literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

Rdza i lecące żurawie

Niby biało. Wciąż prószy, nawarstwia się śnieżna płachta i czapy na gałęziach tężeją.


A tamaryszek rdzewieje i rudą barwą biel zakłóca. Tak, mąci spokój ta cisza (mój wewnętrzny), bo jednak chciałoby się coś napisać. Zatrzymać w kadrze słów, drugie dno sobie postanowić (przecież możliwe, że istnieje podszewka wszystkiego).


Lecz gdy tak sypie śnieg (i pada, i prószy) - bim-bom - gdy w Stumilowym Lesie Puchatkowi marzną paluszki, rzeczywistość, jak zwykle, skrzeczy i domaga się daniny mojej energii.

Priorytety zobowiązań pożerają mi czas. Bezpowrotnie. Co można, to spróbować coś wydrzeć z tego, co nadchodzi.


Bo co było, odeszło - żurawie odleciały. A jeśli można poprosić o replay, to tylko w artystycznej obróbce. Voila!


Lecą żurawie, reż. Michaił Kałatozow, ZSRR 1958.

Obejrzałam na dvd, nie po raz pierwszy. Bo to klasyka kina jest, kurz jej nie przesłoni, a nowoczesność nie da rady zagłuszyć.


Melodramat wojenny z 1958 roku, z czasu odwilży Chruszczowa. Nagrodzony Złotą Palmą w Cannes. Chwalony za przełamanie majestatu rosyjskich opowieści o wojnie. Film kameralny, ludzki. Piękny.


Często cytuje się słowa reżysera - Michaiła Kałatozowa - wyjaśniające jego sposób opowiadania.

"W filmie wytwarzam kilka zasadniczych węzłów fabuły i te węzły nasycam liryzmem do granic wytrzymałości."

Tego rodzaju deklaracja może budzić ostrożność wśród wyznawców umiaru emocjonalnego, obawę przed przerysowaniem. A jednak: choć to melodramat wojenny, choć lirycznie potraktowana historia, to nadekspresji nie ma.


Wiarygodna, beztroska miłość szczęśliwa trwa krótko (i to jest zgodne z definicją miłości szczęśliwej). Dwoje młodych: Weronika, zwana Wiewiórką, i Borys. Spotkania, bieg ulicami miasta, skradanie się po schodach, gdy nad ranem wracają do domów, pocałunki.


[Komentarz rodziców: - On jej zawrócił w głowie! (matka) - A ona jemu. Miłość - moja droga - to zawracanie sobie nawzajem głowy. (ojciec)]


Wojna wkracza nagle. Historia demoluje to, co sensowne, czyli prywatne.

Sceny, w których los jednostki wplątany jest w zwielokrotnioną, masową scenerię, są dwie. To obrazy pożegnań i przywitań.


Moskwa żegna powołanych do wojska (w tym ochotników, jak Borys) - tłumy, płaczące kobiety przytulające się do swych dzielnych (ale i dziecinnych, naiwnych) mężczyzn. Weronika i Borys przeżywają to na swój sposób. Zgubieni, nie odnajdują się, ona przyszła za późno, wypatrują się daremnie.


Dramatyczny rezonans towarzyszy scenom końcowym, gdy -wśród kwiatów i radości- ci, co czekali, zostają nasyceni powrotem najbliższych. Nie Weronika, samotna w swym bólu tym bardziej, im więcej wiosennych białych margerytek, im więcej uścisków, szczęścia i nadziei na twarzach innych.

W obu obrazach zachowany jest odrębny tor jednostkowej historii.


Co mnie zaskoczyło, to ironiczny, trzeźwy ton, z jakim komentuje się żołnierski entuzjazm. Ojciec Borysa jest wściekle smutny ("Romantyzmu ci się zachciało!", "25 lat i taki głupi"). Przychodzą pannice z fabryki, by pożegnać i zapewnić, że "tu na tyłach będziemy czekać.., wypełniać..., przekraczać...", ale brzmią niepoważnie, są poza zasadniczym kadrem.


Weronika zostaje sama, z maskotką-wiewiórką ze złotymi orzeszkami, podarowaną jej na urodziny. Ten motyw jest bardzo ładnie rozegrany, pojawi się kilkakrotnie.

Doświadczenie utraty przynosi kolejne odsłony: śmierć rodziców, zszarganie szacunku do samej siebie (ślub z Markiem, przyrodnim bratem Borysa), nadwątlona nadzieja, wieść o zaginięciu, a potem śmierci Borysa.

Związek z Markiem jest niefortunny. On adorował ją od zawsze, ona kocha jednego. Jest moment, w którym przerażenie domaga się bliskości. I konsekwencją tej chwili jest ślub. Nieco archaiczny wydaje się ten wewnętrzny przymus ślubu. Natomiast ciekawe jest złamanie portretu kochającej kobiety, niezłomnie wiernej.


Co mi się podobało w tym filmie:


Świetna aktorka! Tatiana Samojłowa (młodziutka, jeszcze studentka). Piękna, choć gdy minął czas aprobaty dla filmu, zarzucano (!) jej nierosyjski typ urody. Fanaberie. Jest radosna jak nikt i złamana, z wewnętrzną czernią, gdy naznaczą ją doświadczenia. Rewelacyjne jest stonowanie jej zachowań. Jeśli w filmie można (a można!) dostrzec nawiązania do ekspresjonizmu, to dotyczą one strefy biało-czarnych obrazów, montażu, natomiast nie gry aktorskiej. Mistrzostwo. Oczywiście bardzo wspomagane pracą kamery - zbliżeniami, pięknymi zdjęciami.


Scena "niedokończonej" próby samobójczej Weroniki.

Sprowokowana sceną w szpitalu wojskowym. Ranny żołnierz rozpacza, bo dowiedzial się, że rzuciła go narzeczona. Padają niewybredne komentarze wobec podobnie niewiernych. Weronika czuje, że to ponad miarę (uzasadniają to wcześniejsze przejścia) i wybiega w śnieg, przed siebie. Szalony bieg przez śnieżne zaspy w szpitalnych bucikach. Kamera jest rozedrgana, świat wydaje się w kawałkach, bardzo emocjonalny montaż. Poza tym silne jest nasycenie tych scen udręką. Weronika biegnie wzdłuż torów, wchodzi na wiadukt, już gotowa jest do skoku, choć coś istotnego jej przeszkodzi.


Samojłowa najwyraźniej miała szczęście do ról z koleją w tle. Kilka lat później (1967) zagrała rolę Anny Kareniny w ekranizacji Tołstoja przez Aleksandra Zarchiego (tu rzeczywiście pozwoli się uśmiercić). Zbierze za tę kreację wiele pochwał.


Emocjonalność kamery pojawia się również w scenie śmierci Borysa, któremu dane jest oglądać wirujące korony brzóz, zanim wygaśnie ostatni odtworzony przez jego wyobraźnię film. A będzie to sen o ślubie z Weroniką. W białym welonie, niemożliwie szczęśliwą. Podobnie subiektywne jest oko kamery, gdy ogląda rekrutów w Moskwie. Widzimy ich gorączkowym, poszukującym spojrzeniem Weroniki.


To, o czym tu piszę można zobaczyć w dwuminutowym fragmencie filmu.



Podobają mi się również schody. Te w kamienicy, w której mieszkała przed wojną Weronika, na których żegnała się beztrosko z Borysem, wiedząc, że tylko do jutra. Wojenne bombardowanie zburzy dom. Schody zostaną. Podobnie jak zegar, który tyka niewzruszenie dalej.


I tu się koło zamyka. Bo zegar naprawdę tyka i nic sobie nie robi z zaklęć, by zwolnił tempo.

 

 

 

wtorek, 14 grudnia 2010, renbor1

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/12/15 08:55:22
Widziałam to jakoś w zeszłym roku. Sama historia podobała mi się, ale bez zachwytów, troszeczkę sentymentalna była. Ujęły mnie jednak niektóre poetyckie sceny, np. wiatr szalejący w domu, rozwiane firany i ona, błąkająca się po nim, przestraszona. W ogóle aktorka grająca Weronikę mnie oczarowała - przepiękna, uduchowiona, o magnetycznej sile.
-
2010/12/15 19:33:12
~Kornwalio,
łączę się z Tobą w odczuciu poetyckości, liryzmu wielu scen.
Rzecz ma swoje melodramatyczne ramy, ma także momenty przerysowane (to z mojej strony nie jest zarzut, bo - jak pisałam- film się broni) - np śmierć Borysa i majaczenie o ślubie wśród kwiatów...to jest czułe, ale nie koniecznie mocne (dla mnie). Scena, o której wspominasz również jest obłędnie ekspresyjna - Mark swoje "Ja ljublju tiebja", ona zaprzecza policzkowaniem...
Ale wygrywa to, co głębsze. Kilkakrotnie oglądałam tę scenę z pociągiem i ucieczką w śniegu... fenomenalna. Z jednej strony - współczesna montażowo, z drugiej - niczym cytat z niemieckiego ekspresjonizmu lat 30. Mnie ujmuje to, że aktorka nie szarżuje emocjami. Myślę o takich obrazach jak pranie i wyciskanie rzeczy, gdy żołnierz opowiada o śmierci B., nie wiedząc, komu to mówi. Chciałabym zobaczyć jej Annę Kareninę, ale to też klasyka i nie pod ręką.
Pozdrawiam
ren
-
2010/12/19 12:14:05
Oglądałam ten film bardzo dawno temu. Zachwycił mnie, ale emocjonalnie rozbił na czynniki pierwsze.
Pozdrawiam Cię, kochany Tamaryszku. Mam nadzieję, że wkrótce będziesz miała więcej czasu dla siebie. Czego Ci życzę z całego serca, sobie też egoistycznie, bo brakuje mi Twoich tekstów, a rdzy powiedz, że ją potraktujemy jakimś skutecznym preparacikiem w ramach porządków przedświątecznych. :)
-
2010/12/19 13:56:10
Witaj, Tamaryszku. :) Uwielbiam ten film. Kojarzy mi się z moimi pierwszymi filmowymi fascynacjami i próbami obcowania z tzw. ambitnym kinem. Byłam uczennicą szkoły podstawowej, w kinach królowały jedynie słuszne w swej wymowie filmy radzieckie, czeskie, NRD i polskie, w telewizji analogicznie. To było jedno z moich pierwszych odkryć, podobnie jak "Los człowieka". Dreszcze na plecach, irracjonalny zachwyt i jeszcze nie do końca uświadomiona hipnoza obrazem, klimatem, artystycznym wyrazem i tym czymś zjawiskowym, czego nie da się wyartykułować.
Pozdrawiam.
PS
Mnie także już męczy ta biała melancholia i zimno. Tęsknię do słońca i upałów. ;-)
-
2010/12/19 16:07:09
~Lirael:)
Oj, preparacik, oj, tak! Póki co, robię rozruch i zagłuszam piętrzące się stosy zadań. Czas odgruzować przestrzeń i radośnie, mimo zimy - przygotować się do jej odejścia. Wiem, to trochę wbrew carpe diem, ale ja z zimy zbyt wiele i tak nie wycisnę. najwyraźniejszy ślad, jakim mnie naznaczyła, to siniak na kolanie.
Żurawie pozostają - i w emocjonalnej pamięci, i w świeżym spojrzeniu na sposób opowiadania.
Pozdrawiam!
ren

~Jolu:)
otóż to, ja też pamiętam "Lecą żurawie" z dawnej telewizji...Mgliście (np. wiewiórkę z orzeszkami dobrze kojarzyłam), ale jako coś mocnego.
Będę w miarę możliwości wracać do klasyki. Filmowo i literacko, bo "czas nas uczy pogody" i reguluje ostrość widzenia.
Choć - jak piszesz - pierwsze oczarowania, nawet niedojrzałe, są niepowtarzalne.
Byle do wiosny, Jolu!
Święta niech toną w śniegu, ale oczy już tęsknią do zieleni. Kwiatki na parapecie to za mało!
Pozdrawiam.
ren
-
2010/12/23 21:40:32
Pomijając propagandę,trzeba przyznać,że film jako dzieło artystyczne jest wybitnym obrazem. Scena miłosna miedzy bratem ukochanego a Weronika w otoczeniu spadających bomb bardzo przekonująca. Mnie film urzekł:) Pozdrawiam:)
-
2010/12/23 22:30:34
~Aniu,
wydaje mi się, że obie z Kornwalią piszecie o tej samej scenie. W moim rankingu pięciu najlepszych scen ona by się nie znalazła. Ale coś w niej jest, skoro obie zapamiętałyście ze wzruszeniem.
Stare, dobre kino...radzieckie;)
Pozdrawiam, świątecznie,
ren
-
2010/12/26 21:42:56
A Ty mi przypomniałaś tę scenę z praniem, tak, pamiętam jej czarny golf, jej oczy, pięknie to zagrała!
Pozdrawiam!
-
2010/12/27 15:09:48
uwielbiam ten film, oglądałam go wiele razy, po raz pierwszy jako dziecko, bo nas takimi produkcjami w TV raczyli kiedyś non stop. Ale ja akurat sobie to chwalę. Do tej pory uwielbiam rosyjskie kino
-
2010/12/27 22:06:23
~Kornwalio,
ona robi przepierkę, a żołnierz rzępoli na harmonijce... Tak nie do wytrzymania.
Jest jeszcze jedna scena, niby nic nadzwyczajnego, ale zabawna.
Weronika przyprowadza do domu małego Borkę, który zgubił gdzieś mamę i teraz płacze. Po domu kręcą się dwie kobiety-żołnierki (jedna jest siostrą Borysa) i w popłochu próbują brzdąca zabawiać. Jedna stuka łyżeczką w pustą szklankę. Pewnie myśli, że jak zrobi hałas większy niż płacz malca, to on ucichnie. Chłopiec jakoś rozsądnie ją ucisza. Zabawne, bo taka niby kobieta frontu, a wobec dziecka zachowuje się jak dzidzia.
Są inne, lepsze..., ale już zostawię.

~Kasiu,
ta radzieckość była nie do wytrzymania, ale raz po raz przedzierała się przez nią rosyjska dusza. I bliżej było wtedy do kultury rosyjskiej niż dziś. Czasem o tym zapominam.
Pozdrawiam
ren
-
2011/01/06 23:07:36
Nie widziałam, ale po ten recenzji chcę zobaczyć.
Pozdrawiam serdecznie.
-
2011/01/07 13:16:32
~Agnes,
jak najbardziej.
Mam ostatnio apetyt na klasykę, tytuły wokół których nie ma szumu medialnego, a przecież niezmiennie, choć cicho trwają. Uświadamiam sobie, że wciąż jest wiele dobrych tytułów, na których seans nie zdążyłam z powodów rozbieżności czasowych.
Pozdrawiam:)
ren