literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Kategorie: Wszystkie | filmowe | literackie | myślane | wyszperane, znalezione
RSS
piątek, 25 lutego 2011

Trzeba coś postanowić.


Bo był plan, że piszę bloga przez rok, a ten się właśnie wyczerpał.
Hamlet mi depcze po piętach (to be or not to be?).


tamaryszek1

Jak ten czas leci!

 


Jak długie jest życie bloga? Z obserwacji można by sądzić, że byt to efemeryczny.
Chociaż te, które przetrwają smugę cienia, te napędzane wewnętrzną potrzebą niczym perpetum mobile... one, oczywiście, istnieją bez końca... dorastają i odświeżają się każdym wpisem.

 


Więc nie wiem.


 

 

 




Dwie kwestie chciałabym poruszyć.

Pierwsza: skąd się wziął Tamaryszek?



tamaryszek3Z przypadku i z choroby.

Najpierw trafiłam na blogi w instrumentalnym celu, by znaleźć trochę żywego, nieociosanego redakcyjnie języka.


Szybko przekierunkowałam się na blogi tematyczne, a te ujęły mnie swym profesjonalizmem. Niektóre strony wyglądały na świetne autorskie serwisy.


Z tych pierwszych dni pamiętam Tygiel i Chihiro o świecie. Przystań Lektury Lirael (nie zdawałam sobie sprawy, że dwa ostatnie były wówczas w okresie niemowlęcym). Były Lekturki i Poczytalnia.


Do dziś pozostaję im wierna (choć niektóre przechodzą -chwilowe- przerwy w częstotliwości nadawania). A później odkrywaniu nie było końca. Obok profesjonalizmu ważna stała się pasja i klimat.


Był luty, czas przeziębień i gryp. Choroba jest (bywa) niesamowicie twórczym czasem. Zaczęłam więc zacierać ręce i rozglądać się za odpowiednią skórką, czyli blogowym designem.

Wspomógł mnie Minimalistyczny projekt Irytka.


A bezpośrednią inspirację ma Tamaryszek... w nazwie wytwórni filmowej, w której powstawały filmy cenionej przeze mnie Agnes Vardy. Francuska reżyserka bliska mi jest szalenie i w pierwszym poście próbowałam się z tej sympatii wytłumaczyć. Myślę nieśmiało, że cały rok blogowania był wielokrotnym do niej nawiązywaniem. Jeśli nie nominalnie, to z ducha, z umiłowania eseistycznych opowieści, dygresyjności i kociego przemierzania nieasfaltowych dróg. A przede wszystkim z siostrzanej więzi zbieraczej. Jako że Tamaryszek kolekcjonuje opowieści, a Agnes Varda... a jakże, ona to zbiera wszystko.



Druga sprawa, to takie wierzchnie résumé.


Ten wpis jest pięćdziesiąty trzeci.

Komentarzy było prawie pięćset (kilku brakuje...;) )


tamaryszek2

Doświadczenie blogowania to przede wszystkim przygoda i spotkania...wirtualne, ale wbrew wszelkiej ułudzie, która kojarzy się z tą nierzeczywistością...one były bardzo rzeczywiste i zapadające w pamięć.


Blogowanie to mobilizacja i przyglądanie się własnym myślom. Przy jednoczesnym wsłuchiwaniu się w myśli i odczucia innych. Bo istotą tego fenomenu jest współistnienie. Z tego sobie wcześniej nie zdawałam sprawy. Blogosfera to zdecydowanie bardziej "my" niż "ja".

 


Tymczasem, trzymana w kleszczach hamletycznych zastanowień, zaczekam na wiosnę.


Póki co: przyzwyczajenie drugą naturą... ta ciągnie wilka do lasu, a tamaryszka do pisania.

Zwalczać nałogi czy pielęgnować? Kraść chwile realnym rytmom, czy bardziej się im podporządkować? To be or not to be...

Odpowie się samo.


Proszę jeszcze nie likwidować linków, nie skreślać... Matrix Reaktywacja jest opcją niewykluczoną.


Bardzo dziękuję za wszystkie wglądy na tę stronę.

Za komentarze, czyli rozmowę.

Za milczące przytaknięcie, mrugnięcie czy ziewnięcie.:)

Bardzo :)))



Niebawem rozkwitną prawdziwe tamaryszki. Niech no tylko otrzepią się z śniegu i mrozu.

Zawsze choć trochę przyczynią się do tego, by było ładniej. A wtedy wszystko będzie prostsze.


Proszę: a oto tamaryszek jak drzewo! Ten na pewno rósł dłużej niż rok. Ten to ma zdrowie!


tamaryszek4

 

Chwilowo nie chcą mi zaskoczyć linki do blogowych stron wymienionych w tekście. Ale wszystkie są w bocznej kolumnie.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Warszawski Żoliborz - choć zupełnie bez potrzeby pokryty śniegiem - był cichy, spacerowy i nie wiadomo dlaczego wyludniony.


Weekend skrojony na film. Dwunastogodzinne warsztaty w Akademii Filmowej były elementarne, ale klimatyczne. Taki zoom na warsztat operatora i montażysty. Podejrzenia, że montaż jest najfajniejszy, okazały się słuszne. Zabawa przednia i efekt dający wyobrażenie o potędze kompozycji...w filmie...i co tu dużo mówić: we wszystkim. Ten sam materiał mógł zostać użyty do stworzenia opowieści o zróżnicowanych tonacjach nastrojowych i odmiennych przesłaniach. Nie mówiąc już o tym, że efekt końcowy w prostej linii zależał od sprawnego oka i niedrżącej ręki tego, który tnie. Z oddaniem cesarzowi co cesarskie, czyli przypomnieniem, że bez dobrego scenariusza i gry aktorskiej, i zdjęć (im więcej dubli tym większy sezam) i myśli reżysera - montażysta musiałby nalewać z próżnego, czyli bawić się w Salomona, z marnym efektem.


Jednak wisienką na torcie mego dwuipółdniowego pobytu w stolicy były wieczorne spektakle.

Jako że każdy łapie okazję, więc i ja.

Kina w Poznaniu stoją na mocnym gruncie, a takie metro czy "bezlik" ofert teatralnych to dla mnie atrakcja. Niczym dla dzieciaka wiatraczek z odpustu. Podobało mi się już z samej definicji. Poza tym: wisienki naprawdę pierwszego sortu.


Teatr Na Woli

Nasza klasa. Historia w XIV lekcjach

(spektakl wyreżyserowany przez Ondreja Spišáka)


Znam "Sąsiadów" Jana Tomasza Grossa, nie znam "Naszej klasy" Tadeusza Słobodzianka. Słowem: przeżyłam już dreszcz przerażenia, gdy poznawałam historię Jedwabnego. Banalność zła, które rozegrało się w sztetlu, gdzie ci, których poniosły (co?: uprzedzenia, chciwość, głupota...?) złe emocje wymierzyli śmierć tym, z którymi od lat dzielili życie.

Szkolna polsko-żydowska klasa jest świetnym spectrum. Siedzą w ławkach obok siebie, potem stają vis a vis jak ludzie z odległych galaktyk.


Artystyczna obróbka Słobodzianka, nagrodzona tegoroczną Nike, budzi różne nastroje. Nie zadeklaruję niczego w sprawie tekstu - oglądałam spektakl. Aktorzy ucieleśnili mi postaci, wprowadzili też -podejrzewam, że silniejszą niż w tekście- umowność.

Już choćby to, że są sobą, w tym samym stroju i postawie, zarówno gdy recytują wierszyki z elementarza, jak i w momentach próby, czy u kresu, gdy wszyscy mają to samo poczucie zmarnownia życia. Spartaczenia marzeń.



Historia polsko-żydowskiego miasteczka... Od lat trzydziestych (może wcześniej, bo piosenka o ćwierkających w drodze do szkoły wróbelkach sięga lat wczesnoszkolnych), poprzez czas porewolucyjnych sympatii żydowskich z ideami komunizmu, po okupację, stalinizm...aż do pontyfikatu polskiego papieża.


Nic dziwnego, że oprócz (z)grozy wojennej (mord całopalenia w kościele, potajemne zbrodnie, jawne upokorzenia i bezkarne gwałty) pojawia się kilkakrotna zamiana ról.

To mi się podobało, bo odbierało postaciom jednoznaczność.


Menachem raz był zaszczutym, ukrywającym się Żydem, to znów oficerem UB przesłuchującym dawnych oprawców; kochankiem Zochy, która dla niego ryzykowała życie (jako Polka ukrywająca go w stodole) to znów łajdakiem, który ją rzuca i w Izraelu chce ułożyć sobie życie od nowa. Ale od nowa nie można - żeby było jasne: naznaczenie nie znika.


Zygmunt jest antysemitą. Prostackim w swym myśleniu i cynicznie przebiegłym w działaniu. Ojca się wyprze, na kolegę z klasy zorganizuje pułapkę, koleżankę Żydówkę zgwałci... , choć inną uratuje. Ale koło fortuny się toczy i po chwili jest ojcem rodziny, bohaterem narodowym - torturowanym w więzieniu ubeckim... towarzyszem...złamanym nieszczęściem ojcem.


Ofiara bywa oprawcą. I tylko im dalej w las, tym mniej miejsca na naiwność.

Naiwny jest Abram, jedyny z klasy, który przeżył swe życie poza Polską, wchodząc w skórę amerykańskiego rabina.


Jest w tym pewien nadmiar. Jakby rozpędzona machina historii (albo wizja reżysera vel autora tekstu) zagalopowała się bez miary. Kartoteka polskich kart. Wszystkie karty są w grze.


Dziwnie korespondowało to z dyskusją, która zrodziła się na filmowych zajęciach - o lokalności polskiego kina, grzęźnięciu w tym, co polskie, nieczytelne dla tych, którzy przyspieszonego kursu polskich traum, kompleksów i szerokich gestów nie przerobili.

W "Naszej klasie" jest właśnie takie zagęszczenie historycznych kodów. Oglądałam bez znużenia, ale było w tym pomyśle coś niczym wyciąganie chustek z cylindra magika. Każda kolejna zmienia barwy dotychczasowej konstelacji. No i wyciąganie trwa bez końca...


Chwyt, który mi się podobał: piosenki z elementarza, wierszowanki, banalne recytacje, wygłaszane infantylną intonacją przez wszystkich naraz. Na początku tworzyło to po prostu aurę szkoły. Potem brzmiało zaskakująco, teatralnie... Ale to świetny pomysł! Takie banalne frazesy o Koperniku, co ruszył ziemię, wstrzymał słońce, o dobrym Polaku... Składanka prostych klisz, które budują naszą tożsamość. Pełno ich mamy w głowie i one wcale nie są takie dobroduszne, jak się zdaje. Nasze myślenie jest funkcją tych wpakowanych nam do mózgu śmieci.


Oczu nie mogłam oderwać od Zochy (Izabela Dąbrowska) i Racheli przechrzczonej na Mariankę (Anna Gryszkówna). Rewelacyjne postaci i świetne aktorki. Dwa odmienne kobiece losy i dwa style brania się za bary z życiem.


Wisienka druga: na wieczór po dniu pełnym wrażeń, środek relaksujący.

 


Teatr 6 piętro

Zagraj to jeszcze raz, Sam

(spektakl wyreżyserowany przez Eugeniusza Korina, na podstawie sztuki Woody Allena)


Lekko, neurotycznie, ...farsowo. Kuba Wojewódzki jako bohater rodem z Woody Allena - zakompleksiony intelektualista z pretensjamii, nieporadny emocjonalnie, gotowy do szarż, gdy są niepotrzebne i tchórzliwy w najprostszych sytuacjach. Tak, to całkiem niezły Woody Allen (no, taki polski, czyli p r a w i e  Woody). Jest jego była, Nancy (Małgorzata Socha) i zaprzyjaźnione małżeństwo - Dick (Żebrowski) i Linda (Cieślak). Nade wszystko zaś jest postać, która schodzi z ekranu filmowego: Humprey Bogart! Czarny typ uwodziciela, doradca Kuby- ciamarajdy. Przyjemny ten duet. Z reszta: kwintet, ale dialogi Wojwódzkiego i Olbrychskiego, okraszone aluzjami personalnymi, jakoś najlepiej korespondowały z moim nastrojem.


A Casablanka w tle..:)


I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje wyskoki teatralne. Najbliższy skok zakończy się prawdopodobnie w fotelu kinowym.


zagraj to jeszcze raz, Sam


środa, 09 lutego 2011

Czarny łabędź, reż. Darren Aronofsky, USA 2010


Minęło już kilka tygodni odkąd widziałam najnowszy film Darrena Aronofsky`ego. Zniknęło wewnętrzne przynaglenie, by pisać o "Czarnym łabędziu" - ale słowo (zapowiedzi) się rzekło, a kobyłka u płotu (nie zdradzę, kto jest kobyłką). Napiszę o tym, co zapamiętałam najsilniej, o lustrzanych rozwarstwieniach.


Słusznie się mówi, że ostatnimi czasy spektakularne sukcesy odnoszą filmy rozgrywające się w zamkniętym kręgu, bez widowiskowego rozmachu.


"The Social Network" to proces o prawa autorskie dotyczące Facebooka. Rozprawa (uzupełniana głównie retrospekcjami) stanowi kręgosłup opowieści.

"King`s Speech" jest historią usprawniania artykulacji króla Anglii, paraboliczną opowieścią o pokonywaniu barier. Niemal oczekiwany szeroki wachlarz wydarzeń i środowiskowych intryg zwinięty jest do minimum. Perspektywa zawęża się do lekcji u logopedy.


"Czarny łabędź" to rzecz o próbach do premiery baletu Piotra Czajkowskiego. O dorastaniu tancerki do roli primabaleriny i przeobrażaniu własnej osobowości dla potrzeb sztuki. Jest widowiskowy spektakl w finale, ale poprzedza go warsztatowy, skoncentrowany na próbach i uciążliwościach układ wydarzeń.


Warto zobaczyć? Warto. Jest czym nasycić oczy, uszy, emocje i myśli.


To film jednej aktorki, Natalie Portman kreującej postać młodej baletnicy: perfekcjonistki i schizofreniczki zarazem. Pozostałe postacie są jednowymiarowe, aż nazbyt czytelne, ściśle trzymające się roli. W jednej z początkowych scen przydarza się taki epizod: reżyser objaśnia ćwiczącym baletnicom o czym jest "Jezioro łabędzie" (wiem, że widz kinowy może nie wiedzieć, ale żeby tak grubo poprowadzić wtajemniczenie... wydało mi się to przesadą...Streszczać tancerkom tak elementarną klasykę!).


Słyszymy, że pomysł reżyserski prowadzi do obsadzenia dwóch głównych ról tą samą aktorką. Ma ona w sobie odnaleźć materiał na białego i czarnego łabędzia, czyli dobro i zło, rozum i szaleństwo, perfekcję i instynkt.

Teza postawiona jest tak czytelnie, że jej oczywistość potwierdzana każdym kolejnym kadrem zbijała mnie z tropu. Była to przecież teza podwójna: reżysera baletu i reżysera filmu. Aronofsky tym chwytem zapowiada szaleństwo Niny, jej rozdwojenie, niszczący antagonizm wewnętrznych sił.


To, co powyżej, jest po trosze zarzutem. Ale może być również kluczem.

Spróbujmy przymierzyć baletowe libretto do historii Niny. Lustro. Życie przegląda się w sztuce. Może vice versa?


Czarny łabędź. Aronofsky


Nina (Portman) to łabędź biały, Odetta, potrzebująca przebudzenia... Żyje przecież pod kloszem mamusinej opieki, wśród maskotek nieco wstydliwych nawet dla nastolatki. Nina jest kobietą, która wie, co to dyscyplina, samokontrola, ból uwięzienia. Krępuje ją pietyzm, z jakim podchodzi do rygorów baletu i schłodzona zmysłowość, a także pulsująca w niej podskórnie, wydobywana koncepcją reżysera, choroba.


Czarny łabędź, inspirowany Odylią, to Lily - konkurentka Niny. Lily (Mila Kunis) jest spontaniczna, żywiołowa, energiczna, wyzwolona, niedoskonała, lecz budząca namiętność.


Po części z fabuły libretta wyrasta postać reżysera Leroya (Vincent Cassel), który niczym Książę musi wybierać - i dla sztuki, i dla swej męskiej fascynacji.


Lustra zaczynają wirować. Bo nie tylko o zbieżność temperamentów tu chodzi, nie tylko sztuka przegląda się w zakulisowych intrygach.

Nina jest otoczona zwierciadłami, jak w gabinecie luster, gdzie każde odbicie koncentruje się na jednej szczególnej deformacji. Przygląda się Lily i widzi swój rewers. Obserwuje Beth (Winona Ryder) - schodzącą ze sceny tancerkę (umierającego Łabędzia!) - i może dostrzec nieuchronność zmierzchu kariery. Matka jest lustrem, w którym straszy obraz niespełnienia. Reżyser, w jego oczach jest wszystko to, czym Nina chce się stać. Tak bardzo chciałaby nadążyć za swoim własnym wizerunkiem czy cieniem.


Niny prawdziwej nie ma. Zżera ją autodestrukcja, z której Aronofsky uczynił studium choroby psychicznej. Im silniej szaleństwo (omamy, urojenia, potrzeba okaleczania się) rozbudza się w Ninie, tym więcej w niej Czarnego Łabędzia. Aż po obłędny finał.


Najlepsze sceny filmu to te, w które wprowadzają nas rojenia Niny. Aronofsky nie ujmuje ich w cudzysłów, świat chorych wyobrażeń jest równoprawny z tym, co racjonalne. A przy tym mocno sugestywny.


Lustra w opowieści o baletnicy też zdają się mieć podwójną rolę. Są scenerią prób, bo w nich przeglądają się tancerze. Wiszą w garderobie artystek - Aronofsky pokazuje przestraszoną, upartą, zatraconą twarz Niny właśnie w lustrzanym odbiciu. A są jeszcze odbicia w szybie metra, w lustrze łazienki, gdy Nina obserwuje zadrapania na plecach, z których wyrasta czarne piórko... Lustra grają w tę samą grę. Czasem nie nadążają i wtedy Nina widzi siebie w zupełnie nieadekwatnej pozie. Jakąś drugą siebie.


Pomnożone lęki, dramatyczne napięcie premierowego spektaklu... eksplodują widowiskowym triumfem.

I nadchodzi finał, w którym śmierć przynosi rozbite lustro.

czwartek, 03 lutego 2011

Tonino Guerra

Mówią o nim, że młody. Wierzę.

Metryki, statystyki, rankingi - to przecież informacje dla amatorów tabelek. Ja wolę opowieści, a Tonino Guerra jest ich mistrzem. Znam nieliczne, a wyczarował niemal setkę filmowych scenariuszy.

Raz jeden otrzymał nominację do Oscara (1976) za scenariusz oryginalny do filmu "Amarcord" - to mój ulubiony obraz Felliniego.

Włoskie kino naznaczone opowieściami Guerry to oprócz Felliniego (jeszcze: "Ginger i Fred", "A statek płynie") przede wszystkim MichaelAngelo Antonioni ("Przygoda", "Zaćmienie", "Czerwona pustynia", "Zabriskie Point"i inne), również: Vittorio De Sica, Paolo Taviani, Francesco Rosi i Giuseppe Tornatore.


Ważna była jego przyjaźń z Tarkowskim.

I bardzo szczególna współpraca z Theo Angelopoulosem. Ta interesuje mnie szczególnie ze względu na moje plany, by filmy te wreszcie poznać, do kilku powrócić. Zrobili razem osiem filmów (m.in. "Pejzaż we mgle", "Spojrzenie Odyseusza", "Wieczność i jeden dzień").

Angelopoulos tworzy kino autorskie i sam jest zarazem reżyserem i scenarzystą. Tonino go wspomagał. To będzie odsłona szczególiku tej współpracy, który swą prostotą przypadł mi do serca.


"Zacząłem opowiadać mu o moim projekcie scenariusza Podróży na Cyterę. Słuchał jak dziecko.

Dotarłszy jednak do momentu, kiedy starzec wraca po trydziestu latach wygnania i widzi żonę, która czeka na niego w drzwiach domu, zatrzymałem się. Nie potrafiłem znaleźć pierwszego słowa, pierwszych słów, które wypowiedziałaby do niego kobieta po trzydziestu latach.

Tonino wstał z nagłym błyskiem w oczach.

- Jadłeś?

- Co takiego?
Nie rozumiałem. Tonino uśmiechnął się.

- Jadłeś? - powtórzył. - O to zapytał mnie ojciec, kiedy wróciłem pieszo z obozów jenieckich w Niemczech w czterdzistym piątym.

- Słowo, którego szukałem." (Theo Angelopoulos)


Krytycy sugerują wpływ Tonina Guerry na znaczące przesunięcie w filmach Angelopoulosa: od historiozoficznej analizy do refleksji egzystencjalnej. Jednostkowy bohater, mniej - trudnych dla obcokrajowca - kontekstów politycznych. To wszystko nie czyni z tych filmów obrazów łatwych, lekkich i przyjemnych, ale wierzę (a priori), że je upraszcza.

 

Kultura włoska, rosyjska, grecka. Z tej międzynarodowej ekspansji czas jednak powrócić do miejsca, skąd wyruszył w świat, do którego wrócił, które uznał za docelowe.

 

Włochy, Romania, wioska Pennabilli.

Mikrokosmos. Stary (choć młody) Tonino Guerra mieszka tu z bratem, wśród sąsiadów -Biny, Pineli, Filomeny (i jej głupiego syna), Pirina od Pszczół, Pidia i innych. Życie płynie wolniej, ciszej, nabrało gęstości - cokolwiek to oznacza, bo pewnie utraciło już niektóre smaki, te burzliwe i pikantne.

Tonino Guerra jest poetą. W Polsce znamy jeden tylko tomik, "Miód". Przetłumaczony z włoskiego, czyli pośrednio, bo językiem oryginału jest dialekt, którym posługują się mieszkańcy tej ziemi. Wydawnictwo rekompensuje to kilkoma cytatami z dialektu i zestawieniem polskich tekstów z ich wersją włoską.

 

Powrót do początku niesie ze sobą odkrycia, które wymagają dojrzałości. Dopóki kogoś gna, by świat podbijać, będzie na nie głuchy. Później głuchniemy na to, co złudnie wabiło nas w młodości. Sięgnę po słowa Jarosława Mikołajewskiego ze wstępu do tomiku - Guerra "wraca do rodzinnej krainy - z miasta, w którym szukał przemiany losu, na wieś, która jest losem niezmiennym".

 

Spaliłem strony z książek, kalendarze,
mapy. Dla mnie Ameryki
już nie ma, Australii jakby nie było,
Chiny są zapachem,
Rosja białą pajęczyną,
zaś Afryka szklanką wody, o której śniłem.   (Pieśń druga)

 

Wiersze - jakie są? Proste. Dla wiecznie zdziwionych brakiem ostrej różnicy między prozą a poezją mogą być kolejnym pretekstem, by o to spytać. Są słowa poetyckie, ale nie wyszukane. Jest liryzm, trochę kruchych uczuć i wrażeń. Czasem odpryski spostrzeżeń, obrazów:

 

Kiedy jesienią
drzewa były nagie,
pewnego wieczoru
nadleciała chmura
wycieńczonych ptaków;
usiadły na gałęziach.
Zdawało się, że to wróciły liście,
żeby pohuśtać się na wietrze.    (Pieśń dwudziesta druga)

 

Nade wszystko te wiersze są opowieściami, są epickie, trochę plotkarskie lub pamiętnikarskie.
Niech dopowie za mnie Italo Calvino:

"U Tonina Guerry wszystko przeobraża się w opowiadanie i w poezję: w słowie mówionym, pisanym, czy też w sekwencjach filmowych, w prozie czy w wersach, po włosku czy w dialekcie. W każdym jego wierszu jest opowiadanie; w każdym opowiadaniu poezja."

 

Trzydzieści pięć pieśni. W jednej bracia obserwują przez okno burzę, a później smakują wodę ze szklanki, którą napełnila ulewa - "a potem porównaliśmy tę wodę z nieba / z codzienną wodą,/ która nie ma zapachu piorunów". W innej Prin od Pszczół wędruje z ulami po wsiach (tak, trzeba pszczołom dopomóc). Kolejna o ojcu Biny, który wyjechał do Chin i stamtąd pisał listy:

 

raz w roku słał wiadomości, potem nazwane
"listami z Chin". W pierwszym pytał o kozę,
która miała gorączkę w dzień jego wyjazdu,
w drugim opowiadał, że jadł węża; w trzecim
o przyszywającej mu guzik kobiecie,
czwarty był pełen gryzmołów, jakby kura grzebała pazurem
w błocie, aby wiedzieli, że już jest Chińczykiem
i że zapomniał wszystko, nawet słowa.    (Pieśń pierwsza)

 

Gdybym miała wybrać wiersz jeden jedyny dla oddania klimatu tego tomu, wybrałabym Pieśń trzydziestą. Jest o gadaniu. Tonino i jego brat, dwaj tetrycy marudzący na zmieniający się, oczywiście na gorsze, świat. Noc przegadali o zbożu - że kiedyś było takie, "które nie pokładało się podczas wichury", podczas gdy dzisiejsze "wyciągnięte jak głód,/ które niczym dziwka od razu kładzie się na ziemię". I ciąg dalszy:

 

tak w ogóle przygnębiała nas myśl, że świat
jest coraz brzydszy. Jednak pewnego ranka
wyciągnęliśmy z szuflad komody
odświętne ubrania, których nie zakładaliśmy już od dawna.
Moja marynarka i spodnie pasowały także jemu,
jego rzeczy zdawały się szyte na moją miarę.
Nie wiedząc, dokąd idziemy, otworzyliśmy drzwi
i tuż przed nami, na przydrożnej
łące, kwitły wiśnie,
które witały nas w błękicie powietrza.
Wtedy ja i mój brat stanęliśmy
jak wryci na schodku i bez słowa
zdjęliśmy z głów kapelusze.


Chapeau bas! Iga Cembrzyńska w którymś filmie Kondratiuka mówi podobnie: Chcę mieć ładne myśli, to się ładnie ubrałam. :)


To nie jest tomik, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Tu można spotkać Tonina Guerrę. Starszego pana z talentem do opowieści. I oczywiście cały jego mały mikrokosmos.

Ta poezja przypomina mi klimat filmu, który widziałam kilka lat temu. To dokument hiszpańskiej reżyserki Mercedes Alvarez "Niebo obraca się" (El cielo gira). Autorka powraca do wioski, którą opuściła jako mała dziewczynka. Była ostatnim dzieckiem, które przyszło na świat w tym miejscu. Teraz żyją tu wyłącznie starsi ludzie, kilkunastu. I właśnie taka senna, niespieszna, lekko nostalgiczna, ale też humorystyczna aura spowija ten film. I tomik Tonina Guerry również.


 

Tonino Guerra, Miód, Wydawnictwo Anagram. Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, Warszawa 2008.


Żeby uściślić wiek młodego Tonina, podaję rok urodzenia: 1920.

 

A poniżej plakaty kilku filmów, do których pisał scenariusze.

 

Ginger i Fred.Fellini Amarcord. Fellini A statek płynie. Fellini Zabriskie Point. Antonioni Zaćmienie. Antonioni

Wieczność i jeden dzień. Angelopoulos Pejzaż we mgle. Angelopoulos Spojrzenie Odyseusza. Angelopoulos