literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

Teatralnie i warszawsko

Warszawski Żoliborz - choć zupełnie bez potrzeby pokryty śniegiem - był cichy, spacerowy i nie wiadomo dlaczego wyludniony.


Weekend skrojony na film. Dwunastogodzinne warsztaty w Akademii Filmowej były elementarne, ale klimatyczne. Taki zoom na warsztat operatora i montażysty. Podejrzenia, że montaż jest najfajniejszy, okazały się słuszne. Zabawa przednia i efekt dający wyobrażenie o potędze kompozycji...w filmie...i co tu dużo mówić: we wszystkim. Ten sam materiał mógł zostać użyty do stworzenia opowieści o zróżnicowanych tonacjach nastrojowych i odmiennych przesłaniach. Nie mówiąc już o tym, że efekt końcowy w prostej linii zależał od sprawnego oka i niedrżącej ręki tego, który tnie. Z oddaniem cesarzowi co cesarskie, czyli przypomnieniem, że bez dobrego scenariusza i gry aktorskiej, i zdjęć (im więcej dubli tym większy sezam) i myśli reżysera - montażysta musiałby nalewać z próżnego, czyli bawić się w Salomona, z marnym efektem.


Jednak wisienką na torcie mego dwuipółdniowego pobytu w stolicy były wieczorne spektakle.

Jako że każdy łapie okazję, więc i ja.

Kina w Poznaniu stoją na mocnym gruncie, a takie metro czy "bezlik" ofert teatralnych to dla mnie atrakcja. Niczym dla dzieciaka wiatraczek z odpustu. Podobało mi się już z samej definicji. Poza tym: wisienki naprawdę pierwszego sortu.


Teatr Na Woli

Nasza klasa. Historia w XIV lekcjach

(spektakl wyreżyserowany przez Ondreja Spišáka)


Znam "Sąsiadów" Jana Tomasza Grossa, nie znam "Naszej klasy" Tadeusza Słobodzianka. Słowem: przeżyłam już dreszcz przerażenia, gdy poznawałam historię Jedwabnego. Banalność zła, które rozegrało się w sztetlu, gdzie ci, których poniosły (co?: uprzedzenia, chciwość, głupota...?) złe emocje wymierzyli śmierć tym, z którymi od lat dzielili życie.

Szkolna polsko-żydowska klasa jest świetnym spectrum. Siedzą w ławkach obok siebie, potem stają vis a vis jak ludzie z odległych galaktyk.


Artystyczna obróbka Słobodzianka, nagrodzona tegoroczną Nike, budzi różne nastroje. Nie zadeklaruję niczego w sprawie tekstu - oglądałam spektakl. Aktorzy ucieleśnili mi postaci, wprowadzili też -podejrzewam, że silniejszą niż w tekście- umowność.

Już choćby to, że są sobą, w tym samym stroju i postawie, zarówno gdy recytują wierszyki z elementarza, jak i w momentach próby, czy u kresu, gdy wszyscy mają to samo poczucie zmarnownia życia. Spartaczenia marzeń.



Historia polsko-żydowskiego miasteczka... Od lat trzydziestych (może wcześniej, bo piosenka o ćwierkających w drodze do szkoły wróbelkach sięga lat wczesnoszkolnych), poprzez czas porewolucyjnych sympatii żydowskich z ideami komunizmu, po okupację, stalinizm...aż do pontyfikatu polskiego papieża.


Nic dziwnego, że oprócz (z)grozy wojennej (mord całopalenia w kościele, potajemne zbrodnie, jawne upokorzenia i bezkarne gwałty) pojawia się kilkakrotna zamiana ról.

To mi się podobało, bo odbierało postaciom jednoznaczność.


Menachem raz był zaszczutym, ukrywającym się Żydem, to znów oficerem UB przesłuchującym dawnych oprawców; kochankiem Zochy, która dla niego ryzykowała życie (jako Polka ukrywająca go w stodole) to znów łajdakiem, który ją rzuca i w Izraelu chce ułożyć sobie życie od nowa. Ale od nowa nie można - żeby było jasne: naznaczenie nie znika.


Zygmunt jest antysemitą. Prostackim w swym myśleniu i cynicznie przebiegłym w działaniu. Ojca się wyprze, na kolegę z klasy zorganizuje pułapkę, koleżankę Żydówkę zgwałci... , choć inną uratuje. Ale koło fortuny się toczy i po chwili jest ojcem rodziny, bohaterem narodowym - torturowanym w więzieniu ubeckim... towarzyszem...złamanym nieszczęściem ojcem.


Ofiara bywa oprawcą. I tylko im dalej w las, tym mniej miejsca na naiwność.

Naiwny jest Abram, jedyny z klasy, który przeżył swe życie poza Polską, wchodząc w skórę amerykańskiego rabina.


Jest w tym pewien nadmiar. Jakby rozpędzona machina historii (albo wizja reżysera vel autora tekstu) zagalopowała się bez miary. Kartoteka polskich kart. Wszystkie karty są w grze.


Dziwnie korespondowało to z dyskusją, która zrodziła się na filmowych zajęciach - o lokalności polskiego kina, grzęźnięciu w tym, co polskie, nieczytelne dla tych, którzy przyspieszonego kursu polskich traum, kompleksów i szerokich gestów nie przerobili.

W "Naszej klasie" jest właśnie takie zagęszczenie historycznych kodów. Oglądałam bez znużenia, ale było w tym pomyśle coś niczym wyciąganie chustek z cylindra magika. Każda kolejna zmienia barwy dotychczasowej konstelacji. No i wyciąganie trwa bez końca...


Chwyt, który mi się podobał: piosenki z elementarza, wierszowanki, banalne recytacje, wygłaszane infantylną intonacją przez wszystkich naraz. Na początku tworzyło to po prostu aurę szkoły. Potem brzmiało zaskakująco, teatralnie... Ale to świetny pomysł! Takie banalne frazesy o Koperniku, co ruszył ziemię, wstrzymał słońce, o dobrym Polaku... Składanka prostych klisz, które budują naszą tożsamość. Pełno ich mamy w głowie i one wcale nie są takie dobroduszne, jak się zdaje. Nasze myślenie jest funkcją tych wpakowanych nam do mózgu śmieci.


Oczu nie mogłam oderwać od Zochy (Izabela Dąbrowska) i Racheli przechrzczonej na Mariankę (Anna Gryszkówna). Rewelacyjne postaci i świetne aktorki. Dwa odmienne kobiece losy i dwa style brania się za bary z życiem.


Wisienka druga: na wieczór po dniu pełnym wrażeń, środek relaksujący.

 


Teatr 6 piętro

Zagraj to jeszcze raz, Sam

(spektakl wyreżyserowany przez Eugeniusza Korina, na podstawie sztuki Woody Allena)


Lekko, neurotycznie, ...farsowo. Kuba Wojewódzki jako bohater rodem z Woody Allena - zakompleksiony intelektualista z pretensjamii, nieporadny emocjonalnie, gotowy do szarż, gdy są niepotrzebne i tchórzliwy w najprostszych sytuacjach. Tak, to całkiem niezły Woody Allen (no, taki polski, czyli p r a w i e  Woody). Jest jego była, Nancy (Małgorzata Socha) i zaprzyjaźnione małżeństwo - Dick (Żebrowski) i Linda (Cieślak). Nade wszystko zaś jest postać, która schodzi z ekranu filmowego: Humprey Bogart! Czarny typ uwodziciela, doradca Kuby- ciamarajdy. Przyjemny ten duet. Z reszta: kwintet, ale dialogi Wojwódzkiego i Olbrychskiego, okraszone aluzjami personalnymi, jakoś najlepiej korespondowały z moim nastrojem.


A Casablanka w tle..:)


I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje wyskoki teatralne. Najbliższy skok zakończy się prawdopodobnie w fotelu kinowym.


zagraj to jeszcze raz, Sam


poniedziałek, 21 lutego 2011, renbor1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
logosviator
2011/03/01 00:31:47
No, no... co za wspaniały weekend!
Nie dość, że teatralny, to jeszcze filmowo-szkoleniowy ;)
-
renbor1
2011/03/01 18:47:48
~Logosie,
tak. Piękna jest Polski Stolica. I dziwna.
Wrażeń moc, ale ominęło mnie jedno, którego poniewczasie mi żal. Hostel, w którym się zatrzymałam oferował nocleg w kapsułach. W stylu japońskim: każdy w swojej jamce, z możliwością wyprostowania się połowicznie (?). Z prawej sąsiad, z lewej, z dołu lub z góry.
Jamka przy jamce.
Niepojęte. I właśnie dlatego, że nie doświadczyłam, niepojętym pozostanie.

:)
ren
-
logosviator
2011/03/09 05:11:44
Wygląda na to, że w tym samym czasie, co Ty byłaś w Warszawie, ja byłem w Krakowie. Ale nie chodziłem (tym razem) do teatru i obejrzałem tylko jeden film ("Ludzie Boga", który zresztą zachwycił mnie średnio). Nie spotykałem się też tym razem z nikim - chciałem być sam (tydzień wcześniej był pogrzeb mojej Mamy - dlatego, nagle, po jej wylewie, musiałem przylecieć do kraju.)

Za każdym razem właściwie, kiedy jestem w Polsce, staram się wpaść choć na te kilka dni do Krakowa (jakoś wolę bardziej to miasto od Warszawy ;)) Zatrzymuję się zwykle gdzieś w okolicach Rynku, tak więc blisko mam wszędzie i to na piechotę. Wywożę też za każdym razem całą furę książek (tak było i teraz), bo Kraków ma naprawdę dobre księgarnie. No i miałem okazję zobaczyć nową galerię polskiego malarstwa XIX wieku w Muzeum Czartoryskich (w Sukiennicach), jak i te nowe ekspozycje pod Rynkiem.
Ale właściwie to nic mnie nie cieszyło.
Ciężki to był dla mnie (i dla mojej rodziny) czas.

(Właściwie to nie jestem pewien czy dobrze robię, że tu o tym piszę. Ale wiem, że nie będziesz miała mi tego za złe, bo jesteś dobra i mądra... I hope ;))
-
renbor1
2011/03/09 14:21:50
Certainly:
jestem dobra, mądra (i inteligentna!), piękna, młoda, zabawna i serio. Skromna.
Komplementy przyjmuję hurtem. ;)

Logosie,
więc Tym tłumaczy się to blogowe milczenie...
Pomyślałam, jakie to mimo wszystko nieprzekraczalne: doświadczenia życiowe, odejścia najbliższych, zamykanie rozdziałów...rozgrywają się w świecie faktów i w nas samych. Blogi, bądź inne wirtualne przestrzenie, pozostają nietknięte, zamknięte na zbyt oczywisty, nieprzekładalny ból.
Można coś ledwie napomknąć, zaznaczyć, a choćby i krzyknąć w przestrzeń (cyber-) -
wciąż pozostając przyklejonym do tego, co własne.
Zostawiasz ślad swych świeżych przejść... Współczuję. Doceniam, że uchylasz prywatności.

Pozdrawiam serdecznie.
ren

A Kraków jest zawsze ten sam. Przynajmniej dla tych, którzy wracają.:)
-
logosviator
2011/03/09 14:39:49
Napisałem o tym tylko u Ciebie. Nie wiem... taki impuls.
Nie wspomniałem o tym choćby jednym słowem na moim blogu - nie chciałem, bo uważałem że... to dla mnie zbyt intymne, może nawet w pewnym sensie... święte.

To prawda, że pisanie bloga ma w sobie sporo ekshibicjonizmu (który przecież nie musi być tutaj akurat czymś złym). Jednak okazało się - że, przynajmniej u mnie - ma to swój limit i ograniczone jest właściwie do dzielenia się swoimi myślami, ale bez osobistych (prywatnych) szczegółów, konkretów...
Ale bynajmniej nie oznacza to też nieszczerości.

Pozdrawiam

PS. I nie znikaj tak całkiem ;)