literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

Kucharz i mięso armatnie

Kucharze historii (Cooking History), reż. Peter Kerekes, Słowacja 2009

 


Bohaterami tego dokumentu są wojenni kucharze. Każdy z bagażem doświadczeń, świadek historii. A nawet jej katalizator, jeśli przyjąć za słuszny padający w filmie wniosek, że najlepsza strzelanina jest po dobrym posiłku.

Straż przy kotle to działanie zarazem newralgiczne i kojące. Dość bezpieczna odległość od linii frontu i wystarczająca bliskość prowiantu.

Kerekes zaprosił do udziału 12 kucharzy różnych nacji (przesłuchał podobno ponad setkę): Niemców, Rosjan, Francuzów, Żydów, Węgrów, Serbów i Chorwatów.

 

Reżyser deklaruje w wywiadzie, że lubi, gdy film przypomina lasagne i jest wielowarstwowy.

Posmakowałam, spróbuję odtworzyć skład potrawy.

 

Oto przepis:

warstwa pierwsza - sześć dwudziestowiecznych wojen jako tło. Mamy tu: II wojnę światową (niemieccy kucharze pamiętają wrzesień 39`, a Rosjanka wspomina blokadę Leningradu), wojnę algierską (1954-1962), wkroczenie wojsk Układu Warszawskiego na Węgry (56`) i do Czechosłowacji (68`), rozpad Jugosławii i konflikt bałkański (początek lat 90.), wojnę w Czeczenii (1994-1996). Serwowane w małych dawkach materiały archiwalne przywracają twarzom kucharzy ich życiowy kontekst.

 

warstwa druga - kucharskie opowieści o życiu i wojnie. Wiele zależy od perspektywy oglądu. Świat widziany od strony kotła jest prosty i przewrotny zarazem. Kucharze nie zabijają, nie wydają rozkazów. Czy są całkowicie neutralni? Jeden z nich mówi: "Ja nie gotuję przeciw komuś, ja gotuję dla kogoś!"

 

warstwa trzecia - przepisy dla całej armii! Nie spamiętałam receptur, bo liczby określające porcje składników przyprawiały o zawrót głowy. Jedno z dań wymaga 1600 kg kminku (bodajże), nie mówiąc o zasadniczych ingredientach. Nasyciłby się i Gargantua, i Pantagruel. Ilość budzi konsternację, przegania apetyt. Stosy węgierskiej kiełbasy, kotły z gulaszem, miliony blinów, bochenków chleba...może tylko francuski kurczak w winie chroni swą pojedynczość (nie wierzę, by jedzono go tak masowo). Elitarnym kąskiem okazał się również chleb z arszenikiem, ze zrozumiałych względów. Była to jednorazowa akcja kulinarna kucharzy żydowskich - "mścicieli z Norymbergii" - którzy swym wypiekiem uśmiercili ok. 300 Niemców.

 

warstwa czwarta - poczucie humoru i czułość dla ludzkiej małości. I spora dawka absurdu, który na wojnie jest zawsze pod ręką. Słowacki reżyser czerpie garściami z Hrabala i Haška.

Na ekranie pojawia się osobisty kucharz Josipa Broz Tito, wierny mu do ostatnich dni, smakujący potrawy zanim zbliżyły się do ust wodza. Gdy opowiada o rozpadzie i chaosie, jaki ogarnął Jugosławię po śmierci Tito, mówi językiem kuchni. Zniknęły potrawy neutralne, każdy kolejny lunch, na którym obradowano w sprawie przyszłości kraju był manifestacyjnie serbski, chorwacki, bośniacki. Fenomenalne, że menu politycznych narad jest wizytówką poglądów gospodarzy.


Kucharka rosyjska, która 40 lat temu brała udział w "wyprawie" do Czechosłowacji opowiada o lasach pełnych grzybów. Żal było nie zbierać, więc robiła marynaty. Niewiele rozumiała z inwazji, ostatecznie uznaje, że nikt nie lubi zbyt wielu obcych na swoim terytorium, ale oburza ją niedelikatność Czechów. Ich niezrozumienie, że przecież Rosjanie przybyli nad Wełtawę nie dla przyjemności... Wróciła do Moskwy ze wspomnieniami, a Nowy Rok powitała jedząc czeskie grzybki.


warstwa piąta - antropologia wojenna. Rytuały niemal mityczne. Kobieta, która gotowała dla rosyjskich chłopców, lotników, którzy po posiłku lecieli zabijać Niemców, wspomina o naleśnikach dla zmarłych. Smażyła je, wynosiła na zewnątrz, niczym pokarm na dziady. Nikt nie uskubnął, chyba że ptaki... Francuski kucharz rozlewa wino na cztery strony świata. A kucharz z łodzi podwodnej snuje opowieść, stojąc w morzu podczas przypływu. Smaży sznycle dla przyjaciół, którzy polegli, woda pochłania upichcone danie... Dziwnie miesza się trzeźwy kucharski rozsądek z irracjonalnym gestem.

 

warstwa szósta - metajęzykowe aluzje. Mówimy o mięsnych daniach dla wojska, ale niepostrzeżenie nasuwają się skojarzenia z ludzkim ciałem. Zagotować, usmażyć, pokroić, posiekać, poćwiartować, wypatroszyć... Język kuchni to język wojny.


W jednej z rozmów pada pytanie, czy przepis ma coś wspólnego z rozkazem. Niemiecki kucharz początkowo nie rozumie aluzji. Opowiada. Mówi o czasach, gdy jego armia okupowała Rumunię. Mężczyzna z wioski poprosił go o cukier dla umierającej córki. Cukier jej nie uratuje, ale nasyci pragnienie, tak brzmi ostatnie życzenie dziewczyny. Kucharz odmawia, bo to niezgodne z przepisami. Co by to było, gdyby nagminnie je łamano. Kuchnia stała kilkanaście metrów od chaty, w której umarła dziewczyna. Ludzie zebrani na pogrzebie wpatrywali się w kucharza milcząco i z pogardą.

Receptura a wojskowe przepisy i rozkazy. Dobry kucharz - wyznaje rozmówca - łączy składniki intuicyjnie, wyczuwa proporcje, nie waży. Dlaczego rozkaz należy traktować dosłownie?


Film "Kucharze historii" zdobył nominację do Europejskiej Nagrody Filmowej (2009) i Specjalne Wyróżnienie Jury na 6.Planete Doc Review.

Obecnie na ekranach kin, wkrótce na dvd.

 

 

poniedziałek, 06 września 2010, renbor1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: kasjeusz, *.chello.pl
2010/09/06 22:28:10
Smakowita ta lasagne, zwłaszcza warstwa szósta - mniam. Bardzo lubię metajęzykowe aluzje, choć przyznaję, że czasem musi minąć wiele czasu, nim zdam sobie sprawę z ich istnienia, a wtedy to już musztarda po obiedzie.
Z chęcią poznam wojnę od kuchni.
-
renbor1
2010/09/07 00:07:07
~Kasjeusz
Musztarda po obiedzie?
Ja bym powiedziała: keczup. Czerwone wino i krwisty befsztyk.

Ale i tak nie przebiję przepisów z filmu. Gulasz, siekane mięso, kiełbasa, marynowane grzyby. Prześladuje mnie po tym filmie dwuznaczność słów.

Uświadomiłaś mi, że przeoczyłam to oczywiste podsumowanie: wojna od kuchni.
Filmy z Doc Review są na ogół warte obejrzenia.
Pozdrawiam:)
ren
-
2010/09/08 00:55:57
Po pierwsze, po raz kolejny w pierwszej chwili powalił mnie Twój pomysł na recenzję, przedstawienie filmu warstwami i z sensem, jestem pod wrażeniem.
Po drugie, część o czeskich grzybkach - fantastyczna :)
Po trzecie, chcę po Twoim wpisie zobaczyć ten film, może zdążę jeszcze w kinie, jakoś w przyszłym tygodniu. A filmy Planet Doc Review są rzeczywiście ciekawe, ale w małych ilościach. Znaczy, nie wszystkie naraz.
I po czwarte, w radiu właśnie leci Kuba Sienkiewicz i piosenka z "Killera", co mi uświadomiło, która to godzina. A jak zwykle, nie śpię, błąd. Także dobranoc.
-
renbor1
2010/09/08 19:22:04
~Liritio :)
taaak, nic w ilościach hurtowych;)
Ani Doc Review, ani jedzonko.
Snu bym nie szczędziła. Ale też jestem nocny marek (z natury) i ranny ptaszek (z konieczności).Choć miesza mi się - i czasem nie wiem, co z musu a co ze skłonności.

Dla mnie Twoje ostatnie zdanie brzmi jak rebus - dlaczego Kuba Sienkiewicz (vel Killer) uświadamiają Ci późną godzinę? Pomyślę;)
Pozdrawiam
ren
-
Gość: czara, 77.236.0.*
2010/09/08 20:01:50
Mnie też zauroczyły czeskie grzybki ;) Ostatnia historia - bardzo wymowna. Ech, nie ma co - biegnę jutro do kina!
-
2010/09/08 20:23:46
Ja niby też powinnam być ranny ptaszek, ale to jeszcze nie teraz, dopiero w październiku. Przynajmniej praca nie zrywa mnie bladym świtem, bo szybko zostałabym bezrobotna.

Rebus :) killer uświadamia mi późną godzinę, bo tylko o takich porach lecą w radiu takie piosenki. Znaczy w radiu, którego akurat wczoraj słuchałam. To zawsze jest znak, że środek nocy się zbliża, kiedy stare polskie przeboje pojawiają się na antenie. Zęby myłam do "Dumki na dwa serca" :)
-
logosviator
2010/09/09 17:07:33
Wojna "od kuchni" wygląda chyba bardziej po ludzku niż wojna widziana z perspektywy "armatniego mięsa".
Ponadto: kto je, nie zabija :)
Kiedy więc żołnierze jedli, to nie było jeszcze tak źle. Gorzej jak nie mieli co do garnka włożyć, albo świadomie rezygnowali (przed bitwą) z posiłku, by nie mieć pełnych kiszek (na wypadek... pardon... rozprucia lub przedziurawienia brzucha).

A pomysł na film przedni - niezwykle oryginalny i ciekawy.
Podejrzewam, że tych warstw możnaby w "Kucharach historii" znaleźć jeszcze więcej, bo gotowanie i zabjanie to sprawy, wbrew pozorom, wielce złożone i skomplikowane, nie wspominając już o tym, że o wadze wręcz... cywilizacyjnej :)
-
renbor1
2010/09/09 18:05:07
~Czaro
Grzybki działają na wyobraźnię ze względu na porę.
Minął sierpień, minął wrzesień (prawie) znów październik i ta jesień
rozpostarła melancholii mglisty woal...
("Addio pomidory!")
A pani od grzybków (kucharka) była kinomanką. Gust miała nie mój, preferowała kino radzieckie.
Pozdrawiam!

~Liritio
Dumka! Ech, sokoły!
Świetny przykład na tzw treści naddane, niezamierzone przez autora.
Okoliczności zawsze determinują odbiór. Nie tylko piosenek.
Do października zostało jeszcze bardzo dużo sekund:))

~Logosie
Więcej warstw? Lasagne się w naczyniu nie zmieści. Wszystko zależy jak grubo rozłożymy farsz. I co tu będzie farszem?
Kto gotuje nie zabija, ale...
Kucharka serbska wspomina jak komplementował ją szwagier-Chorwat. Mówił, że zawsze rozpoznawał, kiedy przypadał jej dyżur. Wróg miał niespożyte siły. Ona była dumna - ostatecznie, szwagier jakimś cudem przeżył. :)

pozdrawiam
ren
-
2010/09/12 21:52:24
Załańcuszkowałam Cię, to nigdy nie działa tylko w jedną stronę :)
-
maga-mara
2010/09/19 19:34:20
:))) Fantastyczny pomysl (i na film, i na recenzje) Kuchnia wojenna to pewnie kategoria ton, nie kilogramow. Przez jedzenie do serca wojny.
-
renbor1
2010/09/20 00:29:04
~magamaro:)
Tak, tony i hektolitry. Człowiek pichcący sobie jakieś mikroporcje traci zdolność percepcji.
Przez żołądek wiedzie bardzo zmyślna droga... do serca, do umysłu, do woli i ambicji.
Ciekawa (i skryta w cieniu) jest rola polowego kucharza. Bez nich żadna wojna "by się nie udała". ;)
pozdrawiam!