literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Kategorie: Wszystkie | filmowe | literackie | myślane | wyszperane, znalezione
RSS
niedziela, 28 lutego 2010

Pascal Mercier, Nocny pociąg do Lizbony, Noir Sur Blanc, 2008.


Pierwsze zdanie budzi ciekawość: "Dzień, w którym nic nie miało się odbyć tak samo jak dawniej w życiu Raimunda Gregoriusa, zaczął się tak jak niezliczone inne dni". Ale intensywniejsze obietnice otwierają się dziesięć stron dalej, gdy Gregorius, wiedziony brzmieniem portugalskiego słowa, odnajduje w antykwariacie "Złotnika słów" Amadeu de Prado. Antykwariusz czyta fragment - w miękkim, lecz szumiącym języku portugalskim - tłumaczy i już wiadomo, że za tymi słowami można pójść. Są obietnicą wtajemniczeń. "Jeśli naprawdę jest tak, że możemy przeżyć tylko małą część tego, co się w nas znajduje - co dzieje się z resztą? "

Dwie równoległe obietnice i przygody oferuje powieść Merciera.

 

Pierwsza to odmiana losu Gregoriusa, przemiana, wyzwanie, podróż i nowe widzenie świata (również dosłownie, bo stłuczone okulary w grubych oprawkach zamienia na lekkie, o uregulowanej ostrości). Poza tym - wyrusza z Berna do Lizbony, rejestruje więc odmienioną rzeczywistość. Jedzie śladami Amadeu de Prado, którego melancholijną twarz prezentuje okładka książki. "Złotnik słów" - niczym "książka zbójecka" - z taką precyzją dotyka doznań Gregoriusa, że drążenie tajemnicy staje się oczywistością. Chce wiedzieć o Prado wszystko i dotrzeć do tych, którzy go znali. Spotkania i unoszenie kolejnych zasłon rekonstruują świat, który już minął, który ożywa we wspomnieniach - jest intensywny, tragiczny, wypełniony archetypicznymi relacjami: syn i ojciec (ciężar wiecznego osądu), męska przyjaźń (która trwać miała zawsze), zniewolenie czyjąś wdzięcznością, namiętność, potrzeba akceptacji i wierności sobie, niechciane wybory ("Jedno życie za wiele żyć, tak nie można przecież myśleć. Prawda?").

Tak, ale... "książki zbójeckie" czyta się w młodości, a Gregorius ma 57 lat. Szalone, lecz wiarygodne.
Przeszłość, którą odkreśla pierwsze zdanie powieści, to życie spokojne, przewidywalne, niezmienne od lat. Gregorius jest znawcą i miłośnikiem języków starożytnych, uczy greki, łaciny i hebrajskiego w berneńskim gimnazjum. Kocha świat tekstów. "Zaczęło się od tego, że nagle spojrzał na pochylonych nad zeszytami uczniów, jakby widział ich po raz pierwszy". Pomyślal jak wiele przed nimi, otwarta przyszłość. A jego czas się kurczy, od trzydziestu lat pracuje w szkole (w której wcześniej był uczniem). Oczywiście - lubi to, ale... Po prostu wyszedł w połowie lekcji.

 

Druga obietnica to podążanie za rozmyślaniami Amadeu. Wczytywanie się w ich kolejne fragmenty...

Przygody Gregoriusa w Portugalii są bowiem inkrustowane tekstami - "Złotnik słów", inne zapiski Prado i listy (nigdy niewysłane wyznania). Niezwykłe jest to przywiązanie do słowa. Amadeu był mistrzem - lekarzem, szanującym poezję i marzącym o oczyszczeniu języka portugalskiego, przywroceniu mu siły mowy archetypicznej. Wszyscy, którzy go wspominają niemal cytują jego słowa. Ulegają ich urokowi i sile.

Ojciec Bartolomeu, gdy udostępni tekst przemówienia siedemnastoletniego Amadeu (zakończenie szkoły), sugeruje, że gdyby ktoś z taką maestrią uruchamiał dźwięki, byłby okrzyknięty wirtuozem, geniuszem.

 

(Amadeu de Prado): "Być może jest tak, że chcę na nowo osadzić portugalskie słowa. Zdania, które wówczas by z nich powstawały, nie byłyby wyszukane i zmanierowane ani egzaltowane, dziwaczne czy wysilone. Musiałyby to być archetypowe zdania języka portugalskiego, tworzące jego rdzeń, sprawiające wrażenie, że niezanieczyszczone wytryskają bezpośrednio z przejrzystej, diamentowej istoty tego języka. Słowa musiałyby być bez skazy niczym polerowany marmur i czyste niczym dźwięki partity Bacha, które wszystko, czym nie są, przekształcają w idealną ciszę. (...) byłyby pozbawione przesady i patosu, dokładne i oszczędne, tak że nie można by z nich usunąć ani jednego słowa czy przecinka. W tym byłyby podobne wierszowi, splecione przez złotnika słów."

 

Efekt tego nabożnego stosunku do słów jest dwojaki. Po pierwsze - powieść działa balsamicznie, nie przepuszcza bełkotu, chaosu nieporadnych stękań. Tu wszyscy mówią z prostotą i elegancją. Trochę dlatego, że rekonstruują słowa Amadeu, a trochę dlatego, że po prostu chcą precyzyjnie i wiernie ożywić swe wspomnienia. Po drugie - Mercier zrezygnowal z idiolektów, nie charakteryzuje swych postaci językiem, którym się posługują.

 

Strzępy wyrwanych z konteksu romyślań:

"Z tysięcy doświadczeń, które zbieramy, najwyżej jedno wyrażamy w słowach. Wśród wszystkich niemych doświadczeń kryją się te, które niezauważlnie nadają naszemu życiu formę, barwę i melodię".

 

"Balsam rozczarowania. Rozczarowanie uchodzi za zło. To nieprzemyślany przesąd. Przez co, jeśli nie przez rozczarowanie, mamy odkryć, czego oczekiwaliśmy i na co mieliśmy nadzieję? I w czym, jeśli nie w tym odkryciu, ma się kryć poznanie samego siebie?"

 

"Tak więc strach przed śmiercią można by opisać jako strach, że nie staniemy się tym, kim zamierzaliśmy. (...)
Jasna jak słońce świadomość przemijalności, która ogarnęła Jorge w środku nocy i którą muszę rozbudzać w moich pacjentach, gdy obwieszczam śmiertelną diagnozę, porusza nas tak bardzo, ponieważ, często nieświadomie, dążymy ku pełni i ponieważ każda szczęśliwie przeżyta chwila przedstawia fragment układanki tworzącej ową pełnię. Kiedy zyskujemy pewność, że nigdy nie osiągniemy pełni, wtedy nagle nie wiemy, jak powinniśmy przeżywać nasz czas, bo nie możemy już przeżywać go w nadziei na spełnienie. To właśnie jest przyczyną tego niezwykłego, wstrząsającego doświadczenia, które dotknęło niektórych z moich zmierzających ku śmierci pacjentów - choć ich czas stał się tak krótki, nie wiedzieli, co z nim zrobić."

 

"W intymności jesteśmy spleceni ze sobą, a niewidzialne więzy stanowią kajdany wyzwolenia. Owo splecenie wiąże się z przymusem: wymaga wyłączności. Dzielenie się oznacza zdradę. A jednak lubimy, kochamy i dotykamy nie tylko jednego czlowieka. Co robić? Reżyserować różne odmiany intymności? Pedantycznie księgować tematy, słowa, gesty? O wspólnej wiedzy i tajemnicach? Byłaby to bezgłośnie sącząca się trucizna."

 

Lizbona

Podróż Gregoriusa przypada na luty i marzec 2004 roku. Lizbona jest dość surowa, choć - im dłużej w niej przebywamy, tym więcej słońca. Nakładają się na siebie przestrzenie widziane przez Gregoriusa i te, widziane przed laty przez Amadeu. Obaj doświadczali bezsenności i lubili nocne spacery po mieście. Są miejsca szczególne - fikcyjne, nieprzydatne dla turystów, choć może oddają coś z aury realnego miasta. Ulice, place, kościoły, antykwariaty, opuszczona szkoła, rodzinna rezydencja, przed ktorą rosną rozłożyste cedry i "niebieski dom", gdzie stanął czas.

 

Lizbona sprzed lat jest doświadczana rządami Salazara. [Dyktatura trwała ponad 30 lat (1932-1968), rozbroiła ją dopiero rewolucja goździków w 1974r.]. Portugalia zawdzięcza Salazarowi wejście w europejskie struktury ekonomiczne, ale i konserwatywną politykę ubraną w sztandar chrześcijańskiej nauki społecznej. W rzeczywistości - rodzaj faszyzmu. Idee realizowane są brutalnie, z wykorzystaniem tajnej policji, więziennych tortur i obozów koncentracyjnych dla przeciwników politycznych (najsłynniejszy to Tarrafal - "obóz powolnej śmierci"). To tłumaczy rozdarcie Amadeu - wielbiciela biblijnej poezji i "bezbożnego kapłana" jednocześnie.

 

Echa Camusa

Camus wyczuwalny jest na kilka sposobów. Najbardziej namacalnie w postaci Amadeu de Prado, który jest po trosze dr.Rieux, po trosze Tarrou ("Dżuma").
Lekarz, ateista z filozoficznym temperamentem, wściekły na niesprawiedliwość, robiący to, co nakazuje mu ethos zawodowy - to Rieux.
Zapisujący swe obserwacje, bojący się wewnętrznego "zadżumienia", nienawidzący wszelkich sądów - to Tarrou. [Na marginesie: pasjonat pociągów (A.) i znawca ich rozkładów jazdy (T.)].

Mercier wplata w biografię Amadeu sceny znane z "Dżumy" Camusa. Chłopiec przygląda się rozprawie sądowej, w której rolę sędziego gra jego ojciec. Nie czuje dumy, lecz strach przed osądem i współczucie wobec skazanej. Wydarzenie rzutuje na jego późniejsze relacje z ojcem.

"Święta przyjaźń" Jorge i Amadeu jest repliką przyjaźni Rieux i Tarrou.

 

Po co?

Gregorius porzuca to, co dobrze zna, by odkrywać człowieka, którego słowa obudziły w nim utajone pragnienia. Ostatecznie (dzięki poznaniu różnych relacji) wie o nim więcej niż ludzie, którzy byli z tym człowiekiem związani.

Gdy Jorge pyta go - dlaczego to wszystko tak go interesuje? - odpowie: "-Chciałbym wiedzieć, jak to było być nim". "-Czy można to zrobić? Dowiedzieć się, jak to jest być kimś innym? Nie będąc nim?"...

 

Pytanie dotyka sensu śledzenia różnych opowieści, które nie dotyczą nas bezpośrednio.

Po co? By się w nich przejrzeć.

 

czwartek, 25 lutego 2010

Myślę sobie, że...

Niektóre rośliny mają przypisane - mniej lub bardziej czytelne - wizytówki. Coś na kształt tagu, który wskazuje na to, co jest w nich rdzeniem, kodem charakterologicznym. Ot, spośród tych czytelniejszych: niezapominajka (skromność, pamięć, przyjaźń), orchidea (egzotyka, urok), róża (piękno, duma - bez uprzedzenia;)..., dąb, brzoza, trawa, chryzantema, konwalia...
Można lubić stokrotki, choć przecież jedna drugiej nierówna. Albo nie przepadać za frezjami wcale się nie zastanawiając nad konkretnym okazem. Lubię jarzębiny - w wyobraźni mam rozłożyste drzewo, ukoralowane od późnego lata, przygarniające ptaki zimą, raczej osobne, przyciągające. Ale - jako że lubię - to i jarzębinowa lichotka przydrożna mnie cieszy. To samo prawo zachodzi, gdyby przywołać szafirki, gladiole lub tamaryszka.
A co jest kluczowe w tamaryszku? To, kim (czym) jest.

Tamaryszek - roślina, która rosnąć może wszędzie, nawet na ubogiej glebie jest sobą; na pustyni, w wyschniętych korytach rzek, w ogrodach - jak najbardziej. Wykorzystywany jako osłona przed wiatrem (a pewnie, bo tamaryszek ma charakter!).

Tamarix gallica (tamaryszek francuski), z rodziny tamaryszkowatych, współtworzy rząd goździkowców w obrębie dwuliściennych właściwych.


Tamaryszek lubi literaturę - z wzajemnością.
Zbigniew Herbert w tomiku "Studium przedmiotu" (1961) umieścił wiersz "Tamaryszek"
To wyznanie piewcy spraw wielkich i ważnych, który uświadamia sobie to, co mu dotąd umykało, a jest być może najistotniejsze. Wielkie bitwy, gwar tego świata, bohaterowie i przegrani, wojny, rzezie, zniszczenia - to jedno. Druga rzecz - obecność tamaryszka, zwłaszcza w chwili, gdy inne podpory się rozpraszają, wymagają natężenia, by sobie je choć przypomnieć. Tamaryszek po prostu jest. W zasięgu ręki, blisko, przy ziemi, ale wskazuje na niebo.


Tamaryszek

opowiadałem bitwy
baszty i okręty
bohaterów zarzynanych i zarzynających
a zapomniałem o tym jednym

opowiadałem burzę morską
walenie się murów
zboże płonące
i przewrócone pagórki
a zapomniałem o tamaryszku,


kiedy leży
przebity włócznią
a usta jego rany
domykają się
nie widzi
ani morza
ani miasta
ani przyjaciela
widzi
tuż przy twarzy
tamaryszek

wstępuje
na najwyższą
suchą gałązkę
i omijając
liście brunatne i zielone
stara się
ulecieć w niebo
bez skrzydeł
bez krwi
bez myśli
bez -




Tagi: poezja
11:41, renbor1 , myślane
Link Komentarze (2) »
środa, 24 lutego 2010

Jest taki dom w Paryżu, przy ulicy Daggerre`a...
Pięćdziesiąt lat temu ulica miała prowincjonalny wygląd,dom był ruderą, a po podwórzu błąkały się bezdomne psy. Młoda fotografka wybiera tę przestrzeń. Miejsce staje się domem - rozrastają się drzewa, kwiaty, spacerują koty, dorastają dzieci. Przewija się mnóstwo ludzi, a nazwiska wielu z nich są dziś hasłami w leksykonach. Dom, pracownia, a nawet prywatna firma - Ciné-Tamaris.

Ciné-Tamaris to wytwórnia filmowa, w której powstają filmy Agnès Vardy. Reżyserki, fotografki, instalatorki. Mocne nazwisko francuskiej Nowej Fali. Sławna, a prawie nieznana w Polsce.
W "Plażach Agnès", opowiadając o swoim życiu, portretuje tych, którzy jej towarzyszyli. Znała Jeana-Luca Godarda i François Truffauta, Alaina Resnaisa, Andre Bazina, a z innej "branży" - Georgesa Brassensa i Jima Morrisona. Męskie środowisko filmowców skupione wokół "Cahiers du cinéma" (lata 60.) to byli artyści-kinomaniacy. A ona wyznaje, że do 25 roku życia obejrzała góra 10 filmów (w tym "Królewnę Śnieżkę"). Najważniejszy z tego grona był Jacques Demy - jej mąż - tak, reżyser "Parasolek z Cherbourga", mistrz francuskich musicali. Poświęciła mu trzy swoje filmy (dokumenty - "Świat według Jacquesa Demy" i "Panienki miały 25 lat" oraz fabułę "Kuba z Nantes"). Piękne.
Dokument przeplata się z fabułą często w obrębie jednego filmu. Bo to jest "eseistyka filmowa". Brzmi poważnie - nie całkiem słusznie, więc zacytuję Truffauta: "Agnès Varda bawi się kręcąc swoje filmy, abyśmy my mogli bawić się, oglądając je". A Tadeusz Lubelski określa to tak: "Robić filmy to dla niej - zbierać obrazy; wydzierać je rzeczywistości (do której należy także własne życie wewnętrzne), a następnie układać z nich kompozycje, tak jak komponuje się wiersz, a z łączenia fotografii - wystawę".

Agnes Varda

Nie mam ulubionych pisarzy, reżyserów, aktorów..., choć co rusz coś odkrywam. Może to dlatego, że ukierunkowana jestem na to, co nadejdzie? Co lubiłam - lubię, co odkryłam - ma przecież gdzieś swoje miejsce. "Gdzieś", bo nie dysponuję mapą (o rankingach nie wspomnę). W swoim czasie wraca, przypomina się, niekiedy potrafi zawrócić w głowie jak za pierwszym razem. I to jest dopiero bingo! Nowe a znane, znane a świeże! Casus: Varda.
Pierwsze spotkanie - festiwal Era Nowe Horyzonty, Wroclaw 2006, retrospektywa jej filmów. Obejrzałam tylko 10 z okolo 30., bo za późno zorientowałam się, co to za perła.
Drugie spotkanie - książka, zbiór naukowych szkiców analizujących poszczególne obrazy. Rzetelnych, czyli niezabijających tematu, więc choć autorzy uniwersyteccy, to spoza stron (jak zza kadru) i tak słychać było komentarz i dowcip Vardy. Najklarowniej jej głos brzmi w tekście, który sama napisała w formie alfabetycznych haseł. Poza wszystkim innym - dla mnie to szkoła pisania o sobie: lekko, z dystansem, tak by zdarzenia miały swą treść - zwykłą, przewrotną, ważną i ulotną zarazem. Bezpruderyjnie i elegancko.
Trzecie spotkanie - ENH, Wrocław 2009 (i miesiąc temu podczas ENH Tourne), najnowszy, autobiograficzny film "Plaże Agnès". (AV): "Kiedy patrzysz w głąb ludzi, widzisz krajobrazy, gdy patrzysz w głąb mnie, ujrzysz plaże". Były też spotkania - prawie osobiste - podczas konferencji i po seansie. Siedziałam sobie cichutko, żadnych pytań i z jedną myślą w głowie: ja bym chciała być taką małą, rezolutną osiemdziesięciolatką... I odlecieć na miotle...:) Gdy film się kończy, już chyba pojawiają się napisy, psikus - jeszcze jeden epizodzik. Scenka z urodzin, które przydarzyły się podczas realizacji filmu. Odwiedziny przyjaciół. Podobno w żargonie francuskim "lata" to "miotły", więc przynieśli ze sobą 80 mioteł, każda w innym rodzaju :)

Lubię Agnes Vardę!
Oto kilka powodów"
a) za portrety kobiece
Można mówić o feminizmie, ale to słowo nie z mojej półki, więc powiem: kobiecość. Dwa przykłady. Jane Birkin ("Agnès V. o Jane B.") - aktorka (i tak znana głównie z piosenki, którą zaśpiewała z Sergem Gainsbourgiem Je t`aime...moi non plus) - tworząc swój autobiograficzny portret - przebiera się, improwizuje scenki, epizody, anegdotki, czule i przewrotnie bawi się swoim życiem. A wszystko to ujęte w klamrę urodzin: 39. i 40. I co? Nic się nie zmienia (...tylko kremy coraz droższe). Cleo ("Cleo od 5 do 7") - piękna, młoda, kapryśna kobieta, wędrująca ulicami Paryża (dwie godziny jej życia i tyleż filmowego seansu). Zmienia ją lęk. Podejrzewa śmiertelną chorobę i czeka na wyniki badań. Cały czas otoczona jest "rekwizytami kobiecości" (sukienki, adoratorzy, kawiarniane ploteczki), ale im bardziej się od nich odrywa, tym staje się prawdziwsza.
b) za opowieści autobiograficzne
Ona wydaje mi się skarbonką, w której drobiazgi przeżytych historii pobrzękują sobie, budząc apetyt na całość.
c) za komentarze z offu
Sama je czyta i trudno wyobrazić sobie inny głos. Komentarze powstają podczas montażu, który trwa miesiącami. I to one tworzą film, nimi Varda go "pisze".
d) za kinopisanie (cinécriture - kinowy charakter pisma), filmy-eseje
Tu prym daję "Zbieraczom i zbieraczce".
Czego to nie można zbierać! A najciekawiej skrawki, wycinki, fragmenty. Sny, opowieści, przebłyski.

Dlatego mój blog nazywa się tamaryszek (od Ciné-Tamaris), bo też jestem zbieraczką. Zbieraczką opowieści.

Plaże Agnes, reż.Agnès Varda, 2008
Agnès Varda - KINOpisarka, pod red. Tadeusza Lubelskiego, Kraków 2006