literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

Piasek i chmury

Joanna Bator, Piaskowa Góra, Wydawnictwo W.A.B. 2009


Czas najwyższy już był.

Otworzyć książkę i dać się wessać. Bo jak inaczej - od pierwszego fiksum-dyrdum, od początku Jadzinego monologu, głosu przysadzistej agrestookiej matki i skontrastowanej z nią córki o naturze latawca, odmieńca, nomada.


Ciekawa okładka. Szklana kula (kolba?) z usypaną górką piasku lub cukru, nad którą krążą czarne ptaki - aż znikną wciągnięte w niebyt, w przeszłość, w przemijanie?

Góra tymczasowa. Jeśli cukier, to złudne sny, którym życie zaprzeczy. Jeśli piasek, to nietrwałość, sypkość, niestabilność.


A całość jest grą z tytułową Piaskową Górą, czyli wałbrzyskim betonowym osiedlem z lat 70., którego jeden z bloków nosi nazwę Babel i stanowi centrum rozgrywających się w powieści wydarzeń.


"Pod spodem Wałbrzycha jest węgiel, na wierzchu piasek i ludzie nawiani tu ze świata na miejsce wypędzonych".


Prolog i epilog rozgrywają się w 2005 roku, ale akcja właściwa przypada na epokę Gierka, a potem czasy nieuchronnych rozczarowań i ciętych perspektyw - lata 70. i 80.


W tym czasie rozwija się i przemija rodzina stworzona przez Jadzię Maślak i Stefana Chmurę.

I choć początek łatwo wskazać (spadła Jadzia ze schodów dworcowych wprost w ramiona górnika Stefana), to ma on swoje pradzieje, bez których liczne sprawy (np. buszmeńskie włosy i czarne oczy ich córki Dominiki) byłyby niejasne.

Odsłony przeszłości opowiedzą o bólu dziewczyny porzuconej przez cyrkowca, smutku kelnera, który na Ziemiach Odzyskanych wspominał zostawioną w rodzinnych stronach młodość, wzruszającą historię wojennej miłości Polki i Żyda, skrywane usynowienia i ucórczenia. Słowem: saga rodzinna z perspektywą na dalsze losy Dominiki, które będą tematem kolejnej powieści Joanny Bator - "Chmurdalii"


O czym?

Opowieść jest barwna, pomimo PRL-owskiej scenerii i realiów, które ujednolicają pragnienia.

Nade wszystko codzienność, powszedniość, zwyczajność, a to znaczy, że przeplata się subtelność z kiczem.

To książka o tym, jak lgniemy do życiowych schematów, jak szukamy w nich sensu, i jak z czasem ubywa nam naiwności, niewiele zyskując na mądrości.


Po pierwsze: być jak wszyscy lub płacić haracz za inność.

Los Ignacego Goldbauma przypieczętowuje irracjonalny antysemityzm. Janek Kos (imię zapożyczone groteskowo z "Czterech pancernych...") nienawidzi Żydów szczerze i z całego serca. Są winni wszystkiemu, co mu w życiu nie wyszło.

Dwaj sympatyczni, eleganncy panowie z Babela muszą pogodzić się ze społecznym ostracyzmem wobec "homoniewiadomo". Gorzej: otrzymają za swą odmienność tragiczną zapłatę.

Nie ma lekko Małgosia Lipka (bo lesbijka), ani Dimitri Angelopoulos (bo Grek), ani Dominika - dziwna i niesłowiańska. Może nawet wyjdzie jej to na dobre?
"...po pewnym czasie Dominika przywykła do przedszkola, mimo iż podczas zabawy w czterech pancernych nigdy nie była ani Marusią, ani Lidką, tylko co najwyżej psem Szarikiem".

"...w środku Dominiki budzi się z drzemki miniaturowa Jadzia [matka], wywija ścierą i powtarza, tyczka grochowa, odmieniec, gąsieniczka, fiksum-dyrdum! Dominika jest pełna takich słów, one zapadły głęboko, wciąż odkładają się jedne na drugich warstwy rodzicielskiej niezdarności, żółci, bólu".


Po drugie: przeglądać się w serialach, gotowych kliszach religijnych, w tym samym guście.

Cała Polska ogląda "Niewolnicę Isaurę" i emocjonuje się złym Leonciem. Kobiety czeszą się a la Isaura, nawet gdy tak jak Jadzia są pulchnymi blondynkami. I wzdychają, że to samo życie, najprawdziwsze...

Katolicyzm bezrefleksyjny, dostępny bez wysiłku, dość teatralny. Pierwsza komunia, zachwyt nad księdzem Adamem (chłopak z gitarą, który religijny repertuar poszerzył o Stachurę i Kaczmarskiego: Wyrwij muuurom zęęęby krat ...). Obrzędy jedno, życie i skrobanki drugie, nie ma sprzeczności. Jadzia po cichu żywi jednak aprobatę dla karkołomnej tezy małej Dominiki, że Czwórca byłaby lepsza od Trójcy - należy dołączyć Maryję. Ją przede wszystkim. "Baba zawsze lepiej babę zrozumie niż ukrzyżowany chłop, i do tego kawaler..." A gdy się zdarzy księżowskie potknięcie, będą to "istne ptaki ciernistych krzewów".


Gust śmieszny przede wszystkim w swej pospolitości, ukształtowany na niemieckich katalogach wysyłkowych i sprowadzony do tego, co dostępne. Ówczesny luksus to "cała meblościanka zaćpana kryształami", a w łazience opakowania po przywiezionych z Enerefu kosmetykach - zachwyt budzi Zielone Jabłuszko i odświeżacz o zapachu leśnym (prawie jak perfumy).


Po trzecie: oczekiwać na lepsze życie... i doznać rozczarowania.

Kobiety śnią o ślubnym kobiercu. Jadzia wiedzie tu prym. Gdy porzuciła mrzonki o ordynacie Michorowskim ("Trędowata") i sobie w roli ołtarzowej, zaczęła obmyślać zaślubiny córki-berbecia z cudzoziemcem, aranżować wystawną ceremonię z wieloletnim wyprzedzeniem.

Sen o ołtarzu: "gdzie dzwony dzwonią na wesele, a welon kryje twarz panny młodej. Gdzie pan młody jest wart wiele, jak wygrana w Wielkiej Grze, i stoi jeszcze nieodpakowany, tak że nie widać, co ma w środku, i można sobie marzyć a marzyć". Oj, można. Ale gwarancji ten towar nie ma żadnej...

Niebawem przyjdzie czas na przewracanie oczyma i "zwijanie ust w kurzą dupkę" - na znak pomyłki życiowej.

Mężczyźni, którym nie ułoży się kariera (a takich jest większość), mogą roić w alkoholowym upojeniu lub obstawiać wygraną w totolotka.


I choć wspominam w drugiej kolejności, to jednak przede wszystkim jest to opowieść o rodzinnych relacjach. O byciu przy sobie zazwyczaj w poczuciu niedostatku miłości lub braku formy, by ją czytelnie przekazać. Szczególnie istotne są więzi między matką a córką. Kobiety w powieści Bator mają w sobie więcej życiowej siły niż mężczyźni (ci umierają, jak nie na wojnie, to zaatakowani przez raka lub dławią się pączkami). Nie są wyjątkowo mądre czy przenikliwe, ale jeśli świat trwa, to dzięki nim.


"Uważaj na błotko, Dziunia"

Siłą tej książki jest język. Prosty, lekki, nieprzezroczysty, pełen charakterystycznych powiedzonek, przylegający do myśli bohaterów. Bo to jest język, którym oni sami opisują swój świat.

Coś, co może dziwić: czterystustronicowa powieść i żadnych wyodrębnionych graficznie dialogów. A jednak słyszy się i rozmowy, i monologi, strzępy miłosnych przekomarzań, kłótni rodzinnych, sąsiedzkich plotek i różnych zasłyszanych fraz. Jest narrator, ale niezwykle często stoi za plecami Stefana Chmury, Jadzi,...wuja Kazimierza, czy choćby Grażynki Rozpuch i ich mentalnością wydziwia, narzeka lub kombinuje.


Oto rozmowa teściowej z synową (Haliny z Jadzią):

"Nie, myślała o Jadzi Halina i na nie o Halinie Jadzia, a gdy rozmawiały, używały kalekich bezosobowych form, wspartych na konstrukcji niepotrzebnych zaprzeczeń. A nie przeszedłby się tak kto do rzeźnika i nie kupił na rosół, wzdychała Halina, buchając dymem, a Jadzia, z chęcią na słodkie powodowaną beznadziejnym stanem ciąży, rzucała w przestrzeń pytanie, nie dałoby się tak zagnieść ciasta na pierogi z jagodami? (...)

Jedna drugiej patrzyła na ręce, by czerpać satysfakcję z faktu, że ta druga robi wszystko nie tak, i wzdychała Jadzia, a nie mogłoby się mamusi mocniej wyżymać, a mamusia, tak nagle obdarzona przez syna córką, pytała, a nie uczyli tam nikogo, że się ziemniaki cieniej obiera?"


Ulubieńcy

Mam takie bezdyskujne faworytki z trzeciego planu.

Młynarzowa Jadwiga Strąk - babcia Jadzi, prababka Dominiki, zmarła podczas wojny, więc na wydarzenia powieściowe bezpośrednio nie wpływa.

Słynęła Jadwiga z kompilowanych przysłów i powiedzonek o jej tylko znanym sensie. Niektóre głęboko wryją się w rodzinną pamięć, jak sakramentalne zdanie Zofii: "Co komu pisane, temu w wodę kamień". (Co się ma zdarzyć, to się zdarzy, ale na pewno będzie dobrze).

Kilka zdań dla posmakowania: "Leniwemu chłopu i Salomon nie naleje"; "Pamiętaj, oliwa sprawiedliwa jak topielica wypływa"; "Diabeł tylko patrzy, żeby cię ogonem nakryć i pisz pan mogiła".


Roześmiana i życiodajna przyjaciółka Haliny - Grażynka Rozpuch.

Mieszkała na Szczawinku i opinię miała (zasłużenie) kobiety lekkiej. Jeden z nieznośnych dzieciaków sąsiadów "namazał jej smołą kurwa na drzwiach, tam gdzie porządni ludzie mają K+M+B, ta zamiast zmazać, żeby można było znów napisać kurwa, dopisała pod spodem i to farbą różową olejną: o złotym sercu. Kary na taką nie było". Dobroć wcielona. Przygarniała męskie tałatajstwo (za pończochy lub czekoladki), dawała więcej niż byli w stanie wziąć i aż rozlewało się od nadmiaru uczuć. Pobili ją raz opiekunowie zawodowych panien i to ją oburzyło: "...co za pomyłka, przecież ona, i czy tego nie widać na pierwszy rzut oka, szuka miłości. Może się takiemu mężczyźnie nie przelewać, ona weźmie nawet miłość pustą jak bańka do mleka i napełni sobą po brzegi".


Była Grażynka kobiecością wcieloną (kwadraturą koła, wcieleniem ideału z wiersza Szymborskiej "Portret kobiecy": "Musi być do wyboru./ Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło./ (...) Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda./ Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,/ własne pieniądze na podróż daleką i długą,/ tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.")

"Nikt nie wiedział, ile naprawdę ma lat. Mężczyźni, którzy lubili młode, dawali jej dwadzieścia, a ci, którzy woleli dojrzalsze, trzydzieści parę..."


Jej zaprzeczeniem jest kostyczna i antypatyczna magister Helena Demon, nauczycielka po trosze od wszystkiego, ale od języka polskiego w szczególności.

"Magister Demon uważa, że zasłużyła na więcej niż ma i nie chciałaby, aby ktoś inny dostał to, czego ona nie dostała. Razy, które w nią trafiały, oddaje w klasie i widzi, że ma oko, nawet jeśli było już wielokroć poobijane. Celuje w rękę linijką, w tyłek większą i umie trafić do środka ucznia tak, że idzie mu w pięty".

Póki co po prostu wredna kobieta, ale są jeszcze dalsze odsłony, które wykręcają ją niczym makaron świderki.

"Gdyby prześwietlić magister Demon, zobaczyłoby się w środku dziewczynkę wielkości myszy, o bardzo starej twarzy, zwiniętą jak płód i skamieniałą. W jej snach stoją inne dziewczynki, wszystkie mają szare sukienki z białymi kołnierzami (...) i pokazują postać stojącą w środku kręgu z kartonową tabliczką na szyi Helusia Demon Złodziejka."

Tragikomiczna jest odsłona Mrs.Demon w roli obrończyni poczętego życia, wyśpiewującej piosenki w imieniu zagrożonych dzieciątek.


***

Czas najwyższy już był, by otworzyć "Piaskową Górę" i pozwolić się wessać. Istne fiksum-dyrdum! Rewelacja. Na półce, pod ręką stoi "Chmurdalia".

 


 

środa, 10 listopada 2010, renbor1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
agnes_plus
2010/11/10 12:32:46
Ciekawie piszesz o książce. Bogato. Z każdej strony.
O książce już słyszałam i mam ją na liście "do przeczytania jak tylko zdobędę w jakiś sposób", tylko mnie utwierdziłaś.
-
the_book
2010/11/10 13:48:27
Wiedziałam! Wiedziałam Ren, że ta książka cię zachwyci, że ją pokochasz tak jak ja ją pokochałam :) Ta książka jest genialna, "mistrzostwo świata". Uważam ją za jeden z lepszych polskich tekstów! Grażynka również była moją ulubioną bohaterką (jej postać zostanie znacząco rozwinięta w "Chmurdalii"). Oj cieszę się cieszę...i ten język Bator. Tyle emocji. Pozdrawiam Monia.
-
2010/11/10 18:47:28
A to nie klepsydra jest przypadkiem? Okładka w sensie - pisakowa góra z trawy i ptaki ciurkające z jednej strony na drugą... Ach, własne interpretacje, coś pięknego :)

Także widzę, że ja się z chudym Strachotą męczyłam, a tutaj na boku istne cudo polskiej prozy (nowej?) zostało wyczytane i przepięknie (jak zwykle, wyczerpująco, Ren, jak Ty t robisz, że potrafisz naraz i lekko, i wyczerpująco?).

Opory mam do "Piaskowej góry" od początku, może dlatego, że zbytnio mi się z Grażyną Plebanek - którą niespecjalnie doceniam - skojarzyło w czasie? To chyba to. Ale czuję, że bohaterkami trzeciego planu przeciągnęłaś mnie na swoją stronę mocy i w niedalekiej przyszłości kolejna polska proza do mnie zawita, w postaci "Piaskowej góry". Tak właśnie.
-
renbor1
2010/11/11 00:57:53
~Agnes
...chwila kalkulacji...myślę, że naprawdę niezabawem przeczytasz. Nawet jeśli masz rekordowy stosik. Twoje tempo jest jak gwarancja. Dla połykaczy książek ludzie chwytają za pióro vel klawiaturę.
Warto. Wszystkiego tu w sam raz. Jest prostota, bez nadmiernego kombinowania. Trochę kiczu, więc wzniosłość nie zahacza o sufit. Sprawność językowa wysokiej próby. To jest opowiedziane tak, jak mogłaby sobie autorka zażyczyć. Esy floresy są na miejscu, a gdzie trzeba, tam linia prosta.
Pozdrawiam
ren

~Monia!
Czytam już "Chmurdalię" (choć naprawdę nie powinnam, bo tyle jest spraw pilniejszych!). Twój wpływ. Skoro Grażynka w większych ilościach, to powstrzymać się nie mogłam. I rzeczywiście: w "Piaskowej..." ledwie przeczuwałam to, co tu od początku znajduje potwierdzenie. Ale Jadzia śpiewająca też jest nie do pogardzenia.
"Pod mym oknem Cyganka stojała cała zbroczona w krwi..." - i jeszcze lepiej: "...oczy mówiły mi, że nadejszła godzina rozstania, a wienc poszłam ja z niom w noc posempnom i złom..."

Ja tu Ameryki nie odkrywam, Bator zbierała wiele dobrych recenzji (wrócę do nich, gdy już mam własny ogląd). Zapamiętałam wymianę zdań na Twoim blogu.
O czym nawet zamierzałam wspomnieć, ale na bloksie są limity długości. Zagalopowałam się, to trzeba mi było z siedem-dziesięć zdań usunąć lub skrócić, by przeszło. Na blogspocie jest podobnie?

ren

~Liritio:)
Świeże o tyle, że była to tegoroczna nominacja do Nike. Szybko zdobyła sobie wzięcie u czytelników, tak że nie jestem pionierką, jak wiesz.
A Bator jest czterdziestolatką, to bodajże jej trzecia powieść. Spróbuj, warto.
W tym przypadku (odwrotnie do Strachoty) lepiej, że autorka pisze prozę niż bloga.
Pozdrawiam:)

ren
-
mar-pil
2010/11/11 16:43:22
Sięgnij też po "Japoński wachlarz" - powieści Bator jeszcze nie czytałam, ale ta książka o Japonii zrobiła na mnie kolosalne wrażenie.
A Twój tekst piękny! :-)
-
mandzuria23
2010/11/12 10:11:01
Książkę niedawno sobie kupiłam (wreszcie!) i cieszę się na nią jeszcze bardziej po twojej recenzji :) Od jakiegoś czasu chodzi za mną polska powieść, ta się zapowiada nad wyraz smakowicie.
-
logosviator
2010/11/12 23:56:34
Już, już miałem pisać, iż zaczyna poniekąd targać mną niepewność, czy aby książka jest/będzie lepsza niż (ta) jej (Twoja) recenzja... a tu... sypęłaś z "paskowej Góry" cytatami i mnie - co tu kryć! - powaliło :)
Rewelacja!
-
renbor1
2010/11/14 23:55:34
~Mar-pil:)
A "Japoński wachlarz" to nie powieść? Sięgnę. Notki o autorce sugerują, że japońskie klimaty są nieprzypadkowe. Brzmi interesująco.
Póki co: mam urwanie głowy i wskazany byłby czytelniczy post, do czasu aż wypłynę na powierzchnię. Ale: poczytuję "Chmurdalię". Wciąż jest dobrze. odnajduję, co znane, a w dodatku wcale nie jest tak samo.
Pozdrawiam :)
ren

~Mandżuria :)
Życzę (książce), by nie stała zbyt długo bezczynnie. niech jak najszybciej będzie przekartkowana. Może się spodobać, można polubić.
Ale powiem Ci, że czytając dalej ("Chmurdalia") jestem pod wrażeniem sprawności w konstruowaniu bohaterów. I gdy w tym gąszczu nagle linie zaczynają się przecinać, trzeci plan wypływa na powierzchnię, obmywa sąsiednie wątki, styka ze sobą ludzi z pozornie różnych galaktyk... to jeszcze bardziej doceniam talent kreowania świata. Bo przecież wszystko to (mimo zapożyczeń z rzeczywistości) jest od fundamentów wymyślone. Ze szczegółami.
Miłej lektury.
ren

~Logosie :)
Prawda, że się bronią cytaty? Masz pod ręką? - przeczytaj. Ja pozaznaczałam mnóstwo ulubionych fragmentów. Chyba bez sensu, bo na co drugiej kartce mam przyklejoną karteczkę. Gdybym chciała wrócić, to pewnie całość by przyszło przekartkować.
Pozdrawiam
ren
-
mandzuria23
2010/11/15 10:17:23
"Japoński wachlarz" to nie jest powieść, to eseje i bardziej notatki z podróży autorki, która spędziła w Japonii dłuższy okres czasu (nie pamiętam już, ile, dwa lata?). Bator opisuje tam swoje spostrzeżenia, głównie socjologiczne, oczywiście z racji wykształcenia interesują ją zagadnienia genderowe, sporo tam też uwag o codziennym życiu i kulturze Kraju Kwitnącej Wiśni. Mnie się bardzo podobało, choć nie jest to wybitnie głębokie potraktowanie tematu.
-
the_book
2010/11/15 21:42:09
Ren - na blogspocie nie ma limitów:) Wygodnie, przytulnie tu a jednocześnie tak przestrzennie/przestronnie :D
-
renbor1
2010/11/16 17:08:17
~Mandżurio,
dziękuję za informacje. :)
To będzie insza inszość. Zapamiętuję na później.

~Monia,
no proszę..., ale może po prostu nie dotarłaś do tych granic, gdy wyskakuje komunikat, że nie opublikuje, bo nadmiar. Swoją drogą: niezły bat na obszarników.
Migracje trwają, ale tej jesieni pozwolę odlecieć dzikim gęsiom beze mnie.

ren
-
la_polaquita
2010/12/25 22:27:43
Nie znam autorki, ale po twojej recenzji nabrałam wielką ochotę na jej książkę. Wygląda to na świetną prożę, z niewesołego życia wziętą. Te postaci, jak je opisałaś, brzmią znajomo, te mity ślubne, te meblościanki pełne kryształów, zgorzkniałość kiedy iluzje nieprzystają do życia, skąd ja to znam?... Zapamiętam sobie tę pozycję i mam nadizeję, że wkrótce kupię, dziękuję za recenzję:).
PS mnie też strasznie wkurza limit długości wpisu na bloxie bo lubię się rozpisywać. Grr.
-
renbor1
2010/12/26 18:49:45
~ la_polaquita:)
Właśnie tak: "proza z niewesołego życia wzięta", ale choć trafnie diagnozuje, nie nasiąka smutkiem ani szarością. Teraz myślę, że do ulubionych postaci trzeciego planu dodałabym jeszcze Halinę Chmurę, czyli babcię kolomotywę. Skoro jest tak, że mimo upływu czasu lektura nie blednie, lecz na nowo się przypomina, to to jest dobry znak. Polecam. "Chmurdalię" też, ale po "Piaskowej..." sama będziesz wiedziała, czy chcesz dokładkę.
Pozdrawiam:)
ren