na kino festiwalowe (ENH), nie hollywoodzkie]. Widziałam ją w 14 filmach, z których niektóre są bezsprzecznie dobre ("Łowca jeleni", "Pokój Marvina", "Godziny", "Wątpliwość"), a niektóre bliskie mi i już ("Pożegnanie z Afryką" czy  "Co się wydarzyło w Madison County").

Jako Karen Blixen - duńska pisarka, przypadkowa żona barona Finecke (Brandauer) - spędza kilka lat w Kenii, prowadząc plantację kawy i przeżywając romans z Denysem Finchem (Redford). Po powrocie do Danii opowiada o afrykańskiej przygodzie w książce "Pożegnanie z Afryką". A opowiadać potrafi niezwykle.

Wspominam tę kreację, gdyż jedną ze scen filmu Sydneya Pollacka mogłabym wybrać na motto swego bloga.

Oto wieczór na farmie, intensywne kolory Afryki gasną wraz z nadchodzącym zmierzchem. Karen spędza tu czas samotnie, ale tego dnia odwiedzili ją Denys i Berkeley; zostają na kolacji skuszeni obietnicą opowieści. Smak herbaty podanej w porcelanowych filiżankach - Europa w Afryce;) - ciepło zgrzanego słońcem powietrza, przyjazna aura...
-  Czekamy na opowieść...
-  Kiedy opowiadałam historyjki moim siostrzenicom, jedna z nich zawsze dawała mi pierwsze zdanie.
-  Jakiekolwiek?
-  Tak.
-  Była sobie Chinka ...
Słowa, tembr głosu, zasłuchanie i niepostrzeżony upływ czasu.
...Magia wyczarowywania niezależnych światów... i/lub kolekcjonowania opowieści.

 

Widziałam w tym tygodniu komedię "To skomplikowane", a dość niedawno dwa inne filmy z Meryl Streep: "Julie & Julia" i "Wątpliwość". To dobry moment, by przyjrzeć się trzem odmiennym wcieleniom mojej ulubionej aktorki.

 

"To skomplikowane" (2009) - reż.Nancy Meyers

Jane Adler
- matka trójki wkraczających w dorosłe życie dzieci, pięćdziesięciolatka, od dekady rozwódka. Ma przyjaciółki, którym się zwierza, dom, który modernizuje [stąd znajomość z architektem Adamem (Steve Martin)] i restaurację - miejsce kulinarnych inspiracji (gdyby innych dróg zabrakło - może docierać "przez żołądek do serca"). Absolutorium syna jest okazją do spotkania z byłym mężem (ożenionym z "młodą i piękną"). Cóż, że młodsza, Meryl Streep nie dorówna! Toteż intryga osadzona jest na romansowym trójkącie: Adam - Jane - Jake (czyli Alec Baldwin, eks-mąż).

 

Film jest komedią romantyczną o dość nietypowym targecie odbiorców: ludzie z bagażem lat i doświadczeń. Ramy gatunku robią swoje - niejedno można przewidzieć, piętrzą się gafy i podchody, kolizje i sentymenty. Przyjemność oglądania i zdrowa dawka śmiechu.
Rzecz w tym, że świat tego filmu jest zarazem prosty i skomplikowany, nie odkrywczy - lecz świeży.
Komediowe są przerysowania postaci - Adam (sztywniak i beksa), Jake (nabuzowany pan z brzuszkiem) i Jane (z obwisłą powieką, na haju po joincie, w histerii u psychoanalityka).
Mogę jednak uwierzyć, że niezaspokojenie, które czują, jest prawdziwe. Samotność po rozwodzie, związek skończony, ale przecież nigdy nie zamknięty, trudność wchodzenia w nową relację, szczeniackie pragnienia w nie najmłodszym ciele...
Trudno tu rozdzielić wkład aktorki od zasług reżyserki i wysiłków operatora kamery, który ukazal 50-letnią kobietę (zagraną przez 60-letnią aktorkę!) świetliście i zgrabnie.

Meryl-Jane jest spontaniczna i bezpośrednia, ma wdzięk i sexapil. Gdy przyrządza czekoladowe croissanty lub zrywa soczyste pomidory w ogródku - wygląda po prostu smacznie i zmysłowo. Młoda, pomimo lat - taki everygreen. Meryl w rozmowie, w tańcu i ... w kuchni jest kobiecością wcieloną. Nie wiem, jak ta kreacja odbija się w oczach nastolatków, ja doceniam aktorską bezpretensjonalność. Wystarczyłby łut ociężałości, a historia przemieniłaby się w satyrę.

 

"Julie & Julia" (2009) - reż. Nora Ephron


Julia Child - to ikona amerykańskiej kultury. Kobieta, która nauczyła Amerykanki gotować na francuską modłę. W 1961 roku ukazała się jej książka kucharska. Wkrótce w telewizji pojawił się program o gotowaniu. A były to czasy, gdy kobiety nie aspirowały do roli gwiazd medialnych. W świecie, który przywykł do półproduktów i potraw instant, zasiała ferment twórczy: gotowanie może być sztuką, a już zdecydowanie powinno być frajdą. Julia Child spędziła ponad 10 lat w Paryżu, u boku męża dyplomaty, i u samego źródła zgłębiała tajniki sztuki kulinarnej.


Film biograficzny i komedia w jednym. Koncept polega tu na przeplataniu dwóch historii oddalonych od siebie o pół wieku.
Opowieść o Julii (Paryż, lata 50.) i Julie (Nowy Jork, początek XXI wieku).
Meryl Streep i
Amy Adams.


Meryl-Julia jest postacią przede wszystkim wyrazistą. Z lekka nienaturalną (dziwaczny akcent, wygląd, sposób bycia). Postacią stworzoną bardzo zdecydowanymi środkami.
Meryl Streep słynie z czułego ucha do języków - tym razem naśladuje akcent ze wschodniego wybrzeża, właściwy wyższym sferom. Sposób mówienia to kręgosłup tej roli.
Z jednej strony - nadmierna (niedzisiejsza) elegancja, z drugiej - ekspresja, nieustający zachwyt, wykrzykniki. Dystyngowana dama i duży dzieciak (miny, gesty, mowa ciała). A ciało ma istotnie niemałe - nie może znaleźć ubrań na swój rozmiar, przewyższa innych o głowę. (-nie wiem, jak osiągnięto ten efekt?-). Nie do przeoczenia, wciśnięta w garsonkę i wystrojona w perły.

Opowieść o Julii Child to historia kobiety, odnajdującej swoje miejsce w życiu. Niezależnej (choć wpatrzonej w męża jak w obrazek) i szczęśliwej.
Zagrać szczęśliwego czlowieka - oj, trudno nie przerysować. Julia w wykonaniu Meryl Streep jest ekscentryczna w swej zachłanności na życie. Może drażnić, może zarażać radością i smakiem na życie: I`m Julia Child. Bon appetit!

 

Oba filmy warto zobaczyć, choćby ze względu na kreacje aktorskie. Ale filmem naprawdę ważnym, pozostającym w pamięci i niepokojącym jest "Wątpliwość". Tym razem mamy aktorski tercet, trzy równie ciekawe role: Meryl Streep (siostra Aloysius), Philip Seymour Hoffman (ojciec Flynn) i Amy Adams (siostra James).


"Wątpliwość" (2008) - reż. John Patrick Shanley


Siostra Aloysius - dyrektorka szkoły katolickiej na Bronxie, siostra przełożona. Podlegają jej zakonnice (niektóre z nich prowadzą szkolne klasy - siostra James) i wychowankowie. Nad nią jest męski świat kościelnej hierarchii. To ostoja starego porządku i niezmiennych zasad, podczas gdy świat ogarnia fala obyczajowych przemian (lata 60.). Siostra Aloysius jest nieufna, podejrzliwa... i doświadczona, więc protekcjonalnie traktuje naiwną i dobroduszną siostrę James. Ale prawdziwym protagonistą jest dla niej nowy proboszcz, ojciec Flynn. Elokwentny, otwarty na ludzi, skracający dystans rozmową i żartem. Uosabia nowe.



 

 

Nie sposób pisać o tej postaci w oderwaniu od głównej intrygi. Rzecz w tym, że być może (!) ojciec Flynn dopuścił się molestowania czarnoskórego ucznia. Aloysius organizuje "krucjatę", by doprowadzić do usunięcia księdza ze szkoły. Chodzi o dobro chłopca i o zasady. Ale - wszystko, czym dysponuje to poszlaki, przypuszczenia, instynktowne przekonania (bo wierzy, że zna się na ludziach). Mówi: "Kiedy robisz krok, by zająć się nadużyciem, cofasz się o krok od Boga, lecz w jego służbie." Jeśli się myli - to podłe, a jeśli ma rację?
Nie budzi sympatii, lecz nie można zagłuszyć jej podejrzeń. Bo gdy przerażona determinacją przełożonej, siostra James usiłuje bronić księdza, usłyszy: "Wmawiasz sobie, że mu wierzysz, aby dalej żyć w swoim prostym świecie."

To prawdziwy pojedynek postaci (siostra Aloysius kontra ojciec Flynn) i aktorów (Meryl Streep i Philip Seymour Hoffman).

Kameralna sceneria i liczne zbliżenia przenoszą kościec kreacji na wygląd i sposób rozegrania dialogów.

Meryl-Aloysius jest oschła i przenikliwie spostrzegawcza. Jej wzrok wychwyci każde faux pas (ale dostrzeże też symptomy ślepnięcia zakonnicy-staruszki, więc Aloysius pospieszy z pomocą). Oczy bez emocji, lecz oceniajace; wyraz twarzy mówiący: nie ufam...
Twarz Meryl - bez makijażu, bez cienia uśmiechu, aseptyczna po prostu. Pozbawiona kokieterii, "bez gorsetu" i zabiegów o miły wygląd. Wspaniała jest scena końcowa, gdy przebije się na niej pęknięcie i zwątpienie.
W grze ważne są rekwizyty: cukier (ksiądz lubi słodką herbatę, a Aloysius widzi w tym folgowanie próżności) i długopis. Aloysius pisze piórem, nienawidzi długopisów - to nowoczesne (wówczas!) ułatwianie sobie wszystkiego.

Świetna kreacja, przekonująca mimo dystansu, ktory rozsiewa. Meryl grała, wierząc w racje swojej postaci: "Tak, lubię swoją bohaterkę. Oczywiście, kieruje się ona sztywnymi zasadami. Ale jest jednocześnie bramą, która nie przepuszcza zła do dzieci. Jestem przekonana, że już uprzednio z takim złem miała do czynienia."

To jest dopiero rola, w której aktorka może błyszczeć!
Lubię Meryl Streep i w komediach, ale czekam na filmy, w których gra idzie o wyższą stawkę.

I pewnie będzie trzeba czekać, bo aktorka zapowiedziała właśnie przerwę po kilku sezonach pracy bez wytchnienia.


***

Za rolę siostry Aloysius Meryl Streep otrzymala nominację do Oscara (2009), kolejną Akademia Filmowa przyznała jej za rolę Julii ("Julie & Julia") w 2010.

wtorek, 16 marca 2010

Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli, Wydawnictwo Znak, 2006


"...nie tylko muzyką, także życiem rządzi rytm..."


Gruba książka, długa opowieść. Niespieszna, z dygresjami, powrotami do wcześniejszych wątków... Po trosze chronologiczna, ale bez zobowiązań - raz po raz odsłaniają się epizody wcześniejsze i zmieniają to, co już wyobrażone.

Mężczyzna mieszka samotnie w mazurskich stronach, nad zalewem, przy lesie. Pilnuje letniskowych domków, opustoszałych po sezonie. Towarzyszą mu psy, ludzi spotyka rzadko.

Codzienność może i monotonna, ale zarazem rytmiczna - malowanie tabliczek nagrobnych, spacer z psami, obchód domków, czytanie, muzyka, sen.

Ktoś zapukał, wszedł na moment, a został na dłużej...
Rozmowa o życiu, o tym, że to miejsce i chwila wynikają z wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej. Retrospektywa ogarnia etapy biografii mężczyzny, ludzi, których spotkał, wydarzenia (ważne, błahe), które go ukształtowały, czasem emocje, czasem "obrazki" nie wiadomo dlaczego istotne.
Obaj łuskają fasolę, to tradycja tych stron. Czynność mechaniczna, zajmuje czas, ale uwalnia myśli - można więc zająć je rozmową.
Powieść rejestruje tylko głos mężczyzny. Kim jest gość? Nieznajomy, choć czasem zdaje się być kimś spotkanym już wcześniej. Wiem o nim tylko tyle, że jest ciekaw i wiele go dziwi. Powiedzmy, że mogę wejść w jego skórę. Ktoś opowiada, ja słucham.

Na czym polega wyczuwalny rytm opowieści (rytm życia, które jest opowieścią)?
Może na tym, że skojarzenia się zazębiają, albo - że są podawane porcjami, z przerwą na zagadnięcie rozmówcy; może to lejtmotywy (kapelusz, saksofon, świece-lampy, fasola...), powroty do miejsc bolesnych...?

 

"...jeszcze tylko na pocztówkach świat jest taki, jak by się chciało, żeby był"


Chwila, która bohaterowi wydała się niczym przeniesiona z bożonarodzeniowej pocztówki, nie była czasem bezpiecznym ani słodkim. Był wtedy bezbronny, przestraszony i samotny jak nigdy w życiu - a mimo to świat wydawał się piękny.

Autor chyba lubi zastygłe kadry sprzed lat.
Od fotografii ojca i syna rozpoczyna się "Widnokrąg"; w "Traktacie..." jest taki obraz: jedyne zdjęcie całej rodziny zrobione dla żartu, z matką trzymajacą na rękach świnię Zuzę. Ważna pamiątka utrwalająca przepadły świat.
W prozie Myśliwskiego (-do wymienionych dorzucę "Kamień na kamieniu"-) mamy analogiczne chwyty narracyjne. Dojrzały mężczyzna ogarnia wspomnieniem (monologiem, rozmową) swoją przeszłość i świat, który niegdyś był inny.
Opowieść obrasta wokół losów jednostki, ale w tle przewija się (niezbyt krzykliwie) historia, przemiany społeczne, nowiny obyczajowe.
I może to nostalgia za młodością, może rozczarowanie współczesnością, ale to, co minęło, wydaje się być czymś w lepszym gatunku. Świat tandetnieje.


"A czy życie, żeby tak powiedzieć, to nie rzecz gustu? (...)
Jednym się podoba i chętnie żyją, a drudzy muszą."


Stryj Jan
żyć nie lubił i uparł się być samobójcą.

A Basia z warkoczem - pragnęła życia zachłannie, lecz uczepiła się miłości do niewłaściwego mężczyzny. Taka piękna! - cała stołówka doń wzdychała, gdy miała dyżur kelnerki... i warkocz każdy chciał chwycić. I grom z jasnego nieba - oto on. Obietnice niewiele warte, kompromisy - tylko z jej strony, poświęcenie - niesymetryczne. Żal patrzeć, smutek wspominać. Bo każdy to rozumie, gdy spojrzy z boku, a kogo to dotyczy, ten ślepy. "...zdrowy rozum przegra z życiem. (...) Na zdrowy rozum każdej miłości trzeba by się strzec, bo nie wiadomo, gdzie człowieka zaprowadzi." A jednak: "...o zdrowym rozumie nie dałoby się przeżyć życia."

Babcia - umiała żyć na jawie i jeszcze sny tłumaczyć. Zawierzali jej swe sny bliżsi i dalsi, bywalcy świata przyjeżdżali, by objaśniła im snami życie. Prosta kobieta a "onirolog" wykwalifikowany ;) Dziadek wpatrzony był w babcię jak w obrazek ("Uczone, ministry, księża, a ona bez szkół i widzisz" !). I cierpiał straszliwie, że nic mu się nie śni, jemu jednemu w rodzinie.

Muzyk - nauczyciel w szkole socjalistycznej - do życia miał stosunek obojętny. Zapijał się systematycznie i ani zobowiązania wobec uczniów, ani wytyczne "nowego ładu" nie są w stanie postawić go na baczność.
Ma jeden cudny moment przebudzenia. W nagłym olśnieniu przeprowadza "próbę orkiestry". Rozdaje chłopakom zdezelowane instrumenty, przydziela, ustawia, przestawia... jakby coś z tego moglo wyjść... Lekko się słania, bo pociąga z piersiówki. Tylko jedną ma prośbę - o ciszę. Słyszy wyobraźnią i dyryguje... Arcywykonanie! "Gdybyście słyszeli, coście grali, chłopcy..."

Postaci się mnożą, nie zdradzam zbyt wiele, ledwie uchylam zasłony.


"...jakbyśmy wszyscy byli wygnańcami z piaskownicy"


Wyrastamy z własnych doświadczeń, z różnych naznaczeń i błąkamy się, po omacku pilnując drogi.
Przypadek tym rządzi czy los?
Myśliwski stawia takie pytania.

"O, piaskownica, to już świat, niech mi pan wierzy. Parę metrów na parę, a świat, ludzkość, przyszłe wojny. Buzie miłe, rumiane, wydawałoby się, niewinne, a już mógłby pan wskazać, które by które w piasku zagrzebało, a które by się przed którym w piasku schowało. Któremu tej piaskownicy będzie kiedyś za mało, a które się w niej kiedyś zgubi."

 

Konkret i metafizyka. I ponad wszystko: mistrzostwo opowieści.

Spotkałam taki wywiad z Myśliwskim, który jest dla mnie cenny właśnie ze względu na autorefleksje warsztatowe. ("Gazeta Wyborcza", 04.10.2007)

"Wie pan, najważniejsza jest energia, jaką daje język, to w języku kryje się istotna siła, to dzięki niemu z zakamarków pamięci wyłaniają się kolejne obrazy - pierwsze zdanie książki przyciąga je jak magnes. Według mnie książka potencjalnie jest już w pierwszym zdaniu. Gdybym nie miał kiedyś pierwszego zdania "Kamienia na kamieniu": "Wybudować grób", nie miałbym książki. Podobnie było z "Widnokręgiem" - szukałem pierwszego zdania, i to ono, o fotografii narratora z ojcem, otworzyło całą resztę. Pierwsze zdanie "Traktatu o łuskaniu fasoli" brzmi: "Przyszedł pan fasoli kupić?". Czułem, że dzięki temu zdaniu, otwiera mi się świat, który chcę opisać."

 

NAGRODA  LITERACKA  NIKE 2007


czwartek, 11 marca 2010

"Walc z Baszirem", reż. Ari Folman, 2008
"Liban", reż. Samuel Maoz, 2009

SYNDROM WIETNAMU

Trochę historii.
Wojna izraelsko-libańska wydarzyła się w 1982 roku. Poprzedziły ją działania terrorystyczne ze strony libańskiej (morderstwo izraelskiego ambasadora, bombardowanie izraelskich miast). Izrael zdecydował się wkroczyć na teren Libanu, by zniszczyć bazy terrorystyczne. Miał swoje racje, ale ostatecznie konflikt rozegrał się w ten sposób, że konstruktor interwencji, Ariel Szaron, zyskał przydomek "rzeźnika Libanu", a uczestniczący w niej żolnierze - odium ludobójców.
Izrael sprzymierzyl się z falangistami libańskimi - jedną ze stron wewnętrznego sporu. Poparł ich kandydata na prezydenta, charyzmatycznego Baszira. Baszira zamordowano, a wściekli falangiści zorganizowali masakrę na cywilach - w bejruckich obozach dla uchodźców (Sabra i Szatila) zginęło ich ok. 4 tysięcy. Izraelskie wojska stały "obok", nie interweniowały, choć mogły. Nic nie zyskując, wycofały się z Libanu z poczuciem porażki, pomyłki i nieuleczalnej traumy.
Kac porównywalny z amerykańskim wstydem i winą za wojnę w Wietnamie.

TERAPIA FILMEM

Minęło 25 lat. Dwudziestoletni (i młodsi) wówczas chłopcy są już mężczyznami po czterdziestce. Dla wielu z nich pamięć o wojnie jest traumą, która domaga się leczenia, wyartykułowania, nazwania. Środkiem do rozegrania rozrachunku i poszukania siebie sprzed lat okazuje się kino. Niemal równolegle powstają dwa ważne izraelskie filmy: genialny "Walc z Baszirem" Ariego Folmana (2008r. - Złoty Glob dla filmu zagranicznego i nominacja do Oscara w tej kategorii) oraz dobry, niebanalny "Liban" Samuela Maoza (2009r. - Złoty Lew w Wenecji). Reżyserzy znają doświadczenia masakry libańskiej z autopsji.

"Walc z Baszirem" jest dokumentem-animacją.
Jeden z przyjaciół reżysera zwierza się z nawiedzającego go koszmaru - wyjące, goniące go psy... dokładnie tyle, ile zabił w Libanie. Ma luki w pamięci, wspomnienia nie składają się w całość. Sugeruje, by Folman zrobił o tym film. Obaj są jego bohaterami wraz z piątką innych, z ktorych każdy ma swoją historię. Animacja Folmana jest zapisem wywiadów, próbą wypełnienia białych plam. Refleksją nad fenomenem pamięci, która wypiera to, czego nie potrafi bezpiecznie zasymilować. Rysunki postaci odpowiadają pierwowzorom, głosy podkladane przez autentycznych rozmówców Folmana.

 

"Liban" przedstawia czterech młodych Izraelitów-czołgistów i ich - niewiele lepiej zorientowanego w sytuacji - dowódcę. Wiedzą tyle, co usłyszą w instrukcji. Rozkaz brzmi banalnie: zabezpieczyć zbombardowany już teren, posuwać się do wyznaczonej linii - do celu. Sprawy się komplikują.

Terapia w filmie Maoza polega na doświadczeniu emocji raz jeszcze. Opowieść jest postrzępiona, sytuacja niejasna, kontekst historyczny w ogóle niezarysowany. Ale stany emocjonalne oddane potężnie - widz nie może być obok. Jest czołgistą, widzi i czuje to, co oni.
Podobno reżyser doświadczył oczyszczającej mocy przeniesienia traumy na film wręcz namacalnie. W trakcie zdjęć rozbolała go noga, krwawiła stopa, wreszcie - wydostał się z niej odłamek szrapnela, tkwiący tam od czasu wojny.

 

JAK OPOWIEDZIEĆ?

"Liban" widziałam przedwczoraj. Uderzył mnie przede wszystkim sposób opowiadania.
Kilka impresji:

- Klamrę tworzy pole słoneczników. Jedyne kadry z naturą. Film rozgrywa się w czołgu - w przestrzeni ciemnej, dusznej, wilgotnej i ciasnej. Przestrzeń pułapka.

- Widzimy to, co widzą czołgiści - żadnych oglądów ogólnych, zdystansowanych. A oni patrzą przez wizjer, więc spojrzenie na świat mają ograniczone. Rzeczywistość dostępna jest tylko we fragmentach. Bez szans, by zweryfikować rozkazy. Dezorientacja.

- Namierzanie celu: człowiek ujęty w celowniku jest blisko, na wyciągnięcie ręki. Zabijanie jest namacalne. Shmulik dotąd strzelał do beczek, do ludzi nie umie, ale jego zwlekanie sprowadza śmierć "swoich", zagraża mu osobiście. Celuje na oślep. Każde działanie jest tutaj ślepe.

- Nie ma klasycznej intrygi, opowieści z wątkami, zakrętami, rozwiązaniem. I mimo całego (wspomnianego wyżej) dyskomfortu - ogląda się w napięciu, emocjonalnie - z przerwą na żart, utarczkę słowną, iskrzenie w relacjach.

- Zbliżenia. Dawno nie oglądałam filmu z taką ilością zbliżeń! Twarz, jej część, oczy... Spust, kropla wody...

 



Nie lubię filmów wojennych. Chyba, że po prostu nie mogę się od nich oderwać, bo czuję, że coś tu nie gra, coś łamie konwencję.



poniedziałek, 08 marca 2010

"B jak Bachelard

Dobry pan Gaston nosił brodę i zniekształcał "r" jak chłop. Przez jeden rok akademicki, 1946/47, chodziłam na jego wykłady na Sorbonie. Epistemologia przekraczała wprawdzie moje możliwości percepcyjne, ale on opowiadał o wielu innych rzeczach, np. o Jonaszu, który zamieszkał w brzuchu wieloryba, albo o domach, które z powodu wilgoci w piwnicach całe, aż po strych, przechodzą zapachem jabłek. Opowiadał o Novalisie i Nervalu, ale także o szewcu, który czuje się zmuszony do przeklinania. Kupiłam jego słynne książki - Wodę i marzenia i Powietrze i marzenia - i przechowuję je od tego czasu. Zabieram je ze sobą nawet na dłuższe wyprawy zagraniczne. Nie przeczytałam ich, nie rozcięłam nawet kartek. Być może nie byłabym w stanie zrozumieć z nich ani słowa, chronią mnie jednak przed zidioceniem, podobnie jak odległe już dziś wspomnienie ludowej intonacji i szerokiego uśmiechu mojego profesora Bachelarda, z którym nigdy nie ośmieliłam się zamienić nawet słowa".

Agnès Varda, Alfabet Vardy [w:] Agnès Varda. Kinopisarka, 2006

 

Wyobrażam sobie pana Bachelarda...

Rzeczywiście, z prostej, chłopskiej rodziny wywodziła się ta sława francuskiej filozofii...
Dobrze, że lubił dygresje, bo tylko one zostały w głowie Vardy (... i intonacja, i uśmiech...).
Jak to nigdy nie wiadomo, czym się wbijemy w cudzą pamięć. Ile przepadnie! Choć nic nie szkodzi, coś musi ulecieć. Tak już jest.
W książce o Lipmanie znalazłam zdanie: "Pamięć to poeta, nie róbmy więc z niej historyka".

A poeta łączy w całość okruchy i niteczki.

I ciekawią mnie wszelkie przypadkowe lustra, w których się przeglądamy nieświadomie.
Jednostronne spotkania, bez wymiany słów, gdy onieśmielenie wstrzymuje przed bezpośrednią rozmową... A jednak odbicie okazuje się irracjonalnie trwałe.

Ja też pamiętam ludzi, którym do głowy by nie przyszło, że zapadają w mój rejestr...

sobota, 06 marca 2010

"Zdjęcia: Jerzy Lipman", pod red. Tadeusza Lubelskiego, Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe, 2010.

 

EDYTORSKI  CYMES

Szczęśliwe przypadki chodzą po ludziach, a jeden trafił do mnie.
Piękna książka. Rarytas - bo niszowa; pobieżny rekonesans wskazuje na to, że trudno dostępna.
Rzecz poświęcona sztuce operatorskiej Jerzego Lipmana - filmowca szkoły polskiej, współtwórcy obrazów kanonu polskiej kinematografii.
Niektóre z nich:
"Pokolenie", "Kanał" i "Popioły" Andrzeja Wajdy;
"Zezowate szczęście" Andrzeja Munka;
"Nóż w wodzie" Romana Polańskiego;
"Pan Wołodyjowski" Jerzego Hoffmana.

Lipman tworzył polskie kino w latach 1951-1969. Kilkanaście ostatnich lat życia spędził na przymusowej emigracji. Daty przemawiają czytelnie: dotknęła go antysemicka nagonka.

Publikacja ma kształt albumu-księgi ("wyrośnięte" B5). Wewnątrz można znaleźć: serce książki, czyli fotografie (przewaga czarno-białych; prywatne - w kolorze sepii), wspomnienia reżyserów (Wajda, Polański, Kawalerowicz, Hoffman), operatora (Jerzy Wójcik) i scenarzysty (Jerzy Stefan Stawiński). Czyli: odsłona profesjonalna.
Uzupełnia ją portret biograficzny (wspomnienia żony i przyjaciół, listy).
I jeszcze jeden istotny dodatek: fragmenty pracy magisterskiej Marcina Marona, które analizują operatorskie pomysły pięciu filmów: kadry, ujęcia, ruch kamery, plany, oświetlenie... - fotki unaoczniają teoretyczne obserwacje.

Ładna rzecz, naprawdę.

 

Niemczyk i Malanowicz w
Niemczyk i Malanowicz w "Nożu w wodzie" (1961)

 

FILMOWE ŻYCIE

Taka biografia to świetny materiał na scenariusz...

Rocznik 1922, pokolenie Kolumbów, rodzina żydowska - dobrze usytuowana (od rewolucyjnej śmierci, która spotykała podobnych "burżujów", uratowało ich wstawiennictwo Dzierżyńskiego!). Wojna wybucha, gdy ma 17 lat. Jest wysportowanym, towarzyskim, otwartym na świat młodym człowiekiem - o wydatnych ustach, charakterystycznym nosie, czarnych oczach i włosach. Typ semicki.

Doświadcza życia w getcie (w Wołominie) i obozie koncentracyjnym (Izabelin - ucieka w nocy przed jego likwidacją i trasportem do Treblinki).

Groźba rozpoznania, donosu, wskazania palcem na ulicy: "To jest Żyd!" -jest bardzo realna i kilkakrotnie ratuje go szybki refleks i talent do sprintu.
Życie w okupowanej Warszawie obfituje w charakterystyczne epizody. Fałszywe kenkarty, pomieszkiwanie u rodziny polskiego przyjaciela (tu: niesamowity styl pani Lange, która w jednym pokoju z kuchnią udzieliła schronienia niezliczonym Żydom, czekającym na swój adres po wyjściu z getta).
Pomagają mu panie z burdelowych hotelików...
Ukrywa się, ale nie chce być zaszczuty - wybiera brawurową kontrę.

Pewnego dnia siedzi nad Wisłą i przygląda się jak podpity żołnierz Wermahtu zrzuca mundur, by wykąpać się w rzece. Zamienia się z nim na strój i - początkowo niepewnie - rusza na ulice Warszawy, maszerując nimi krokiem niemieckiego żołnierza. Nowa skóra, nowe życie. To musiało być trudne - "zmienić sposób myślenia, zachowania, chodzenia". Jest w tym i szaleńcza odwaga, i kpina z wroga, a przede wszystkim - gra w życie: chwytanie się tego, co ono przynosi, wykorzystywanie szans, niezgoda na bycie ofiarą.

Inny epizod: w kawiarni dla Niemców czuje się obserwowany przez hitlerowskiego oficera, domyśla się, że przyczyną jest wygląd... Oficer podchodzi... i pyta o adres domu publicznego, bo on w Warszawie od niedawna, a Lipman wyglądał na zorientowanego w temacie. :)

Splot zdarzeń sprawia, że poznaje Polaka wciągniętego w niemieckie struktury wojskowe, który organizuje fałszywe przepustki na podróże po Europie.
Lipman w podróży czuje się bezpieczniej niż na warszawskiej ulicy. Żyd w niemieckim mundurze - w epicentrum wojny - zwiedza świat! Bywa w Mediolanie, Weronie, Rawennie, Kolonii, Wiedniu, Berlinie. Pośredniczy w organizowaniu broni dla podziemia (rozbraja włoskich żołnierzy) i prowiantu dla głodujących, a jednocześnie obdarowuje znajome dziewczyny biżuterią, perfumami, butami, jedwabnymi  pończochami. Zdarzyło się, że przywiózł przyjaciółce walizkę upchaną różami!...

Doświadcza historii, które w filmie bądź literaturze wydają się nieprawdopodobne.
W Mediolanie podczas napadu na niemieckiego oficera zostaje ranny i przewieziony wraz z nim do szpitala. Niemiec w majakach sugeruje jego winę, ale (poczęstowany dodatkową porcją leków nasennych) umiera, tymczasem lekarze wierzą wersji Lipmana (obsadził się w roli obrońcy Niemca).

Zabawnym epizodem są jego odwiedziny w klasztorze, w którym ukrywał się ojciec koleżanki. Siostra furtianka anonsuje, że "przyszedł ten hitlerowski Żyd". "-Siostro Bogdano, coś jest nie w porządku. Albo Żyd. Albo hitlerowski...".

Jerzy Lipman był silnie związany z konspiracyjnym podziemiem - należał do AK, bral udział w dywersji i powstaniu warszawskim. Po wojnie trafia do więzienia jak wielu niedocenionych patriotów; interwencja bliskich mu osób zamienia karę śmierci na dożywocie. Ratunek przynosi amnestia.

Z takim bagażem doświadczeń rozpoczyna studia i pracę operatora.
Otacza go nimb tajemnicy, wiadomo, że niejednego doświadczył, ale Lipman rzadko dzieli się wspomnieniami. Mimo to jego historia trafia do literatury (Czeszko) i powstaje scenariusz (J.S.Stawiński). Dlaczego nie nakręcono filmu o życiu Jerzego Lipmana? ... Bo wymyślono słowiański odpowiednik jego losów - kapitana Klossa.

 

CZERŃ I ŚWIATŁO

Jakim był operatorem?"To był naprawdę as" - powie o Lipmanie Polański. Każdy chciał z nim pracować, bo na wszystkim się znał, nie bał się nowych wyzwań - jeśli trzeba: poprowadzi kamerę nad płynącym błotem ("Kanał") albo wsiądzie w samochód, by w biegu uchwycić galop koni w "Lotnej". Hoffman mówi, że był "najszybszym z operatorów". Rozpierała go energia. Irytowalo zbyt wolne ustawianie sprzętu. Asystenci dawali mu czasami deskę i gwoździe, by wbijał i powstrzymywał niecierpliwość.

Świetnie odnalazł się, gdy nadeszła rewolucja koloru. Ale szczególne mistrzostwo osiągnął w operowaniu czernią, bielą i światłem.
Lipman zapoczątkował zdjęcia ekspresyjne, emocjonalne. Nieraz kosztem jakości technicznej - stawiał na to, by obraz współgrał z przeżyciami bohatera. Wyłaniająca się z mroku, rozświetlona czymś twarz (źródła światła byly różnorodne!) ukazana w zbliżeniu... To jego specjalność.

 

"Kanał" - a zwłaszcza labirynt podziemnych przejść - to opowieść o sytuacji bez wyjścia. Mrok pułapki, czerń brudu... piekło po prostu. Światło pojawia się tylko punktowo i jest zwodnicze jak nigdy. Latarka rozjaśnia twarz konającego, wylot na ulicę oświetla scenę krótkiej wolności, zanim niemiecki patrol wykona wyrok. Do światła zmierzają wyczerpany, ranny Korab i zakochana w nim sanitariuszka Stokrotka. Wylot okazuje się ślepą drogą, zakratowaną... Nie patrz, za duży blask - skłamie dziewczyna, zachowując dla siebie prawdę o braku nadziei.

 

 

***
W wywiadach Lipman wskazuje na wzorce, z których czerpał: włoski neorealizm, francuska nowa fala, kino amerykańskie. "Zawsze podziwiałem film francuski za poczucie dobrego smaku, tak jak ceniłem kino amerykańskie za absolutne wyczucie warsztatu". Dzięki tym zapatrzeniom (i poczuciu odrębności) polska szkoła filmowa była oryginalna i światowa jednocześnie.
A swoją drogą - za najsłabszy punkt polskiego kina uznał Lipman (w polowie lat 60.!) scenariusz. Niesamowite, jak niewiele się zmieniło.


NIE MA MIEJSCA DLA NAJLEPSZYCH

Dlaczego tak?
Wybijane kamieniami szyby w oknach, szykanowane w szkole dziecko, duszna atmosfera antysemickiej nagonki. W 1969 roku Lipman emigrował do Londynu, pracował głównie w Niemczech (m.in. z Michaelem Haneke). Nie miał możliwości powrotu.
Dla polskiej kultury przestał istnieć.
Nawet wydany w tym roku piękny album-księga niewiele mówi o tym, co robił w latach 1969-1983 - "z braku odpowiednich materiałów".

 

poniedziałek, 01 marca 2010

W chmurach, reż. Jason Reitman, 2009

 

Plecak

- Wyobraź sobie, że zakładasz plecak... czujesz jego paski na ramionach?
A teraz włóż do środka, co jest twoje. Książkę z półki, budzik, sweter, wszystko z szuflady.
Z szafy. Garnki i buty. Jeszcze stół z kuchni i żyrandol... Jasne - dywan i koc. Kwiatki z parapetu... Może być rower... Samochód też jest ważny.
Ciężko? Możesz z tym zrobić krok do przodu? No właśnie... A teraz to spal. Chcesz się wyprostować? No dalej.

Mr Ryan Bingham ("ludzka twarz korporacji") - specjalista od zwolnień, co to w chmurach spędza życie, bo fruwa po całych Stanach - ma bagaż jak ta lala. Na kółkach, żadnych zbytków, leciutko, sprawnie, z wdziękiem.


Zawód jak każdy. Trzeba się na nim znać. Wiedzieć, komu mówić prosto z mostu, a kogo przywitać komplementem. Prawie wszystkim można dać przykład wielkich tego świata, którzy nigdy by nie zaszli tak daleko, gdyby nie mieli się od czego odbić... dno jest potrzebne.


- W rzeczy samej ma pani/pan wielką szansę, by odmienić swój los. Zaimponować dzieciom...
Czego dzieciaki zazdroszczą sportowcom?

- Że wszystkie dziewczyny są ich.

- Nie, tego my im zazdrościmy. Dzieciom imponuje, że oni spełniają swoje marzenia. Może czas, by przypomnieć sobie własne? O, tu jest pakiet: dużo dobrych rad...


Ryan Bingham prowadzi też wykłady - szkolenia coachingowe. Co za wyczucie rytmu, wyluzowana elegancja... Czysty George Clooney.


- Wyobraź sobie, że zakładasz plecak... Czujesz jego paski na ramionach? A teraz włóż do środka bliskich ci ludzi... Spokojnie, nie musisz podpalać.
Kuzynów, ciocie i wujków, sąsiadów. Kumpli ze szkoły... Brata i siostrę. Oczywiście, rodziców... Dziewczynę, z którą jesteś lub chłopaka...
Ciężko? Pomyśl o tym.


Osobno, nie razem

Ryan mieszka w chmurach a nocuje w hotelach. W ubiegłym roku przecierpial 43 dni we własnym domu, ale to było trudne. Nie ma rodziny - najlepiej, gdy plecak jest pusty. Dwie siostry, które ledwie zna (z gatunku osiadłych). Cholernie mu dobrze bez zobowiązań, samotnym się nie czuje. Poznaje Alex - kobietę, która fruwa równie często. Gdyby się postarać, można ustalić skrzyżowania lotów i spędzić wspólnie czas.


Natalie [23-latka, psycholog-żółtodziób, autorka projektu, by zwalniać ludzi zdalnie, tymczasem - towarzyszka lotów, do przyuczenia], obserwując harmonię między Alex a Ryanem, pyta go - jak widzi przyszłość tego związku?


- W ogóle o tym nie myślę.

- Jak można nie myśleć o własnej przyszłości? Skoro już niewiarygodnym zrządzeniem losu spotykasz taką Alex, to chyba zobowiązuje do mądrych decyzji... Związki są najważniejsze!

- Dobrze, Natalie. Dlaczego związki są najważniejsze?

- ... Miłość...

- [uśmiech George`a Clooney - bez słów]

- ...no, zawsze dobrze jest móc z kimś porozmawiać...

- Nie mam z tym problemu. Wszędzie mogę sobie pogadać.

- Dobrze jest mieć w kimś oparcie, opiekę...

- Natalie, większość małżeństw, które znam...

- ...żeby choć nie umierać samotnie!

- Niestety, każdy umiera sam.
... Natalie, wyobraź sobie, że jesteś z kimś blisko. Tak, że nic się już nie liczy. Świat zdaje się nieruchomieć. Święta jedność... Znasz ten stan?

- ...Taaak...

- W tym rzecz. Bo ja nie.

 


 

Razem, nie osobno

Młodsza siostra Ryana, Julie, wychodzi za mąż. Julie i Jim - dwa gołąbki. Takie mają marzenie - nie da się zrozumieć cudzych marzeń! - by goście weselni przywieźli im ich zdjęcia z miejsc, w których nigdy nie byli. Właśnie tak. Oni nie byli, ale rozdali znajomym swe tekturowe figurki, a ci taszczyli je ze sobą (pomstując zazwyczaj). Jak w "Amelii" - zdjęcia podróżującego krasnala:)

Cóż, Pan Młody w dzień wesela ma wątpliwości. Ryan - marnotrawny brat - ma szanse wkupić się w rodzinę, jeśli przekona Jima do ślubu.

 

- Jim, wahasz się... Nie dziwię się... To trudne.

- Tak. Całą noc o tym myślałem. Spałem sam i myślałem. W co ja się pakuję? Teraz ślub, potem kredyt i dzieci... Trzeba będzie chodzić do szkoły, na jakieś mecze... Ani się obejrzę, a wyjdą z domu. Przytyję, wypadną mi włosy... W co ja się pakuję?... Potem już tylko śmierć...

- Prawda. To jest bez sensu.

- Bez sensu.

- Ale pomyśl. Przypomnij sobie najszczęśliwsze chwile w życiu... Byłeś wtedy sam?

- Nie.

- A wczoraj, gdy czułeś się tak podle?

- Byłem sam.

- Jasna sprawa. Przyda się drugi pilot.


***

Jak by nie patrzeć: w tym filmie wszystkie domy drżą w posadach.

***

 

Mniejsza o fabułę, ważne są dialogi. Niestety, tu - sparafrazowane, bo obraz widziałam dwa dni temu i nie zakodowałam wierniej. Drugi raz mogłabym obejrzeć ten film ze względu na Verę Farmigę (Alex) i dla mojej ulubionej sceny.

Powiedzmy: "Biedna Natalie". Natalie rzucił chłopak, Ryan i Alex współczują i pocieszają ją z perspektywy starszych życiowych popaprańców. :)

 

PS.

Film oscarowy (co nie musi być komplementem).
Ma nominację w kategorii: najlepszy film, najlepszy reżyser, najlepszy aktor (George Clooney - Ryan), najlepsza aktorka drugoplanowa (Vera Farmiga - Alex i Anna Kendrick - Natalie).

Praktycznie bez szans na statuetkę.

[zdjęcia ze strony Filmweb]