literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Kategorie: Wszystkie | filmowe | literackie | myślane | wyszperane, znalezione
RSS
niedziela, 21 listopada 2010

Joanna Bator, Chmurdalia, Wydawnictwo W.A.B. 2010


Coś srebrnego dzieje się w chmur dali... [Leśmian, Szczęście]


Kraina wymyślona. Z inspiracji Leśmianem rodzi się jej nazwa - dawno temu, gdy Dominika i Małgosia, wałbrzyskie licealistki, marzyły o wyspie szczęśliwej.

Chmurdalia być może obecna jest w nas... Może, ale bardziej prawdopodobne, że w sobie odnajdziemy tylko obietnicę, zarys, zapowiedź miejsca (sytuacji?), do którego zmierzamy, za którym tęsknimy.


Chmurdalię nosi się w sercu, więc jest blisko. A zarazem ucieleśnia ona jakiś brak, który chcemy wypełnić, więc jest nieosiągalnie daleko. Kto o niej zamarzy, staje się Odysem lub Odyską i rusza w świat. A w świecie: wiadomo, można trafić między Scyllę i Charybdę, można nieopatrznie zjeść lotos (zapominając o celu wędrówki), wdać się w niepotrzebny konflikt z Cyklopem..., może schwytać nas w pułapkę Kirke lub omamić statycznym szczęściem Calipso.


Prawdziwa odyseja.


Powieść kontynuuje wątki rozpoczęte w "Piaskowej Górze" i dopisuje dalsze losy znanym już bohaterom. Jest równie dobra jak część pierwsza. Nie umiem zdecydować, którą wolę.


Duża frajda czytelnicza! Świetnie stworzone postaci!

I opowieści! Dziesiątki różnych historii, które przeplatają się w czasie i w przestrzeni. Jedne dzieją się współcześnie (lata 90. i przełom stuleci), inne sięgają czasów przedwojennych lub zagnieżdżają się w jakimś międzyczasie. Bohaterom przybywa lat: ktoś umiera, zmieniają się życiowe role, pokolenie dzieci dorasta - rówieśnicy Dominiki przekraczają trzydziestkę.


Wałbrzych z Piaskową Górą nadal jest znaczący, ale to już nie "pępek świata". W Babelu nadal pomieszkuje bojąca się wszelakich udziwnień (fiksum dyrdum i fiu bździu) Jadzia, a za sąsiadki ma równie drobnomieszczańskie jak ona - Krysię  Śledź i panią Lepką.

Alternatywnie ważny jest prowincjonalny Kamieńsk, miasteczko, które przed wojną było sztetlem, a choć późniejszy brak żydowskich mieszkańców miejsce to ogołocił, to i tak we wspomnieniach Icka Kaca czy Grażynki pozostanie ono wiecznie młode. Tu mieszkał fotograf (Ludek Borowic), który na zdjęciach rozpoznawał czyhającą śmierć i przeraził się, widząc u schyłku lat 30. niebezpieczną aurę nad głowami większości swych sąsiadów. Tu żyły Ciocie Herbatki, tajemnicze syreny z nocnikiem Napoleona.

Ważnym przystankiem okaże się niemieckie gospodarstwo pod Monachium, w którym Hans niepokoi się, że jego polska żona (tak! Grażynka Rozpuch, ta, która uwiodła chyba już cały męski świat) potrafi być szczęśliwa z nim i bez niego, jednakowo.


Ważny jest Nowy Jork, z którego wywodzi się Sara, potomkini hotentockiej Wenus (jaśniej: czarnoskóra, żółtowłosa, afrykańsko obfita dziewczyna, która podąża śladami swej ulubionej opowieści o XIX-wiecznej piękności [dziwolągu?], co to Napoleona zadziwiła i na kryształowym żyrandolu się huśtała). Miasto, w którym mieszka i Icek Kac, i żyjąca przeszłością i książkami Eulalia Barron.

Istotny jest Londyn, gdzie Dominika robi karierę fotografki i spotyka starą Greczynkę Apostoleę.

I cudnie niezwykła (a zarazem matriarchalnie dziwna) jest grecka wyspa Karpathos.


W porównaniu z "Piaskową Górą" świat się powiększył.

Silniej odsłania się przeszłość. Rozszerza się przestrzeń. Przybywa bohaterów, z których każdy niesie własną opowieść, a zarazem przynależy do opowieści głównej.


Niektóre sploty losów wydają się niezwykłe, ale są zdecydowanie z realistycznego porządku.

Można przecież w dalekim świecie wynająć pokój u kobiety, która zna naszego przyjaciela z dzieciństwa. Można wysłuchać opowieści, w której mignie na moment (nierozpoznana) postać z własnej biografii lub rodzinnego albumu.

Nie mogę oddać tego fenomenu w opisie, bo delikatnie przeplatane nitki zamieniłyby się w grube nici i wzbudziły podejrzenia. Tymczasem świat obu powieści Bator ma jakąś swoją podszewkę, która prześwituje przez ażurowy wzór. Z przyjemnością natrafiałam na takie przebłyski.


Realizm... a jeśli zdarza się fragment odrealniony, to od biedy można by rzec: realizm magiczny. Ale lepiej - idąc tropem autorki (wywiad): tekst nocny.

"[Ernest Sabato] wyróżnia 'tekst dzienny' i 'tekst nocny'. Tekst dzienny to wszystko to, co dzieje się na poziomie moich świadomych intencji, kiedy konstruuję bohaterów, zastanawiam się, co robią i dlaczego. Tekst nocny zaś to nieświadomość, to, co 'się pisze' i co może sprawić, że sama siebie zaskoczę - przyjemnie lub nie. Tekst nocny to ten, w którym można spotkać (...) Ciocie Herbatki przemienione w syreny".*


Co porządkuje świat "Chmurdalii"?


Po pierwsze: motyw podróży wzorowany na "Odysei" Homera (którą niektórzy z bohaterów czytają a wydarzenia parafrazują) i nierozłączny z nim problem inności. Bycia wśród innych i bycia odmieńcem.


Po drugie: motyw nocnika Napoleona, arcycennej pamiątki, która przechodzi z rąk do rąk niczym kłębek włóczki scalający tylko pozornie odrębne elementy.


Po trzecie: Dominika-Odyska (określenie autorki, użyte w wywiadzie). Tylko ona może łączyć ze sobą historie wałbrzyskie z nowojorskimi, londyńskimi, z historiami, które powierzają jej ludzie w opowieściach lub które utrwala swym wyczulonym okiem na fotografiach.


Czytałam wywiad z autorką, który odsłania rodowód niektórych postaci. Dominika jest ukształtowana z osobistych doświadczeń Joanny Bator. Rzecz jasna nie chodzi tu o wydarzenia fabularne. Raczej o sposób istnienia, nomadyczną osobowość, miejsca, które ją naznaczają. Bator z autopsji zna Piaskową Górę i Londyn, Nowy Jork, i Kamieńsk... miejsca przefiltrowane przez doświadczenia pisarki.

"Moim sposobem zamieszkiwania świata jest bycie w drodze". "Mam tożsamość podróżną - tak w ogóle widzę tożsamość współczesnego człowieka".


Po czwarte (jest i po piąte, szóste, siódme..., pominę, bo to już smaki indywidualne): postać Grażynki i Jadzi.

Z powodów fabularnych - obie pojawiają się często i funkcjonują albo jak katalizator wydarzeń (Grażynka) albo jak przekaźnik plotek i opowieści (Jadzia).


Obie są archetypiczne: Grażynka to kobiecość tajemnicza, uwodząca, wymykająca sie oswojeniu, zmienna..., szczodrze obdarzająca miłością; Jadzia to kobiecość matczyno-ofiarnicza, nadopiekuńcza, narzekająca, zagubiona, więc kurczowo trzymająca się kuchni i zimowych zapraw.


Są znaczące, bo przecież książki Joanny Bator to studium kobiecości, z centralnie umieszczonym motywem więzi między córką a matką. To, co pcha Dominikę do podróży jest po części ucieczką od matki (tylko tak można odnaleźć własną kobiecość), a po części powrotem (bo ucieczka bez zrozumienia i nowej więzi byłaby czymś wiecznie niedojrzałym).


A tak to się objawia w cytatach:


***
"Grażynka dawała dzieciom z siebie tyle, by cieszyły się na jej widok, ale nie tyle, by każdy dar musialy odwijać z ozdobnej bibułki matczynego poświęcenia. Co to znaczy, że ty się poświęcasz, Jadzia? dziwiła się. Nie możesz po prostu Dominiki kochać? (...) i cudem, którego zazdrościła Grażynce niejedna matka, [jej corki] wyrosły na kobiety przekonane, że są tam, gdzie być powinny, że ich ciała i myśli należą do nich".


"Grażynka uważała utratę za tak samo konieczną część życia jak przyjemne niespodzianki. Właściwie to, że szczęście mija, a nie trwa, że ludzie raczej odchodzą, niż zostają (...) i że życie po tym toczy się dalej, że dalej chce się tańczyć, kochać i oblizywać palce poklejone słodkim sokiem, było dla niej oczywiste."


***

"[Dominika] robi zdjęcia i wybiera najlepsze dla matki, ale Jadzię interesują tylko te nieliczne, na których jest Dominika; może wtedy ocenić z bijącym sercem, czy poprawiła się na buzi, czy znów schudła, czy ciepło się ubiera, czy w końcu zapuściła włoski. Bez czapki! martwi się na widok córki ze Statuą Wolności w tle i niespecjalnie interesuje ją symbol Ameryki, skoro właśnie przeczytała w 'Poradniku Domowym', że przez głowę ucieka trzydzieści procent ciepła."



"...robienie przetworów, kiszenie i konserwowanie było dla niej sposobem radzenia sobie z czasem. (...) Jadzia czas kisiła i konserwowała, przesmażała z cukrem, pasteryzowała; zamykała czas hermetycznie w słoikach z napisem ogórki 1991, czarna porzeczka 1992, papryka 1993, buraczki z papryką 1994, truskawki w miodzie 1995, kapusta z kminkiem 1996. (...) Jadzia Chmura w pokorze przyjmowała fakt, iż czas poddany konserwacji jednak ulega zmianie, tak jak truskawka z kompotu różni się od surowej, ale to cena, jaką trzeba zapłacić za możliwość zachowania przeszłości w słoikach. Lepsza taka niż żadna!"


Jadzia - choć nie chcę się z nią utożsamiać, przeraża mnie - jest genialna. Kwintesencja przeciętności, ograniczeń mentalnych, sprowadzania wszystkiego do płaskiego wymiaru rzeczy znanych i uporządkowanych według wzoru. Wydaje się niezmienna, a jednak i w niej trwa wędrówka, która ją otworzy, zmusi do kilku życiowych wolt i zbliży z córką.


Niezręczność pisania o tej książce polega na tym, że "Chmurdalia" jest nie tylko wielowątkowa (wystarczyłoby wskazać nici, które te wątki zszywają) i wielowarstwowa (trudniej, trzeba by warstwy zdiagnozować i ponazywać, uchwycić główne problemy). "Chmurdalia" jest ponadto wielokontekstowa, archetypiczna jakaś, otwarta... Wszystko jeszcze zdarzyć się może... Kto wie, jaki układ chmur się przytrafi i czy deszcz wielki z nich będzie, czy raczej przebije się słońce?


* "Gazeta Wyborcza", 7.06.2010 ("Odyska" - rozmowę z Joanną Bator przeprowadziła Agata Michalak)

środa, 10 listopada 2010

Joanna Bator, Piaskowa Góra, Wydawnictwo W.A.B. 2009


Czas najwyższy już był.

Otworzyć książkę i dać się wessać. Bo jak inaczej - od pierwszego fiksum-dyrdum, od początku Jadzinego monologu, głosu przysadzistej agrestookiej matki i skontrastowanej z nią córki o naturze latawca, odmieńca, nomada.


Ciekawa okładka. Szklana kula (kolba?) z usypaną górką piasku lub cukru, nad którą krążą czarne ptaki - aż znikną wciągnięte w niebyt, w przeszłość, w przemijanie?

Góra tymczasowa. Jeśli cukier, to złudne sny, którym życie zaprzeczy. Jeśli piasek, to nietrwałość, sypkość, niestabilność.


A całość jest grą z tytułową Piaskową Górą, czyli wałbrzyskim betonowym osiedlem z lat 70., którego jeden z bloków nosi nazwę Babel i stanowi centrum rozgrywających się w powieści wydarzeń.


"Pod spodem Wałbrzycha jest węgiel, na wierzchu piasek i ludzie nawiani tu ze świata na miejsce wypędzonych".


Prolog i epilog rozgrywają się w 2005 roku, ale akcja właściwa przypada na epokę Gierka, a potem czasy nieuchronnych rozczarowań i ciętych perspektyw - lata 70. i 80.


W tym czasie rozwija się i przemija rodzina stworzona przez Jadzię Maślak i Stefana Chmurę.

I choć początek łatwo wskazać (spadła Jadzia ze schodów dworcowych wprost w ramiona górnika Stefana), to ma on swoje pradzieje, bez których liczne sprawy (np. buszmeńskie włosy i czarne oczy ich córki Dominiki) byłyby niejasne.

Odsłony przeszłości opowiedzą o bólu dziewczyny porzuconej przez cyrkowca, smutku kelnera, który na Ziemiach Odzyskanych wspominał zostawioną w rodzinnych stronach młodość, wzruszającą historię wojennej miłości Polki i Żyda, skrywane usynowienia i ucórczenia. Słowem: saga rodzinna z perspektywą na dalsze losy Dominiki, które będą tematem kolejnej powieści Joanny Bator - "Chmurdalii"


O czym?

Opowieść jest barwna, pomimo PRL-owskiej scenerii i realiów, które ujednolicają pragnienia.

Nade wszystko codzienność, powszedniość, zwyczajność, a to znaczy, że przeplata się subtelność z kiczem.

To książka o tym, jak lgniemy do życiowych schematów, jak szukamy w nich sensu, i jak z czasem ubywa nam naiwności, niewiele zyskując na mądrości.


Po pierwsze: być jak wszyscy lub płacić haracz za inność.

Los Ignacego Goldbauma przypieczętowuje irracjonalny antysemityzm. Janek Kos (imię zapożyczone groteskowo z "Czterech pancernych...") nienawidzi Żydów szczerze i z całego serca. Są winni wszystkiemu, co mu w życiu nie wyszło.

Dwaj sympatyczni, eleganncy panowie z Babela muszą pogodzić się ze społecznym ostracyzmem wobec "homoniewiadomo". Gorzej: otrzymają za swą odmienność tragiczną zapłatę.

Nie ma lekko Małgosia Lipka (bo lesbijka), ani Dimitri Angelopoulos (bo Grek), ani Dominika - dziwna i niesłowiańska. Może nawet wyjdzie jej to na dobre?
"...po pewnym czasie Dominika przywykła do przedszkola, mimo iż podczas zabawy w czterech pancernych nigdy nie była ani Marusią, ani Lidką, tylko co najwyżej psem Szarikiem".

"...w środku Dominiki budzi się z drzemki miniaturowa Jadzia [matka], wywija ścierą i powtarza, tyczka grochowa, odmieniec, gąsieniczka, fiksum-dyrdum! Dominika jest pełna takich słów, one zapadły głęboko, wciąż odkładają się jedne na drugich warstwy rodzicielskiej niezdarności, żółci, bólu".


Po drugie: przeglądać się w serialach, gotowych kliszach religijnych, w tym samym guście.

Cała Polska ogląda "Niewolnicę Isaurę" i emocjonuje się złym Leonciem. Kobiety czeszą się a la Isaura, nawet gdy tak jak Jadzia są pulchnymi blondynkami. I wzdychają, że to samo życie, najprawdziwsze...

Katolicyzm bezrefleksyjny, dostępny bez wysiłku, dość teatralny. Pierwsza komunia, zachwyt nad księdzem Adamem (chłopak z gitarą, który religijny repertuar poszerzył o Stachurę i Kaczmarskiego: Wyrwij muuurom zęęęby krat ...). Obrzędy jedno, życie i skrobanki drugie, nie ma sprzeczności. Jadzia po cichu żywi jednak aprobatę dla karkołomnej tezy małej Dominiki, że Czwórca byłaby lepsza od Trójcy - należy dołączyć Maryję. Ją przede wszystkim. "Baba zawsze lepiej babę zrozumie niż ukrzyżowany chłop, i do tego kawaler..." A gdy się zdarzy księżowskie potknięcie, będą to "istne ptaki ciernistych krzewów".


Gust śmieszny przede wszystkim w swej pospolitości, ukształtowany na niemieckich katalogach wysyłkowych i sprowadzony do tego, co dostępne. Ówczesny luksus to "cała meblościanka zaćpana kryształami", a w łazience opakowania po przywiezionych z Enerefu kosmetykach - zachwyt budzi Zielone Jabłuszko i odświeżacz o zapachu leśnym (prawie jak perfumy).


Po trzecie: oczekiwać na lepsze życie... i doznać rozczarowania.

Kobiety śnią o ślubnym kobiercu. Jadzia wiedzie tu prym. Gdy porzuciła mrzonki o ordynacie Michorowskim ("Trędowata") i sobie w roli ołtarzowej, zaczęła obmyślać zaślubiny córki-berbecia z cudzoziemcem, aranżować wystawną ceremonię z wieloletnim wyprzedzeniem.

Sen o ołtarzu: "gdzie dzwony dzwonią na wesele, a welon kryje twarz panny młodej. Gdzie pan młody jest wart wiele, jak wygrana w Wielkiej Grze, i stoi jeszcze nieodpakowany, tak że nie widać, co ma w środku, i można sobie marzyć a marzyć". Oj, można. Ale gwarancji ten towar nie ma żadnej...

Niebawem przyjdzie czas na przewracanie oczyma i "zwijanie ust w kurzą dupkę" - na znak pomyłki życiowej.

Mężczyźni, którym nie ułoży się kariera (a takich jest większość), mogą roić w alkoholowym upojeniu lub obstawiać wygraną w totolotka.


I choć wspominam w drugiej kolejności, to jednak przede wszystkim jest to opowieść o rodzinnych relacjach. O byciu przy sobie zazwyczaj w poczuciu niedostatku miłości lub braku formy, by ją czytelnie przekazać. Szczególnie istotne są więzi między matką a córką. Kobiety w powieści Bator mają w sobie więcej życiowej siły niż mężczyźni (ci umierają, jak nie na wojnie, to zaatakowani przez raka lub dławią się pączkami). Nie są wyjątkowo mądre czy przenikliwe, ale jeśli świat trwa, to dzięki nim.


"Uważaj na błotko, Dziunia"

Siłą tej książki jest język. Prosty, lekki, nieprzezroczysty, pełen charakterystycznych powiedzonek, przylegający do myśli bohaterów. Bo to jest język, którym oni sami opisują swój świat.

Coś, co może dziwić: czterystustronicowa powieść i żadnych wyodrębnionych graficznie dialogów. A jednak słyszy się i rozmowy, i monologi, strzępy miłosnych przekomarzań, kłótni rodzinnych, sąsiedzkich plotek i różnych zasłyszanych fraz. Jest narrator, ale niezwykle często stoi za plecami Stefana Chmury, Jadzi,...wuja Kazimierza, czy choćby Grażynki Rozpuch i ich mentalnością wydziwia, narzeka lub kombinuje.


Oto rozmowa teściowej z synową (Haliny z Jadzią):

"Nie, myślała o Jadzi Halina i na nie o Halinie Jadzia, a gdy rozmawiały, używały kalekich bezosobowych form, wspartych na konstrukcji niepotrzebnych zaprzeczeń. A nie przeszedłby się tak kto do rzeźnika i nie kupił na rosół, wzdychała Halina, buchając dymem, a Jadzia, z chęcią na słodkie powodowaną beznadziejnym stanem ciąży, rzucała w przestrzeń pytanie, nie dałoby się tak zagnieść ciasta na pierogi z jagodami? (...)

Jedna drugiej patrzyła na ręce, by czerpać satysfakcję z faktu, że ta druga robi wszystko nie tak, i wzdychała Jadzia, a nie mogłoby się mamusi mocniej wyżymać, a mamusia, tak nagle obdarzona przez syna córką, pytała, a nie uczyli tam nikogo, że się ziemniaki cieniej obiera?"


Ulubieńcy

Mam takie bezdyskujne faworytki z trzeciego planu.

Młynarzowa Jadwiga Strąk - babcia Jadzi, prababka Dominiki, zmarła podczas wojny, więc na wydarzenia powieściowe bezpośrednio nie wpływa.

Słynęła Jadwiga z kompilowanych przysłów i powiedzonek o jej tylko znanym sensie. Niektóre głęboko wryją się w rodzinną pamięć, jak sakramentalne zdanie Zofii: "Co komu pisane, temu w wodę kamień". (Co się ma zdarzyć, to się zdarzy, ale na pewno będzie dobrze).

Kilka zdań dla posmakowania: "Leniwemu chłopu i Salomon nie naleje"; "Pamiętaj, oliwa sprawiedliwa jak topielica wypływa"; "Diabeł tylko patrzy, żeby cię ogonem nakryć i pisz pan mogiła".


Roześmiana i życiodajna przyjaciółka Haliny - Grażynka Rozpuch.

Mieszkała na Szczawinku i opinię miała (zasłużenie) kobiety lekkiej. Jeden z nieznośnych dzieciaków sąsiadów "namazał jej smołą kurwa na drzwiach, tam gdzie porządni ludzie mają K+M+B, ta zamiast zmazać, żeby można było znów napisać kurwa, dopisała pod spodem i to farbą różową olejną: o złotym sercu. Kary na taką nie było". Dobroć wcielona. Przygarniała męskie tałatajstwo (za pończochy lub czekoladki), dawała więcej niż byli w stanie wziąć i aż rozlewało się od nadmiaru uczuć. Pobili ją raz opiekunowie zawodowych panien i to ją oburzyło: "...co za pomyłka, przecież ona, i czy tego nie widać na pierwszy rzut oka, szuka miłości. Może się takiemu mężczyźnie nie przelewać, ona weźmie nawet miłość pustą jak bańka do mleka i napełni sobą po brzegi".


Była Grażynka kobiecością wcieloną (kwadraturą koła, wcieleniem ideału z wiersza Szymborskiej "Portret kobiecy": "Musi być do wyboru./ Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło./ (...) Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda./ Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,/ własne pieniądze na podróż daleką i długą,/ tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.")

"Nikt nie wiedział, ile naprawdę ma lat. Mężczyźni, którzy lubili młode, dawali jej dwadzieścia, a ci, którzy woleli dojrzalsze, trzydzieści parę..."


Jej zaprzeczeniem jest kostyczna i antypatyczna magister Helena Demon, nauczycielka po trosze od wszystkiego, ale od języka polskiego w szczególności.

"Magister Demon uważa, że zasłużyła na więcej niż ma i nie chciałaby, aby ktoś inny dostał to, czego ona nie dostała. Razy, które w nią trafiały, oddaje w klasie i widzi, że ma oko, nawet jeśli było już wielokroć poobijane. Celuje w rękę linijką, w tyłek większą i umie trafić do środka ucznia tak, że idzie mu w pięty".

Póki co po prostu wredna kobieta, ale są jeszcze dalsze odsłony, które wykręcają ją niczym makaron świderki.

"Gdyby prześwietlić magister Demon, zobaczyłoby się w środku dziewczynkę wielkości myszy, o bardzo starej twarzy, zwiniętą jak płód i skamieniałą. W jej snach stoją inne dziewczynki, wszystkie mają szare sukienki z białymi kołnierzami (...) i pokazują postać stojącą w środku kręgu z kartonową tabliczką na szyi Helusia Demon Złodziejka."

Tragikomiczna jest odsłona Mrs.Demon w roli obrończyni poczętego życia, wyśpiewującej piosenki w imieniu zagrożonych dzieciątek.


***

Czas najwyższy już był, by otworzyć "Piaskową Górę" i pozwolić się wessać. Istne fiksum-dyrdum! Rewelacja. Na półce, pod ręką stoi "Chmurdalia".