literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

Tropem klasyków. "Śmierć w Wenecji"

Tomasz Mann, Śmierć w Wenecji, [data powstania: 1911]

Śmierć w Wenecji, reż. Luchino Visconti [film z roku 1971]


W eseju Süskinda "O miłości i śmierci" znalazłam aluzję do opowiadania Tomasza Manna Śmierć w Wenecji. Przeczytałam je (ponownie) i obejrzałam (po raz pierwszy) jego filmową adaptację wyreżyserowaną przez Viscontiego.


Klasyka - dzieła obrosłe w interpretacje, osadzone w kulturowych kontekstach, stworzone przez artystów o wielce docenionych nazwiskach.


Zacznę od anegdoty, którą znalazłam w notce na temat savoir vivre`u na blogu Ja, Irena i ja. Porady dotyczą tego, jak kulturalnie rozmawiać, jak być damą. Panie spotykają się na herbatce i wymieniają konwencjonalne uwagi, wśród których pada - nieco ryzykowne - wyznanie jednej z nich, że woli herbatę Pickwicka od Klubu Pickwicka Dickensa. Odpowiedź rozmówczyni: "Klub Pickwicka jest arcydziełem. Radzę przeczytać raz jeszcze." I wracają do herbatek vel pogody.


Coś podobnego odczuwam, czytając Manna. To nie mój pisarz, nie mój bohater, nie moja melodia. Ale... damą będąc, doczytałam do ostatniego słowa.

Film Viscontiego obejrzałam z przyjemnością. I w kilku zdaniach - poprzedzonych spostrzeżeniami ogólnymi - spróbuję wyrazić swe przekonanie o wyższości obrazu nad słowem. W tym konkretnie zestawieniu.



Gustaw Aschenbach to mieszkający w Monachium pięćdziesięciolatek, uznany pisarz, który za swe zasługi otrzymał szlachectwo, a jego dzieła umieszczano w szkolnych wypisach z literatury. Mężczyzna o niezwykłej samodyscyplinie, zrównoważony, o ogromnym poczuciu obowiązku (wobec swego talentu, którego nie wolno mu zaprzepaścić, wobec społeczeństwa, etc...).


Ktoś opisał go tak: "Oto Aschenbach żył od dawna tylko tak - i mówca zacisnął palce lewej ręki w pięść - nigdy tak - i swobodnie zwiesił otwartą rękę z poręczy."

 


Zmęczony monotonią wyjeżdża do Wenecji, zatrzymuje się w jej pobliżu, w hotelu na wyspie Lido.


Obserwuje otaczający go światek kuracjuszy, odwiedza Wenecję, spędza dnie na plaży. Przeżywa udręki wywołane przez sirocco. W centrum jego zainteresowań jest 14-letni Tadzio, przebywający tu ze swą polską rodziną. Aschenbach jest oczarowany jego pięknem, podpatruje go dyskretnie, zna linię jego sylwetki, układ włosów, niuanse zachowań. Jeszcze się do tego nie przyznaje, ale zakochał się po uszy. Tak, wie, że to niewłaściwe. Nie zdradza się z niczym, zresztą - opuszcza Wenecję, uciekając przed niepokojem, który w nim zagościł. Ale ucieczka nieudana - na dworcu źle nadano bagaż, więc wraca i tym razem pozwala sobie wielbić Tadzia.


Tymczasem coś niepokojącego rozgrywa się w samym mieście. Silnie pachnie karbolem, którym dezynfekuje się ulice. Tubylcy, bojąc się strat finansowych, usiłują zataić przed turystami okrutną prawdę: w mieście panuje zaraza. To sceneria dla chorobliwej miłości. Im większe rozprzężenie wywołuje choroba, tym większy chaos w głowie i sercu Aschenbacha. Zachowania już nie dyskretne, lecz graniczące z upokorzeniem i śmiesznością.


Świetny - trzeba Mannowi przyznać - pomysł z wprowadzeniem "fałszywego młodzieńca" na początku opowiadania. Na statku do Wenecji Aschenbach widzi starszego mężczyznę mizdrzącego się do młodych, z makijażem i w stroju, który ma go odmłodzić. W ostatnich scenach główny bohater odgrywa podobną rolę. Chce się podobać - maluje usta, farbuje włosy, wierzy w trywialną prawdę fryzjera, że "mamy tyle lat, do ilu poczuwa się nasz duch...".


Nieszczęśliwa historia. Zakończy ją śmierć, w Wenecji.


Visconti sięga po prozę Manna z czcią i fascynacją. Nie ma więc powodu, by film przeciwstawiać literackiemu pierwowzorowi. W tekst Manna wpisane są już konteksty i pytania, które reżyser podejmuje. Z tym, że w filmie jest więcej warstw, bardziej oczywista jest jego intertekstualność (do Śmierci w Wenecji trzeba by dodać Doktora Faustusa Manna, biografię i muzykę Gustawa Mahlera - choćby to).


Historię starzejącego się artysty zauroczonego młodością i pięknem opowiedział 36-letni pisarz i 65-letni reżyser. Zaznaczam, choć nie śmiem twierdzić, że to mogłoby dać którejś z wersji przewagę.

 

 


Visconti czyni Aschenbacha muzykiem.

I wplata retrospekcje, w których słyszymy jego spór z przyjacielem na temat istoty sztuki i piękna. Aschenbach całe życie odrzucał zmysły, szukał doskonałości i tego, co duchowe. Protestuje wobec sugestii, że sztuka bądź artysta mogą być dwuznaczni moralnie. To, co mu się przydarza, przeczy więc wszystkiemu, w co wierzył. Odkrył nową prawdę, czy tylko sprzeniewierzył się samemu sobie?


W opowiadaniu Manna bohater rozmawia sam ze sobą i z tekstem Platona (Sokrates wyjaśnia naturę piękna i artysty Fajdrosowi).

Muzyka filmowa (dużo Mahlera) dopowiada portret Aschenbacha-artysty. O naturze sztuki słowa nigdy nie dowiedzielibyśmy się równie wiele.

A skoro portet...


Rola główna to kreacja Dirka Bogarda.

Świetna. Dystans, samotność, ostrożność, choroba, obserwacja(!), a zwłaszcza sceny końcowe, gdy paraduje w makijażu, ... gdy czarne strużki potu zabarwionego fryzjerską farbą spływają mu na twarz...


Bardzo lubię scenę na dworcu (rozbudowaną w filmie). Aschenbach postanowił uciec, wycofać się z sytuacji. Pośpiesznie kupuje bilet, może nie zdążyć, jest zdenerwowany i spięty. A tu urzędnik informuje go o pomyłce w przesłaniu jego bagażu. Szczyt irytacji! Jest naprawdę wściekły, wykrzykuje i odgraża się, by po chwili stanowczo stwierdzić, że w takim razie on wraca do hotelu. Złość ustępuje radości! Przecież tego właśnie chciał. Cudnie to Bogard zagrał. Kostyczny Aschenbach nagle się rozluźnia, ma figlarną minę, jak dzieciak.


W dworcowej hali zdarzył się incydent. Zesłabnięcie (śmierć?) wymizerowanego tubylca. Nikt jeszcze nie wie, że to symptom zarazy. Jeden z licznych znaków śmierci i rozkładu, które towarzyszą tej opowieści. Innymi są gondole-łodzie Charona, Wenecja - miasto upadającej świetności, chore, wspomniani już starcy przerażeni swym przemijaniem.


Obrazy filmowe oddają główne zajęcie Aschenbacha. Są obserwacją.

Można o tym pisać, ale lepiej pokazać. Tu wyższość filmu wydaje mi się bezsporna.

Samotny muzyk rzadko wdaje się w rozmowy, częściej rozgląda się, szuka wzrokiem Tadzia, obejmuje spojrzeniem fin de siecle`ową scenerię wytwornego kurortu.


Elegancja, dystyngowane ruchy, towarzyskie przesiadywanie w salonach, na tarasach, na plaży. Stosowne stroje panów - tak, w garniturze nad brzegiem morza. Piękne suknie pań, kapelusze, woalki. To seria malarskich ujęć. Gęstych w treść, mimo że szmer rozmów nie zmierza do rozstrzygnięć fabularnych. Słyszymy polskie dialogi - Tadzio, jego siostry, piękna mama i służba to Polacy.


Mama jest niezwykła. Rozmawia z dziećmi jak z osobami z towarzystwa, nie naruszając image`u damy. Jest zjawiskowa! Sama nie wiem, który kostium podobał mi się bardziej. Różowa (lekko!) powłóczysta, podkreślająca sylwetkę suknia, udekorowana perłami? Nienaganny kostium ecru? Może ta srebrno-szara z przebłyskiem stonowanego różu, zestawiona z cudnym kapeluszem? Magia.


Spojrzenie Tadzia.

Wymiana spojrzeń to kwintesencja znajomości muzyka i chłopca. Jak wygląda ten młody bóg, o którym pisze Mann? Czym jest to piękno, które zniewoliło Aschenbacha?

Fałszywa obsada mogłaby zniszczyć film.

Szczupła sylwetka, delikatność, poetycko-anielska twarz, melancholia przełamywana radością morskich zabaw. Uroda aktora jest tu głównym narzędziem kreacji.

Tadzio Viscontiego jest współuczestnikiem gry, nie tak nieświadomym jak literacki pierwowzór. Rozpoznał spojrzenia Aschenbacha, wyczekuje ich, odpowiada uśmiechem...


Wszystko pochodzi jakby z innego świata. Niuanse, dekadencja, życie sztuką, która nie syci się popkulturą... Bezkresne morze, muzyka... i Wenecja - miasto, które umiera, zatruwa, do którego dociera się i penetruje drogą wodną... zanurzając się w wody Styksu i Lety.



niedziela, 16 stycznia 2011, renbor1

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2011/01/16 18:36:51
Ren - je jednak nie jestem literacką damą. Na szczęście :) Trzymaj się dzielnie w tych konkursowych rozrywkach. Pozdrawiam serdecznie Monia
-
2011/01/16 19:00:22
Straszliwie zmęczyła mnie lektura "Czarodziejskiej góry", ale potem ze zdziwieniem stwierdziłam, że powieść, która tak mnie irytowała, pozostawiła we mnie liczne ślady.
"Śmierć w Wenecji" poza refleksjami filozoficznymi wywołuje wspomnienie delikatnie mówiąc nie najambitniejszej polskiej komedii, w której gangsterzy wypożyczyli ten film, na podstawie tytułu wnioskując, że chodzi o kino akcji. :)
-
2011/01/16 19:31:40
Książki nie czytałam jeszcze, ale film zrobił na mnie spore wrażenie, jak każde dzieło Viscontiego. Ręce mi opadają, kiedy czytam w sieci te oskarżenia o pedofilię. Najgorzej to kompletnie nie zrozumieć filmu i potem głosić takie bzdury... Choć Czarodziejska góra mnie pokonała i jest moim niekończącym się wyrzutem sumienia, to jednak Mann nadal jest na mojej liście autorów do przeczytania. Koniecznie.
-
2011/01/16 19:56:54
Z chęcią poczułabym się do bycia damą, ale jeżeli musiałabym doczytać od końca "Klub Pickwicka" to jednak znajdę inne, równie zacne zajęcie :)

Pamiętam "Śmierć w Wenecji", film, bolał mnie. Nie poradzę, mięczak ze mnie, kiedy polubię bohatera i postać jest tak smutna, ciężko się ogląda.
Ale zdjęcia były idealne.
Natomiast "Historię starzejącego się artysty zauroczonego młodością i pięknem opowiedział 36-letni pisarz i 65-letni reżyser. Zaznaczam, choć nie śmiem twierdzić, że to mogłoby dać którejś z wersji przewagę." - celna uwaga.
I mam nadzieję, że niebo nie spadnie mi na głowę, kiedy dodam, że moim zdaniem Mannowi brakowało wrażliwości niezbędnej do stworzenia tego typu opowieści z jej wszystkim wymiarami.
-
2011/01/16 23:23:08
Bardzo ciekawy tekst, Tamaryszku!
Dla mnie, w przeciwieństwie do Ciebie, Mann długo był moim pisarzem (i wciąż nim w dużej mierze pozostaje), tworzył moich bohaterów, moje melodie i stanowił bardzo ważny punkt w smakowaniu literatury. Jednak "Śmierć w Wenecji" Visconti'ego przewyższył, w moim odczuciu, nowelę i dzieło Manna. Choć może nie tyle je przewyższył, ile uzupełnił.
Przypomniałaś mi o tym wielkim reżyserze, którego oglądałam wciąż tylko 2 filmy!Muszę to niezwłocznie nadrobić.

Pozdrawiam ciepło,
Karolina K.-K.

Ps. A zdjęcia Pasquala De Santis przypominają mi chwilami przepiękne malarskie ujęcia Tonino Guerry, współpracującego m.in. z F. Fellinim i T. Angelopoulosem.
-
2011/01/17 08:40:23
A ja chyba teraz do biblioteki udam się tropem Tamaryszka... Wspaniała lektura, zresztą każdy Twój tekst to inspirujący esej i okno na kulturę przez duże K.
-
2011/01/17 09:15:19
PS. A teraz idę odkrywać blog o pani Gumowskiej, bo choć niestety, do bycia damą, strasznie mi daleko, to na Księdze Nastolatków się wychowałam :)
-
2011/01/17 19:31:08
~Monia:)
Przykazanie bycia damą jest - oczywiście - nieobligatoryjne. Kto by się ostał, gdyby serio egzekwować etykietę?! Stąd moja sympatia do blogu "Ja, Irena i ja", który natrząsa się stylowo z savoir vivre`owych wskazówek.
Monia, znając Twoją skłonność i potrzebę zachwytu... może raczej niekoniecznie Mann...
Skoro jednak lubisz Eco, to może właśnie Mann...? Orzeł czy reszka?

~Kornwalio:)
Tak, słusznie podkreślasz, że temat pedofilii, a nawet i homoerotyzmu jest tu zgrubieniem, czymś nie na miejscu. Nie chcę wyjaśniać subtelności manna czy (zwłaszcza) Viscontiego, ale nie o samo uwiedzenie chodzi.
Mann to pisarz idei, pryncypiów, polemik intelektualnych. Więc i pogoń za Tadziem ma w sobie iluzję ścigania młodości, piękna, tego, co nieuchwytne, już stracone...itp,itd, etc...
Dziwność i chorobliwość sytuacji to klimat "Śmierci w Wenecji".

***
A czy któraś z Was śledziła może -tak jak ja- Trójkowe LBŚ (Literackie Biuro Śledcze)? Nadkomisarz Jerzy Sosnowski wraz z detektywami (Przemysław Czapliński, Justyna Sobolewska, Jarosław Klejnocki) naprowadzał na ślad poszukiwanych/zaszyfrowanych pisarzy. Był wśród nich Tomasz Mann. Przytoczę podpowiedź prof.Czaplińskiego. Zagadka już rozwiązana, ale jest coś na rzeczy w tych ostatnich wersach:

Pewien młodzieniec chciał kurację
zamienić w życia przemijanie.
Lecz zszedł na ziemię, by na wojnie
życie swe wzmocnić zabijaniem.
Pewien poeta zasłużony
w Wenecji dżumą zarażonej
przeżywa miłość do chłopczyka.
Kocha, umiera, chłopiec znika.
Gdzieś tam papieżem z woli Boga,
zostaje grzesznik, co swą matkę
za żonę wziął i miał z nią dziatki.
Kto pisał tak, ten musiał wierzyć,
że wiek chorobą trzeba mierzyć.
Dlatego - u niego
co druga postać jest lebiegą,
co trzecia zaś, gdy wziąć za rączkę,
okaże się, że ma gorączkę.

***
~Lirael!
"Czarodziejską górę" czytałam dwa razy. Są fragmenty, w których można zapomnieć o świecie, okryć się kocem, wziąć termometr, kontemplować własne "zachorzenie"... Ale są takie, że już nie można. Wszystkiego jest nadto, zbyt wolno, zbyt aseptycznie...
"Śmierć w Wenecji" - absolutnie nie żałuję, że przeczytałam! - to wcale nie lekkie kilkadziesiąt stron. Zostaje w pamięci. Ale myślę, że bardziej dla myśli, rozterek, idei sprzecznych, niż dla mistrzostwa formy pisarskiej.
[Liritio, na pomoc!, niech niebiosa nie usłyszą!] Gdyby się kierować zasadą Mamy Muminka, że to jest zdrowe, co smaczne - Mann byłby szkodliwy. ;)

:))) Z jakiej to komedii?? Kino akcji! :) Piękne.

~Liritio:)
Nie spadnie nam niebo na głowę. Jakby grzmiał literacki archanioł, to zasłonimy się Nabokowem, który szczerze Manna nie cierpiał (tak wynika z jego "Wykładów o literaturze").
Prawda? -!- są tematy, do których trzeba "dożyć", ogólna dojrzałość nie wystarczy. Trzydziestosześciolatek... dziś by dopiero rozruch kariery planował. :)

~Karolino:)
Oj, cieszę się, że równoważysz mój brak admiracji.
Zresztą - sama widzisz - w gruncie rzeczy doceniam bardzo. Tylko trudno mi się z nim zgrać. Innym rytmem idziemy.
Dzięki za podanie nazwiska włoskiego operatora. Bo w jego stronę to same ukłony. I jeszcze machnięcie dłonią do kostiumografa! Tonino Guerra początkowo nie kojarzył mi się jednoznacznie - zajrzałam więc, ale określany jest przede wszystkim jako scenarzysta (zresztą "Amarcordu" m.in.). Co nie zmienia faktu, że jak wspomniałaś o Fellinim i Angelopoulusie, to zrobiło mi się strasznie żal, że obrazy chwilowo niedostępne (nie wiem kiedy znów powrócą, ale na pewno). Lubię ich obu.

Tak, Visconti uzupełnił. Ucieszyło mnie, że -ceniąc Manna- masz podobne odczucie.
Również ciepło pozdrawiam!

~Czaro!
Znalazłaś Irenę G.? Kraina absurdu. Im dosłowniej, tym bardziej odlotowo!
Zastanów się nad wypożyczaniem Manna... jak widzisz: są różne frakcje:)
Komplement jak miód na serce. Trwaj chwilo!


Pozdrawiam:)
ren

-
2011/01/17 23:41:12
Tak, Tamaryszku, zastanawiam się jak Mann smakuje po francusku? Bo teraz to tylko takie wypożyczanie wchodzi w grę. Ciekawe jaką następną literacką (filmową?) ucztę nam zaserwujesz...
PS A pani Gumowska i jej świat "zza szyb automobilu" zostały we mnie głęboko. Do tej pory pamiętam, że moja odzież musi być schludna, guziki przyszyte, a dziury zacerowane. I że inteligentna młoda dama powinna umieć konwersować na każdy temat i uprawiać sporty. A kiedy przyszywam sobie już jakiś guzik, to myślę zawsze z zadumą o tamtym młodym dziewczęciu, które na czas nie posiadło tej podstawowej umiejętności i skompromitowało się przed swoim szefem zlecającym jej właśnie podobne zadanie (dżentelmeni musieli mieć czyste uszy i paznokcie, guziki przyszywały im matki, żony lub... podwładne).
Bloga już uwielbiam. ;)
Pozdrawiam serdecznie!
-
2011/01/18 00:27:32
Tamaryszku, wg mnie coś takiego jak "Śmierć w Wenecji" Viscontiego wykracza poza doświadczenie czysto filmowe - jednym słowem: to więcej niż kino.
Powtarzam: moim skromnym zdaniem.
Zgranie obrazu, treści i dźwięku w tym dziele sztuki jest bez mała cudowne.
A w takich przypadkach coś takiego jak ocena moralna (np. dość ordynarne - czy też raczej pospolite - odniesienia do homoseksualzmu czy wręcz pedofilii występujących tam postaci) wydaje sie być czymś nie na miejscu, czymś nieprzystającym, nieodpowiednim... czymś zupełnie... hm... redundantnym (sorry za to przemądrzałe wyrażenie ;))

A tak a propos.
Podobno większość mężczyzn zastanawiała się nad tym, czy aby nie są homoseksualistami A ja zastanowiłem się raz jeszcze ;) , kiedy słuchałem (i oglądałem) Adagietta Mahlera zilustrowanego kadrami z filmu Viscontiego.
Bo doprawdy, zachwyciłem się nie tylko dźwiękami tej muzyki, ale i urodą tego chłopaczka. On jest (był) doprawdy piękny! :)
No dobrze... zachwyciłem się nie tylko urodą Tadzia. Także niebywałym pięknem tych obrazów :)

Dzieki Bogu za taką klasykę :)

-
2011/01/18 20:09:55
~Czaro,
czytałam w przekładzie Staffa.
Mann - nawet przetłumaczony - brzmi po niemiecku.
Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć. ;)
Diapazon francuski rozszerzy się (lub zwęzi) dokładnie do potrzeb T.M. (on jest apodyktyczny!).
Co do Gumowskiej... w moim domu był chyba jeden jej (?) poradnik - o wywabianiu plam i innych tragediach, którym trzeba umieć szybko zaradzić.
To taki inny świat... jak wyprawa do odległej galaktyki!
:)

~Logosie,
bo wiesz, ja widziałam dopiero pierwszy raz.
Visconti.
Zobaczony, rozrasta się.

Będę tu czasami pisać o klasyce - tej odkrywanej na nowo i tej, którą dopiero co poznaję.
Odrobinę niewygodnie jest przyznawać się, że dopiero teraz, nigdy wcześniej...
Ale taka jest prawda - ogromne pokłady dzieł znanych i ważnych są poza naszą (przecież nie tylko moją) percepcją. Literatura. Kino. Malarstwo. Muzyka.
Jeśli nie terra incognita, to na pewno w jakimś sensie coś, co czeka na odkrycie.

Trudno pisać o klasyce, nie popadając w truizmy i godząc się na to, że nie wszystko, co ważne dla innych, jest równie istotne dla nas.

Piękny Tadzio? Hmmm...
Tak, tak, nieskazitelny...i w gruncie rzeczy chyba aseksualny. Nie budzi namiętności, lecz zachwyt nad czystą nutą harmonii. Chciałoby się uznać, że musnęła go doskonałość. I dlatego nic gorszącego w Aschenbachu. Nic a nic.

Pozdrawiam
ren

A teraz idę sobie ponarzekać - za kulisami "tamaryszka" - że padam ze zmęczenia... nic nie obejrzę, nie przeczytam, najwyżej jakieś drobnostki i głupotki (znów!)... tyle tylko mogę.
Rzeczywistość to wampir.
-
2011/01/18 22:35:44
Wampir to nierzeczywistość :)

PS. A ja się łudziłem, że Cię w jakiś sposób zbulwesruje ta moja (samo)podejrzliwość ;)
A tu nic... cicho, sza! :)

A tak, tak... Tadzio jest aseksulany. Czysta estetyka, piękno takie... malarskie, formalne... Może dlatego namiętność (uczucie? sentyment?) Aschenbacha nie są czymś "gorszącym", nie są właściwie postrzegane w kategoriach moralnych.

PS2. Piękny Tadzio? Hmmm...
Wiesz, że Tadzio został uznany swego czasu za "the most beautiful boy of the world"?

PS3. Jest czas na mądrość i czas na głupotki :)
Podnoś się tamaryszku jak najszybciej... albo... leż sobie jak Ci tak wygodniej ;)
-
2011/01/18 23:28:43
Nie czytałam książki, nie widziałam filmu...
Ale nabrałam ochoty, chyba większej na film.
-
2011/01/19 14:46:44
~Logosie;)
Autocharakterystyka (tamaryszka):
niska podatność na prowokację i temperament niepolemiczny.
Tak już jest, na dobre czy na złe.

~Agnes,
ochota to miły stan:)
Skoro "mole" przerzucają się na filmy, widać nie taki diabeł straszny (=film wyssysający literaturę).

Pozdrawiam
ren

-
2011/01/19 16:33:44
niska podatność na temperament niepolemiczny? ;)

To podobnie jak ja - też trudno mi się poddać komuś, kto jest pozbawiony temperamentu polemicznego :)

Ale już poważniej: to przecież nie musi wykluczać rozmowy, nieprawdaż?
-
2011/01/20 15:56:52
~Logosie
Prawdaż!
Ale potrafisz wytwarzać sensy przez kontaminację! Ej, prowokujesz!
Rozmowa - jak najbardziej - z przyjemnością.

Swoją drogą: aktorzy, którzy wcielili się w postacie Tadzia i jego mamy nie zaistnieli wyraźnie w późniejszych filmach. Ta jedna rola, jeden oślepiający błysk.
r.
-
2011/01/20 22:42:22
Ren - rolę matki Tadzia grała Silvana Mangano! :)
-
2011/01/20 23:13:53
~jasox!
Ranyyyy!
Wiedziałam, że Silvana Mangano, bo sprawdziłam. Ale (i teraz to już się pogrążę!) nie umiałam jej dopasować do niczego znajomego. Wyskoczyły mi w wyszukiwarce tytuły, które wpadły w czarną dziurę mojej niewiedzy. (Ziemia widziana z księżyca; Teoremat). Teraz dopiero wrzasnęło coś we mnie: Pasolini!!!! (no i Visconti po raz kolejny!).
To już skończę to tłumaczenie, bo ruchomy jest grunt. Ale czy tak właśnie nie jest z klasyką? Każdy słyszał o Pasolinim i Viscontim, ale niektórzy uchowali się od doświadczeń bezpośrednich.
Najwyraźniej klasyka jest mi zadana.

Ale gdyby ochłonąć... to właściwie cieszę się, że to nie kometa, lecz zjawisko, które można obejrzeć w innej odsłonie. Tadzio (Bjorn Andresen) jednak był jednorazowy. ?

Dzięki za sprostowanie.
Pozdrawiam (i witam):)
ren
-
2011/01/21 00:50:01
Dlaczego od razu "kontaminacja"?

Wszak mam nadzieję, że użyłaś tego określenia w sensie etymologicznym a nie ekologicznym (bo kto by tam chciał być kontaminatorem?:) )

PS. Jeśli więc coś pobrudziłem (zanieczyściłem?), to przepraszam ;)
-
2011/01/21 09:59:44
Mann...hmm kwestia do przemyślenia, chociaż po ubiegłorocznej lekturze "Czarodziejskiej góry" nadal hmmm... Eco - również zależy w jakiej formie. "Imię róży" tak, "Zapiski na..." - niekoniecznie. Ren - a swoją drogą - skąd ten Umberto? :) Reasumując - zachwytu i emocji jak nie było, tak nie ma - film! O Matko! :) serdeczności na piątek :)
-
2011/01/21 10:19:10
Ren - tak, Björn Andrésen już się nie wyróżnił żadną znaczącą rolą, a jeszcze - w "Przekroju" 52/2010 jest świetny esej Adama Zagajewskiego o polskim arystokracie będącym pierwowzorem Tadzia
-
2011/01/22 00:31:04
~Logosie :)
Różne kontaminacje są na świecie? Duże, małe i fikuśne?
Najprostszą miałam na myśli: że łączysz dwie odrębne rzeczy w jedną. Specjalnie.
I w dodatku cały czas przewrotnie rzecz ujmujesz.
Przepraszam? Dziękuję! Pozdrawiam!
;)

~Monia (the book):)
A kto pisał, że Eco jest geniuszem? Rzekło się "a".........

Moje rozumowanie było proste: 1) Mann do Ciebie nie pasuje - temperamentem, tematem, językiem... 2) weryfikuję pogląd: a kto to wie? 3) kontrobserwacja: podobało Ci się "Imię róży", znaczy:jest tolerancja na wolny rytm i długie zdania. 4)wniosek: na dwoje babka wróżyła; orzeł lub reszka? kawa czy herbata? ;)

~ jasox:)
Szkoda, że na portalu "Przekroju" tak trudno się dogrzebać do numerów archiwalnych. Ustaliłam, że to (około)noworoczny numer - z przedrukiem trzech esejów Zagajewskiego. Żałuję, że przegapiłam. Dotrę, wcześniej czy później.
Dziękuję za cenny trop!


Pozdrawiam!
ren
-
2011/01/22 17:46:32
przewrotnie rzecz ujmujesz

Może dlatego, że chcę ją zobaczyć z każdej strony? ;)
(bo jak się rzecz przewraca, do wtedy można zobaczyć każdą - a przynajmniej wiele - z jej faset?)

Ale czy Twoje analizy są czymś innym? ;)

PS. Mam nadzieję, że nie odbierasz mnie tu jak jakiegoś natręta z tymi moimi cudacznymi komentarzami :)
(Po prostu lubię u Ciebie bywać)
-
2011/01/23 23:30:20
Przyswajałam "Śmierć w Wenecji" w odwrotnej kolejności, przy czym dystans czasowy między obcowaniem z obrazem i lekturą był spory, bo oba doświadczenia dzieliło kilka lat. Oba wcielenia "Śmierci..." pozostają dla mnie epifaniczne. Twoja analiza obudziła apetyt na powtórkę. Wspaniale wyłuskałaś niuanse. Bliskie są mi również spostrzeżenia Logosaviatora dotyczące Tadzia jako ucieleśnienia piękna pozostającego ponad wszelkimi przyporządkowaniami. Czysty ideał. Ufizycznienie abstrakcji filozoficznej. Idei.
Pamiętam, o dziwo, że lektura wywarła na mnie większe wrażenie niż film. Słowo tej prozy, ukryta w splotach słów niewyrażalność, subtelność były dla mnie zjawiskowe. Zasnęłam nad ranem, właściwie skończyłam czytać nad ranem i nie mogłam zasnąć. Ta proza wprawiła mnie w stan zawieszenia. Oderwania. Niedomykalności jakiejś. Dla mnie to perła.
-
2011/01/24 08:45:29
~Logosie,
przecież to oczywiste: zapraszam. :))

~Jolu,
podejrzewałam, że tak można to przeżywać! Epifania.
Cieszę się, że zostawiłaś ślad swego zachwytu. Brakowało mi takich słów.
Ja chyba rozumiem z grubsza o co chodzi. Sama jednak nie mogłabym tak napisać. Jest jakaś przestrzeń między słowami... Węszę, że jest... Jakiś słoń widać zdeptał mi wewnętrzne ucho, bo moja wrażliwość na Manna jest stępiona.
Oczywiście, bez przesady. Nie chcę zbyt mocno podkreślać, że do mnie nie trafia, bo to nie tak. On mnie po prostu nie uwodzi. Ale zostaje po tej prozie ślad.
Co do idei czystego piękna, która się przed Aschenbachem ucieleśniła w postaci Tadzia - rzeczywiście niezwykły pomysł ukazania - chyba można tak to ująć - pułapki, jaką staje się szukanie wzniosłości w realnym świecie. Jeśli nawet jest, to zawsze nieuchwytna.

Pozdrawiam!
ren
-
Gość: weZz, dnu247.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/03/23 22:56:18
problem w tym, że te oskarżenia o pedofilię są w pełni uzasadnione, ten film również dla mnie był niesmaczny, tłumaczenia i bajania o artyzmie o sztuce o wartościach najwyższych, pięknie itp. niestety ale nie rekompensują absmaku pozostałego po scenach śliniącego się starego faceta do nastolatka...litości
-
2011/03/24 18:51:38
~weZz,
Absmak? Możliwe, że to właśnie czuje sam do siebie Gustaw Aschenbach.
Ten film wydał mi się interesujący bynajmniej nie dlatego, że pochwalam czy zachwycam się uczuciem A. do Tadzia. Nie wchodzę w taki układ, że Ty atakujesz a ja bronię jego postawy. Przecież oglądamy nie tylko takie historie, które nam się estetycznie podobają, w których sami chcielibyśmy zamieszkać. Ja sięgnęłam po ten tytuł (książkę i film) po esejach Suskinda, gdzie analogiczna sytuacja została wskazana jako przykład chorej miłości.
Dużo ciekawsze wydało mi się nie to, że mężczyźnie podoba się mężczyzna (jedno horrendum) albo starszemu panu dziecko (drugie horrendum). Wyłączam postawę oceniającą (i chyba mogę, bo nikomu nie dzieje się krzywda, poza samym zainteresowanym, którego to uczucie niszczy). Suskind sugeruje, że chorobliwość polega tu przede wszystkim na tym, że miłość, by mogla nas budować, potrzebuje ujawnienia, obdarowania sobą kogoś i przyjęcia wzajemności. Tu o czymś takim nie ma mowy. Miłość (używam tego słowa, bo i Aschenbach w końcu je wypowiada, więc niech będzie) jest niczym dekonstrukcja, rozsadza A. od środka.
Piszesz: "bajania o artyzmie". No ale co ja jestem winna, że Mann tak sobie to wymyślił. I właśnie o sztuce, o pięknie i o artyście chciał za pomocą tej historii opowiedzieć. Miał prawo, bo to jego opowieść.
Jeśli sprawdzasz, czy mnie również pedofilia bulwersuje, to zapewniam Cię, że jak najbardziej.
Jeśli wyrażasz swój niesmak wobec innych niż własne gusta miłosne, to nie skomentuję. Bo nie musząc oceniać, korzystam z tego prawa.

Dziękuję za komentarz. Pozdrawiam
ren