literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

Pigmalion i jąkała

Jak zostać królem (The King`s Speech), reż.Tom Hooper, Wielka Brytania (i USA,i Australia) 2010


Tu, tam i tu też

Filmowo. Inspiracją pośrednią tej notki są oscarowe rankingi, typowania i przetargi, bezpośrednią - wysyp dobrych filmów w styczniowym repertuarze polskich kin.

Wśród nich dwa hiciory. Brzydkie słowo, ale oddaje pewien uciążliwy aspekt pisania o "Czarnym łabędziu" i "Jak zostać królem". Ledwie polszczyzna nastarcza z fleksją: te tytuły są odmieniane, cytowane i przywoływane na każdym kroku. Utrudnia mi to (ale przecież nie uniemożliwia) znalezienie własnego tonu w zapisie kinofilskich wrażeń.


O królu można poczytać na przykład tu, a o łabędziu tam. I oczywiście: tu też.

[zmiana planów: będą dwie odrębne notki]


Jąkała znajduje Pigmaliona


Miał Jerzy V dwóch synów: światowca i jąkałę.

A rządził w czasach, gdy Brytania była światową potęgą kolonialną i 1/4 ludności świata stanowili jego poddani. Królewskie dylematy władzy i prywatności,  splatają się w życiorysach obu potomków monarchy.

Edward, prawowity następca tronu, kocha się w amerykańskiej rozwódce i dla prywatnego szczęścia podejmie decyzję o abdykacji. (Ta postać w filmie ukazana jest dość trzpiotowato - czy pierwowzór mieści się w tej kreacji?)

Albert, domator, co prawda z temperamentu choleryk, ale nieśmiały w starciu z publiką - nikt nie mógł bardziej niż on nie pragnąć korony. Jąkała. W czasach rozkwitu radia, czyli -jak to określa stary król: gdy królowie stają się aktorami- postawiony przed bezwzględnym ultimatum. Jeśli ma przejąć koronę, musi nauczyć się przemawiać. To kwestia honoru i prestiżu rodziny królewskiej.



Opowieść Toma Hoopera ujęta jest klamrą przemówień.

Pierwsze jest katastrofą, drugie - wielkim triumfem.

Gdy Książę Yorku, Albert, zamyka przemówieniem zawody jeździeckie, rzesze zgromadzonych na stadionie, zwielokrotnione przez odbiorców relacji radiowej są świadkami żenującego spektaklu. Każde zająknięcie mikrofon przekształca w czkawkę, a mówca zmienia się w trzepoczącą bez wody rybę. Koszmar.


Drugie przemówienie wygłasza ten sam Bertie, już w majestacie królewskim jako Jerzy VI i w niezwykłych okolicznościach wypowiedzenia wojny Rzeszy Niemieckiej. Słucha go cały naród - przed Pałacem, na ulicach, w pubach, prywatnych domach. Serce rośnie. Jesteśmy dumni (bo czujemy się Brytyjczykami!) z króla i z człowieka, któremu udało się pokonać wewnętrzne przeszkody, który na naszych oczach rozkwitł.


I to właściwie cały film. Historia spójna, bez rozmachu, skupiona na pokonywaniu ograniczeń wymowy, na dorastaniu do roli. Mniej znaczy więcej. Prostota wyrasta ponad majstersztyki zawiłości. I choć to nie jest moje kino - spośród znanej mi piątki z dziesiątki nominowanej w oscarowej kategorii "Najlepszy film" największe wrażenie zrobił na mnie "Do szpiku kości" (Winter`s Bone). I choć film Hoopera jest jak najbardziej mainstreamowy, z kilkoma ewidentnie hollywoodzkimi chwytami... To uznaję, że jest w tym obrazie prawdziwe kino. A nawet prawdziwy teatr.


Zaplatam kciuki za przyznanie statuetki Colinowi Firthowi jako najlepszemu aktorowi pierwszego planu. Ale drugi plan powinien należeć do Geoffreya Rusha - dałabym sobie zapleść uszy, by tak się stało.


Lionel Logue -

genialny hochsztapler, samozwańczy Pigmalion, logopeda-amator,

niespełniony aktor szekspirowski (to klucz do tej postaci!)...przyjaciel króla. To jest postać jak z Szekspira: wierzchnią warstwą jest komizm, podszyty tragizmem (a z pewnością goryczą doświadczeń).


Seans u Lionela przydałby się każdemu z nas. Trzeba by (tak jak król) opuścić własne gniazdko i dotrzeć do zapyziałego gabinetu, gdzie Lionel stawia sprawę jasno: My castle, my rules.

Nawet (przyszła) królowa Elżbieta, gdy przychodzi tu szukać wsparcia, zamiast powitań słyszy beztroskie: chwileczkę, jestem na kibelku. Czego się po kimś takim spodziewać? Wszystkiego.

Sedno terapii to dotarcie do wewnętrznych lęków, kompleksów, zahamowań. Niektóre wynikają z przeżytych traum, ale całkiem sporo z nich produkujemy sami, popadając w przesadnie poważne wyobrażenia o sobie samych.

Oto Bertie (Jerzy VI) ma przebrnąć przez rytuał koronacji albo wygłosić ważną mowę do narodu... A Lionel przekłuwa baloniki majestatu, które go paraliżują. Że oto niezwykłe miejsce (Opactwo Westminster), tron, na którym zasiadali sami wielcy, że wszyscy oczekują, że on powinien, że chciałby zaspokoić i sprostać...


Naprawdę genialne jest to, że Lionel nie jest kabotynem i nie naśmiewa się ze świętości, on im odbiera obezwładniającą moc i przeobraża w wewnętrzną siłę mówcy. Praca nad głosem króla oparta jest na niekonwencjonalnych metodach. Hmmm...i śpiewać trzeba, i przeklinać. Nie są to tylko efektowne sztuczki. Podskoczyłam na fotelu, gdy zobaczyłam manuskrypt mowy królewskiej. Ręcznie naniesione wskazówki jak pajęcza sieć oplatały tekst przemowy. Tu pauza, tu chwila na taki lub inny zabieg, który pozwoli przebrnąć przez kolejny próg.


Jeden moment wprowadził mnie w zwątpienie. Jak to? Sytuacja polityczna jest niezwykle poważna. Inwazja Niemiec na Polskę stała się faktem. Brytania ma zająć stanowisko. Król zapowiada przemowę do narodu. A my się przyglądamy, jak Colin Firth podśpiewuje i przeklina, jak się boi mówić. Znajmy miarę!


Ale mój pancerz rozprysł się na kawałki. Jąkała pokonuje własne ograniczenia. Ale tu nie tylko o to chodzi, że król pokonał strach i swoją słabość. Z każdą chwilą coraz mocniej, piękniej i sensowniej brzmią jego słowa. Ta mowa jest prawdziwa i potrzebna. Dodaje sił tym, którzy na nią czekali. Fenomenalne, że zmaganie z czymś poniekąd wtórnym (jąkanie się) prowadzi do wyzwolenia potencjału, który bez tej walki pozostałby wewnętrznym (i nieuświadomionym) skarbem jednego człowieka.




Dla mnie to film o sztuce mówienia i wyrażania siebie, i o barierach, które warto pokonać, by mówić głosem pewnym i swoim.

O sztuce uzewnętrzniania siebie.


Naprawdę: dopiero druga warstwa przynależy do rodziny królewskiej, do angielskich smaczków.

 

Wspaniałe Westminster! Ulice osnute mgłą. Wnętrza i twarze. A nade wszystko: angielski humor.

 

Wśród 12 nominacji do Oscara, jakie zgarnął King`s Speech jedna adresowana jest do Davida Seidlera za scenariusz oryginalny. Opowieść jest ... przewidywalna i minimalistyczna. Ale jeśli miałabym wskazać potęgę tego scenariusza, to nie byłabym bezradna. Wskazałabym dialogi. Świetne, dowcipne, skrzące się angielskim humorem.

Otóż to: dla dialogów mogłabym obejrzeć ten film powtórnie.

 


 



sobota, 29 stycznia 2011, renbor1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
lirael
2011/01/29 14:52:45
Jak tylko zobaczyłam tytuł, od razu wiedziałam, o jakim filmie napisałaś i ucieszyło mnie to tym bardziej, że jutro właśnie wybieramy się na "Jak zostać królem"! O 14.50 spełni się moje marzenie.
Twoją recenzję przeczytam jutro wieczorem, po seansie. :) Postaram się też podzielić wrażeniami na gorąco.
-
the_book
2011/01/29 15:28:05
Ja też, podobnie ja Lirael jeszcze "przed" "Jak zostałem Królem". Moją osobistą premierę zaplanowałam na jutrzejsze popołudnie. A z fleksją, jak to zwykle bywa: cholernie trudna sprawa. Kto cenił i wielbił na filologii gramatykę opisową niech pierwszy rzuci kamień!
A dziś bardziej teatralnie, gdyż wybieram się do "Teatru Polskiego" na "Mistrza i Małgorzatę".
Serdeczności. Monia
-
2011/01/29 16:01:09
Mam bardzo podobne wrażenia z "Jak zostać królem" i aż nie wiem, czy po Twojej recenzji dam radę się nimi podzielić.
-
logosviator
2011/01/29 16:46:18
Tamaryszku... no fajnie mi się ten film oglądało ;)
Ale... (i tutaj musiałbym napisać coś, co tym, którzy się filmem zachwycili, mogłoby się wydać takie... niezbyt sympatyczne :) )
Moja notka o "The King's Speech" (tym razem, choć chwilowo, postanowiłem ignorować polskie tytuły amerykańskich filmów, zwłaszcza jak z "True Grit" zrobili "Prawdziwe męstwo"... lekka zgroza!), tak więc notka jest gotowa i klamka zapadła. Niedługo się pewnie odważę i wyjdę z tym do ludzi :)
(Mam nadzieję, że trafię na Ciebie ;') )

Ale radość mnie ogarnia, bo pewnie dzisiaj (lub jutro) obejrzę "Biutiful" Inárritu (Totalnie zaskoczyli mnie ci z Akademii Filmowej nominując Bardema w kategorii Best Actor. To się prawie nie zdarza w przypadku filmów nieanglojęzycznych. Zaskoczenie tym większe, że wszystko wskazuje na to, że dystrybucję tego filmu w Stanach jakby - sorry za brzydkie słowo - olano. Nawet sama Julia Roberts się wkurzyła i zorganizowała - nota bene prywatnym sumptem - specjalny pokaz tego filmu. Ale i tak wygra Firth, co mu się oczywiście bardzo należy. Zresztą... Oscary nigdy mnie zbytnio nie podniecały, choćby dlatego, że widzę zbyt wyraźnie cała podszewkę tej komercyjnej zabawy, tudzież nieco irytującą mnie pompę Towarzystwa Wzajemnej Adoracji :) )
-
renbor1
2011/01/29 21:56:50
~Lirael, Monia :)
bardzo jestem ciekawa Waszych wrażeń!

~Fabulitas:)
Pisz swoje. Wiadoma rzecz, że ten film nie jest jednostkowym odkryciem. Szczególnie teraz, gdy temu sprzyja oscarowa koniunktura.
W dzieleniu się swoim odbiorem czasami przeszkadza przekonanie, że trzeba koniecznie coś nowego dodać. Ale to jest bariera, z którą trzeba by się udać do Lionela. :))

A ja sobie właśnie pomyślałam, że tak mi się napisało dość ogólnie. Teraz gdybym się do tej notki zabierała, pisałabym tylko o tych szekspirowskich akcentach.
Bo co tu mamy: króla i sługę (błazna), przemianę, władzę i prywatność.
Mamy Lionela, który recytuje szekspirowskie sztuki (jego synowie też) i usiłuje zdobyć rolę w teatrze; mamy Geoffreya Rusha, który swą twarzą wskrzesza klimat elżbietańskiej Anglii ("Zakochny Szekspir", "Elżbieta I")...
Wreszcie - last but not least - mamy króla-aktora, który choć nie chce, grać musi. Wszak życie jest teatrem, aktorami ludzie...jak głosił Mistrz ze Stratfordu. :)

~Logosie,
dalej, szybciutko! Publikuj! Chętnie przeczytam. :)
Ej, nie byłbyś niesympatyczny, nawet gdybyś zrugał ten film totalnie. Czego nie zrobisz, bo przecież się nie da.;)
Żeby było jasne: ja nie uważam, że to najlepszy film stulecia czy coś w tym stylu. Gdybym się miała czepiać, to może jednak finał coś nachalnie przypomina. Czyżby Hollywood?
Ale ja się nie czepiam, bo było wystarczająco (aż nadto) dużo mistrzowskich elementów tej mozaiki. Z grą aktorską na czele.

Święta racja z tym tłumaczeniem tytułów. The King`s Speech dużo sensowniej brzmi.

Pozdrawiam:)
ren
-
Gość: czara, *.245.101-84.rev.gaoland.net
2011/01/29 22:12:28
A ja chętnie przeczytam Twoje wrażenia z Czarnego Łabądka czy też Black Swan jak wolą niektórzy Komentatorzy ;) (takiż też jest fr tytuł ale w tym wypadku wolę pl tłumaczenie). A speech kinga oglądnę z miłą chęcią, po takiej notce :)
-
lirael
2011/01/30 20:00:22
Byłam, obejrzałam i mini-recenzję napisałam. :D
Widzę, że mamy bardzo podobne wrażenia i nawet identyczne typy Oscarowe!:)
Jak odebrałaś Helenę Bonham Carter? Moim zdaniem było w niej coś sztucznego.
W scenie, w której król podśpiewuje i przeklina, nie robi tego beztrosko. Chce szybko podzielić się uczuciami, a przeklinanie i śpiewanie to dwie techniki, które polecił mu Lionel. On w ten sposób wyraził swoje wzburzenie, a nie lekceważenie tematu. W każdym razie ja to w ten sposób odebrałam.
-
renbor1
2011/01/30 20:42:00
~Czaro:)
King`s Speech jest bardzo terapeutyczny. Przez moment przemknęło mi przez myśl, czy aby Hooper nie poczytywał (jakoś proroczo, z wyprzedzeniem czasu powstania notki) Energii Wewnętrznej. Myślę o byciu osłem... wiesz w czym rzecz. Bertie się niepotrzebnie blokuje, sądząc, że bycie królem wymaga od niego szczególniejszego namaszczenia. ;)
O łabądku spróbuję, ale trochę nie wiem po co - chcąc nie chcąc nasłuchałam się kryrtyk. Jeśli już, to pod prąd.

~Lirael!
Czytałam Twoją recenzję. Bardzo mi się podoba pomysł z błękitem. Nie zarejestrowałam tego sama. Zapamiętałam głównie mgłę.

Już tłumaczę. Oczywiście, Bertie jest spanikowany i bynajmniej się nie wygłupia. Komizm sztuczek logopedycznych nie obniża rangi wydarzenia.
Chodzi mi o to, że całe napięcie budowane jest na tym, czy królowi uda się ładnie przemówić. Rozumiesz, gdy się ma do oznajmienia, że właśnie rozpoczęła się wojna, gdy trzeba przejąć na siebie rolę niebagatelną (uspokoić, dodać otuchy itp), to troska o to, by się nie jąkać wydaje się dość trywialna. Jakby aktor myślał nie tyle o przekazie tekstu, ale o swojej dykcji (lub fotogeniczności profilu).
No dobrze, to się z sobą wiąże. Bo jeśli król ma dodać otuchy, to właśnie takim niedrżącym tonem musi mówić. I Colin Firth wspaniale to rozgrywa. Od pokonywania tremy, lęku przed wystąpieniem, po wchodzenie w rolę przywódcy.

Helena Bonham Carter mnie nie raziła. Ciepełko takie. Pominęłam, bo Geoffrey & Colin zgarniają wszystko (mówiąc żargonem: "wymiatają").

Pozdrawiam
ren
-
lirael
2011/01/31 22:08:23
Masz rację, Tamaryszku, dramaturgia tej sceny jest kapitalna!
Piszesz, że całe napięcie budowane jest na tym, czy królowi uda się ładnie przemówić. Moim zdaniem pytanie brzmi: czy król w ogóle cokolwiek z siebie wykrztusi?
Jeszcze jedno - rewelacyjny dobór aktorów dotyczy też postaci epizodycznych. Świetna była na przykład ta komisja przeprowadzająca casting do kółka teatralnego! :D
-
renbor1
2011/02/01 11:59:08
~Lirael:)
To jeszcze - w ramach przerzucania się smaczkami- dorzucę dwie sceny.
Królowa w windzie.:)
I Bertie opowiadający córkom bajkę o pingwinie.:)

Możliwe (jak piszesz u siebie), że rzeczywiście Colin miał trudniejsze zadanie niż Geoffrey.
Choć gdy odbierałam film, kreacje były dla mnie równorzędne.
:)
-
lirael
2011/02/01 18:23:00
:)
A jeszcze mina żony Lionela, kiedy zobaczyła u siebie w domu rodzinę królewską!
-
renbor1
2011/02/01 21:29:31
~Lirael :)
Fotka dla prasy po skończonym przemówieniu. Iluzja.;)
I głowa Lionela w drzwiach - niczym dziwna maszkaronowa klamka:))
-
lirael
2011/02/02 20:57:59
:D
-
2011/02/06 22:10:53
Na film ciągle nie dotarłam, ale jestem już coraz bliżej :)
A recenzja z cyklu, Tamaryszek opowie nam bajkę: "Miał Jerzy V dwóch synów: światowca i jąkałę".

Nie ukrywam, że bajka owa mnie jeszcze bardziej zniecierpliwiła w przytupywaniu przed seansem. Szczególnie Goeffrey Rush, jestem rozdarta między nim a Balem w wyścigu po Oscara (chociaż ani jednego ani drugiego w nominowanej roli nie widziałam, ale co tam, kibicować mogę), dobrze, że to Akademia, nie ja muszę podejmować decyzję. Chociaż podejrzewam jednak zwycięstwo Christiana Bale'a, ale to marginalna uwaga.

Film w poważnym otoczeniu, wojna, Hitler, wszyscy czujemy klimat. I jąkający się król, który trafiła na terapeutę szarlatana, tak, to rzeczywiście brzmi teatralnie, przewrotnie, ale jednak jakiś sens w tym tkwi. I na poszukiwania tego sensu wybiorę się niebawem do kina.
-
renbor1
2011/02/08 18:35:51
~Liritio,
a ja Ci powiem (całkiem nie a propos, ale jednak z pewnym związkiem skojarzeniowym), że widziałam Social Network. Ok. Podobała mi się nonszalancka precyzja, z jaką Mark odpierał pytania podczas rozprawy. To jego inteligentne (ale emocjonalnie stępione) reagowanie na zarzuty i skargi. Pomysł rozprawy jako ogniska opowieści był trafiony i ciekawy. Napięcie cały czas w normie.

A tak, opowiadam bajeczki. W tym przypadku jest to szlachetna seria z cyklu: znacie? no to posłuchajcie.;)

Tło historyczne nie przyćmiewa logopedycznego problemu i takie odwrócenie ważności tematów jest błogosławione. Oscar dla Geoffreya.
No... nie wiem, czy to aż taka kreacja. Ale budzi wiele ciepłych uczuć. A gdy mówimy o Nagrodach Akademii, to lepiej nie wyciągać narzędzi filmoznawczych i nie zgłaszać oczekiwań ponad normę.

Miły wieczór przed Tobą.
Pozdrawiam
ren
-
logosviator
2011/02/11 02:31:58
Skoro już Panie bawią się w przewidywania Oscarowe, to pozwolicie może, że i ja się przyłączę?

Moim zdaniem Portman i Firth mają statuetkę w kieszeni.
Bale zasługuje na nią także - jak najbardziej (jego wystąpienie w "Fighterze" to zresztą najmocniejsza - niestety - strona tego filmu.
Cieszę się z wyróżnienia dla Bardema, ale on już chyba nie szans - bo nominacja dla niego to już Akademii łaska.
Ta dziewczynka z "True Grit"? No tak, dobra, ale żeby od razu Oscar dla gówniary ;)?
W ogóle, wg mnie, te deszcz nominacji dla filmu braci Cohen to chyba jednak gruba przesada. A i chyba dla "The Kiing's Speech" - tej dość gładkiej bajeczki :)
-
logosviator
2011/02/11 02:32:32
Coś podobnego! Przeszło! :)
-
renbor1
2011/02/11 11:01:51
~Logosie:)
No przeszło! Cieszę się, że bloxowa blokada została zneutralizowana (mam nadzieję, że raz na zawsze).

Co do typowań - ja wciąż nie znam: True Grit, 127 Hours, Biutiful, więc co to za typowanie!

Póki co, w kategorii film moja sympatia jest po stronie Winter`s Bone, którego nie bierze się poważnie w tych rozgrywkach.
Biutiful może zgarnie statuetkę dla nieanglojęzycznego. Spośród konkurentów widziałam ciekawe (ale z zastrzeżeniami) Pogorzelisko.
Co do obciążenia kieszeni Firtha i Portman - powinno tak się stać. I jeszcze Geoffrey!
Bardemowi też kibicuję (po Twojej rekomendacji), ale pechowo startuje obok Firtha. Sorry Winnetou...

Zerkam jeszcze na nominacje za montaż. Z tej piątki to chyba łabędek wysuwa się przed szereg. Ale - jak już kiedyś zauważyłeś - to są przetargi. I wiele świetnych filmów pozostało poza ...ringiem.

Będziemy więc sekundować, ale bez obgryzania paznokci (zwłaszcza, że ta czynność kojarzy mi się chorobliwie z zalążkiem szaleństwa (łabądek)).
:)
-
logosviator
2011/02/11 16:20:32
Wyskubywać sobie piórek też nie będziemy :)

PS. Nie Goeffrey a Christian ;)