literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

Miłość. Ze śmiercią jej do twarzy.

Patrick Süskind, O miłości i śmierci, Świat Książki 2009.


Eseje o miłości.

Raz po raz znajduje się śmiałek podejmujący próbę (essai) rozważenia i odsłonięcia jej natury. Zbiera obserwacje, wsłuchuje się w głos artystów, śledzi miłosne opowieści... Analizuje, porządkuje, zestawia z sobą...wnioskuje i dzieli się tym, co wymyśli. Uff.


Czy dzięki temu tajemnica zostaje oswojona? Bynajmniej.

Czy wiemy: jak kochać, kogo i za jaką cenę?

Wiemy...tyle, co na początku: wszystko. I nic.


Sens czytania tego rodzaju rozważań wiąże się raczej z przyjemnością podróży niż z triumfem dotarcia do celu. Cieszy rozpoznawanie w czyichś myślach własnych przypuszczeń, gra motywów i strategia zakrętów. Czasami uroda zdania każe nam wyjąć notes, bo oto ktoś w kilkunastu słowach uchwycił coś, co nam się wymykało.


Süskind rozpoczyna swój tekst od parafrazy św.Augustyna - zrównuje sposób, w jaki doświadczamy czasu, z tym, jak uświadamiamy sobie miłość:


"Jeżeli mnie nikt o to nie pyta, wiem;

gdy zaś chcę wyjaśnić pytającemu, nie wiem."

 


Znane mi eseje o miłości wyszły spod pióra Stendhala ("O miłości") i Ericha Fromma ("O sztuce miłości"). Najświeższa lektura dodaje nazwisko Süskinda ("O miłości i śmierci").


Najwięcej inspiracji życiowych niesie tekst Fromma. Stendhala najmniej pamiętam. A Süskind jest z tej trójki największym prowokatorem.


Miłość niejedno ma imię i niejedną przywdziewa maskę.

Powtórzę więc za Frommem (który powtórzył to za Paracelsusem...), że:


"...kto wyobraża sobie, że wszystkie owoce dojrzewają w tym samym czasie, co poziomki,

nic nie wie o winogronach."

 

 

Mówi Süskind: miłość to choroba, irracjonalny amok.


Przywołuje Sokratesa, który łaskawie nazwał tę chorobę bogactwem i darem - "boskim szaleństwem, które dodaje skrzydeł duszy związanej z ziemskim światem".

Chorobą tęsknoty za boskością, za tym wszystkim, czego nam brak: za pięknem, dobrem, szczęściem, doskonałością.


Szybko jednak zostawiamy platońską krainę idei, by podglądać jak boski obłęd przeistacza się w choróbsko - szerzące się na potęgę, odbierające rozum tak dalece, że chory nie chce się leczyć.


Idziemy szlakiem anomalii. Süskind rozpracowuje trzy "przypadki medyczne", wspierając się zaobserwowanymi sytuacjami.




Mamy więc autyzm gruchających gołąbków: casus zakochanych, którzy gdzie by nie byli, świata poza sobą nie widzą, z jednego talerza jedzą i smutek krzyczy z twarzy, gdy na moment utracą możność patrzenia sobie w oczy. Zdziwiliby się, gdyby im powiedzieć, że to, co poza nimi, też istnieje.


Mamy agresję erotycznego nienasycenia: casus dwojga - na oko niedopasowanych, ale kto ich tam wie - niemogących zaprzestać wymiany śliny i śluzu (dosłowność Süskinda!). Wszystko, co domaga się od nich respektowania ogólnie przyjętych rytmów i taktu, uznają za złowrogie czepianie się i zazdrość. A wszelkie inne działanie - za stratę czasu. Pozostają przy tym - w odróżnieniu od gołąbków - na płaszczyźnie nade wszystko cielesnej.


Mamy wreszcie - kalectwo jednostronnych rojeń. Zilustrowane sytuacją zaczerpniętą z życia niemieckiego pisarza (wszystko mi sugeruje, że chodzi o Tomasza Manna).

 

Starzejący się pisarz (75 lat) utrwala w dziennikach swe zauroczenie Franzlem (19-letni kelner). Budzi się w nim namiętność, której nie oczekiwał (zdaje mu się więc tym cenniejsza). Irracjonalnie przyciąga go każdy gest, słowo, niuans dotyczący chłopca. Nazywa Franzla "poruszycielem" swego stygnącego ciała i duszy.


Aspekt choroby - i to jest ciekawe - tkwi nie w tym, że miłość ma zabarwienie homoerotyczne. (Wspomniany pisarz wiedzie życie szanowanego męża i ojca; Süskind sugeruje, że zamiana Franzla na Franziskę niczego by nie zmieniła.)

Chorobą jest przebywanie w sferze rojeń, przeżywanie uczucia bez konfrontacji z osobą, ku której jest ono skierowane.

Jest w tym coś z masochizmu (miłość-udręka), coś z egoizmu (miłość uruchamia wenę artystyczną, paradoksalnie: traktuje adresata uczuć instrumentalnie).

Nie otwiera, nie obdarza, jest statyczna. Stąd chorobliwość i kalectwo.

Czy zmienia coś fakt, że pisarz zainspirowany swym uniesieniem upamiętni Franzla w literaturze? I czy Süskind ma tu na myśli "Śmierć w Wenecji", o ile w ogóle za pierwowzór obrał Tomasza Manna?


Eros & Tanatos


Miłość i Śmierć - zestawienie arcyliterackie (z zapleczem malarskim i muzycznym).

Pozornie niedobrana para. Choćby dlatego - tu powtórzę za Süskindem - że o tej pierwszej mówią wszyscy bez ustanku, wyczekują jej i śnią, druga zaś - jest (coraz bardziej) tematem tabu. Odpychamy nasuwające się wraz z nią skojarzenia i nie bardzo wiemy, co z nią począć, gdy podchodzi zbyt blisko (vide: Szumowska, 33 sceny z życia).


Nie przypomnę sobie, kto to powiedział - myśl jest zapożyczona, lecz zasymilowana.

Miłość pozwala pojąć grozę śmierci.

Śmierć przeraża naprawdę dopiero wtedy, gdy odniesiemy ją do kogoś, kogo kochamy.

Bo kochać, to zaklinać wszystkie moce, by ten, kto dla nas ważny, żył (jak najpełniej), by to, co kochamy, trwało. Bez miłości, śmierć jest atrapą.


Co z tym tematem robi Süskind? Ciekawie i prowokacyjnie sobie poczyna, czego nie zdradzę, bo myśli z eseju wyciągać nie należy.


 

 

Wymienię uruchomione w eseju konteksty. Wspominałam już o "Dialogach" Platona.

Mamy też: "Dzieje Tristana i Izoldy", "Cierpienia młodego Wertera", legendę/biografię romantycznego samobójcy: Kleista, "Annę Kareninę", "Madame Bovary"..., Novalisa i Baudelaire`a.


Nade wszystko sięga Süskind do Orfeusza (z "Przemian" Owidiusza).

Esej "O miłości i śmierci" jest jedną z najpiękniejszych wariacji na temat Orfeusza i Eurydyki, jakie dotąd czytałam. A temat przecież nie nowy (vide: Rilke, Sonety do Orfeusza czy po części autobiograficzny poemat Miłosza z 2002 roku: Orfeusz i Eurydyka).


 


Orfeusz - by miłość odzyskać - udał się do Hadesu i mocą swej gry na lirze zdobył serca Cieni i władców tej krainy. Dostał obietnicę, przyprawioną błahym - jakby się zdawało - warunkiem, by nie obejrzeć się za siebie, póki nie opuszczą Królestwa Śmierci.


Fascynujący Orfeusz...i straszliwie ludzki w swych błędzie. "Historia Orfeusza porusza nas po dziś dzień, bo jest to historia niepowodzenia."


Süskind prowokuje? Tak. Zwłaszcza, gdy przeprowadza analizę poczynań Orfeusza i Jezusa.

Nie trafił Jezus do gustu Süskinda... Jest dla niego bohaterem książki, której szczerze nie lubi. Jedna z analogii dotyczy podejmowanej przez obu próby wskrzeszania zmarłych. Jezus jest (tu sarkastyczne: "oczywiście") zwycięski, Orfeusz popełnia najgłupszy, ale za to człowieczeństwem motywowany błąd.


"Trzy przypadki wskrzeszenia przez Jezusa z Nazaretu, o których donoszą ewangelie, naszym zdaniem

nie mogą się równać z tak wspaniale nieudanym wyczynem Orfeusza z Tracji ani pod względem odwagi, ani siły poetyckiej i mitologicznej."

Język, jakim komentuje poczynania Nazareńczyka, świadczy, że nie jest to dla niego postać emocjonalnie neutralna.


Prowokacje sprawiły mi czytelniczą przyjemność. Nie dlatego, by przekonywały. Raczej ze względu na tak totalną negację ogólnie przyjętych odczytań Ewangelii. Nie zacietrzewiam się, ani nie przyklaskuję, po prostu uśmiecham się na myśl, ile zachwytu włożył Süskind w opowieść o starogreckim micie.


Dla Orfeusza warto przeczytać esej Süskinda i to wielokrotnie.



* Ilustracja pochodzi ze zbiorów Wikipedia Commons i przedstawia dzieło Arno Brekera: Orpheus u. Euridike, 1944.



 


czwartek, 06 stycznia 2011, renbor1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: czara, 77.236.25.*
2011/01/06 19:15:37
Miłość rzeczywiście ma tyle barw, że warto od razu doprecyzować o czym mówimy, żeby nie było nieporozumień. Jeśli chodzi o taką miłość, którą, jak rozumiem, opisuje Suskind, to ja się z nim zgadzam -to amok i w ogóle kiepski stan. Bardzo podoba mi się ten aspekt prowokacyjny, chętnie bym poczytała o wyższości Orfeusza nad Jezusem.
-
renbor1
2011/01/07 13:39:16
Oj, ja się zawsze dziwię, że ktoś porywa się na tak niedoprecyzowany temat. Dużo prościej przeanalizować konkretny przypadek. Wszyscy wiedzą, co piszący ma na myśli. Z uogólnieniami jest gorzej. Ale Suskind ok, daje radę.
Esej nie nazbyt obszerny, nie chciałam więc wyszarpywać z niego wszystkich myśli autora.

Co do zestawienia O. & J. próbka wygląda tak.
No, rzecz jasna, Suskindowi nie podoba się, że J. nie kocha kobiety, lecz całą ludzkość. Uważa też, że obce mu są tego rodzaju jednostkowe emocje - na co koronnym dowodem jest scena kuszenia na pustyni. Diabeł nawet się nie zająknął o kobietach. Kusi władzą.
Suskind widzi w Jezusie polityka i na tym spostrzeżeniu jedzie dalej, bez trzymanki.
Zachwyca się stylem, w jaki O. przekonuje Hadesa i Persefonę - u Owidiusza - (ile poezji, empatii, bólu, pokory... słowny ekwiwalent Orfeuszowej muzyki). Jezus - wg niego - jest skrajnie apodyktyczny.
Próbka dotyczy wskrzeszania Łazarza:
"Gdybyś przybył wcześniej - mówią - nasz brat by nie umarł". Jezus traktuje tę uwagę jako obrazę majestatu, wpada we wściekłość i przed zgromadzonymi żałobnikami strofuje obie, że nie powinny lamentować i się skarżyć, tylko wierzyć... (...)
Jezus rozkazuje: "Usuńcie kamień!". Nie przyjmuje do wiadomości zgłoszonej przez jedną z sióstr obiekcji... (...) Gani ją po raz drugi: Kobieta ma się zamknąć i wierzyć. Pardon, nie był to dokładny cytat, Mesjasz wyraża się w sposób nieco bardziej wyszukany..."

Złośliwy ździebełko... Ale miód się leje, gdy do głosu dochodzi Orfeusz.

Pozdrawiam:)
ren
-
lirael
2011/01/08 16:52:18
"Autyzm gruchających gołąbków" bardzo przypadł mi do gustu! :) Rewelacyjne określenie.
To ciekawe, że autor tak okrutnej książki jak "Pachnidło" poświęcił swoje eseje miłości. Ale właśnie w "Pachnidle" miłość ściśle splata się ze śmiercią: Jan Baptysta Grenouille zabija, bo kocha.
Nie miałam pojęcia, że Suskind napisał "O miłości i śmierci". Wymienione przez Ciebie repetytorium przykładów, które przywołuje, niezwykle ciekawe!
Przypuszczam, że trafnie odgadłaś, że ten tajemniczy niemiecki pisarz to Mann, wszystko na to w każdym razie wskazuje.
Bardzo zainteresowałaś mnie tą książką i będę mieć ją na uwadze buszując w bibliotece!
-
renbor1
2011/01/09 08:52:56
~Lirael:)
Coś mi uświadomiłaś!
Oczywiście, że Suskind to przede wszystkim "Pachnidło". A "Pachnidło' to: perfumy, geniusz i potwór, obrzydliwość moralna etc..... Ale też: miłość karmiąca się śmiercią.
Bingo! Teraz wszystko się zgadza, właśnie z tej perspektywy Suskind pisze.

Esej jest dość zwięzły. Niektórym kontekstom poświęca się uwagi mniej. Dużo: Kleistowi, Werterowi. Orfeuszowi najwięcej.

A "autyzm gruchających gołąbków" jest mój. ;)
Zainspirowany wywodem S.
Pozdrawiam
-
2011/01/09 19:22:58
"Sens czytania tego rodzaju rozważań wiąże się raczej z przyjemnością podróży niż z triumfem dotarcia do celu" to jest wyśmienite zdanie :)
Czytałam i Stendhala (którego kocham, i o którym jeszcze zdążę kiedyś napisać! taki jest plan), i Fromma, który pozostawił mnie obojętną.

Mitu Orfeusza nie znoszę, jakże mnie zawsze irytuje, że musiał się głupi obejrzeć...! Wertera może i lubiłam w liceum, ale teraz? A Kleist mnie mierzi. Lektury chyba nie da się uratować... Ale!
Czuję, że bawiłoby mnie porównywanie z Jezusem.
A naprawdę zaplątałam się przy temacie Erosa i Tanatosa - jakie to dziwne, nie od dziś znam to zestawienie, a zastanowiło mnie dopiero teraz - "Bez miłości, śmierć jest atrapą", dumałam, pukałam w klawiaturę i dumałam i nie rozumiem - a od nierozumienia do potrzeby pojmowania jeden krok, eseje Suskinda lądują na mojej liście. A że "Pachnidło" swego czasu połknęłam w całości, może i z esejami się będziemy tolerowali.
-
renbor1
2011/01/09 23:02:42
~Liritio,
hmm...Werter straszny, a Kleist jeszcze bardziej chorobliwy.
Że też ten Suskind tak się w tym grzebie...

Pisz o Stendhalu! Ja chętnie przeczytam, odświeżę sobie. A mnie się Fromm bardzo podobał.Może czytałam w takim momencie, że chciało mi się wierzyć, że można napisać/przeczytać filozoficzny poradnik na temat "jak żyć miłością i się w niej doskonalić".
Fromm tak warsztatowo i konkretnie do tego podchodzi, cały czas pozostając eseistą, nie showmanem.

Suskind splata miłość ze śmiercią, ale ta myśl, którą wynotowałaś, nie jest jego. Przywołałam, bo jest mi bliska. Ale -tu znów motto z Augustyna - wiem, gdy nie muszę innym objaśniać. ;)

Rozumiem, że chwytliwa jest prowokacja.
A mnie zainspirował do sięgnięcia po "Śmierć w Wenecji", która niekoniecznie jest mi bliską melodią, ale ciekawa. Obejrzałam Viscontiego, może przeczytam Manna.

Pozdrawiam. Miłego tygodnia.:)
ren
-
Gość: czara, *.dynamic.chello.pl
2011/01/10 23:12:03
Tamaryszku dzięki za dokładny opis starcia J vs O. W sumie to logiczne - wielcy prorocy i uzdrowiciele muszą być apodyktyczni. Będę szukać tej książki - zachęciłaś mnie bardzo. Pozdrawiam serdecznie!