literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Kategorie: Wszystkie | filmowe | literackie | myślane | wyszperane, znalezione
RSS
czwartek, 24 marca 2011

Każdy przecież początek
to tylko ciąg dalszy,
a księga zdarzeń
zawsze otwarta w połowie.
(W. Szymborska, Miłość od pierwszego wejrzenia)



Może więc nie ma sensu używać zbyt kategorycznych słów? Póki co, póki gramy w zielone.
Koniec może oznaczać zaledwie przeprowadzkę.
Choć zdaje mi się, że nie tak łatwo jest przenieść WSZYSTKO w inne miejsce.
Byłoby miło, gdyby wraz ze mną, powędrowali moi Goście. By im się chciało zajrzeć, zaglądać, a nawet przesiadywać pod adresem WordPressu.


Tymczasem wiatr hula po kątach i ledwie pojedyncza notka nieśmiało zakiełkowała. I to tak, że łatwo przydepnąć. Ale jeśli mi przejdzie smęcenie, jeśli tylko otrzepię się z kurzu (kurz na przednówku? raczej błoto!), to może zabłysnę. Nie będzie to od razu lśnienie diamentu, raczej połysk przetartego jabłuszka lub szkiełka, które świeci, gdy mu się dopomoże ustawieniem. Ale zawsze! Się postaram, z akcentem na samoistność tego "się".

Mój nowy adres:

tamaryszkowe pre-teksty


Coś się należy bloksowemu tamaryszkowi, więc zostawiłam opowieści, choć w pierwszej chwili jak golas się bez nich poczułam.


Będą pre-teksty. Z tego względu, że każda notka ma swój pretekst, większy-mniejszy. Tamaryszek pretekstów będzie szukał tam, gdzie dotąd: w kinie, wśród półek...i może zacznie się odrobinę rozglądać wokół siebie. Zwyczajne jest, że i w głąb siebie zagląda, ale się nie wynurza nadmiernie, poczytując sobie wewnętrzne hieroglify za szyfr, wymagający kursu wnikliwej translatorki. Póki co, kunszt przekładu jest niezadowalający.


Pre-teksty to teksty w stanie lekko niedogotowanym, ale -mam nadzieję- już zjadliwym. Może nawet, dzięki niedoróbkom niezaprogramowanym, mniej szczelny, więc czasem coś w szczelinach niechcąco zakwitnie?


Liczę na to, że skonfigurowałam nowy punkt nadawczy wystarczająco poprawnie (choć skórka nie leży idealnie). Gdyby zacinało się coś, byłoby to niemiłe, jednak tymczasowe zgrzytnięcie.


Wracam więc do meritum. Ciąg dalszy. Póki co. Póki w zielone gramy.

Grasz w zielone? Gram!

Zapraszam:)

ren


Tagi: blogi
15:32, renbor1
Link Komentarze (6) »
piątek, 25 lutego 2011

Trzeba coś postanowić.


Bo był plan, że piszę bloga przez rok, a ten się właśnie wyczerpał.
Hamlet mi depcze po piętach (to be or not to be?).


tamaryszek1

Jak ten czas leci!

 


Jak długie jest życie bloga? Z obserwacji można by sądzić, że byt to efemeryczny.
Chociaż te, które przetrwają smugę cienia, te napędzane wewnętrzną potrzebą niczym perpetum mobile... one, oczywiście, istnieją bez końca... dorastają i odświeżają się każdym wpisem.

 


Więc nie wiem.


 

 

 




Dwie kwestie chciałabym poruszyć.

Pierwsza: skąd się wziął Tamaryszek?



tamaryszek3Z przypadku i z choroby.

Najpierw trafiłam na blogi w instrumentalnym celu, by znaleźć trochę żywego, nieociosanego redakcyjnie języka.


Szybko przekierunkowałam się na blogi tematyczne, a te ujęły mnie swym profesjonalizmem. Niektóre strony wyglądały na świetne autorskie serwisy.


Z tych pierwszych dni pamiętam Tygiel i Chihiro o świecie. Przystań Lektury Lirael (nie zdawałam sobie sprawy, że dwa ostatnie były wówczas w okresie niemowlęcym). Były Lekturki i Poczytalnia.


Do dziś pozostaję im wierna (choć niektóre przechodzą -chwilowe- przerwy w częstotliwości nadawania). A później odkrywaniu nie było końca. Obok profesjonalizmu ważna stała się pasja i klimat.


Był luty, czas przeziębień i gryp. Choroba jest (bywa) niesamowicie twórczym czasem. Zaczęłam więc zacierać ręce i rozglądać się za odpowiednią skórką, czyli blogowym designem.

Wspomógł mnie Minimalistyczny projekt Irytka.


A bezpośrednią inspirację ma Tamaryszek... w nazwie wytwórni filmowej, w której powstawały filmy cenionej przeze mnie Agnes Vardy. Francuska reżyserka bliska mi jest szalenie i w pierwszym poście próbowałam się z tej sympatii wytłumaczyć. Myślę nieśmiało, że cały rok blogowania był wielokrotnym do niej nawiązywaniem. Jeśli nie nominalnie, to z ducha, z umiłowania eseistycznych opowieści, dygresyjności i kociego przemierzania nieasfaltowych dróg. A przede wszystkim z siostrzanej więzi zbieraczej. Jako że Tamaryszek kolekcjonuje opowieści, a Agnes Varda... a jakże, ona to zbiera wszystko.



Druga sprawa, to takie wierzchnie résumé.


Ten wpis jest pięćdziesiąty trzeci.

Komentarzy było prawie pięćset (kilku brakuje...;) )


tamaryszek2

Doświadczenie blogowania to przede wszystkim przygoda i spotkania...wirtualne, ale wbrew wszelkiej ułudzie, która kojarzy się z tą nierzeczywistością...one były bardzo rzeczywiste i zapadające w pamięć.


Blogowanie to mobilizacja i przyglądanie się własnym myślom. Przy jednoczesnym wsłuchiwaniu się w myśli i odczucia innych. Bo istotą tego fenomenu jest współistnienie. Z tego sobie wcześniej nie zdawałam sprawy. Blogosfera to zdecydowanie bardziej "my" niż "ja".

 


Tymczasem, trzymana w kleszczach hamletycznych zastanowień, zaczekam na wiosnę.


Póki co: przyzwyczajenie drugą naturą... ta ciągnie wilka do lasu, a tamaryszka do pisania.

Zwalczać nałogi czy pielęgnować? Kraść chwile realnym rytmom, czy bardziej się im podporządkować? To be or not to be...

Odpowie się samo.


Proszę jeszcze nie likwidować linków, nie skreślać... Matrix Reaktywacja jest opcją niewykluczoną.


Bardzo dziękuję za wszystkie wglądy na tę stronę.

Za komentarze, czyli rozmowę.

Za milczące przytaknięcie, mrugnięcie czy ziewnięcie.:)

Bardzo :)))



Niebawem rozkwitną prawdziwe tamaryszki. Niech no tylko otrzepią się z śniegu i mrozu.

Zawsze choć trochę przyczynią się do tego, by było ładniej. A wtedy wszystko będzie prostsze.


Proszę: a oto tamaryszek jak drzewo! Ten na pewno rósł dłużej niż rok. Ten to ma zdrowie!


tamaryszek4

 

Chwilowo nie chcą mi zaskoczyć linki do blogowych stron wymienionych w tekście. Ale wszystkie są w bocznej kolumnie.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Warszawski Żoliborz - choć zupełnie bez potrzeby pokryty śniegiem - był cichy, spacerowy i nie wiadomo dlaczego wyludniony.


Weekend skrojony na film. Dwunastogodzinne warsztaty w Akademii Filmowej były elementarne, ale klimatyczne. Taki zoom na warsztat operatora i montażysty. Podejrzenia, że montaż jest najfajniejszy, okazały się słuszne. Zabawa przednia i efekt dający wyobrażenie o potędze kompozycji...w filmie...i co tu dużo mówić: we wszystkim. Ten sam materiał mógł zostać użyty do stworzenia opowieści o zróżnicowanych tonacjach nastrojowych i odmiennych przesłaniach. Nie mówiąc już o tym, że efekt końcowy w prostej linii zależał od sprawnego oka i niedrżącej ręki tego, który tnie. Z oddaniem cesarzowi co cesarskie, czyli przypomnieniem, że bez dobrego scenariusza i gry aktorskiej, i zdjęć (im więcej dubli tym większy sezam) i myśli reżysera - montażysta musiałby nalewać z próżnego, czyli bawić się w Salomona, z marnym efektem.


Jednak wisienką na torcie mego dwuipółdniowego pobytu w stolicy były wieczorne spektakle.

Jako że każdy łapie okazję, więc i ja.

Kina w Poznaniu stoją na mocnym gruncie, a takie metro czy "bezlik" ofert teatralnych to dla mnie atrakcja. Niczym dla dzieciaka wiatraczek z odpustu. Podobało mi się już z samej definicji. Poza tym: wisienki naprawdę pierwszego sortu.


Teatr Na Woli

Nasza klasa. Historia w XIV lekcjach

(spektakl wyreżyserowany przez Ondreja Spišáka)


Znam "Sąsiadów" Jana Tomasza Grossa, nie znam "Naszej klasy" Tadeusza Słobodzianka. Słowem: przeżyłam już dreszcz przerażenia, gdy poznawałam historię Jedwabnego. Banalność zła, które rozegrało się w sztetlu, gdzie ci, których poniosły (co?: uprzedzenia, chciwość, głupota...?) złe emocje wymierzyli śmierć tym, z którymi od lat dzielili życie.

Szkolna polsko-żydowska klasa jest świetnym spectrum. Siedzą w ławkach obok siebie, potem stają vis a vis jak ludzie z odległych galaktyk.


Artystyczna obróbka Słobodzianka, nagrodzona tegoroczną Nike, budzi różne nastroje. Nie zadeklaruję niczego w sprawie tekstu - oglądałam spektakl. Aktorzy ucieleśnili mi postaci, wprowadzili też -podejrzewam, że silniejszą niż w tekście- umowność.

Już choćby to, że są sobą, w tym samym stroju i postawie, zarówno gdy recytują wierszyki z elementarza, jak i w momentach próby, czy u kresu, gdy wszyscy mają to samo poczucie zmarnownia życia. Spartaczenia marzeń.



Historia polsko-żydowskiego miasteczka... Od lat trzydziestych (może wcześniej, bo piosenka o ćwierkających w drodze do szkoły wróbelkach sięga lat wczesnoszkolnych), poprzez czas porewolucyjnych sympatii żydowskich z ideami komunizmu, po okupację, stalinizm...aż do pontyfikatu polskiego papieża.


Nic dziwnego, że oprócz (z)grozy wojennej (mord całopalenia w kościele, potajemne zbrodnie, jawne upokorzenia i bezkarne gwałty) pojawia się kilkakrotna zamiana ról.

To mi się podobało, bo odbierało postaciom jednoznaczność.


Menachem raz był zaszczutym, ukrywającym się Żydem, to znów oficerem UB przesłuchującym dawnych oprawców; kochankiem Zochy, która dla niego ryzykowała życie (jako Polka ukrywająca go w stodole) to znów łajdakiem, który ją rzuca i w Izraelu chce ułożyć sobie życie od nowa. Ale od nowa nie można - żeby było jasne: naznaczenie nie znika.


Zygmunt jest antysemitą. Prostackim w swym myśleniu i cynicznie przebiegłym w działaniu. Ojca się wyprze, na kolegę z klasy zorganizuje pułapkę, koleżankę Żydówkę zgwałci... , choć inną uratuje. Ale koło fortuny się toczy i po chwili jest ojcem rodziny, bohaterem narodowym - torturowanym w więzieniu ubeckim... towarzyszem...złamanym nieszczęściem ojcem.


Ofiara bywa oprawcą. I tylko im dalej w las, tym mniej miejsca na naiwność.

Naiwny jest Abram, jedyny z klasy, który przeżył swe życie poza Polską, wchodząc w skórę amerykańskiego rabina.


Jest w tym pewien nadmiar. Jakby rozpędzona machina historii (albo wizja reżysera vel autora tekstu) zagalopowała się bez miary. Kartoteka polskich kart. Wszystkie karty są w grze.


Dziwnie korespondowało to z dyskusją, która zrodziła się na filmowych zajęciach - o lokalności polskiego kina, grzęźnięciu w tym, co polskie, nieczytelne dla tych, którzy przyspieszonego kursu polskich traum, kompleksów i szerokich gestów nie przerobili.

W "Naszej klasie" jest właśnie takie zagęszczenie historycznych kodów. Oglądałam bez znużenia, ale było w tym pomyśle coś niczym wyciąganie chustek z cylindra magika. Każda kolejna zmienia barwy dotychczasowej konstelacji. No i wyciąganie trwa bez końca...


Chwyt, który mi się podobał: piosenki z elementarza, wierszowanki, banalne recytacje, wygłaszane infantylną intonacją przez wszystkich naraz. Na początku tworzyło to po prostu aurę szkoły. Potem brzmiało zaskakująco, teatralnie... Ale to świetny pomysł! Takie banalne frazesy o Koperniku, co ruszył ziemię, wstrzymał słońce, o dobrym Polaku... Składanka prostych klisz, które budują naszą tożsamość. Pełno ich mamy w głowie i one wcale nie są takie dobroduszne, jak się zdaje. Nasze myślenie jest funkcją tych wpakowanych nam do mózgu śmieci.


Oczu nie mogłam oderwać od Zochy (Izabela Dąbrowska) i Racheli przechrzczonej na Mariankę (Anna Gryszkówna). Rewelacyjne postaci i świetne aktorki. Dwa odmienne kobiece losy i dwa style brania się za bary z życiem.


Wisienka druga: na wieczór po dniu pełnym wrażeń, środek relaksujący.

 


Teatr 6 piętro

Zagraj to jeszcze raz, Sam

(spektakl wyreżyserowany przez Eugeniusza Korina, na podstawie sztuki Woody Allena)


Lekko, neurotycznie, ...farsowo. Kuba Wojewódzki jako bohater rodem z Woody Allena - zakompleksiony intelektualista z pretensjamii, nieporadny emocjonalnie, gotowy do szarż, gdy są niepotrzebne i tchórzliwy w najprostszych sytuacjach. Tak, to całkiem niezły Woody Allen (no, taki polski, czyli p r a w i e  Woody). Jest jego była, Nancy (Małgorzata Socha) i zaprzyjaźnione małżeństwo - Dick (Żebrowski) i Linda (Cieślak). Nade wszystko zaś jest postać, która schodzi z ekranu filmowego: Humprey Bogart! Czarny typ uwodziciela, doradca Kuby- ciamarajdy. Przyjemny ten duet. Z reszta: kwintet, ale dialogi Wojwódzkiego i Olbrychskiego, okraszone aluzjami personalnymi, jakoś najlepiej korespondowały z moim nastrojem.


A Casablanka w tle..:)


I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje wyskoki teatralne. Najbliższy skok zakończy się prawdopodobnie w fotelu kinowym.


zagraj to jeszcze raz, Sam


środa, 09 lutego 2011

Czarny łabędź, reż. Darren Aronofsky, USA 2010


Minęło już kilka tygodni odkąd widziałam najnowszy film Darrena Aronofsky`ego. Zniknęło wewnętrzne przynaglenie, by pisać o "Czarnym łabędziu" - ale słowo (zapowiedzi) się rzekło, a kobyłka u płotu (nie zdradzę, kto jest kobyłką). Napiszę o tym, co zapamiętałam najsilniej, o lustrzanych rozwarstwieniach.


Słusznie się mówi, że ostatnimi czasy spektakularne sukcesy odnoszą filmy rozgrywające się w zamkniętym kręgu, bez widowiskowego rozmachu.


"The Social Network" to proces o prawa autorskie dotyczące Facebooka. Rozprawa (uzupełniana głównie retrospekcjami) stanowi kręgosłup opowieści.

"King`s Speech" jest historią usprawniania artykulacji króla Anglii, paraboliczną opowieścią o pokonywaniu barier. Niemal oczekiwany szeroki wachlarz wydarzeń i środowiskowych intryg zwinięty jest do minimum. Perspektywa zawęża się do lekcji u logopedy.


"Czarny łabędź" to rzecz o próbach do premiery baletu Piotra Czajkowskiego. O dorastaniu tancerki do roli primabaleriny i przeobrażaniu własnej osobowości dla potrzeb sztuki. Jest widowiskowy spektakl w finale, ale poprzedza go warsztatowy, skoncentrowany na próbach i uciążliwościach układ wydarzeń.


Warto zobaczyć? Warto. Jest czym nasycić oczy, uszy, emocje i myśli.


To film jednej aktorki, Natalie Portman kreującej postać młodej baletnicy: perfekcjonistki i schizofreniczki zarazem. Pozostałe postacie są jednowymiarowe, aż nazbyt czytelne, ściśle trzymające się roli. W jednej z początkowych scen przydarza się taki epizod: reżyser objaśnia ćwiczącym baletnicom o czym jest "Jezioro łabędzie" (wiem, że widz kinowy może nie wiedzieć, ale żeby tak grubo poprowadzić wtajemniczenie... wydało mi się to przesadą...Streszczać tancerkom tak elementarną klasykę!).


Słyszymy, że pomysł reżyserski prowadzi do obsadzenia dwóch głównych ról tą samą aktorką. Ma ona w sobie odnaleźć materiał na białego i czarnego łabędzia, czyli dobro i zło, rozum i szaleństwo, perfekcję i instynkt.

Teza postawiona jest tak czytelnie, że jej oczywistość potwierdzana każdym kolejnym kadrem zbijała mnie z tropu. Była to przecież teza podwójna: reżysera baletu i reżysera filmu. Aronofsky tym chwytem zapowiada szaleństwo Niny, jej rozdwojenie, niszczący antagonizm wewnętrznych sił.


To, co powyżej, jest po trosze zarzutem. Ale może być również kluczem.

Spróbujmy przymierzyć baletowe libretto do historii Niny. Lustro. Życie przegląda się w sztuce. Może vice versa?


Czarny łabędź. Aronofsky


Nina (Portman) to łabędź biały, Odetta, potrzebująca przebudzenia... Żyje przecież pod kloszem mamusinej opieki, wśród maskotek nieco wstydliwych nawet dla nastolatki. Nina jest kobietą, która wie, co to dyscyplina, samokontrola, ból uwięzienia. Krępuje ją pietyzm, z jakim podchodzi do rygorów baletu i schłodzona zmysłowość, a także pulsująca w niej podskórnie, wydobywana koncepcją reżysera, choroba.


Czarny łabędź, inspirowany Odylią, to Lily - konkurentka Niny. Lily (Mila Kunis) jest spontaniczna, żywiołowa, energiczna, wyzwolona, niedoskonała, lecz budząca namiętność.


Po części z fabuły libretta wyrasta postać reżysera Leroya (Vincent Cassel), który niczym Książę musi wybierać - i dla sztuki, i dla swej męskiej fascynacji.


Lustra zaczynają wirować. Bo nie tylko o zbieżność temperamentów tu chodzi, nie tylko sztuka przegląda się w zakulisowych intrygach.

Nina jest otoczona zwierciadłami, jak w gabinecie luster, gdzie każde odbicie koncentruje się na jednej szczególnej deformacji. Przygląda się Lily i widzi swój rewers. Obserwuje Beth (Winona Ryder) - schodzącą ze sceny tancerkę (umierającego Łabędzia!) - i może dostrzec nieuchronność zmierzchu kariery. Matka jest lustrem, w którym straszy obraz niespełnienia. Reżyser, w jego oczach jest wszystko to, czym Nina chce się stać. Tak bardzo chciałaby nadążyć za swoim własnym wizerunkiem czy cieniem.


Niny prawdziwej nie ma. Zżera ją autodestrukcja, z której Aronofsky uczynił studium choroby psychicznej. Im silniej szaleństwo (omamy, urojenia, potrzeba okaleczania się) rozbudza się w Ninie, tym więcej w niej Czarnego Łabędzia. Aż po obłędny finał.


Najlepsze sceny filmu to te, w które wprowadzają nas rojenia Niny. Aronofsky nie ujmuje ich w cudzysłów, świat chorych wyobrażeń jest równoprawny z tym, co racjonalne. A przy tym mocno sugestywny.


Lustra w opowieści o baletnicy też zdają się mieć podwójną rolę. Są scenerią prób, bo w nich przeglądają się tancerze. Wiszą w garderobie artystek - Aronofsky pokazuje przestraszoną, upartą, zatraconą twarz Niny właśnie w lustrzanym odbiciu. A są jeszcze odbicia w szybie metra, w lustrze łazienki, gdy Nina obserwuje zadrapania na plecach, z których wyrasta czarne piórko... Lustra grają w tę samą grę. Czasem nie nadążają i wtedy Nina widzi siebie w zupełnie nieadekwatnej pozie. Jakąś drugą siebie.


Pomnożone lęki, dramatyczne napięcie premierowego spektaklu... eksplodują widowiskowym triumfem.

I nadchodzi finał, w którym śmierć przynosi rozbite lustro.

czwartek, 03 lutego 2011

Tonino Guerra

Mówią o nim, że młody. Wierzę.

Metryki, statystyki, rankingi - to przecież informacje dla amatorów tabelek. Ja wolę opowieści, a Tonino Guerra jest ich mistrzem. Znam nieliczne, a wyczarował niemal setkę filmowych scenariuszy.

Raz jeden otrzymał nominację do Oscara (1976) za scenariusz oryginalny do filmu "Amarcord" - to mój ulubiony obraz Felliniego.

Włoskie kino naznaczone opowieściami Guerry to oprócz Felliniego (jeszcze: "Ginger i Fred", "A statek płynie") przede wszystkim MichaelAngelo Antonioni ("Przygoda", "Zaćmienie", "Czerwona pustynia", "Zabriskie Point"i inne), również: Vittorio De Sica, Paolo Taviani, Francesco Rosi i Giuseppe Tornatore.


Ważna była jego przyjaźń z Tarkowskim.

I bardzo szczególna współpraca z Theo Angelopoulosem. Ta interesuje mnie szczególnie ze względu na moje plany, by filmy te wreszcie poznać, do kilku powrócić. Zrobili razem osiem filmów (m.in. "Pejzaż we mgle", "Spojrzenie Odyseusza", "Wieczność i jeden dzień").

Angelopoulos tworzy kino autorskie i sam jest zarazem reżyserem i scenarzystą. Tonino go wspomagał. To będzie odsłona szczególiku tej współpracy, który swą prostotą przypadł mi do serca.


"Zacząłem opowiadać mu o moim projekcie scenariusza Podróży na Cyterę. Słuchał jak dziecko.

Dotarłszy jednak do momentu, kiedy starzec wraca po trydziestu latach wygnania i widzi żonę, która czeka na niego w drzwiach domu, zatrzymałem się. Nie potrafiłem znaleźć pierwszego słowa, pierwszych słów, które wypowiedziałaby do niego kobieta po trzydziestu latach.

Tonino wstał z nagłym błyskiem w oczach.

- Jadłeś?

- Co takiego?
Nie rozumiałem. Tonino uśmiechnął się.

- Jadłeś? - powtórzył. - O to zapytał mnie ojciec, kiedy wróciłem pieszo z obozów jenieckich w Niemczech w czterdzistym piątym.

- Słowo, którego szukałem." (Theo Angelopoulos)


Krytycy sugerują wpływ Tonina Guerry na znaczące przesunięcie w filmach Angelopoulosa: od historiozoficznej analizy do refleksji egzystencjalnej. Jednostkowy bohater, mniej - trudnych dla obcokrajowca - kontekstów politycznych. To wszystko nie czyni z tych filmów obrazów łatwych, lekkich i przyjemnych, ale wierzę (a priori), że je upraszcza.

 

Kultura włoska, rosyjska, grecka. Z tej międzynarodowej ekspansji czas jednak powrócić do miejsca, skąd wyruszył w świat, do którego wrócił, które uznał za docelowe.

 

Włochy, Romania, wioska Pennabilli.

Mikrokosmos. Stary (choć młody) Tonino Guerra mieszka tu z bratem, wśród sąsiadów -Biny, Pineli, Filomeny (i jej głupiego syna), Pirina od Pszczół, Pidia i innych. Życie płynie wolniej, ciszej, nabrało gęstości - cokolwiek to oznacza, bo pewnie utraciło już niektóre smaki, te burzliwe i pikantne.

Tonino Guerra jest poetą. W Polsce znamy jeden tylko tomik, "Miód". Przetłumaczony z włoskiego, czyli pośrednio, bo językiem oryginału jest dialekt, którym posługują się mieszkańcy tej ziemi. Wydawnictwo rekompensuje to kilkoma cytatami z dialektu i zestawieniem polskich tekstów z ich wersją włoską.

 

Powrót do początku niesie ze sobą odkrycia, które wymagają dojrzałości. Dopóki kogoś gna, by świat podbijać, będzie na nie głuchy. Później głuchniemy na to, co złudnie wabiło nas w młodości. Sięgnę po słowa Jarosława Mikołajewskiego ze wstępu do tomiku - Guerra "wraca do rodzinnej krainy - z miasta, w którym szukał przemiany losu, na wieś, która jest losem niezmiennym".

 

Spaliłem strony z książek, kalendarze,
mapy. Dla mnie Ameryki
już nie ma, Australii jakby nie było,
Chiny są zapachem,
Rosja białą pajęczyną,
zaś Afryka szklanką wody, o której śniłem.   (Pieśń druga)

 

Wiersze - jakie są? Proste. Dla wiecznie zdziwionych brakiem ostrej różnicy między prozą a poezją mogą być kolejnym pretekstem, by o to spytać. Są słowa poetyckie, ale nie wyszukane. Jest liryzm, trochę kruchych uczuć i wrażeń. Czasem odpryski spostrzeżeń, obrazów:

 

Kiedy jesienią
drzewa były nagie,
pewnego wieczoru
nadleciała chmura
wycieńczonych ptaków;
usiadły na gałęziach.
Zdawało się, że to wróciły liście,
żeby pohuśtać się na wietrze.    (Pieśń dwudziesta druga)

 

Nade wszystko te wiersze są opowieściami, są epickie, trochę plotkarskie lub pamiętnikarskie.
Niech dopowie za mnie Italo Calvino:

"U Tonina Guerry wszystko przeobraża się w opowiadanie i w poezję: w słowie mówionym, pisanym, czy też w sekwencjach filmowych, w prozie czy w wersach, po włosku czy w dialekcie. W każdym jego wierszu jest opowiadanie; w każdym opowiadaniu poezja."

 

Trzydzieści pięć pieśni. W jednej bracia obserwują przez okno burzę, a później smakują wodę ze szklanki, którą napełnila ulewa - "a potem porównaliśmy tę wodę z nieba / z codzienną wodą,/ która nie ma zapachu piorunów". W innej Prin od Pszczół wędruje z ulami po wsiach (tak, trzeba pszczołom dopomóc). Kolejna o ojcu Biny, który wyjechał do Chin i stamtąd pisał listy:

 

raz w roku słał wiadomości, potem nazwane
"listami z Chin". W pierwszym pytał o kozę,
która miała gorączkę w dzień jego wyjazdu,
w drugim opowiadał, że jadł węża; w trzecim
o przyszywającej mu guzik kobiecie,
czwarty był pełen gryzmołów, jakby kura grzebała pazurem
w błocie, aby wiedzieli, że już jest Chińczykiem
i że zapomniał wszystko, nawet słowa.    (Pieśń pierwsza)

 

Gdybym miała wybrać wiersz jeden jedyny dla oddania klimatu tego tomu, wybrałabym Pieśń trzydziestą. Jest o gadaniu. Tonino i jego brat, dwaj tetrycy marudzący na zmieniający się, oczywiście na gorsze, świat. Noc przegadali o zbożu - że kiedyś było takie, "które nie pokładało się podczas wichury", podczas gdy dzisiejsze "wyciągnięte jak głód,/ które niczym dziwka od razu kładzie się na ziemię". I ciąg dalszy:

 

tak w ogóle przygnębiała nas myśl, że świat
jest coraz brzydszy. Jednak pewnego ranka
wyciągnęliśmy z szuflad komody
odświętne ubrania, których nie zakładaliśmy już od dawna.
Moja marynarka i spodnie pasowały także jemu,
jego rzeczy zdawały się szyte na moją miarę.
Nie wiedząc, dokąd idziemy, otworzyliśmy drzwi
i tuż przed nami, na przydrożnej
łące, kwitły wiśnie,
które witały nas w błękicie powietrza.
Wtedy ja i mój brat stanęliśmy
jak wryci na schodku i bez słowa
zdjęliśmy z głów kapelusze.


Chapeau bas! Iga Cembrzyńska w którymś filmie Kondratiuka mówi podobnie: Chcę mieć ładne myśli, to się ładnie ubrałam. :)


To nie jest tomik, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Tu można spotkać Tonina Guerrę. Starszego pana z talentem do opowieści. I oczywiście cały jego mały mikrokosmos.

Ta poezja przypomina mi klimat filmu, który widziałam kilka lat temu. To dokument hiszpańskiej reżyserki Mercedes Alvarez "Niebo obraca się" (El cielo gira). Autorka powraca do wioski, którą opuściła jako mała dziewczynka. Była ostatnim dzieckiem, które przyszło na świat w tym miejscu. Teraz żyją tu wyłącznie starsi ludzie, kilkunastu. I właśnie taka senna, niespieszna, lekko nostalgiczna, ale też humorystyczna aura spowija ten film. I tomik Tonina Guerry również.


 

Tonino Guerra, Miód, Wydawnictwo Anagram. Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, Warszawa 2008.


Żeby uściślić wiek młodego Tonina, podaję rok urodzenia: 1920.

 

A poniżej plakaty kilku filmów, do których pisał scenariusze.

 

Ginger i Fred.Fellini Amarcord. Fellini A statek płynie. Fellini Zabriskie Point. Antonioni Zaćmienie. Antonioni

Wieczność i jeden dzień. Angelopoulos Pejzaż we mgle. Angelopoulos Spojrzenie Odyseusza. Angelopoulos

sobota, 29 stycznia 2011

Jak zostać królem (The King`s Speech), reż.Tom Hooper, Wielka Brytania (i USA,i Australia) 2010


Tu, tam i tu też

Filmowo. Inspiracją pośrednią tej notki są oscarowe rankingi, typowania i przetargi, bezpośrednią - wysyp dobrych filmów w styczniowym repertuarze polskich kin.

Wśród nich dwa hiciory. Brzydkie słowo, ale oddaje pewien uciążliwy aspekt pisania o "Czarnym łabędziu" i "Jak zostać królem". Ledwie polszczyzna nastarcza z fleksją: te tytuły są odmieniane, cytowane i przywoływane na każdym kroku. Utrudnia mi to (ale przecież nie uniemożliwia) znalezienie własnego tonu w zapisie kinofilskich wrażeń.


O królu można poczytać na przykład tu, a o łabędziu tam. I oczywiście: tu też.

[zmiana planów: będą dwie odrębne notki]


Jąkała znajduje Pigmaliona


Miał Jerzy V dwóch synów: światowca i jąkałę.

A rządził w czasach, gdy Brytania była światową potęgą kolonialną i 1/4 ludności świata stanowili jego poddani. Królewskie dylematy władzy i prywatności,  splatają się w życiorysach obu potomków monarchy.

Edward, prawowity następca tronu, kocha się w amerykańskiej rozwódce i dla prywatnego szczęścia podejmie decyzję o abdykacji. (Ta postać w filmie ukazana jest dość trzpiotowato - czy pierwowzór mieści się w tej kreacji?)

Albert, domator, co prawda z temperamentu choleryk, ale nieśmiały w starciu z publiką - nikt nie mógł bardziej niż on nie pragnąć korony. Jąkała. W czasach rozkwitu radia, czyli -jak to określa stary król: gdy królowie stają się aktorami- postawiony przed bezwzględnym ultimatum. Jeśli ma przejąć koronę, musi nauczyć się przemawiać. To kwestia honoru i prestiżu rodziny królewskiej.



Opowieść Toma Hoopera ujęta jest klamrą przemówień.

Pierwsze jest katastrofą, drugie - wielkim triumfem.

Gdy Książę Yorku, Albert, zamyka przemówieniem zawody jeździeckie, rzesze zgromadzonych na stadionie, zwielokrotnione przez odbiorców relacji radiowej są świadkami żenującego spektaklu. Każde zająknięcie mikrofon przekształca w czkawkę, a mówca zmienia się w trzepoczącą bez wody rybę. Koszmar.


Drugie przemówienie wygłasza ten sam Bertie, już w majestacie królewskim jako Jerzy VI i w niezwykłych okolicznościach wypowiedzenia wojny Rzeszy Niemieckiej. Słucha go cały naród - przed Pałacem, na ulicach, w pubach, prywatnych domach. Serce rośnie. Jesteśmy dumni (bo czujemy się Brytyjczykami!) z króla i z człowieka, któremu udało się pokonać wewnętrzne przeszkody, który na naszych oczach rozkwitł.


I to właściwie cały film. Historia spójna, bez rozmachu, skupiona na pokonywaniu ograniczeń wymowy, na dorastaniu do roli. Mniej znaczy więcej. Prostota wyrasta ponad majstersztyki zawiłości. I choć to nie jest moje kino - spośród znanej mi piątki z dziesiątki nominowanej w oscarowej kategorii "Najlepszy film" największe wrażenie zrobił na mnie "Do szpiku kości" (Winter`s Bone). I choć film Hoopera jest jak najbardziej mainstreamowy, z kilkoma ewidentnie hollywoodzkimi chwytami... To uznaję, że jest w tym obrazie prawdziwe kino. A nawet prawdziwy teatr.


Zaplatam kciuki za przyznanie statuetki Colinowi Firthowi jako najlepszemu aktorowi pierwszego planu. Ale drugi plan powinien należeć do Geoffreya Rusha - dałabym sobie zapleść uszy, by tak się stało.


Lionel Logue -

genialny hochsztapler, samozwańczy Pigmalion, logopeda-amator,

niespełniony aktor szekspirowski (to klucz do tej postaci!)...przyjaciel króla. To jest postać jak z Szekspira: wierzchnią warstwą jest komizm, podszyty tragizmem (a z pewnością goryczą doświadczeń).


Seans u Lionela przydałby się każdemu z nas. Trzeba by (tak jak król) opuścić własne gniazdko i dotrzeć do zapyziałego gabinetu, gdzie Lionel stawia sprawę jasno: My castle, my rules.

Nawet (przyszła) królowa Elżbieta, gdy przychodzi tu szukać wsparcia, zamiast powitań słyszy beztroskie: chwileczkę, jestem na kibelku. Czego się po kimś takim spodziewać? Wszystkiego.

Sedno terapii to dotarcie do wewnętrznych lęków, kompleksów, zahamowań. Niektóre wynikają z przeżytych traum, ale całkiem sporo z nich produkujemy sami, popadając w przesadnie poważne wyobrażenia o sobie samych.

Oto Bertie (Jerzy VI) ma przebrnąć przez rytuał koronacji albo wygłosić ważną mowę do narodu... A Lionel przekłuwa baloniki majestatu, które go paraliżują. Że oto niezwykłe miejsce (Opactwo Westminster), tron, na którym zasiadali sami wielcy, że wszyscy oczekują, że on powinien, że chciałby zaspokoić i sprostać...


Naprawdę genialne jest to, że Lionel nie jest kabotynem i nie naśmiewa się ze świętości, on im odbiera obezwładniającą moc i przeobraża w wewnętrzną siłę mówcy. Praca nad głosem króla oparta jest na niekonwencjonalnych metodach. Hmmm...i śpiewać trzeba, i przeklinać. Nie są to tylko efektowne sztuczki. Podskoczyłam na fotelu, gdy zobaczyłam manuskrypt mowy królewskiej. Ręcznie naniesione wskazówki jak pajęcza sieć oplatały tekst przemowy. Tu pauza, tu chwila na taki lub inny zabieg, który pozwoli przebrnąć przez kolejny próg.


Jeden moment wprowadził mnie w zwątpienie. Jak to? Sytuacja polityczna jest niezwykle poważna. Inwazja Niemiec na Polskę stała się faktem. Brytania ma zająć stanowisko. Król zapowiada przemowę do narodu. A my się przyglądamy, jak Colin Firth podśpiewuje i przeklina, jak się boi mówić. Znajmy miarę!


Ale mój pancerz rozprysł się na kawałki. Jąkała pokonuje własne ograniczenia. Ale tu nie tylko o to chodzi, że król pokonał strach i swoją słabość. Z każdą chwilą coraz mocniej, piękniej i sensowniej brzmią jego słowa. Ta mowa jest prawdziwa i potrzebna. Dodaje sił tym, którzy na nią czekali. Fenomenalne, że zmaganie z czymś poniekąd wtórnym (jąkanie się) prowadzi do wyzwolenia potencjału, który bez tej walki pozostałby wewnętrznym (i nieuświadomionym) skarbem jednego człowieka.




Dla mnie to film o sztuce mówienia i wyrażania siebie, i o barierach, które warto pokonać, by mówić głosem pewnym i swoim.

O sztuce uzewnętrzniania siebie.


Naprawdę: dopiero druga warstwa przynależy do rodziny królewskiej, do angielskich smaczków.

 

Wspaniałe Westminster! Ulice osnute mgłą. Wnętrza i twarze. A nade wszystko: angielski humor.

 

Wśród 12 nominacji do Oscara, jakie zgarnął King`s Speech jedna adresowana jest do Davida Seidlera za scenariusz oryginalny. Opowieść jest ... przewidywalna i minimalistyczna. Ale jeśli miałabym wskazać potęgę tego scenariusza, to nie byłabym bezradna. Wskazałabym dialogi. Świetne, dowcipne, skrzące się angielskim humorem.

Otóż to: dla dialogów mogłabym obejrzeć ten film powtórnie.

 


 



niedziela, 23 stycznia 2011

Ajami, reż. Scandar Copti & Yarona Shani, Niemcy/Izrael 2009


 

 

 

Konia z rzędem temu, kto potrafi o tym filmie rzeczowo pisać. Tuż po wyjściu z sali pomyślałam, że coś mi umknęło i że natychmiast powinnam raz jeszcze zobaczyć pierwsze dwadzieścia minut, bo tym razem patrzyłabym dużo uważniej.  Może powinnam odczekać aż obrazy same wskoczą na właściwe tory i zazębią się z sobą logicznie... Czuję jednak, że nie zapanuję nad tym filmem. To raczej on rządzi mną.


Pozostało wrażenie misternej kompozycji, gąszczu wydarzeń, szybkiego tempa, kilku pozornie oddzielnych wątków, które splatają się w supeł nie do rozwiązania. Po chwili dołącza podejrzenie, że to jest świat prawdziwy, konflikt, w którym jednostka nie ma szans - bo są zaszłości, uprzedzenia, jakaś plemienna wrogość.


Nieszczęścia, których nikt się nie spodziewał okazują się żałośnie nieuchronne... Przynajmniej tu: w Ajami, dzielnicy Jaffy, w kotle izraelskich żydów, muzułmanów, chrześcijan, którzy nie mogą żyć oddzielnie, a nie potrafią razem.

 

 


Chaos jest immanentną cechą świata Ajami. Film próbuje to uchwycić, ale nim samym rządzą reguły konstrukcji.


Jest preludium. Jeden z kilku fabularnych węzłów. Właściciel restauracji zastrzelił mężczyznę, który domagał się haraczu. Zamordowany okazał się synem mafijnej rodziny, a sprawca  wujkiem Nasri`ego i Omara. Odwet wydaje się nieunikniony. Jak bardzo realna jest to groźba przekonujemy się już w pierwszych minutach, gdy przez pomyłkę ginie sympatyczny chłopak, który dopiero co odkupił od Omara samochód.


Jest pięć rozdziałów.

Kolejni bohaterowie, nowe trudne sytuacje. Ale to wszystko rozgrywa się po sąsiedzku, więc powracają twarze, miejsca, konflikty.

Nitki narracji splatają się w warkocz. Krzyżują się spojrzenia. Widzimy to samo z różnych perspektyw. Śmierć człowieka pozostaje tragedią, ale inaczej widzi ją brat zabójcy, inaczej brat ofiary, córka, ojciec...


Nie podejmuję się odsłony fabuły. Rozplątywałabym to, co nie istnieje inaczej jak w splocie.

Śmierć - ta zaplanowana i całkiem przypadkowa, narkotyki, nielegalna praca, zakazana miłość, przepaść między wyznawcami trzech różnych religii, intrygi i układy między tymi, którzy mają tu wpływy.

Kilkoro bohaterów, których najsilniej zapamiętałam: Dando, Omar-muzułmanin i jego dziewczyna-chrześcijanka, Malek i Binj, Nasri (kilkunastolatek mający dziwne przeczucia, ujawniający się raz po raz jako narrator - to ten z bronią w górnej części plakatu).


Są takie sceny, w których stężenie emocji jest naprawdę niezwykłe.

Dando - żydowski policjant, bardzo zrównoważony, rodzinny. Budzi sympatię, bo oglądamy go w ujęciach z dziećmi (kąpiel córeczki), z żoną, z rodzicami, wobec których jest czuły i dojrzały, gdy trzeba - stanowczy.


Zaginął jego brat (izraelski żołnierz), od kilku tygodni rodzina żyje w ogromnym napięciu, w oczekiwaniu i bólu. Dando zachowuje spokój. Rozmawia z ojcem, który nie może odnaleźć w sobie sił do życia. Jest w rozsypce. Mówi: przepraszam, wiem, że mam jeszcze was dwoje (Dando i jego siostrę), ale dopóki mój syn się nie odnajdzie, jest we mnie tylko śmierć. Dando rzeczowo przywraca go do życia. I dopiero gdy nadchodzi informacja o znalezieniu ciała i konieczność identyfikacji, a następnie wewnętrzna potrzeba, by wpaść na trop winnych tej śmierci....Dando jest wulkanem emocji. Te obrazy mam przed oczyma, zostają w pamięci.


Przyprawą, która dodaje smaku niemal wszystkim filmowym konfrontacjom, jest izraelski "temperament polemiczny". To przekonywanie, czasem groźba, zbijanie argumentów, zaczepność, nieustępliwość, emocjonalność.


Świetnie jest rozegrana scena rozmowy żydowskiego sklepikarza z trzema arabskimi chłopakami. Rozpoczyna się od uścisku dłoni. Mała sąsiedzka sprzeczka na naszych oczach tężeje. Od zdawkowo rzuconych zdań i obruszonych odpowiedzi po apogeum napięcia i wrogość. Mężczyzna ginie zasztyletowany. A w głowie pozostaje rozpędzona karuzela ulicznej dyskusji.


Gdy narrator Nasri dochodzi do głosu, wraz z nim pojawia się uogólnienie i oddech tutejszej ziemi.

Oto nie zdrzemnie się

ani nie zaśnie

Ten, który czuwa nad Izraelem. (Psalm 121)

Policz do trzech... a obudzisz się gdzie indziej.



 


Kilka słów okołofilmowych.


Tandem reżyserski: Copti & Shani to duet arabsko-żydowski. To znaczące.

Projekt filmowy trwał 7 lat. Obejmował 10-miesięczne warsztaty, z których wyłoniono aktorów. To amatorzy, ale "ludzie stąd" - grają profesjonalnie.


Kino akcji, które zadowoli koneserów gatunku. Ale jest to jednak film chropawy, czasami przypominający dokument. Jakże inaczej, skoro sceneria, zdarzenia, postaci inspirowane były realnością, pochodzą z obserwacji.


W opiniach prasowych okrzyknięto ten film następcą Walca z Baszirem Ariego Folmana. Dla mnie - gdybym go jeszcze nie widziała - byłaby to rekomendacja piorunująca. Pojawiają się też zestawienia z Miastem Boga Fernando Meirellesa.


Wśród licznych nagród ważna jest nominacja do Oscara (2010).  W kategorii "Najlepszy film nieanglojęzyczny" rywalizowały ze sobą (oprócz Ajami): Gorzkie mleko, Prorok i Biała wstążka. Ostatecznie statuetkę otrzymał argentyński obraz: Sekret jej oczu.

 

Jaffa, dzielnica Tel Awiwu... to miasto interesująco "wykorzystane" kulturowo. Odsyłam do artykułu "Białe miasto. Od Jaffy do Tel Awiwu" Danuty Rojek w trzecim numerze "Archipelagu" - lub na blog niecodziennik literacki, gdzie sceneria izraelska pojawia się często i niezmiennie ciekawie.


***


Kontrapunkt. Ten chwyt kompozycyjny nie jest czymś nowym. To pomysł równie standardowy jak kompozycja linearna czy ramowa. Ma jednak pewną metafizyczną nadwyżkę, która - inteligentnie wprowadzona - dodaje do opowieści dreszcz dziwnej analogii, pozwala w niej współuczestniczyć, a przynajmniej dostrzegać przenikanie się losów, wzajemną zależność, grę przypadku i przeznaczenia.

 

Ostatnio do granic wytrzymałości wyeksponował tę konstrukcję (zwłaszcza efekt motyla) Jaco Van Dormael w Mr.Nobody.

Po obejrzeniu Ajami, myślałam o mistrzach tego chwytu. Przede wszystkim Kieślowski. Zaraz po nim Alejandro González Iñárritu (Amores Perros, Babel, 21 gramów). Majstersztykiem był film Miasto gniewu (Crash,2004) Paula Higgisa.

Lista bez końca, ale stawiam pytanie o realizacje najprzedniejsze z doskonałych. Co Wy na to?

 

Przez chwilę, przez chwilę gładzić zwięźle spleciony warkocz

kontrapunktu, rozważać cud współistnienia głosów,

z których każdy odbywa w czasie osobną podróż

a w każdym punkcie czasu związuje je inna harmonia.

(S.Barańczak, Kontrapunkt, z tomu "Widokówka z tego świata" 1988)

niedziela, 16 stycznia 2011

Tomasz Mann, Śmierć w Wenecji, [data powstania: 1911]

Śmierć w Wenecji, reż. Luchino Visconti [film z roku 1971]


W eseju Süskinda "O miłości i śmierci" znalazłam aluzję do opowiadania Tomasza Manna Śmierć w Wenecji. Przeczytałam je (ponownie) i obejrzałam (po raz pierwszy) jego filmową adaptację wyreżyserowaną przez Viscontiego.


Klasyka - dzieła obrosłe w interpretacje, osadzone w kulturowych kontekstach, stworzone przez artystów o wielce docenionych nazwiskach.


Zacznę od anegdoty, którą znalazłam w notce na temat savoir vivre`u na blogu Ja, Irena i ja. Porady dotyczą tego, jak kulturalnie rozmawiać, jak być damą. Panie spotykają się na herbatce i wymieniają konwencjonalne uwagi, wśród których pada - nieco ryzykowne - wyznanie jednej z nich, że woli herbatę Pickwicka od Klubu Pickwicka Dickensa. Odpowiedź rozmówczyni: "Klub Pickwicka jest arcydziełem. Radzę przeczytać raz jeszcze." I wracają do herbatek vel pogody.


Coś podobnego odczuwam, czytając Manna. To nie mój pisarz, nie mój bohater, nie moja melodia. Ale... damą będąc, doczytałam do ostatniego słowa.

Film Viscontiego obejrzałam z przyjemnością. I w kilku zdaniach - poprzedzonych spostrzeżeniami ogólnymi - spróbuję wyrazić swe przekonanie o wyższości obrazu nad słowem. W tym konkretnie zestawieniu.



Gustaw Aschenbach to mieszkający w Monachium pięćdziesięciolatek, uznany pisarz, który za swe zasługi otrzymał szlachectwo, a jego dzieła umieszczano w szkolnych wypisach z literatury. Mężczyzna o niezwykłej samodyscyplinie, zrównoważony, o ogromnym poczuciu obowiązku (wobec swego talentu, którego nie wolno mu zaprzepaścić, wobec społeczeństwa, etc...).


Ktoś opisał go tak: "Oto Aschenbach żył od dawna tylko tak - i mówca zacisnął palce lewej ręki w pięść - nigdy tak - i swobodnie zwiesił otwartą rękę z poręczy."

 


Zmęczony monotonią wyjeżdża do Wenecji, zatrzymuje się w jej pobliżu, w hotelu na wyspie Lido.


Obserwuje otaczający go światek kuracjuszy, odwiedza Wenecję, spędza dnie na plaży. Przeżywa udręki wywołane przez sirocco. W centrum jego zainteresowań jest 14-letni Tadzio, przebywający tu ze swą polską rodziną. Aschenbach jest oczarowany jego pięknem, podpatruje go dyskretnie, zna linię jego sylwetki, układ włosów, niuanse zachowań. Jeszcze się do tego nie przyznaje, ale zakochał się po uszy. Tak, wie, że to niewłaściwe. Nie zdradza się z niczym, zresztą - opuszcza Wenecję, uciekając przed niepokojem, który w nim zagościł. Ale ucieczka nieudana - na dworcu źle nadano bagaż, więc wraca i tym razem pozwala sobie wielbić Tadzia.


Tymczasem coś niepokojącego rozgrywa się w samym mieście. Silnie pachnie karbolem, którym dezynfekuje się ulice. Tubylcy, bojąc się strat finansowych, usiłują zataić przed turystami okrutną prawdę: w mieście panuje zaraza. To sceneria dla chorobliwej miłości. Im większe rozprzężenie wywołuje choroba, tym większy chaos w głowie i sercu Aschenbacha. Zachowania już nie dyskretne, lecz graniczące z upokorzeniem i śmiesznością.


Świetny - trzeba Mannowi przyznać - pomysł z wprowadzeniem "fałszywego młodzieńca" na początku opowiadania. Na statku do Wenecji Aschenbach widzi starszego mężczyznę mizdrzącego się do młodych, z makijażem i w stroju, który ma go odmłodzić. W ostatnich scenach główny bohater odgrywa podobną rolę. Chce się podobać - maluje usta, farbuje włosy, wierzy w trywialną prawdę fryzjera, że "mamy tyle lat, do ilu poczuwa się nasz duch...".


Nieszczęśliwa historia. Zakończy ją śmierć, w Wenecji.


Visconti sięga po prozę Manna z czcią i fascynacją. Nie ma więc powodu, by film przeciwstawiać literackiemu pierwowzorowi. W tekst Manna wpisane są już konteksty i pytania, które reżyser podejmuje. Z tym, że w filmie jest więcej warstw, bardziej oczywista jest jego intertekstualność (do Śmierci w Wenecji trzeba by dodać Doktora Faustusa Manna, biografię i muzykę Gustawa Mahlera - choćby to).


Historię starzejącego się artysty zauroczonego młodością i pięknem opowiedział 36-letni pisarz i 65-letni reżyser. Zaznaczam, choć nie śmiem twierdzić, że to mogłoby dać którejś z wersji przewagę.

 

 


Visconti czyni Aschenbacha muzykiem.

I wplata retrospekcje, w których słyszymy jego spór z przyjacielem na temat istoty sztuki i piękna. Aschenbach całe życie odrzucał zmysły, szukał doskonałości i tego, co duchowe. Protestuje wobec sugestii, że sztuka bądź artysta mogą być dwuznaczni moralnie. To, co mu się przydarza, przeczy więc wszystkiemu, w co wierzył. Odkrył nową prawdę, czy tylko sprzeniewierzył się samemu sobie?


W opowiadaniu Manna bohater rozmawia sam ze sobą i z tekstem Platona (Sokrates wyjaśnia naturę piękna i artysty Fajdrosowi).

Muzyka filmowa (dużo Mahlera) dopowiada portret Aschenbacha-artysty. O naturze sztuki słowa nigdy nie dowiedzielibyśmy się równie wiele.

A skoro portet...


Rola główna to kreacja Dirka Bogarda.

Świetna. Dystans, samotność, ostrożność, choroba, obserwacja(!), a zwłaszcza sceny końcowe, gdy paraduje w makijażu, ... gdy czarne strużki potu zabarwionego fryzjerską farbą spływają mu na twarz...


Bardzo lubię scenę na dworcu (rozbudowaną w filmie). Aschenbach postanowił uciec, wycofać się z sytuacji. Pośpiesznie kupuje bilet, może nie zdążyć, jest zdenerwowany i spięty. A tu urzędnik informuje go o pomyłce w przesłaniu jego bagażu. Szczyt irytacji! Jest naprawdę wściekły, wykrzykuje i odgraża się, by po chwili stanowczo stwierdzić, że w takim razie on wraca do hotelu. Złość ustępuje radości! Przecież tego właśnie chciał. Cudnie to Bogard zagrał. Kostyczny Aschenbach nagle się rozluźnia, ma figlarną minę, jak dzieciak.


W dworcowej hali zdarzył się incydent. Zesłabnięcie (śmierć?) wymizerowanego tubylca. Nikt jeszcze nie wie, że to symptom zarazy. Jeden z licznych znaków śmierci i rozkładu, które towarzyszą tej opowieści. Innymi są gondole-łodzie Charona, Wenecja - miasto upadającej świetności, chore, wspomniani już starcy przerażeni swym przemijaniem.


Obrazy filmowe oddają główne zajęcie Aschenbacha. Są obserwacją.

Można o tym pisać, ale lepiej pokazać. Tu wyższość filmu wydaje mi się bezsporna.

Samotny muzyk rzadko wdaje się w rozmowy, częściej rozgląda się, szuka wzrokiem Tadzia, obejmuje spojrzeniem fin de siecle`ową scenerię wytwornego kurortu.


Elegancja, dystyngowane ruchy, towarzyskie przesiadywanie w salonach, na tarasach, na plaży. Stosowne stroje panów - tak, w garniturze nad brzegiem morza. Piękne suknie pań, kapelusze, woalki. To seria malarskich ujęć. Gęstych w treść, mimo że szmer rozmów nie zmierza do rozstrzygnięć fabularnych. Słyszymy polskie dialogi - Tadzio, jego siostry, piękna mama i służba to Polacy.


Mama jest niezwykła. Rozmawia z dziećmi jak z osobami z towarzystwa, nie naruszając image`u damy. Jest zjawiskowa! Sama nie wiem, który kostium podobał mi się bardziej. Różowa (lekko!) powłóczysta, podkreślająca sylwetkę suknia, udekorowana perłami? Nienaganny kostium ecru? Może ta srebrno-szara z przebłyskiem stonowanego różu, zestawiona z cudnym kapeluszem? Magia.


Spojrzenie Tadzia.

Wymiana spojrzeń to kwintesencja znajomości muzyka i chłopca. Jak wygląda ten młody bóg, o którym pisze Mann? Czym jest to piękno, które zniewoliło Aschenbacha?

Fałszywa obsada mogłaby zniszczyć film.

Szczupła sylwetka, delikatność, poetycko-anielska twarz, melancholia przełamywana radością morskich zabaw. Uroda aktora jest tu głównym narzędziem kreacji.

Tadzio Viscontiego jest współuczestnikiem gry, nie tak nieświadomym jak literacki pierwowzór. Rozpoznał spojrzenia Aschenbacha, wyczekuje ich, odpowiada uśmiechem...


Wszystko pochodzi jakby z innego świata. Niuanse, dekadencja, życie sztuką, która nie syci się popkulturą... Bezkresne morze, muzyka... i Wenecja - miasto, które umiera, zatruwa, do którego dociera się i penetruje drogą wodną... zanurzając się w wody Styksu i Lety.



czwartek, 13 stycznia 2011

 

 

Jest taki konkurs. BLOG ROKU

Tamaryszek - opowieści zebrane startuje w kategorii KULTURA, bo tę najbardziej lubi(my).

Można głosować, wysyłając sms na numer 7122.

Treść - jeśli ktoś zechce wesprzeć opowieści - jest następująca: E00112.


Hmmm...  ja, Mistrz Czytania ze Zrozumieniem, uległam iluzji i mrzonce.

Bo mnie się zdawało, że pan Jerzy Stuhr to wszystkie blogi przeczyta. To myślę prostodusznie dalej: miło, bardzo miło, by mi było. Dlatego biorę udział w tym konkursie.

Tymczasem juror gościć będzie na stronach dziesięciu najpopularniejszych blogów. Czyli fatamorgana.


Ani ja nie mam temperamentu zawodnika, ani nie zdaje mi się, bym tworzyła najchętniej czytaną stronę Netu.

Ale hasło Blog Roku koresponduje z tajną (dotąd) ideą założenia tej strony. To ma/miał być blog na rok. Próba wytrwałości i rozruszania klawiatury. Jestem więc poniekąd u siebie.


Dygresja arcyosobista, bo - jak wiadomo - od spraw intymnych tu się roi: natura Tamaryszka nie lubi rankingów.

W życiu, gdy mam świadomość, że ktoś mnie według jakichś kryteriów ocenia, to się nie ścigam, nie obstawiam ogonów, tylko na ogół (i o ile się da) wytyczam sobie jakiś cel postronny.


Wyjaśniam per analogiam:


Najczęściej jest człowiek oceniany w szkole bądź na studiach.

Egzaminy, zakres materiału, skala ocen. Przed tym się nie ucieknie.

Najbliższa była mi wówczas metoda znalezienia sobie celu, którego nikt mi nie unieważni.


Jeśli nie zdążę przeczytać 170 książek, przeczytam 20, ale dokładnie. Nie pojmę wszystkich arkanów łacińskiej gramatyki, nic to - jedną trzecią przerobię perfekcyjnie.

I mało mnie stresowało rozmyślanie, czy trafię na odpowiednie pytania. Jeśli będą z kręgu moich preferencji, to proszę bardzo, proszę spróbować mnie zagiąć! A jeśli będą spoza... no to już nie moja konkurencja, oddaję pole bez żalu.


Gdyby ktoś z Moich Gości i Bywalców zechciał oddać głos na mnie, to byłby to gest miły i w sumie nieszkodliwy.


Bo na pana Jerzego Stuhra (jurora) to i tak nie mogę liczyć.


Dziękuję :)

Pozdrawiam


ren

Tagi: Lubię
00:44, renbor1 , myślane
Link Komentarze (9) »
czwartek, 06 stycznia 2011

Patrick Süskind, O miłości i śmierci, Świat Książki 2009.


Eseje o miłości.

Raz po raz znajduje się śmiałek podejmujący próbę (essai) rozważenia i odsłonięcia jej natury. Zbiera obserwacje, wsłuchuje się w głos artystów, śledzi miłosne opowieści... Analizuje, porządkuje, zestawia z sobą...wnioskuje i dzieli się tym, co wymyśli. Uff.


Czy dzięki temu tajemnica zostaje oswojona? Bynajmniej.

Czy wiemy: jak kochać, kogo i za jaką cenę?

Wiemy...tyle, co na początku: wszystko. I nic.


Sens czytania tego rodzaju rozważań wiąże się raczej z przyjemnością podróży niż z triumfem dotarcia do celu. Cieszy rozpoznawanie w czyichś myślach własnych przypuszczeń, gra motywów i strategia zakrętów. Czasami uroda zdania każe nam wyjąć notes, bo oto ktoś w kilkunastu słowach uchwycił coś, co nam się wymykało.


Süskind rozpoczyna swój tekst od parafrazy św.Augustyna - zrównuje sposób, w jaki doświadczamy czasu, z tym, jak uświadamiamy sobie miłość:


"Jeżeli mnie nikt o to nie pyta, wiem;

gdy zaś chcę wyjaśnić pytającemu, nie wiem."

 


Znane mi eseje o miłości wyszły spod pióra Stendhala ("O miłości") i Ericha Fromma ("O sztuce miłości"). Najświeższa lektura dodaje nazwisko Süskinda ("O miłości i śmierci").


Najwięcej inspiracji życiowych niesie tekst Fromma. Stendhala najmniej pamiętam. A Süskind jest z tej trójki największym prowokatorem.


Miłość niejedno ma imię i niejedną przywdziewa maskę.

Powtórzę więc za Frommem (który powtórzył to za Paracelsusem...), że:


"...kto wyobraża sobie, że wszystkie owoce dojrzewają w tym samym czasie, co poziomki,

nic nie wie o winogronach."

 

 

Mówi Süskind: miłość to choroba, irracjonalny amok.


Przywołuje Sokratesa, który łaskawie nazwał tę chorobę bogactwem i darem - "boskim szaleństwem, które dodaje skrzydeł duszy związanej z ziemskim światem".

Chorobą tęsknoty za boskością, za tym wszystkim, czego nam brak: za pięknem, dobrem, szczęściem, doskonałością.


Szybko jednak zostawiamy platońską krainę idei, by podglądać jak boski obłęd przeistacza się w choróbsko - szerzące się na potęgę, odbierające rozum tak dalece, że chory nie chce się leczyć.


Idziemy szlakiem anomalii. Süskind rozpracowuje trzy "przypadki medyczne", wspierając się zaobserwowanymi sytuacjami.




Mamy więc autyzm gruchających gołąbków: casus zakochanych, którzy gdzie by nie byli, świata poza sobą nie widzą, z jednego talerza jedzą i smutek krzyczy z twarzy, gdy na moment utracą możność patrzenia sobie w oczy. Zdziwiliby się, gdyby im powiedzieć, że to, co poza nimi, też istnieje.


Mamy agresję erotycznego nienasycenia: casus dwojga - na oko niedopasowanych, ale kto ich tam wie - niemogących zaprzestać wymiany śliny i śluzu (dosłowność Süskinda!). Wszystko, co domaga się od nich respektowania ogólnie przyjętych rytmów i taktu, uznają za złowrogie czepianie się i zazdrość. A wszelkie inne działanie - za stratę czasu. Pozostają przy tym - w odróżnieniu od gołąbków - na płaszczyźnie nade wszystko cielesnej.


Mamy wreszcie - kalectwo jednostronnych rojeń. Zilustrowane sytuacją zaczerpniętą z życia niemieckiego pisarza (wszystko mi sugeruje, że chodzi o Tomasza Manna).

 

Starzejący się pisarz (75 lat) utrwala w dziennikach swe zauroczenie Franzlem (19-letni kelner). Budzi się w nim namiętność, której nie oczekiwał (zdaje mu się więc tym cenniejsza). Irracjonalnie przyciąga go każdy gest, słowo, niuans dotyczący chłopca. Nazywa Franzla "poruszycielem" swego stygnącego ciała i duszy.


Aspekt choroby - i to jest ciekawe - tkwi nie w tym, że miłość ma zabarwienie homoerotyczne. (Wspomniany pisarz wiedzie życie szanowanego męża i ojca; Süskind sugeruje, że zamiana Franzla na Franziskę niczego by nie zmieniła.)

Chorobą jest przebywanie w sferze rojeń, przeżywanie uczucia bez konfrontacji z osobą, ku której jest ono skierowane.

Jest w tym coś z masochizmu (miłość-udręka), coś z egoizmu (miłość uruchamia wenę artystyczną, paradoksalnie: traktuje adresata uczuć instrumentalnie).

Nie otwiera, nie obdarza, jest statyczna. Stąd chorobliwość i kalectwo.

Czy zmienia coś fakt, że pisarz zainspirowany swym uniesieniem upamiętni Franzla w literaturze? I czy Süskind ma tu na myśli "Śmierć w Wenecji", o ile w ogóle za pierwowzór obrał Tomasza Manna?


Eros & Tanatos


Miłość i Śmierć - zestawienie arcyliterackie (z zapleczem malarskim i muzycznym).

Pozornie niedobrana para. Choćby dlatego - tu powtórzę za Süskindem - że o tej pierwszej mówią wszyscy bez ustanku, wyczekują jej i śnią, druga zaś - jest (coraz bardziej) tematem tabu. Odpychamy nasuwające się wraz z nią skojarzenia i nie bardzo wiemy, co z nią począć, gdy podchodzi zbyt blisko (vide: Szumowska, 33 sceny z życia).


Nie przypomnę sobie, kto to powiedział - myśl jest zapożyczona, lecz zasymilowana.

Miłość pozwala pojąć grozę śmierci.

Śmierć przeraża naprawdę dopiero wtedy, gdy odniesiemy ją do kogoś, kogo kochamy.

Bo kochać, to zaklinać wszystkie moce, by ten, kto dla nas ważny, żył (jak najpełniej), by to, co kochamy, trwało. Bez miłości, śmierć jest atrapą.


Co z tym tematem robi Süskind? Ciekawie i prowokacyjnie sobie poczyna, czego nie zdradzę, bo myśli z eseju wyciągać nie należy.


 

 

Wymienię uruchomione w eseju konteksty. Wspominałam już o "Dialogach" Platona.

Mamy też: "Dzieje Tristana i Izoldy", "Cierpienia młodego Wertera", legendę/biografię romantycznego samobójcy: Kleista, "Annę Kareninę", "Madame Bovary"..., Novalisa i Baudelaire`a.


Nade wszystko sięga Süskind do Orfeusza (z "Przemian" Owidiusza).

Esej "O miłości i śmierci" jest jedną z najpiękniejszych wariacji na temat Orfeusza i Eurydyki, jakie dotąd czytałam. A temat przecież nie nowy (vide: Rilke, Sonety do Orfeusza czy po części autobiograficzny poemat Miłosza z 2002 roku: Orfeusz i Eurydyka).


 


Orfeusz - by miłość odzyskać - udał się do Hadesu i mocą swej gry na lirze zdobył serca Cieni i władców tej krainy. Dostał obietnicę, przyprawioną błahym - jakby się zdawało - warunkiem, by nie obejrzeć się za siebie, póki nie opuszczą Królestwa Śmierci.


Fascynujący Orfeusz...i straszliwie ludzki w swych błędzie. "Historia Orfeusza porusza nas po dziś dzień, bo jest to historia niepowodzenia."


Süskind prowokuje? Tak. Zwłaszcza, gdy przeprowadza analizę poczynań Orfeusza i Jezusa.

Nie trafił Jezus do gustu Süskinda... Jest dla niego bohaterem książki, której szczerze nie lubi. Jedna z analogii dotyczy podejmowanej przez obu próby wskrzeszania zmarłych. Jezus jest (tu sarkastyczne: "oczywiście") zwycięski, Orfeusz popełnia najgłupszy, ale za to człowieczeństwem motywowany błąd.


"Trzy przypadki wskrzeszenia przez Jezusa z Nazaretu, o których donoszą ewangelie, naszym zdaniem

nie mogą się równać z tak wspaniale nieudanym wyczynem Orfeusza z Tracji ani pod względem odwagi, ani siły poetyckiej i mitologicznej."

Język, jakim komentuje poczynania Nazareńczyka, świadczy, że nie jest to dla niego postać emocjonalnie neutralna.


Prowokacje sprawiły mi czytelniczą przyjemność. Nie dlatego, by przekonywały. Raczej ze względu na tak totalną negację ogólnie przyjętych odczytań Ewangelii. Nie zacietrzewiam się, ani nie przyklaskuję, po prostu uśmiecham się na myśl, ile zachwytu włożył Süskind w opowieść o starogreckim micie.


Dla Orfeusza warto przeczytać esej Süskinda i to wielokrotnie.



* Ilustracja pochodzi ze zbiorów Wikipedia Commons i przedstawia dzieło Arno Brekera: Orpheus u. Euridike, 1944.



 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6