literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

Łabądek, czyli Natalie wśród luster

Czarny łabędź, reż. Darren Aronofsky, USA 2010


Minęło już kilka tygodni odkąd widziałam najnowszy film Darrena Aronofsky`ego. Zniknęło wewnętrzne przynaglenie, by pisać o "Czarnym łabędziu" - ale słowo (zapowiedzi) się rzekło, a kobyłka u płotu (nie zdradzę, kto jest kobyłką). Napiszę o tym, co zapamiętałam najsilniej, o lustrzanych rozwarstwieniach.


Słusznie się mówi, że ostatnimi czasy spektakularne sukcesy odnoszą filmy rozgrywające się w zamkniętym kręgu, bez widowiskowego rozmachu.


"The Social Network" to proces o prawa autorskie dotyczące Facebooka. Rozprawa (uzupełniana głównie retrospekcjami) stanowi kręgosłup opowieści.

"King`s Speech" jest historią usprawniania artykulacji króla Anglii, paraboliczną opowieścią o pokonywaniu barier. Niemal oczekiwany szeroki wachlarz wydarzeń i środowiskowych intryg zwinięty jest do minimum. Perspektywa zawęża się do lekcji u logopedy.


"Czarny łabędź" to rzecz o próbach do premiery baletu Piotra Czajkowskiego. O dorastaniu tancerki do roli primabaleriny i przeobrażaniu własnej osobowości dla potrzeb sztuki. Jest widowiskowy spektakl w finale, ale poprzedza go warsztatowy, skoncentrowany na próbach i uciążliwościach układ wydarzeń.


Warto zobaczyć? Warto. Jest czym nasycić oczy, uszy, emocje i myśli.


To film jednej aktorki, Natalie Portman kreującej postać młodej baletnicy: perfekcjonistki i schizofreniczki zarazem. Pozostałe postacie są jednowymiarowe, aż nazbyt czytelne, ściśle trzymające się roli. W jednej z początkowych scen przydarza się taki epizod: reżyser objaśnia ćwiczącym baletnicom o czym jest "Jezioro łabędzie" (wiem, że widz kinowy może nie wiedzieć, ale żeby tak grubo poprowadzić wtajemniczenie... wydało mi się to przesadą...Streszczać tancerkom tak elementarną klasykę!).


Słyszymy, że pomysł reżyserski prowadzi do obsadzenia dwóch głównych ról tą samą aktorką. Ma ona w sobie odnaleźć materiał na białego i czarnego łabędzia, czyli dobro i zło, rozum i szaleństwo, perfekcję i instynkt.

Teza postawiona jest tak czytelnie, że jej oczywistość potwierdzana każdym kolejnym kadrem zbijała mnie z tropu. Była to przecież teza podwójna: reżysera baletu i reżysera filmu. Aronofsky tym chwytem zapowiada szaleństwo Niny, jej rozdwojenie, niszczący antagonizm wewnętrznych sił.


To, co powyżej, jest po trosze zarzutem. Ale może być również kluczem.

Spróbujmy przymierzyć baletowe libretto do historii Niny. Lustro. Życie przegląda się w sztuce. Może vice versa?


Czarny łabędź. Aronofsky


Nina (Portman) to łabędź biały, Odetta, potrzebująca przebudzenia... Żyje przecież pod kloszem mamusinej opieki, wśród maskotek nieco wstydliwych nawet dla nastolatki. Nina jest kobietą, która wie, co to dyscyplina, samokontrola, ból uwięzienia. Krępuje ją pietyzm, z jakim podchodzi do rygorów baletu i schłodzona zmysłowość, a także pulsująca w niej podskórnie, wydobywana koncepcją reżysera, choroba.


Czarny łabędź, inspirowany Odylią, to Lily - konkurentka Niny. Lily (Mila Kunis) jest spontaniczna, żywiołowa, energiczna, wyzwolona, niedoskonała, lecz budząca namiętność.


Po części z fabuły libretta wyrasta postać reżysera Leroya (Vincent Cassel), który niczym Książę musi wybierać - i dla sztuki, i dla swej męskiej fascynacji.


Lustra zaczynają wirować. Bo nie tylko o zbieżność temperamentów tu chodzi, nie tylko sztuka przegląda się w zakulisowych intrygach.

Nina jest otoczona zwierciadłami, jak w gabinecie luster, gdzie każde odbicie koncentruje się na jednej szczególnej deformacji. Przygląda się Lily i widzi swój rewers. Obserwuje Beth (Winona Ryder) - schodzącą ze sceny tancerkę (umierającego Łabędzia!) - i może dostrzec nieuchronność zmierzchu kariery. Matka jest lustrem, w którym straszy obraz niespełnienia. Reżyser, w jego oczach jest wszystko to, czym Nina chce się stać. Tak bardzo chciałaby nadążyć za swoim własnym wizerunkiem czy cieniem.


Niny prawdziwej nie ma. Zżera ją autodestrukcja, z której Aronofsky uczynił studium choroby psychicznej. Im silniej szaleństwo (omamy, urojenia, potrzeba okaleczania się) rozbudza się w Ninie, tym więcej w niej Czarnego Łabędzia. Aż po obłędny finał.


Najlepsze sceny filmu to te, w które wprowadzają nas rojenia Niny. Aronofsky nie ujmuje ich w cudzysłów, świat chorych wyobrażeń jest równoprawny z tym, co racjonalne. A przy tym mocno sugestywny.


Lustra w opowieści o baletnicy też zdają się mieć podwójną rolę. Są scenerią prób, bo w nich przeglądają się tancerze. Wiszą w garderobie artystek - Aronofsky pokazuje przestraszoną, upartą, zatraconą twarz Niny właśnie w lustrzanym odbiciu. A są jeszcze odbicia w szybie metra, w lustrze łazienki, gdy Nina obserwuje zadrapania na plecach, z których wyrasta czarne piórko... Lustra grają w tę samą grę. Czasem nie nadążają i wtedy Nina widzi siebie w zupełnie nieadekwatnej pozie. Jakąś drugą siebie.


Pomnożone lęki, dramatyczne napięcie premierowego spektaklu... eksplodują widowiskowym triumfem.

I nadchodzi finał, w którym śmierć przynosi rozbite lustro.

środa, 09 lutego 2011, renbor1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: czara, *.122.71-86.rev.gaoland.net
2011/02/10 08:55:48
Dobrze mi się czyta, chciałoby się jednak jeszcze, czegoś tu brakuje. Rozumiem, że skupiłaś się na motywie luster, ale jednak zostawiasz czytelnika bez żadnych za i przeciw, bez swojej opinii...
-
pemberley
2011/02/10 09:53:26
Bardzo ciekawa interpretacja. Myślę, że zaciekawiłaby nawet Aronofskyego- mam na myśli, że środki, którymi się posługuje często służą niestety samej formie.
Na Jureckifoto czytałam bardzo męskie podsumowanie. Ja wyraziłabym swoje zarzuty inaczej, ale też pewnie na mocno zarysowanej (przerysowanej?) linii stereotypów.

Inaczej niż Czara :), sądzę, że film do Ciebie przemówił i cieszę się, że mogłam się przejrzeć w lustrze Twojej wizji :)
-
renbor1
2011/02/10 10:40:27
~Czaro,
bez opinii? Może nie wprost, ale można wyczytać.
Dla Ciebie będzie bez ogródek:
- świetna Natalie Portman - z szerokim repertuarem niuansów i emocji: od dziewczyneczki, która się tuli do pluszaka, boi się jeść ciasto, by nie naruszyć dyscypliny... po ambitną, skoncentrowaną na karierze, walczącą z krytyką Leroya tancerkę... a dalej: wyzwalającą swą seksualność a wraz z nią wszystkie dotychczasowe bariery (również te, które trzymały szaleństwo w ryzach)... i wreszcie tę nieobliczalną, unicestwiającą samą siebie...jak Biały Łabędź.
Natalie ma co grać i robi to mistrzowsko.

- studium szaleństwa i (jeszcze raz) autodestrukcji - brawa dla Aronofsky`ego! Mając w pamięci "Requiem..." , powiedziałabym, że to specialite de la maison. Dreszcze! Paznokcie obcinane aż do krwi, te skórki odsłaniające ranę... Przywidzenia, nad którymi się nie panuje, a które rozrastają się w Ninie lękiem...
To jest mistrzostwo.
I wcale nie wiem, czy chodzi tu o spalanie się artysty dla sztuki (też, na pewno), czy po prostu o chorobę, która w dziewczynie tkwiła, a intensywna praca na emocjach rozżarzyła tlące się iskry do pożaru.

- końcowy spektakl, zwłaszcza rola Czarnego łabędzia - ach, te czerwone oczy Niny!
To wszystko piękne i wspaniale.

Ale:
* Postacie towarzyszące Ninie są blade. No, ja to sobie tłumaczę, że one mają być jednowymiarowe, niczym odbicia zniekształconej Niny... Ale oglądałam z poczuciem niedosytu. Marionetkowa Beth (odsunięta "stara" primadonna), Reżyser... ani nie dość diaboliczny czy uwodzicielski, ani nie pogłębiony... Jedno co trzeba przyznać: przystojny (typ francuski!). Nadrabiam swą ignorancję, bo ja go dotąd nie kojarzyłam (widziałam "Nieodwracalne", więc powinnam). Nawet Lily, od której emanuje "osobowość" jest stworzona na jednym akordzie. Matka ciut ciekawsza. Dlaczego ona malowała tyle masek? Nie wyjaśniło się.

* Nie lubię takich opinii krytyków, że "niestety, coś tu jest nie tak". Ale tym razem wymyka mi się sedno zgrzytu. Im dalej od seansu, tym bardziej jestem na tak. Trudno zapomnieć Ninę. Jednak objawów, po których poznaję, że naprawdę mnie wzięło - podczas seansu nie czułam.


~Pemberley,
czyli ta gruba kreska w szkicowaniu postaci też Cię drażniła?
Ja mam kłopot z taką jednoznaczną krytyką. Bo wychodzą mi wtedy smuty marudy. Nie znam recepty na to, jak powinno być. Gdybym znała, chodziłabym po czerwonym dywanie w tę i we w tę, byłabym VIP co się zowie. A że nie, to sobie piszę na Tamaryszku.

Zajrzałam na Jureckiego. Napisał słowa pochwały o oniryzmie a la Has, Polański czy Lynch - słusznie. Portman uznał za przeładowaną i uginającą się pod ciężarem. Myślę odwrotnie.
Zaciekawiło mnie (nie wiem, czy dobrze rozumiem), że szaleństwo jest spłycone do erotyzmu i koszmaru. Hmmm... Chyba nie. Szaleństwo Niny ma wiele warstw: przede wszystkim to rozdwojenie (Czarny i Biały Łabędź są niebezpiecznie blisko), zagubienie, brak oparcia w sobie, zdrada zmysłów (urojenia), ból fizyczny, poczucie osaczenia, spisku, zazdrość, konieczność przeobrażenia... Może to ostatnie jest ważne: metamorfozy są artystycznie owocne. Ale Nina jest na dojrzałą przemianę za słaba, zbyt krucha, za mało ma doświadczeń, by wytrzymać cios obuchem.

Trafnie ujęłaś tę skłonność Aronofsky`ego do efektów formalnych.

Pozdrawiam!
ren
-
chihiro2
2011/02/10 11:24:13
Nie dodam wiele od siebie, bo zgadzam się z Tobą. Też odebrałam ten film jako naprawdę znakomity i bardzo autentyczny, bo znałam blisko osobę podobą do Niny, z jej urojeniami i wiarą, że są prawdziwe. Przerażające być świadkiem czegoś takiego i nie móc wiele zrobić, nie wiedzieć nawet jak i czy można pomóc. No i relacje mojej koleżanki i jej matki były niemal identyczne.
Uważam jednak, że rola matki taka dosłowna nie była, to też kobieta poraniona, o czym świadczą jej obrazy i rysunki, a która ukrywa to doskonale, skupiając się na córce.

Nie przekonała mnie jednak do swej gry Mila Kunis (Lily), w ogóle pominęłam jej postać, gdy sama pisałam o filmie na blogu. Zbyt tępe spojrzenie, zbyt powierzchowna, jej Czarny Łabędź nie byłby wiarygodny, moim zdaniem. Że o białym nie wspomnę. Nawet samą urodą ta aktorka mi nie pasowała do klimatu baletu. Niewypał.
-
Gość: Maya, *.adsl.inetia.pl
2011/02/10 12:03:24
Ośmielę się odezwać i pewnie narazić na publiczny lincz, ale ja po prostu nie dostrzegam tej wspaniałość gry Portman. Dlaczego pomimo przeżywania prawdopodobnie tylu emocji, miała ciągle ten sam wyraz twarzy? Nudziło mnie patrzeć ciągle na jej zbolałą minę. No może nie ciągle, bo ostatnie 20-25 minut filmu rzeczywiście było dobre, ale do tego czasu czułam się znudzona i rozdrażniona.
Natomiast Milę Kunis odebrałam inaczej, bardziej pozytywnie. Podobała mi się w tym filmie.
-
chihiro2
2011/02/10 12:12:51
Maya, nie narazisz się na publiczny lincz, bardzo wielu osobom ten film nie przypadł do gustu.
Dlaczego Portman miała ten sam wyraz twarzy? Bo taką rolę grała, Nina wiele emocji nie dopuszcza do głosu. Ukrywa ból, żal, rozdrażnienie, jest uprzejma do przesady. Mam wrażenie, że w balecie trzeba mieć neutralną twarz, nie pokazywać emocji ani pasji. To jest gra. Zwróć uwagę, że nawet radości Nina nie przeżywa publicznie, kryje się ze łzami szczęścia w toalecie i stamtąd dzwoni do mamy. Myślę, że życie baletnicy byłoby nie do wytrzymania, gdyby pozwolono sobie na okazywanie większych emocji. Dlatego tak wiele baletnic nie wytrzymuje presji i pęka, albo w trakcie kariery, albo na "emeryturze", lądując na kozetce u psychologa. To nie jest normalny zawód, ból, cierpienie i zniszczone (u niektórych) zdrowie są jego efektami ubocznymi.
-
Gość: Maya, *.adsl.inetia.pl
2011/02/10 12:50:39
chichiro2 dzięki za wyjaśnienie. Ja sobie zdaję sprawę z tych wszystkich psychologicznych pobudek, w końcu nie długo sama będę psychologiem, tylko po prostu mnie ta bohaterka irytowała chyba. Nie lubię takich ludzi. Nie umiem pojąć miłości i pasji do czegoś, co tak niszczy i ogranicza.
-
the_book
2011/02/10 14:02:51
Ren - dziękuję za ciepłe słowa pod przedostatnią notką :)
O "Czarnym łabądku" ani słóweczka. Bo choć dzieło oglądałam, to nie zachwyca, nie zachwyca ... :) Zresztą znasz moje nastawienie do kina. Głośne "ach i och" :). Serdeczności :)
-
renbor1
2011/02/10 15:44:26
~Chihiro & Maya
Wartość tego filmu i w tym, że budzi interesujące komentarze.:)

* Co do Mili Kunis w roli Lily. Absolutna antyteza Natalie Portman. Niewiarygodne może być to, że jest poważną kandydatką do głównej roli w spektaklu... Sprawia wrażenie zmysłowej, kogoś, kto braki w technice (!) nadrabia ekspresją i naturalnością. Obie cechy obce w balecie. Nawet wyglądem odbiega od klasycznej baletowej normy.
Mnie się podoba ta odmienność wizualna i temperament. Z tym zastrzeżeniem, że Lily ma "osobowość" a priori. Tak wynika z tego, co mówi reżyser. Bo postać jest namalowana barwą jaskrawą, lecz jednolitą, więc uproszczoną.

* Wokół mnie też jakby więcej krytyki niż zachwytu. Ostatni głos, który zarejestrowałam brzmi tak: "O maj god! albo Dżizas! I o co tyle krzyku?".
Czy Natalie Portman gra genialnie czy mdło? Oba stwierdzenia są bardzo okrągłe.
A Wasza wymiana spostrzeżeń naprawdę interesująca.
Maya podkreśla, że postać Niny nie budzi sympatii. Prawda. Nina wcale nie jest lubiana. Podziwia się jej akuratność, zawsze doskonałe i w punkt wykonane ćwiczenia, ale żadnych ludzkich relacji w jej życiu nie ma. Matka próbuje zastąpić wszystko inne. Nie towarzyszymy jej w baletowej pasji, bo ona jest nie tylko niszcząca, lecz właśnie ograniczająca.

Osobowość Niny jest stłamszona. I Portman z tym swoim łabędzim wdziękiem i przestrachem świetnie to oddaje. Zawiedzie się, kto oczekuje, że postać przejdzie szałową przemianę. Nina jest jak niezapisana karta. Cały mrok wydobywa z choroby.
Trzyma się wskazówek reżysera, eksperymentuje (seks, narkotyki), ale chyba jedyną prawdziwie ciemną barwą, jaką w sobie znajduje, jest zazdrość, lęk przed odrzuceniem, nienawiść do rywalki.
Twarz jest niepokalana, ale skrywa piekło. Bardzo trafne są Twoje uwagi, Chihiro, o masce nakładanej na emocje.
A Natalie Portman gra istotę szalenie kruchą w sposób świadomy. Pamiętam ją jako striptizerkę Alice z filmu "Bliżej"... Przekonuje mnie lęk przed życiem, który emanuje z Niny.

Tylko też wciąż myślę, że podczas seansu był we mnie pewien opór...


~Monia,
No jeśli nie zachwyca, nie zachwyca, to trudno. :)
Serdeczności.

ren
-
logosviator
2011/02/11 03:36:53
Widzę, że już wszyscy mnie ubiegli w wyrażeniu opinii o tym filmie i oczywiście sam sobie jestem winien, bo napisałem o nim dobrych parę tygodni temu, ale zawsze coś mi wypada i do tej pory tego nie pokazałem na swoim blogu.

Tamaryszku, jak zwykle - świetna recenzja i niezwykle trafne (moim zdaniem) spostrzeżenia. Podobnie jak Ty, również i ja zwróciłem uwagę na te lustra, może więc zacytuję tylko ten fragment mojego tekstu, który o tym mówi (nie chcę jednak aby uznano to za "łatwiznę" - przecież wiesz, że do tego co piszesz podchodzę uważnie ;) )

Oto on:
"Może właśnie dlatego tak wiele jest w Czarnym Łabędziu luster, które zarówno ujawniają narcyzm tych wszystkich artystycznych baletów jakim oddają się występujące w nim postaci, jak i horror potępienia samego siebie. Niebezpieczeństwo, które czai się gdzieś na zewnątrz, ale i w nas samych. Wpędzając nas przy tym w konfuzję: co jest obrazem prawdziwym, a co tylko iluzorycznym odbiciem.
Film Aronofskyego to także jeden wielki koncert skrajności. Wszystko tam jest zbudowane z kontrastów, począwszy od klasycznej gracji baletu zestawionej z brutalnością fizycznego ekstremum, po subtelność dziewczęcą głównej bohaterki zderzającą się z perwersją jej wewnętrznych skaz i seksualnych obsesji."


To na razie tyle. Może jeszcze tylko napiszę coś w obronie Barbary Hershey, która jednak nie zagrała tak jednowymiarowo. Na tyle, na ile pozwolił jej scenariusz - dała jednak nam znać dość przejmująco o tym swoim przegranym w sumie i tragicznym życiu (i, kto wie, czy to właśnie nie ten jej dramat był także powodem choroby jej córki).
Aaaa... i jeszcze nieprzemożne skojarzenia z "Dzieckiem Rosemary" i "Wstrętem" Polańskiego (o "Carrie" Briana de Palmy i horrorach klasy B nawet nie wspominam, bo to jednak troche nie na miejscu, zważywszy na artystyczną klasę Aronofsky'ego ;) )

Pozdrawiam
-
renbor1
2011/02/11 15:18:51
~Logosie,
ale tam, zamieszanie z tym mówieniem przez wszystkich o tym samym. Niech no miną Oscary, a wszystko wróci do normy. W Polsce ogłoszenie nominacji zbiegło się z wejściem na ekrany oscarowych tytułów. I stąd, i dlatego, i jest pewien nadmiar.
Ale: ja zdecydowałam się napisać. A Ty musisz koniecznie.
Ciekawy jest ten fragment-zajawka.
Pisałam o lustrach jako scenerii, o lustrzanym odbiciu libretta w fabule filmu, o wykrzywionych lustrach postaci, w których przegląda się Nina. Jeszcze (trochę nie dość) o zabawie lustrem: bo i te nie przystające obrazy postaci i jej lustrzanego wizerunku, i gra rozbitym lustrem etc.
Ale sedno lustra to, tak jak to ujmujesz: gra prawdy i iluzji. I narcystyczne wglądy w siebie.

Ciekawa jest kwestia cielesności. I choroby psychicznej samej w sobie. Ja się przymierzałam do pisania notki porównawczej - właśnie Czarnego Łabędzia ze Wstrętem Polańskiego. Ale... zabrakło mi czasu na przypomnienie sobie filmu. :)

Ok, Barbara Hershey - podkreślam nazwisko. Oboje z Chihiro ją zauważacie. Może i tak.

pozdrawiam
ren
-
chihiro2
2011/02/11 16:21:39
Hmm, lustro jest uroczym medium do przedstawienia pewnych metafor, ale tutaj właściwie nieszczególnie jego wybór zależał od reżysera. Rolą baletnicy jest popadać w pewną megalomanię, zwielokrotnioną przez odbicia lustrzane. Balerina musi otaczać się lustrami, musi kontrolować się bez przerwy, przeglądać w szybach, przypadkowych zwierciadłach, z wielu stron i wciąż zachowywać właściwią postawę. Wykorzystanie luster było tu więc łatwym zabiegiem. Gdyby to był film o kobiecie skaczącej o tyczce, skądinąd też dążącej do perfekcji, jak każda sportsmenka, lustra trzeba by zastąpić czym innym.

Mnie się ten film w ogóle nie kojarzył z "Dzieckiem Rosemary" ani nawet ze "Wstrętem". Za to odrobinę z hitchockowską "Psychozą", w "Sight and Sound" zaś nawiązują do "What Ever Happened to Baby Jane?" i "The Red Shoes". W omówieniu filmu w ramce jest też notka o filmach z tzw. "double visions" i są tam: "Metropolis", "The Life and Death of Colonel Blimp", "Sisters", "Mroczny przedmiot pożądania", "Podwójne życie Weroniki" i "Mulholland Drive" - to tyle na temat fantazji schizofrenicznych.
-
renbor1
2011/02/11 20:09:33
~Chihiro,
tak, tyczkarka wśród luster mogłaby dostać nerwicy. ;)

Sugerujesz, że lustra są w Łabądku oczywistością?
W tym tkwi sedno. One są naturalnym elementem scenerii. Każdy, kto zabierałby się za film o balecie, szukałby takiego tła. Ale Aronofsky od dosłowności przechodzi do metafory, a przynajmniej jakiejś dwuznaczności. Nie sądzę, że to jest pójściem na łatwiznę. Można by się zastanawiać, czy nie przekombinował. Według mnie jest ok.

Może się powtarzam, ale podoba mi się scena, w której Nina gubi swe odbicie. Jej ruch nie współgra z tym, co dzieje się w lustrze. Fajne. Albo: te zranienia na plecach... my je ciągle oglądamy przez pryzmat lustra (jeśli się nie mylę).

Filmowe analogie... Za daleko bym się posunęła, twierdząc, że widzę tu cytaty. Wstręt idzie w innym kierunku, ale zapaliły mi się światełka, gdy obserwowałam... hmm... no może nie wstręt do ciała, ale obsesyjne i szorstkie udręczanie.
Poza tym te maniackie wizje...
Tu muszę wyznać, że nie widziałam Psychozy... tak się jakoś nie zdarzyło. A szkoda! Tytuły, które przywołujesz są ciekawą inspiracją do przemyśleń o "podwójności". Bardzo lubię Weronikę Kieślowskiego! W ogóle o niej nie pomyślałam przy tej okazji, bo tajemnicza "metafizyczna" bliskość obu dziewczyn jest z innego porządku.
Niektóre tytuły nic mi nie mówią (Życie i śmierć Colonela Blimpa)... Ale lubię słuchać, gdy ktoś widzi więcej niż ja. Zwłaszcza jeśli to więcej oznacza jakieś kulturowe konteksty.
Dzięki, dorzuciłaś wiele inspirujących uwag. A swoją drogą: ciekawe jest też to prywatne doświadczenia w kontaktach z osobą przypominającą Ci Ninę. Tego tematu już nie drążę.
Pozdrawiam:)
ren
-
2011/02/12 19:32:14
Chciałabym coś dopisać, ale tutaj już tyle trafnego napisano... A ja dopiero wczoraj z kina wróciłam, równie poruszona seansem (od razu, pozytywnie), co zniesmaczona (po zastanowieniu). Chociaż trochę inaczej patrzę na ten film jak ochłonęłam, niż tuż po wyjściu z kina. Na pewno robi wrażenie, a Arofnosky jest mistrzem oszukiwania widza, odwracania uwagi od wad, opakowywania w błyszczące papierki, które zastępują zawartość.
Ze "Wstrętem" Polańskiego nie kojarzy mi się w ogóle, hm, z żadnym filmem mi się nie skojarzył tak właściwie, ale to nie wymóg, więc uznam, że mogę nie kojarzyć :)
Natomiast muszę się zgodzić z obroną Barbary Hershey, obok Vincenta Cassela (w mojej subiektywnej opinii, opartej wyłącznie na prywatnych, laickich założeniach) zrobili najlepszą robotę w tym filmie, będąc jakby trampoliną dla Portman, która bez ich gry byłaby jedynie małą paranoiczką wśród luster.
W zachwytach Milą Kunis jestem ostrożna.
-
2011/02/12 19:33:11
Aronofsky, oczywiście, palce się plączą
-
lirael
2011/02/12 21:17:00
Niestety, kolejny dobry film, który przemknął przez lubelskie kina jak meteor. Rozpaczliwie szukałam, ale już go nie ma. :( Teraz będę czekać aż do chwili, gdy pojawi się DVD.
Na pewno podzielę się wówczas wrażeniami.
Niepodzielnie króluje u nas "Och Karol 2" :(
Zgadnij, ile projekcji w ciągu dnia.
Osiem!
Trudno się dziwić, że dla "Łabądka" brak miejsca.
-
Gość: , *.osk.enformatic.pl
2011/02/12 22:10:50
Jakos tych luster nie zauwazylam w czasie ogladania, ale masz racje, jest to jeden z elementów przekazania stopnieowej zmany bohaterki, utraty dawnej osobowosci. Pomysl nieowy, wpodobny sposob uzyła odbic i refleksow ponad piecdziesiat lat temu Sylvia Plath dla pokazania stoniowej wewnetrznej dezintergacji swojej Esther Greenwood. Tak, zgodze sie że pomysl z lustrami jest dobry ale niestety reszta filmu jest kiepska pełna niekonsekwencji i absurdów. Bo czy naprawde jest ktos w stanie uwierzyc ze matka byla baletnica, swojej corce, prawie primabalerinie, wciska na sile do zjedzenia tłusty kremowy tort? I skad ta niewinnosc Niny? przecież w szkole baletowej musiala byc juz co najmniej od 10 lat, i nie wierze zeby w tym srodowisku nie spotkała sie wczesniej z przebiegloscia, zawiscia czy proba fizycznego kontaktu o seksualnym zabarwieniu. Aronofsky stworzyl bajke nawet nie o śpiacej krolewnie, tylko o Śnieżce ktorej nagle przestal się podobac bialy kolor i zamiast sprzatac u krasnoludkow zaczeła dla nich tanczyc. Brzmi kretyńsko? No własnie ;)
-
peek-a-boo
2011/02/12 22:11:53
to nizej mowila peek-a-boo, która zapomniala sie przedstawic ;)
-
renbor1
2011/02/13 12:33:30
~Liritio
Rzecz w tym, że pierwsze wrażenie i organiczny odbiór filmu to jedno, a przemyślenia i oświetlanie wybranych elementów (poza salą kinową, pod ostrzałem różnych lamp) to drugie.
To czy tamto - co ważniejsze? That is the question!
Błyszczące papierki Aronofsky`ego...:)... no tak, ale coś tam w środku jest. Może cukierek mniejszych gabarytów, niż sugerowałoby opakowanie, ale cukierek. (oj, coś dwuznaczna ta metafora... już blisko do tortu, o którym wspomniała peek-a-boo) That is the question!
Miałam odwróconą kolejność: obejrzałam zachowując dystans, a później zaczęło mi się podobać.

Zgoda na trampolinę. Tylko dlaczego dziewczyny (na czele z Monicą Bellucci!) kochają Vincenta Cassela? That is the question!
Obym znalazła odpowiedzi szybciej niż Duński Książę! :)

~Lirael:)
Cały Lublin ogląda Karola?! A to ci!
Może gdy będzie ciepło-gorąco oscarowo, to zaoferują projekcję hitowych tytułów.
Na pewno dopisałaby widownia.
Ale Lublin i tak jest dobrym miejscem na życie.
No place is perfect - (parafrazując "Pół żartem pół serio"). :))

~peek-a-boo!
Na marginesie Łabądka...(chociaż nie: Esther Greenwood jest ciekawym kontekstem dla Niny)... Do Sylwii Plath było mi blisko kilkakrotnie, ale coś szklanego stawało pomiędzy. Czytałam "Szklany klosz" jako nastolatka (czyli pomijając metafory i nie dostrzegając walorów kompozycji, które zachwalasz), później: dzienniki Sylwii, książkę biograficzną, poezję (ale tylko w tłumaczeniu). Przymierzałam się na studiach, by o niej pisać jedną z prac semestralnych, ale już obłożona notatkami, z rozgrzebanym zarysem i świadomością, że stoję obok(!) studni, spanikowałam i zastępczo skrobnęłam coś o Woodym Allenie (wydał się prostszy z tą swoją nowojorską neurozą);)

Ja -z dystansu patrząc- rozgrzeszam Aronofsy`ego z absurdalnych wpadek. Są uproszczenia i grube krechy...może mają być (dla efektu trampoliny, jak pisze Liritio, lub karykaturalnego odbicia). Faktycznie, tort był wpadką. Podobnie, wspomniane w notce, streszczanie baletnicom treści baletu...jakby ktoś wwoził drzewo do lasu...

Ale ta Śnieżka! Co ona wyprawia? Tańczy? A powinna - zgodnie z nazwą - odśnieżać krasnoludzią chałupkę! Bez sensu... ;)

pozdrawiam
ren
-
2011/02/13 20:11:07
Żeby choć trochę uchronić Cię przed losem duńskiego księcia, postaram się któreś z zarzuconych questions choć częściowo rozwiązać :)
Jeżeli chodzi o wyższość wrażeń późniejszych nad natychmiastowymi (albo odwrotnie) obawiam się, że trzeba by wejść w rozróżnienie celu każdego widza, rozróżnienie gatunków filmowych, które przecież różnorakie wartości oferują, dalej, rozróżnienie emocji i chłodnych wniosków, pomieszania jednego z drugim oraz popularnego wnioskowania "na siłę", które jest równe wróżeniu z fusów. Gdyby ktoś mi przystawił pistolet do głowy, powiedziałabym, że istotniejsze są te natychmiastowe odczucia, pierwsze wrażenie. Wrażenia kolejne są wtórne i częściowo oszukane. Natomiast to też jest dyskusyjne, jako że przy dzisiejszej szybkości przepływu informacji można by powątpiewać w jakiekolwiek "czyste" pierwsze wrażenie, takie prawdziwie pierwsze.

Co do papierków Aronofskiego, jego inne filmy mają znacznie solidniejsze podstawy, niż "Czarny łabędź", jednak najnowsze dzieło reżysera to trochę taki kolos na glinianych nogach, te wszystkie sprzeczności, o których wspomniała peek-a-boo (i jeszcze więcej...)
Natomiast co do Cassela :) tutaj mogę jedynie posiłkować się słynnym, oklepanym i według mnie bezsensownym (ale jakże użytecznym!) zdaniem powtarzanym przez wieki, de gustibus non est disputandum. Gdybym miała powiedzieć, co mnie w tym panu się aż tak podoba... prawdopodobnie zmieniłabym temat ;) albo mądrze pokiwała głową i stwierdziła, że jest naprawdę dobrym aktorem ("Wschodnie obietnice" z Casselem, mistrzostwo).
No dobrze, napisałam komentarz długości mini rozprawki maturalnej, wracam do niedzieli, miłego wieczoru :)
-
2011/02/13 20:36:26
A propos luster, to zdaje się w którymś wywiadzie sam Aronofsky mówił o ich miejscu w swoim filmie, podkreślając, że scena finałowa z baletem Czajkowskiego jest jedynym momentem, kiedy na ekranie nie ma gry odbiciami/lustrami.

Już u siebie pisałam, że mam mieszane uczucia wobec tego filmu, więc nie będę się powtarzać.
-
renbor1
2011/02/13 23:58:32
~Liritio:D
Czyli styl retro. Jak dobrze.
Rozprawki maturalne to relikt przeszłości...teraz się pisze analizy fragmentów i czyta z tzw. zrozumieniem.
Co do Vincenta Cassela...
To ja powiem, że George Clooney szlachetnie interesuje się Sudanem, Ralph Finnes ma dobrą dykcję i świetnie, że nagrał audiobooki dla Kate Winslet, a Geoffrey Rush (to trochę z innej beczki) dobrze zna Szekspira. :)) Dawniej natomiast... Gregory Peck bardzo sprawnie jeździł motocyklem (chyba jednak nie Harleyem...) po Rzymie...
Oczywiście, mądrze przytakuję głową.;)
Już rozumiem, dlaczego panie szanują Vincenta Cassela. Nawet w roli reżysera Leroya. ;)

~Fabulitas!
Wywiadu nie znam. No tak, czyli rozszyfrowaliśmy chwyt D.A. I trudno żeby nie.
Więc scena finałowa została w ten sposób wyodrębniona. Ale też z zastrzeżeniem, że podczas interwałów Nina idzie do garderoby, a tam znów lustra!

Czytałam Twoje rozważania. Bardzo dobre! Zabierałam się za komentarz, ale coś mnie rozproszyło.
Pamiętam Twoje uwagi o cielesności i o pułapce, w którą wpadł reżyser (geniusz= samokontrola i spontaniczność w jednym).
I oczywiście - to chyba wszystkim przeszkadza- że za dużo szumu komentatorskiego przeszkadza we własnym odbiorze.Cóż, przyczyniamy się.;)

Pozdrawiam
ren
-
Gość: czara, *.122.71-86.rev.gaoland.net
2011/02/16 11:48:34
Tamaryszku nie wiem czy nie powinnam teraz jakiegoś focha strzelić ;-) Cóż, czasami udaje mi się czytać między wierszami, choć akurat w Twojej notce wyraźnie jest napisane "warto oglądać" więc akurat nie musiałam się wspinać na wyżyny swojej domyślności ;) Chodziło mi raczej o bardziej rozbudowane uzasadnienie Twoich mieszanych uczuć, co Twój dodatkowy komentarz świetnie uzupełnił.

- Ja też należę do opcji umiarkowanie zachwyconych grą Natalie Portman. Jak chyba już wyżej było wspomniane - jej Nina jest trochę przeszarżowana we wrażliwości, chociaż fizycznie aktorka świetnie się wpisała w rolę baletnicy. Ja natomiast nie dostrzegłam w niej żadnej "ciemnej strony", oczywiście poza ewidentnymi wskazówkami scenariusza.

-Mila Kunis - natomiast w ogóle mi nie pasuje do roli baletnicy, zgadzam się z reżyserem, że jest bardzo sexy, ale ten sex-appeal w tym przypadku jest nie na miejscu

- Oglądając ten film też nie myślałam o Polańskim, a raczej o Pianistce, zwłaszcza w kontekście relacji matka-córka. Isabelle Huppert stworzyła kreację niezapomnianą, wg mnie Portman mogłaby się dużo od niej nauczyć. Natomiast rola Barbary Hershey jest świetna! To bardzo demoniczna i niejednoznaczna postać. Odpowiadając na pytanie peek-a-boo o torcie - może to dlatego, że mimo ewidentnie chorej relacji, matce tak bardzo nie zależy na tym, żeby Nina odniosła ogromny sukces, jest nawet gotowa przeszkodzić jej w dotarciu na premierę. Jej malowane maski i przesadna infantylizacja córki mogą wskazywać na dziedziczność choroby.

- Podsumowując - film mi się podobał, ale nie przesadnie. Szkoda, że Aronofsky poszedł w taką dosłowność horroru - czarne piórka, które wyrastają na skórze Niny, Beth przekłuwająca sobie rękę pilniczkiem - to zupełnie do mnie nie przemawia. Dużo bardziej podobał mi się Zapaśnik i jego oszczędny styl, tam przekonały mnie zarówno emocje bohatera, jak i ta cała cielesna destrukcja. Tutaj Ninie stawy trzeszczą jak drewnianej laleczce, jest też tak scena, gdy jak marionetce opadają jej nogi, trochę mnie to bawiło. A przecież nie o to chodziło.
-
renbor1
2011/02/16 21:57:41
~Czaro:)
Dobrze, że pytasz. Otóż w żadnym razie nie powinnaś strzelać focha.
Odpowiedź była dobroduszna, Twoja błyskotliwość jest niepodważalna. I nawet podejrzliwość, czy aby ja (vel ja-tamaryszek) nie unikam jednoznacznego określenia się w poruszanym temacie, jest poniekąd słuszna.
Bo czy ja muszę głosować na tak lub nie?
Chciałabym umieć ująć w karby nasuwające się wątpliwości, żeby nie było: nie bo nie, ani tak, bo po prostu tak.
Ale cóż, kiedy część wrażeń nie została zweryfikowana po żadnej ze stron?
I teraz czytam Twoje uwagi o matce Niny z przekonaniem, że rzeczywiście z papierka wyskakuje nie baton, a wielowarstwowy wafelek.
Dziedziczność? Pokrętne wspieranie i szkodzenie zarazem? To bardzo być może.
Rozmnożyły się konteksty. "Pianistka" rzeczywiście, nie pomyślałam.

Pozdrawiam
ren