literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Kategorie: Wszystkie | filmowe | literackie | myślane | wyszperane, znalezione
RSS
sobota, 29 stycznia 2011

Jak zostać królem (The King`s Speech), reż.Tom Hooper, Wielka Brytania (i USA,i Australia) 2010


Tu, tam i tu też

Filmowo. Inspiracją pośrednią tej notki są oscarowe rankingi, typowania i przetargi, bezpośrednią - wysyp dobrych filmów w styczniowym repertuarze polskich kin.

Wśród nich dwa hiciory. Brzydkie słowo, ale oddaje pewien uciążliwy aspekt pisania o "Czarnym łabędziu" i "Jak zostać królem". Ledwie polszczyzna nastarcza z fleksją: te tytuły są odmieniane, cytowane i przywoływane na każdym kroku. Utrudnia mi to (ale przecież nie uniemożliwia) znalezienie własnego tonu w zapisie kinofilskich wrażeń.


O królu można poczytać na przykład tu, a o łabędziu tam. I oczywiście: tu też.

[zmiana planów: będą dwie odrębne notki]


Jąkała znajduje Pigmaliona


Miał Jerzy V dwóch synów: światowca i jąkałę.

A rządził w czasach, gdy Brytania była światową potęgą kolonialną i 1/4 ludności świata stanowili jego poddani. Królewskie dylematy władzy i prywatności,  splatają się w życiorysach obu potomków monarchy.

Edward, prawowity następca tronu, kocha się w amerykańskiej rozwódce i dla prywatnego szczęścia podejmie decyzję o abdykacji. (Ta postać w filmie ukazana jest dość trzpiotowato - czy pierwowzór mieści się w tej kreacji?)

Albert, domator, co prawda z temperamentu choleryk, ale nieśmiały w starciu z publiką - nikt nie mógł bardziej niż on nie pragnąć korony. Jąkała. W czasach rozkwitu radia, czyli -jak to określa stary król: gdy królowie stają się aktorami- postawiony przed bezwzględnym ultimatum. Jeśli ma przejąć koronę, musi nauczyć się przemawiać. To kwestia honoru i prestiżu rodziny królewskiej.



Opowieść Toma Hoopera ujęta jest klamrą przemówień.

Pierwsze jest katastrofą, drugie - wielkim triumfem.

Gdy Książę Yorku, Albert, zamyka przemówieniem zawody jeździeckie, rzesze zgromadzonych na stadionie, zwielokrotnione przez odbiorców relacji radiowej są świadkami żenującego spektaklu. Każde zająknięcie mikrofon przekształca w czkawkę, a mówca zmienia się w trzepoczącą bez wody rybę. Koszmar.


Drugie przemówienie wygłasza ten sam Bertie, już w majestacie królewskim jako Jerzy VI i w niezwykłych okolicznościach wypowiedzenia wojny Rzeszy Niemieckiej. Słucha go cały naród - przed Pałacem, na ulicach, w pubach, prywatnych domach. Serce rośnie. Jesteśmy dumni (bo czujemy się Brytyjczykami!) z króla i z człowieka, któremu udało się pokonać wewnętrzne przeszkody, który na naszych oczach rozkwitł.


I to właściwie cały film. Historia spójna, bez rozmachu, skupiona na pokonywaniu ograniczeń wymowy, na dorastaniu do roli. Mniej znaczy więcej. Prostota wyrasta ponad majstersztyki zawiłości. I choć to nie jest moje kino - spośród znanej mi piątki z dziesiątki nominowanej w oscarowej kategorii "Najlepszy film" największe wrażenie zrobił na mnie "Do szpiku kości" (Winter`s Bone). I choć film Hoopera jest jak najbardziej mainstreamowy, z kilkoma ewidentnie hollywoodzkimi chwytami... To uznaję, że jest w tym obrazie prawdziwe kino. A nawet prawdziwy teatr.


Zaplatam kciuki za przyznanie statuetki Colinowi Firthowi jako najlepszemu aktorowi pierwszego planu. Ale drugi plan powinien należeć do Geoffreya Rusha - dałabym sobie zapleść uszy, by tak się stało.


Lionel Logue -

genialny hochsztapler, samozwańczy Pigmalion, logopeda-amator,

niespełniony aktor szekspirowski (to klucz do tej postaci!)...przyjaciel króla. To jest postać jak z Szekspira: wierzchnią warstwą jest komizm, podszyty tragizmem (a z pewnością goryczą doświadczeń).


Seans u Lionela przydałby się każdemu z nas. Trzeba by (tak jak król) opuścić własne gniazdko i dotrzeć do zapyziałego gabinetu, gdzie Lionel stawia sprawę jasno: My castle, my rules.

Nawet (przyszła) królowa Elżbieta, gdy przychodzi tu szukać wsparcia, zamiast powitań słyszy beztroskie: chwileczkę, jestem na kibelku. Czego się po kimś takim spodziewać? Wszystkiego.

Sedno terapii to dotarcie do wewnętrznych lęków, kompleksów, zahamowań. Niektóre wynikają z przeżytych traum, ale całkiem sporo z nich produkujemy sami, popadając w przesadnie poważne wyobrażenia o sobie samych.

Oto Bertie (Jerzy VI) ma przebrnąć przez rytuał koronacji albo wygłosić ważną mowę do narodu... A Lionel przekłuwa baloniki majestatu, które go paraliżują. Że oto niezwykłe miejsce (Opactwo Westminster), tron, na którym zasiadali sami wielcy, że wszyscy oczekują, że on powinien, że chciałby zaspokoić i sprostać...


Naprawdę genialne jest to, że Lionel nie jest kabotynem i nie naśmiewa się ze świętości, on im odbiera obezwładniającą moc i przeobraża w wewnętrzną siłę mówcy. Praca nad głosem króla oparta jest na niekonwencjonalnych metodach. Hmmm...i śpiewać trzeba, i przeklinać. Nie są to tylko efektowne sztuczki. Podskoczyłam na fotelu, gdy zobaczyłam manuskrypt mowy królewskiej. Ręcznie naniesione wskazówki jak pajęcza sieć oplatały tekst przemowy. Tu pauza, tu chwila na taki lub inny zabieg, który pozwoli przebrnąć przez kolejny próg.


Jeden moment wprowadził mnie w zwątpienie. Jak to? Sytuacja polityczna jest niezwykle poważna. Inwazja Niemiec na Polskę stała się faktem. Brytania ma zająć stanowisko. Król zapowiada przemowę do narodu. A my się przyglądamy, jak Colin Firth podśpiewuje i przeklina, jak się boi mówić. Znajmy miarę!


Ale mój pancerz rozprysł się na kawałki. Jąkała pokonuje własne ograniczenia. Ale tu nie tylko o to chodzi, że król pokonał strach i swoją słabość. Z każdą chwilą coraz mocniej, piękniej i sensowniej brzmią jego słowa. Ta mowa jest prawdziwa i potrzebna. Dodaje sił tym, którzy na nią czekali. Fenomenalne, że zmaganie z czymś poniekąd wtórnym (jąkanie się) prowadzi do wyzwolenia potencjału, który bez tej walki pozostałby wewnętrznym (i nieuświadomionym) skarbem jednego człowieka.




Dla mnie to film o sztuce mówienia i wyrażania siebie, i o barierach, które warto pokonać, by mówić głosem pewnym i swoim.

O sztuce uzewnętrzniania siebie.


Naprawdę: dopiero druga warstwa przynależy do rodziny królewskiej, do angielskich smaczków.

 

Wspaniałe Westminster! Ulice osnute mgłą. Wnętrza i twarze. A nade wszystko: angielski humor.

 

Wśród 12 nominacji do Oscara, jakie zgarnął King`s Speech jedna adresowana jest do Davida Seidlera za scenariusz oryginalny. Opowieść jest ... przewidywalna i minimalistyczna. Ale jeśli miałabym wskazać potęgę tego scenariusza, to nie byłabym bezradna. Wskazałabym dialogi. Świetne, dowcipne, skrzące się angielskim humorem.

Otóż to: dla dialogów mogłabym obejrzeć ten film powtórnie.

 


 



niedziela, 23 stycznia 2011

Ajami, reż. Scandar Copti & Yarona Shani, Niemcy/Izrael 2009


 

 

 

Konia z rzędem temu, kto potrafi o tym filmie rzeczowo pisać. Tuż po wyjściu z sali pomyślałam, że coś mi umknęło i że natychmiast powinnam raz jeszcze zobaczyć pierwsze dwadzieścia minut, bo tym razem patrzyłabym dużo uważniej.  Może powinnam odczekać aż obrazy same wskoczą na właściwe tory i zazębią się z sobą logicznie... Czuję jednak, że nie zapanuję nad tym filmem. To raczej on rządzi mną.


Pozostało wrażenie misternej kompozycji, gąszczu wydarzeń, szybkiego tempa, kilku pozornie oddzielnych wątków, które splatają się w supeł nie do rozwiązania. Po chwili dołącza podejrzenie, że to jest świat prawdziwy, konflikt, w którym jednostka nie ma szans - bo są zaszłości, uprzedzenia, jakaś plemienna wrogość.


Nieszczęścia, których nikt się nie spodziewał okazują się żałośnie nieuchronne... Przynajmniej tu: w Ajami, dzielnicy Jaffy, w kotle izraelskich żydów, muzułmanów, chrześcijan, którzy nie mogą żyć oddzielnie, a nie potrafią razem.

 

 


Chaos jest immanentną cechą świata Ajami. Film próbuje to uchwycić, ale nim samym rządzą reguły konstrukcji.


Jest preludium. Jeden z kilku fabularnych węzłów. Właściciel restauracji zastrzelił mężczyznę, który domagał się haraczu. Zamordowany okazał się synem mafijnej rodziny, a sprawca  wujkiem Nasri`ego i Omara. Odwet wydaje się nieunikniony. Jak bardzo realna jest to groźba przekonujemy się już w pierwszych minutach, gdy przez pomyłkę ginie sympatyczny chłopak, który dopiero co odkupił od Omara samochód.


Jest pięć rozdziałów.

Kolejni bohaterowie, nowe trudne sytuacje. Ale to wszystko rozgrywa się po sąsiedzku, więc powracają twarze, miejsca, konflikty.

Nitki narracji splatają się w warkocz. Krzyżują się spojrzenia. Widzimy to samo z różnych perspektyw. Śmierć człowieka pozostaje tragedią, ale inaczej widzi ją brat zabójcy, inaczej brat ofiary, córka, ojciec...


Nie podejmuję się odsłony fabuły. Rozplątywałabym to, co nie istnieje inaczej jak w splocie.

Śmierć - ta zaplanowana i całkiem przypadkowa, narkotyki, nielegalna praca, zakazana miłość, przepaść między wyznawcami trzech różnych religii, intrygi i układy między tymi, którzy mają tu wpływy.

Kilkoro bohaterów, których najsilniej zapamiętałam: Dando, Omar-muzułmanin i jego dziewczyna-chrześcijanka, Malek i Binj, Nasri (kilkunastolatek mający dziwne przeczucia, ujawniający się raz po raz jako narrator - to ten z bronią w górnej części plakatu).


Są takie sceny, w których stężenie emocji jest naprawdę niezwykłe.

Dando - żydowski policjant, bardzo zrównoważony, rodzinny. Budzi sympatię, bo oglądamy go w ujęciach z dziećmi (kąpiel córeczki), z żoną, z rodzicami, wobec których jest czuły i dojrzały, gdy trzeba - stanowczy.


Zaginął jego brat (izraelski żołnierz), od kilku tygodni rodzina żyje w ogromnym napięciu, w oczekiwaniu i bólu. Dando zachowuje spokój. Rozmawia z ojcem, który nie może odnaleźć w sobie sił do życia. Jest w rozsypce. Mówi: przepraszam, wiem, że mam jeszcze was dwoje (Dando i jego siostrę), ale dopóki mój syn się nie odnajdzie, jest we mnie tylko śmierć. Dando rzeczowo przywraca go do życia. I dopiero gdy nadchodzi informacja o znalezieniu ciała i konieczność identyfikacji, a następnie wewnętrzna potrzeba, by wpaść na trop winnych tej śmierci....Dando jest wulkanem emocji. Te obrazy mam przed oczyma, zostają w pamięci.


Przyprawą, która dodaje smaku niemal wszystkim filmowym konfrontacjom, jest izraelski "temperament polemiczny". To przekonywanie, czasem groźba, zbijanie argumentów, zaczepność, nieustępliwość, emocjonalność.


Świetnie jest rozegrana scena rozmowy żydowskiego sklepikarza z trzema arabskimi chłopakami. Rozpoczyna się od uścisku dłoni. Mała sąsiedzka sprzeczka na naszych oczach tężeje. Od zdawkowo rzuconych zdań i obruszonych odpowiedzi po apogeum napięcia i wrogość. Mężczyzna ginie zasztyletowany. A w głowie pozostaje rozpędzona karuzela ulicznej dyskusji.


Gdy narrator Nasri dochodzi do głosu, wraz z nim pojawia się uogólnienie i oddech tutejszej ziemi.

Oto nie zdrzemnie się

ani nie zaśnie

Ten, który czuwa nad Izraelem. (Psalm 121)

Policz do trzech... a obudzisz się gdzie indziej.



 


Kilka słów okołofilmowych.


Tandem reżyserski: Copti & Shani to duet arabsko-żydowski. To znaczące.

Projekt filmowy trwał 7 lat. Obejmował 10-miesięczne warsztaty, z których wyłoniono aktorów. To amatorzy, ale "ludzie stąd" - grają profesjonalnie.


Kino akcji, które zadowoli koneserów gatunku. Ale jest to jednak film chropawy, czasami przypominający dokument. Jakże inaczej, skoro sceneria, zdarzenia, postaci inspirowane były realnością, pochodzą z obserwacji.


W opiniach prasowych okrzyknięto ten film następcą Walca z Baszirem Ariego Folmana. Dla mnie - gdybym go jeszcze nie widziała - byłaby to rekomendacja piorunująca. Pojawiają się też zestawienia z Miastem Boga Fernando Meirellesa.


Wśród licznych nagród ważna jest nominacja do Oscara (2010).  W kategorii "Najlepszy film nieanglojęzyczny" rywalizowały ze sobą (oprócz Ajami): Gorzkie mleko, Prorok i Biała wstążka. Ostatecznie statuetkę otrzymał argentyński obraz: Sekret jej oczu.

 

Jaffa, dzielnica Tel Awiwu... to miasto interesująco "wykorzystane" kulturowo. Odsyłam do artykułu "Białe miasto. Od Jaffy do Tel Awiwu" Danuty Rojek w trzecim numerze "Archipelagu" - lub na blog niecodziennik literacki, gdzie sceneria izraelska pojawia się często i niezmiennie ciekawie.


***


Kontrapunkt. Ten chwyt kompozycyjny nie jest czymś nowym. To pomysł równie standardowy jak kompozycja linearna czy ramowa. Ma jednak pewną metafizyczną nadwyżkę, która - inteligentnie wprowadzona - dodaje do opowieści dreszcz dziwnej analogii, pozwala w niej współuczestniczyć, a przynajmniej dostrzegać przenikanie się losów, wzajemną zależność, grę przypadku i przeznaczenia.

 

Ostatnio do granic wytrzymałości wyeksponował tę konstrukcję (zwłaszcza efekt motyla) Jaco Van Dormael w Mr.Nobody.

Po obejrzeniu Ajami, myślałam o mistrzach tego chwytu. Przede wszystkim Kieślowski. Zaraz po nim Alejandro González Iñárritu (Amores Perros, Babel, 21 gramów). Majstersztykiem był film Miasto gniewu (Crash,2004) Paula Higgisa.

Lista bez końca, ale stawiam pytanie o realizacje najprzedniejsze z doskonałych. Co Wy na to?

 

Przez chwilę, przez chwilę gładzić zwięźle spleciony warkocz

kontrapunktu, rozważać cud współistnienia głosów,

z których każdy odbywa w czasie osobną podróż

a w każdym punkcie czasu związuje je inna harmonia.

(S.Barańczak, Kontrapunkt, z tomu "Widokówka z tego świata" 1988)

niedziela, 16 stycznia 2011

Tomasz Mann, Śmierć w Wenecji, [data powstania: 1911]

Śmierć w Wenecji, reż. Luchino Visconti [film z roku 1971]


W eseju Süskinda "O miłości i śmierci" znalazłam aluzję do opowiadania Tomasza Manna Śmierć w Wenecji. Przeczytałam je (ponownie) i obejrzałam (po raz pierwszy) jego filmową adaptację wyreżyserowaną przez Viscontiego.


Klasyka - dzieła obrosłe w interpretacje, osadzone w kulturowych kontekstach, stworzone przez artystów o wielce docenionych nazwiskach.


Zacznę od anegdoty, którą znalazłam w notce na temat savoir vivre`u na blogu Ja, Irena i ja. Porady dotyczą tego, jak kulturalnie rozmawiać, jak być damą. Panie spotykają się na herbatce i wymieniają konwencjonalne uwagi, wśród których pada - nieco ryzykowne - wyznanie jednej z nich, że woli herbatę Pickwicka od Klubu Pickwicka Dickensa. Odpowiedź rozmówczyni: "Klub Pickwicka jest arcydziełem. Radzę przeczytać raz jeszcze." I wracają do herbatek vel pogody.


Coś podobnego odczuwam, czytając Manna. To nie mój pisarz, nie mój bohater, nie moja melodia. Ale... damą będąc, doczytałam do ostatniego słowa.

Film Viscontiego obejrzałam z przyjemnością. I w kilku zdaniach - poprzedzonych spostrzeżeniami ogólnymi - spróbuję wyrazić swe przekonanie o wyższości obrazu nad słowem. W tym konkretnie zestawieniu.



Gustaw Aschenbach to mieszkający w Monachium pięćdziesięciolatek, uznany pisarz, który za swe zasługi otrzymał szlachectwo, a jego dzieła umieszczano w szkolnych wypisach z literatury. Mężczyzna o niezwykłej samodyscyplinie, zrównoważony, o ogromnym poczuciu obowiązku (wobec swego talentu, którego nie wolno mu zaprzepaścić, wobec społeczeństwa, etc...).


Ktoś opisał go tak: "Oto Aschenbach żył od dawna tylko tak - i mówca zacisnął palce lewej ręki w pięść - nigdy tak - i swobodnie zwiesił otwartą rękę z poręczy."

 


Zmęczony monotonią wyjeżdża do Wenecji, zatrzymuje się w jej pobliżu, w hotelu na wyspie Lido.


Obserwuje otaczający go światek kuracjuszy, odwiedza Wenecję, spędza dnie na plaży. Przeżywa udręki wywołane przez sirocco. W centrum jego zainteresowań jest 14-letni Tadzio, przebywający tu ze swą polską rodziną. Aschenbach jest oczarowany jego pięknem, podpatruje go dyskretnie, zna linię jego sylwetki, układ włosów, niuanse zachowań. Jeszcze się do tego nie przyznaje, ale zakochał się po uszy. Tak, wie, że to niewłaściwe. Nie zdradza się z niczym, zresztą - opuszcza Wenecję, uciekając przed niepokojem, który w nim zagościł. Ale ucieczka nieudana - na dworcu źle nadano bagaż, więc wraca i tym razem pozwala sobie wielbić Tadzia.


Tymczasem coś niepokojącego rozgrywa się w samym mieście. Silnie pachnie karbolem, którym dezynfekuje się ulice. Tubylcy, bojąc się strat finansowych, usiłują zataić przed turystami okrutną prawdę: w mieście panuje zaraza. To sceneria dla chorobliwej miłości. Im większe rozprzężenie wywołuje choroba, tym większy chaos w głowie i sercu Aschenbacha. Zachowania już nie dyskretne, lecz graniczące z upokorzeniem i śmiesznością.


Świetny - trzeba Mannowi przyznać - pomysł z wprowadzeniem "fałszywego młodzieńca" na początku opowiadania. Na statku do Wenecji Aschenbach widzi starszego mężczyznę mizdrzącego się do młodych, z makijażem i w stroju, który ma go odmłodzić. W ostatnich scenach główny bohater odgrywa podobną rolę. Chce się podobać - maluje usta, farbuje włosy, wierzy w trywialną prawdę fryzjera, że "mamy tyle lat, do ilu poczuwa się nasz duch...".


Nieszczęśliwa historia. Zakończy ją śmierć, w Wenecji.


Visconti sięga po prozę Manna z czcią i fascynacją. Nie ma więc powodu, by film przeciwstawiać literackiemu pierwowzorowi. W tekst Manna wpisane są już konteksty i pytania, które reżyser podejmuje. Z tym, że w filmie jest więcej warstw, bardziej oczywista jest jego intertekstualność (do Śmierci w Wenecji trzeba by dodać Doktora Faustusa Manna, biografię i muzykę Gustawa Mahlera - choćby to).


Historię starzejącego się artysty zauroczonego młodością i pięknem opowiedział 36-letni pisarz i 65-letni reżyser. Zaznaczam, choć nie śmiem twierdzić, że to mogłoby dać którejś z wersji przewagę.

 

 


Visconti czyni Aschenbacha muzykiem.

I wplata retrospekcje, w których słyszymy jego spór z przyjacielem na temat istoty sztuki i piękna. Aschenbach całe życie odrzucał zmysły, szukał doskonałości i tego, co duchowe. Protestuje wobec sugestii, że sztuka bądź artysta mogą być dwuznaczni moralnie. To, co mu się przydarza, przeczy więc wszystkiemu, w co wierzył. Odkrył nową prawdę, czy tylko sprzeniewierzył się samemu sobie?


W opowiadaniu Manna bohater rozmawia sam ze sobą i z tekstem Platona (Sokrates wyjaśnia naturę piękna i artysty Fajdrosowi).

Muzyka filmowa (dużo Mahlera) dopowiada portret Aschenbacha-artysty. O naturze sztuki słowa nigdy nie dowiedzielibyśmy się równie wiele.

A skoro portet...


Rola główna to kreacja Dirka Bogarda.

Świetna. Dystans, samotność, ostrożność, choroba, obserwacja(!), a zwłaszcza sceny końcowe, gdy paraduje w makijażu, ... gdy czarne strużki potu zabarwionego fryzjerską farbą spływają mu na twarz...


Bardzo lubię scenę na dworcu (rozbudowaną w filmie). Aschenbach postanowił uciec, wycofać się z sytuacji. Pośpiesznie kupuje bilet, może nie zdążyć, jest zdenerwowany i spięty. A tu urzędnik informuje go o pomyłce w przesłaniu jego bagażu. Szczyt irytacji! Jest naprawdę wściekły, wykrzykuje i odgraża się, by po chwili stanowczo stwierdzić, że w takim razie on wraca do hotelu. Złość ustępuje radości! Przecież tego właśnie chciał. Cudnie to Bogard zagrał. Kostyczny Aschenbach nagle się rozluźnia, ma figlarną minę, jak dzieciak.


W dworcowej hali zdarzył się incydent. Zesłabnięcie (śmierć?) wymizerowanego tubylca. Nikt jeszcze nie wie, że to symptom zarazy. Jeden z licznych znaków śmierci i rozkładu, które towarzyszą tej opowieści. Innymi są gondole-łodzie Charona, Wenecja - miasto upadającej świetności, chore, wspomniani już starcy przerażeni swym przemijaniem.


Obrazy filmowe oddają główne zajęcie Aschenbacha. Są obserwacją.

Można o tym pisać, ale lepiej pokazać. Tu wyższość filmu wydaje mi się bezsporna.

Samotny muzyk rzadko wdaje się w rozmowy, częściej rozgląda się, szuka wzrokiem Tadzia, obejmuje spojrzeniem fin de siecle`ową scenerię wytwornego kurortu.


Elegancja, dystyngowane ruchy, towarzyskie przesiadywanie w salonach, na tarasach, na plaży. Stosowne stroje panów - tak, w garniturze nad brzegiem morza. Piękne suknie pań, kapelusze, woalki. To seria malarskich ujęć. Gęstych w treść, mimo że szmer rozmów nie zmierza do rozstrzygnięć fabularnych. Słyszymy polskie dialogi - Tadzio, jego siostry, piękna mama i służba to Polacy.


Mama jest niezwykła. Rozmawia z dziećmi jak z osobami z towarzystwa, nie naruszając image`u damy. Jest zjawiskowa! Sama nie wiem, który kostium podobał mi się bardziej. Różowa (lekko!) powłóczysta, podkreślająca sylwetkę suknia, udekorowana perłami? Nienaganny kostium ecru? Może ta srebrno-szara z przebłyskiem stonowanego różu, zestawiona z cudnym kapeluszem? Magia.


Spojrzenie Tadzia.

Wymiana spojrzeń to kwintesencja znajomości muzyka i chłopca. Jak wygląda ten młody bóg, o którym pisze Mann? Czym jest to piękno, które zniewoliło Aschenbacha?

Fałszywa obsada mogłaby zniszczyć film.

Szczupła sylwetka, delikatność, poetycko-anielska twarz, melancholia przełamywana radością morskich zabaw. Uroda aktora jest tu głównym narzędziem kreacji.

Tadzio Viscontiego jest współuczestnikiem gry, nie tak nieświadomym jak literacki pierwowzór. Rozpoznał spojrzenia Aschenbacha, wyczekuje ich, odpowiada uśmiechem...


Wszystko pochodzi jakby z innego świata. Niuanse, dekadencja, życie sztuką, która nie syci się popkulturą... Bezkresne morze, muzyka... i Wenecja - miasto, które umiera, zatruwa, do którego dociera się i penetruje drogą wodną... zanurzając się w wody Styksu i Lety.



czwartek, 13 stycznia 2011

 

 

Jest taki konkurs. BLOG ROKU

Tamaryszek - opowieści zebrane startuje w kategorii KULTURA, bo tę najbardziej lubi(my).

Można głosować, wysyłając sms na numer 7122.

Treść - jeśli ktoś zechce wesprzeć opowieści - jest następująca: E00112.


Hmmm...  ja, Mistrz Czytania ze Zrozumieniem, uległam iluzji i mrzonce.

Bo mnie się zdawało, że pan Jerzy Stuhr to wszystkie blogi przeczyta. To myślę prostodusznie dalej: miło, bardzo miło, by mi było. Dlatego biorę udział w tym konkursie.

Tymczasem juror gościć będzie na stronach dziesięciu najpopularniejszych blogów. Czyli fatamorgana.


Ani ja nie mam temperamentu zawodnika, ani nie zdaje mi się, bym tworzyła najchętniej czytaną stronę Netu.

Ale hasło Blog Roku koresponduje z tajną (dotąd) ideą założenia tej strony. To ma/miał być blog na rok. Próba wytrwałości i rozruszania klawiatury. Jestem więc poniekąd u siebie.


Dygresja arcyosobista, bo - jak wiadomo - od spraw intymnych tu się roi: natura Tamaryszka nie lubi rankingów.

W życiu, gdy mam świadomość, że ktoś mnie według jakichś kryteriów ocenia, to się nie ścigam, nie obstawiam ogonów, tylko na ogół (i o ile się da) wytyczam sobie jakiś cel postronny.


Wyjaśniam per analogiam:


Najczęściej jest człowiek oceniany w szkole bądź na studiach.

Egzaminy, zakres materiału, skala ocen. Przed tym się nie ucieknie.

Najbliższa była mi wówczas metoda znalezienia sobie celu, którego nikt mi nie unieważni.


Jeśli nie zdążę przeczytać 170 książek, przeczytam 20, ale dokładnie. Nie pojmę wszystkich arkanów łacińskiej gramatyki, nic to - jedną trzecią przerobię perfekcyjnie.

I mało mnie stresowało rozmyślanie, czy trafię na odpowiednie pytania. Jeśli będą z kręgu moich preferencji, to proszę bardzo, proszę spróbować mnie zagiąć! A jeśli będą spoza... no to już nie moja konkurencja, oddaję pole bez żalu.


Gdyby ktoś z Moich Gości i Bywalców zechciał oddać głos na mnie, to byłby to gest miły i w sumie nieszkodliwy.


Bo na pana Jerzego Stuhra (jurora) to i tak nie mogę liczyć.


Dziękuję :)

Pozdrawiam


ren

Tagi: Lubię
00:44, renbor1 , myślane
Link Komentarze (9) »
czwartek, 06 stycznia 2011

Patrick Süskind, O miłości i śmierci, Świat Książki 2009.


Eseje o miłości.

Raz po raz znajduje się śmiałek podejmujący próbę (essai) rozważenia i odsłonięcia jej natury. Zbiera obserwacje, wsłuchuje się w głos artystów, śledzi miłosne opowieści... Analizuje, porządkuje, zestawia z sobą...wnioskuje i dzieli się tym, co wymyśli. Uff.


Czy dzięki temu tajemnica zostaje oswojona? Bynajmniej.

Czy wiemy: jak kochać, kogo i za jaką cenę?

Wiemy...tyle, co na początku: wszystko. I nic.


Sens czytania tego rodzaju rozważań wiąże się raczej z przyjemnością podróży niż z triumfem dotarcia do celu. Cieszy rozpoznawanie w czyichś myślach własnych przypuszczeń, gra motywów i strategia zakrętów. Czasami uroda zdania każe nam wyjąć notes, bo oto ktoś w kilkunastu słowach uchwycił coś, co nam się wymykało.


Süskind rozpoczyna swój tekst od parafrazy św.Augustyna - zrównuje sposób, w jaki doświadczamy czasu, z tym, jak uświadamiamy sobie miłość:


"Jeżeli mnie nikt o to nie pyta, wiem;

gdy zaś chcę wyjaśnić pytającemu, nie wiem."

 


Znane mi eseje o miłości wyszły spod pióra Stendhala ("O miłości") i Ericha Fromma ("O sztuce miłości"). Najświeższa lektura dodaje nazwisko Süskinda ("O miłości i śmierci").


Najwięcej inspiracji życiowych niesie tekst Fromma. Stendhala najmniej pamiętam. A Süskind jest z tej trójki największym prowokatorem.


Miłość niejedno ma imię i niejedną przywdziewa maskę.

Powtórzę więc za Frommem (który powtórzył to za Paracelsusem...), że:


"...kto wyobraża sobie, że wszystkie owoce dojrzewają w tym samym czasie, co poziomki,

nic nie wie o winogronach."

 

 

Mówi Süskind: miłość to choroba, irracjonalny amok.


Przywołuje Sokratesa, który łaskawie nazwał tę chorobę bogactwem i darem - "boskim szaleństwem, które dodaje skrzydeł duszy związanej z ziemskim światem".

Chorobą tęsknoty za boskością, za tym wszystkim, czego nam brak: za pięknem, dobrem, szczęściem, doskonałością.


Szybko jednak zostawiamy platońską krainę idei, by podglądać jak boski obłęd przeistacza się w choróbsko - szerzące się na potęgę, odbierające rozum tak dalece, że chory nie chce się leczyć.


Idziemy szlakiem anomalii. Süskind rozpracowuje trzy "przypadki medyczne", wspierając się zaobserwowanymi sytuacjami.




Mamy więc autyzm gruchających gołąbków: casus zakochanych, którzy gdzie by nie byli, świata poza sobą nie widzą, z jednego talerza jedzą i smutek krzyczy z twarzy, gdy na moment utracą możność patrzenia sobie w oczy. Zdziwiliby się, gdyby im powiedzieć, że to, co poza nimi, też istnieje.


Mamy agresję erotycznego nienasycenia: casus dwojga - na oko niedopasowanych, ale kto ich tam wie - niemogących zaprzestać wymiany śliny i śluzu (dosłowność Süskinda!). Wszystko, co domaga się od nich respektowania ogólnie przyjętych rytmów i taktu, uznają za złowrogie czepianie się i zazdrość. A wszelkie inne działanie - za stratę czasu. Pozostają przy tym - w odróżnieniu od gołąbków - na płaszczyźnie nade wszystko cielesnej.


Mamy wreszcie - kalectwo jednostronnych rojeń. Zilustrowane sytuacją zaczerpniętą z życia niemieckiego pisarza (wszystko mi sugeruje, że chodzi o Tomasza Manna).

 

Starzejący się pisarz (75 lat) utrwala w dziennikach swe zauroczenie Franzlem (19-letni kelner). Budzi się w nim namiętność, której nie oczekiwał (zdaje mu się więc tym cenniejsza). Irracjonalnie przyciąga go każdy gest, słowo, niuans dotyczący chłopca. Nazywa Franzla "poruszycielem" swego stygnącego ciała i duszy.


Aspekt choroby - i to jest ciekawe - tkwi nie w tym, że miłość ma zabarwienie homoerotyczne. (Wspomniany pisarz wiedzie życie szanowanego męża i ojca; Süskind sugeruje, że zamiana Franzla na Franziskę niczego by nie zmieniła.)

Chorobą jest przebywanie w sferze rojeń, przeżywanie uczucia bez konfrontacji z osobą, ku której jest ono skierowane.

Jest w tym coś z masochizmu (miłość-udręka), coś z egoizmu (miłość uruchamia wenę artystyczną, paradoksalnie: traktuje adresata uczuć instrumentalnie).

Nie otwiera, nie obdarza, jest statyczna. Stąd chorobliwość i kalectwo.

Czy zmienia coś fakt, że pisarz zainspirowany swym uniesieniem upamiętni Franzla w literaturze? I czy Süskind ma tu na myśli "Śmierć w Wenecji", o ile w ogóle za pierwowzór obrał Tomasza Manna?


Eros & Tanatos


Miłość i Śmierć - zestawienie arcyliterackie (z zapleczem malarskim i muzycznym).

Pozornie niedobrana para. Choćby dlatego - tu powtórzę za Süskindem - że o tej pierwszej mówią wszyscy bez ustanku, wyczekują jej i śnią, druga zaś - jest (coraz bardziej) tematem tabu. Odpychamy nasuwające się wraz z nią skojarzenia i nie bardzo wiemy, co z nią począć, gdy podchodzi zbyt blisko (vide: Szumowska, 33 sceny z życia).


Nie przypomnę sobie, kto to powiedział - myśl jest zapożyczona, lecz zasymilowana.

Miłość pozwala pojąć grozę śmierci.

Śmierć przeraża naprawdę dopiero wtedy, gdy odniesiemy ją do kogoś, kogo kochamy.

Bo kochać, to zaklinać wszystkie moce, by ten, kto dla nas ważny, żył (jak najpełniej), by to, co kochamy, trwało. Bez miłości, śmierć jest atrapą.


Co z tym tematem robi Süskind? Ciekawie i prowokacyjnie sobie poczyna, czego nie zdradzę, bo myśli z eseju wyciągać nie należy.


 

 

Wymienię uruchomione w eseju konteksty. Wspominałam już o "Dialogach" Platona.

Mamy też: "Dzieje Tristana i Izoldy", "Cierpienia młodego Wertera", legendę/biografię romantycznego samobójcy: Kleista, "Annę Kareninę", "Madame Bovary"..., Novalisa i Baudelaire`a.


Nade wszystko sięga Süskind do Orfeusza (z "Przemian" Owidiusza).

Esej "O miłości i śmierci" jest jedną z najpiękniejszych wariacji na temat Orfeusza i Eurydyki, jakie dotąd czytałam. A temat przecież nie nowy (vide: Rilke, Sonety do Orfeusza czy po części autobiograficzny poemat Miłosza z 2002 roku: Orfeusz i Eurydyka).


 


Orfeusz - by miłość odzyskać - udał się do Hadesu i mocą swej gry na lirze zdobył serca Cieni i władców tej krainy. Dostał obietnicę, przyprawioną błahym - jakby się zdawało - warunkiem, by nie obejrzeć się za siebie, póki nie opuszczą Królestwa Śmierci.


Fascynujący Orfeusz...i straszliwie ludzki w swych błędzie. "Historia Orfeusza porusza nas po dziś dzień, bo jest to historia niepowodzenia."


Süskind prowokuje? Tak. Zwłaszcza, gdy przeprowadza analizę poczynań Orfeusza i Jezusa.

Nie trafił Jezus do gustu Süskinda... Jest dla niego bohaterem książki, której szczerze nie lubi. Jedna z analogii dotyczy podejmowanej przez obu próby wskrzeszania zmarłych. Jezus jest (tu sarkastyczne: "oczywiście") zwycięski, Orfeusz popełnia najgłupszy, ale za to człowieczeństwem motywowany błąd.


"Trzy przypadki wskrzeszenia przez Jezusa z Nazaretu, o których donoszą ewangelie, naszym zdaniem

nie mogą się równać z tak wspaniale nieudanym wyczynem Orfeusza z Tracji ani pod względem odwagi, ani siły poetyckiej i mitologicznej."

Język, jakim komentuje poczynania Nazareńczyka, świadczy, że nie jest to dla niego postać emocjonalnie neutralna.


Prowokacje sprawiły mi czytelniczą przyjemność. Nie dlatego, by przekonywały. Raczej ze względu na tak totalną negację ogólnie przyjętych odczytań Ewangelii. Nie zacietrzewiam się, ani nie przyklaskuję, po prostu uśmiecham się na myśl, ile zachwytu włożył Süskind w opowieść o starogreckim micie.


Dla Orfeusza warto przeczytać esej Süskinda i to wielokrotnie.



* Ilustracja pochodzi ze zbiorów Wikipedia Commons i przedstawia dzieło Arno Brekera: Orpheus u. Euridike, 1944.



 


sobota, 01 stycznia 2011

Niemrawy jeszcze i sam siebie niepewien - już jest: ROK 2011.

 

Oczy mruży jak pisklak, skrzydła ma pogniecione, zwinięte, niesforny loczek czy czubek na głowie...

Co z niego wyrośnie?

Oby coś sensownego, o czym warto będzie pamiętać, do czego chętnie powróci się po latach.


Życzenia to rzecz niezmiernie indywidualna, szyta na miarę, z przymiarkami.

Jeśli więc chcę podzielić się słowem z każdym, kto czasami poczytuje Tamaryszka, rozdzielę życzenia według trzech standardowych rozmiarów. Proszę się poczęstować, wybrać według potrzeb :)

 

 

ŻYCZENIA NOWOROCZNE (w trzech rozmiarach)


"S" - dla pesymistów - ostrożnych - minimalistów:


Cóż...

niechby udało się nie wpadać w dołki,

niech życie oszczędzi nam doświadczeń gorzkich i trujących,

niechaj co cenne - rozkwita, a co upragnione - nie zamienia się w fatamorganę,

życzliwych ludzi wokół.

Do siego roku! [1]

 

 

 

"M" - dla zwolenników mantry: na dwoje babka wróżyła - rozważnych - realistów:


Hmm...

mądrych planów i wytrwałości: sprawnej busoli,

przyjaźni wiernych - o mocnych korzeniach i rozgałęzionej koronie...jak drzewo!,

miłości w sercu (mimo wszystko, bez względu na wszystko, bo to jest właśnie to "wszystko"),

zdrowia

a poza tym:

niech terminy, które nas gonią, nie uwierają,

a szefowie (klienci, pacjenci, uczniowie czy usługobiorcy...) niech będą

cierpliwi jakby pijali rumianek:)

Pomyślności!

 

 

"L" (w porywach XXXL) - dla optymistów - marzycieli - entuzjastów:


Och!

Dlaczego nie?!

To będzie Rok na miarę pragnień!

Szczęścia! - do ludzi, do liczb (Lotto!), do okoliczności.

Szerokiej Drogi i Cudnych Podróży!

Jeśli trzeba - niech nadejdą wyczekiwane zmiany.

Miłość? a jakże!

Ciepła, czułości i bliskości... w dawkach miary XXXL.

Smuteczków... tyle, co w naparstku krasnoludka.

Spełnienia choćby pięciu z Siedmiu Życzeń

(zawczasu: spisać na kartce).

I niech się marzy, niech się śni, niech się to przeistacza w rzeczywistość.

Hej!

 

 

 

[1] O etymologii i pisownii tego wyrażenia można przeczytać TU .

15:21, renbor1
Link Komentarze (9) »