literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

Melancholia kina tureckiego. Sceny zapamiętane

NOWE KINO TURECKIE

ENH 2010


Ładunek tureckiego milczenia jest - jak można się domyślać - obciążający. Nic to, że górskie szlaki zadziałały niczym wentyl i upuściły odrobinę melancholii - wciąż jeszcze chodzę w oparach.


Na szczęście nie wszystkie nostalgiczne chmurki muszą się skraplać, a ja nie jestem zdeterminowana, by opisać każde swoje spostrzeżenie. Trwałoby to miesiącami, niebezpiecznie natężając niebieskie nastroje do rozmiarów klinicznych.


Bardzo ułatwia mi zadanie świetna publikacja towarzysząca przeglądowi tureckiej kinematografii: "Nowe kino tureckie" pod redakcją Jana Topolskiego. Zbiór artykułów filmoznawców polskich i tureckich prezentujący zarówno problematykę, jak i style narracji,  kluczowe kategorie, język kina i emploi twórców. Skoro tak kompetentnie wybrzmiały analizy innych, ja nie muszę już ostrzyć pióra i mierzyć się z wyzwaniem, które i tak urwałoby mi głowę, podcięło skrzydła i uzmysłowiło, że nie widziałam przecież kilku tytułów, bez których ogląd jest niepełny.


Paradoksy i antytezy - oto jest miara na Turków.
Symbolem rozdarcia i antynomii jest Stambuł. Spacer Mostem Galata (sceneria wielu filmów) pozwala przejść od dzielnic będących znakiem tradycji do rejonów krojonych według międzynarodowej nowoczesnej miary. Most Bosforski łączy Azję z Europą.


Tygiel etniczny (zhierarchizowany, z bolesną pamięcią o prześladowaniach Ormian czy Kurdów) eksploduje wielością języków i dźwięków. By poczuć jego rytm, warto zobaczyć "Crossing the Bridge: The Sound of Istanbul" ("Życie jest muzyką") Fatiha Akina - pełnometrażowy dokument o muzyce spotkanej na stambulskiej ulicy.
A gdy dźwięki się rozkołyszą, można obejrzeć dowolny film Demirkubuza, Kaplanoglu, Erdema czy Ceylana, gdzie słowa są limitowane.


Jak to w ogóle jest możliwe, by opowiadać historie o emocjach, sięgając po ciszę i "nicniedzianie się"? Nie chodzi o brak akcji, raczej o sposób jej opowiedzenia.


[Weźmy "Wyznanie" Demirkubuza. Małżeństwo Nilgün i Harun. Ona jest piękną kobietą, on podejrzewa zdradę. Ma powody - wie "niemal na pewno", że Nilgün spotyka się z innym mężczyzną. Pamięta, że ich związek zaczął się od zdrady najlepszego przyjaciela Haruna, męża Nilgün. Jego samobójcza śmierć zbliżyła ich do siebie i spętała. Sceny wyznań, przebaczeń, odgrażań, błagań. Zmęczenia i wciąż silnej więzi. To nie jest mało. A jeśli dodamy: powrót i wyznanie przed rodziną przyjaciela swej dawnej zdrady, odejście kobiety i związanie się z żonatym mężczyzną (potępienie społeczne), fiasko tego związku, próbę samobójczą Haruna, relacje z bardziej poukładanymi przyjaciółmi... i zaskakujące zakończenie... to przecież kipi od zdarzeń. Ale nie na ekranie. Są wyznania odsłaniające ważne fakty, lecz rytm opowieści przypomina raczej życie niż filmowe konstrukcje.]

 

Jak można łączyć wyrazistą turecką tradycję, obyczajowość, mentalność z europejskim egzystencjalizmem, parafrazowaniem Dostojewskiego czy Camusa?


["Poczekalnia" Demirkubuza obrazuje kryzys twórczy reżysera usiłującego sfilmować "Zbrodnię i karę", "Fatum" inspirowane jest "Obcym" Camusa, filmy Ceylana są po trosze rozmową z Tarkowskim.]


Skoro o europejskości tureckich reżyserów mowa, to warto wspomnieć o specjalnym statusie takich twórców jak Fatih Akin ("Głową w mur", "Na krawędzi nieba") czy Ferzan Özpetek ("Hamam-łaźnia turecka"), sięgających do swych tureckich korzeni z perspektywy zadomowionych w nowej ojczyźnie emigrantow (Niemcy, Włochy).


Jeden z rozdziałów mojego kinowego kompendium traktuje o "kinie melancholii".
"Melancholia zaczyna się od myśli o tym, czego nie ma." To tęsknota za czymś utraconym, a często nie chodzi nawet o nieobecną osobę czy opuszczone miejsce, lecz o siebie samego, którego nie ma. Innymi słowy: melancholia jest smutkiem z powodu niezrealizowanej potencjalności (gdy wiedzie się życie, z którym wolałoby się nie mieć wiele wspólnego) lub ze względu na niemożliwość ożywienia w sobie uczuć, świeżości i nadziei, która niegdyś nam towarzyszyła.


Synonimem "kina melancholii" jest kino powolności, milczenia, kontemplacji (spod znaku Antonioniego, Tarkowskiego i Bressona). Interesujące są rozważania na temat języka filmowego, którym wyraża się tego rodzaju doświadczenie (polecam: tekst Magdaleny Bartczak).


SCENY WYRWANE Z KONTEKSTU

 

Delikatnie dookreślę, ale osadzanie ich w fabule filmu przedłużyłoby tę notkę irracjonalnie.

Nadciąga wrzesień, więc zacznę od sceny lekcji w "Miasteczku" Ceylana.

Nuri Bilge Ceylan ("Miasteczko", "Majowe chmury", "Uzak", "Klimaty", "Trzy małpy")

 

Rodzinna wioska reżysera w pięknych czarno-białych obrazach. Zdaje się, że wszystko rozgrywa się w ramach dnia i nocy, ale pejzaż przeobraża się od lata po zimę.


Salka w wiejskiej szkole (za oknem zaśnieżony krajobraz); rozbrykane dzieci wymyślają jakąś radosną zabawę. Czas na lekcję! Wchodzi Pan Nauczyciel a wraz z nim cisza jak makiem zasiał. Czytanie na głos podręcznika w uczniowski, dukający sposób. "Słuchajcie, bo w każdej chwili mogę o coś zapytać." Nauczycielowi się dłuży, ale dzieci to już doprawdy nudzą się śmiertelnie.


Ceylan przełamuje to - najpierw poezją później dramatem.
Udręka monotonii wymalowana na twarzach - podparte dłonią buzie, smutne oczy, rozdziawione usta... A tu mucha zabrzęczy, krople po szybie spływają, ktoś przejdzie za oknem, piórko fruwa (można dmuchnąć, pofrunie jeszcze raz!)...


A tu Ismael spóźnia się na lekcję (no, to nareszcie jakaś akcja!), rozsiada się, zdejmuje skarpetki, żeby wysuszyć nad piecykiem, a z tych skarpetek kapie woda i syczy na rozgrzanej płycie. I jak tu słuchać lekcji? Nauczyciel też widocznie ma dość, bo jeden z rozpraszających bodźców podrażnił mu nos. Coś śmierdzi. "Dzieci, wyciągać śniadania!" Pan Nauczyciel przechodzi od ławki do ławki i wącha. Nos wsadza w bułkę czy kanapkę. Tropi smród. I trafia na nieświeże jajko w śniadaniu Dziewczynki, którą chce uchronić przed zatruciem, a przynosi jej wstyd.

Bardzo lubię tę scenę. Prawdziwa symfonia zakłóceń. Przebłyski życia w szkole.

 

Dwa wyznania z filmu Demirkubuza ("Wyznanie").

(zdjęcie: Rafał Placek -ENH)
Zeki Demirkubuz ("Blok C", "Niewinność", "Trzecia strona", "Fatum", "Wyznanie", "Poczekalnia", "Przeznaczenie", "Zazdrość")


Po serii napięć między małżonkami - oboje są nimi udręczeni - dochodzi do rozmowy, w której Harun domaga się od Nilgün wyznania zdrady. Zapamiętałam jego uporczywość i przeskoki emocji. Błaga, prosi, zapewnia, że nic tak nie boli, jak nieświadomość, że da sobie radę z każdą prawdą, byleby ją wreszcie usłyszeć... Następnie wylicza (i są mu wyliczone) błędy partnerki - wszystkie "pchnięcia nożem w serce" i ogrom cierpień własnych. Później - czas na agresję.


Bez ironii: prawdziwe emocje, zbyt mocne, ale tylko z zewnątrz tak wyglądają. A to jest kara sevda (miłość fatalna). W literaturze - podaję za Anitą Piotrowską - mistrzowski zapis tej udręki miłosnej można znaleźć w "Muzeum niewinności" Orhana Pamuka. Jeden z lejtmotywów tureckiej kultury. Mroczne uczucie, które niszczy, ale zadając ból, jednocześnie przełamuje jałowość życia. (Prawda, że mistrzowska sofistyka? ;))


Drugie wyznanie ma wiele z pierwszym wspólnego. Teraz Harun ma potrzebę wyrzucić z siebie skrywaną winę. Jedzie do rodziny Taylana (do którego samobójstwa przyczynił się swoim związkiem z Nilgün), gdzie witany jest jak przyjaciel, z sercem na dłoni. Gorączkowo oznajmia prawdę... Na co liczy? Matka Taylana przegania go z domu - "Idź odpokutować swoje grzechy gdzie indziej." Bo jedna rzecz to potrzeba oczyszczenia siebie, druga - prawo do nierozgrzeszania ze strony tych, których wina rani.


Wybrałam te sceny, by pokazać, że turecki minimalizm formy idzie często w parze z gwałtownością uczuć. To nie jest surowość o skandynawskim rodowodzie, choć następny przykład ma wiele wspólnego z Bergmanem.

 

Znów Ceylan - powinien być festiwalowy "Uzak", ale żadna ze scen nie przychodzi mi na myśl tak intensywnie jak fragment z "Klimatów" ("Iklimler") - scena na plaży i jazda motocyklem.

 

By wprowadzić w treść filmu, posłużę się słowami reżysera.
"Człowieka uszczęśliwiają rzeczy proste, a unieszczęśliwiają jeszcze prostsze. Tak, jak każdy rodzi się z prostego powodu i z jeszcze prostszego powodu umiera... Małżeństwo Isy i Bahar przechodzi kryzys. Te dwie samotne postaci poddają się najróżniejszym emocjom, przechodzą przez najróżniejsze klimaty. Szukają szczęścia, które już do nich nie należy."

 

Wybrałam sceny tuż przed rozstaniem. Wakacyjny wyjazd, plaża rozgrzana słońcem. Niby jest dobrze, lecz z wszystkiego ulatuje sens, a twarze Bahar (ona - Ebru Ceylan) i Isy (on - Nuri Bilge Ceylan) opowiadają o dręczącym ich zwątpieniu, bólu, bezradności wobec utraty, której nie mogą powstrzymać.

 

 

Leżą obok siebie na piasku. Bahar uśmiecha się, czując dotyk Isy i krople chłodnej wody na ogrzanym słońcem ciele. A Isa mówi, że ją kocha. Potem delikatnie przysypuje ją piaskiem. Stopy, nogi, całe ciało w bezpiecznej pierzynce ciepłej plaży. Gwałtowny ruch ją zaskakuje. Piach, przed którym nie może się obronić, zasypuje jej twarz, dławi usta. Krzyk.


To był sen. Isa leży obok, znudzony, zajęty czytaniem.
Bahar idzie ku morzu.

 

Opowieść budują nie słowa, lecz ujęcia - oddają odległość między mężczyzną i kobietą, odmienność widzenia.

Ważne są zbliżenia. Przede wszystkim ze względu na ekspresję twarzy. Lecz świetnie odsłaniają pewną grę, którą jedno z nich prowadzi, a drugie jej podlega.


Gdy Bahar śniła, kamera nie objęła Isy, pozwalając uwierzyć, że to jej projekcja jest rzeczywistością. A podczas monologu Isy, który ćwiczy zanim naprawdę wypowie propozycję rozstania - mamy wrażenie, że Bahar jest obok i to słyszy.

 


 

A jak bezradne są słowa!

Choćby Isa ćwiczył nie wiem jak długo, to co w końcu wypowie i tak będzie banałem. Powie, że to "na jakiś czas", że "tak będzie lepiej, dla ciebie", że "nadal mogą być przyjaciółmi" - nic się nie zmieni, wciąż będą mogli się spotykać, chodzić do kina i na kolację.

 

Bliżej mi do Bahar z jej zewnętrzną akceptacją zdarzeń, choćby w sercu rozlewała się rozpacz.

- Nie martw się o mnie. Nic mi nie będzie.

I tylko podczas powrotu motocyklem (droga wiedzie urwistym wybrzeżem) irracjonalnie zasłoni Isie oczy, powodując - niegrożną na szczęście - wywrotkę. A Isa będzie ćwiczył swe wahania i lęki przed przynależnością jeszcze w kolejnych odsłonach.



Nuri Bilge Ceylan, Miasteczko, Turcja 1997
Nuri Bilge Ceylan, Klimaty, Turcja 2006
Zeki Demirkubuz, Wyznanie, Turcja 2002


Rozdaję cukierki każdemu, kto przeczytał ten wpis do końca ;)

środa, 18 sierpnia 2010, renbor1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
lirael
2010/08/19 07:41:04
To ja poproszę cukierka!:) Przeczytałam z wielkim zainteresowaniem!
Tamaryszku, jesteś dla mnie autorytetem w dziedzinie kina (i nie tylko) i strasznie żałuję, że nie mam dostępu do pozycji, o których piszesz. Kinematografia turecka jest dla mnie czarną plamą, nieco rozjaśnioną dzięki Twojemu postowi.
Przeczytałam "Nowe życie' Orhana Pamuka, ale nie wspominam tego doświadczenia najlepiej :) Świat wyobraźni autora wydał mi się dość hermetyczny.
Nie zmienia to faktu, że Turcja mnie bardzo intryguje.
Spośród omówionych przez Ciebie filmów najbardziej chciałabym obejrzeć "Miasteczko', to musi być rewelacja.
Na koniec przykra ciekawostka. W zwiedzanym przeze mnie rok temu rewelacyjnym berlińskim Muzeum Żydowskim, w którym ekspozycja dotyczy też kwestii takich jak rasizm, uprzedzenia, etc, był taki komputerek do głosowania, gdzie należało odpowiedzieć na pytanie, czy Turcja powinna się znaleźć w UE. Potem można było obejrzeć wyniki. Nie pamiętam konkretnych liczb, ale większość była na nie :(
Cieszę się, bo "Pchli pałac" czeka w kolejce do przeczytania.
-
2010/08/19 09:57:32
Nie znam kina tureckiego, z literatury czytałam Pamuka, ale marzę o zobaczeniu tego kraju (wiadomo, że oczami turysty). Dostrzegam spójność postrzegania życia przez twórców. Codzienna egzystencja powiązana z czynnościami, emocjami, melancholią, skupienie się na ludziach. W tle typowe, pięknie uchwycone krajobrazy,wnętrza. Aż można pozazdrościć, że znaleźli swoją drogę artystyczną. Może tworzący nie oderwali się od ludzi tak jak u nas (zapomniano o tzw. szkole polskiej). Pozdrawiam:)
-
chihiro2
2010/08/19 16:58:46
Och, z jaka przyjemnoscia przeczytalam ten tekst! Znam wiekszosc filmow Ceylana i Akina, widzialam tez pare innych rezyserow, m.in. rewelacyjny "Men on the Bridge" (chyba nie pokazywano go na ENH, bo bys wspomniala): chihiro.blox.pl/2010/01/LFF-Men-on-the-Bridge-rez-Asl305-zge.html
Bardzo zaluje, ze nie widzialam jeszcze trylogii Kaplanolu, mam nadzieje, ze dotrze kiedys do Anglii.
Czy "Miasteczko" to ten sam film co "Kassaba"? Tego jeszcze nie widzialam.
A propos melancholii - bylam kiedys w Berlinie na wystawie poswieconej w calosci melancholii w sztuce, byl tam cytat, nie pamietam czyj, ze "Melancholia to rozkoszowanie sie smutkiem" i chyba ta definicja przemawia do mnie na rowni z Twoja. Jest to bardzo wazna czastka mojego charakteru i filmy poruszajace w jakis sposob temat melancholii, majace nastroj melancholijny, trafiaja do mnie szczegolnie. Do kilku nazwisk, ktore podalas, dodalabym jeszcze koniecznie Bele Tarra i Theo Angelopoulosa, zwlaszcza grecki rezyser to uosobienie melancholii.
PS. Czy nalezy mi sie cukierek? :)
-
renbor1
2010/08/19 22:00:48
Cukierki zasłużone :))
Nadal twierdzę, że to tekst dla długodystansowców.

~Lirael
Paradoksy w tureckim kinie mają silną korespondencję ze sprzecznościami życia społecznego i politycznego. To a propos unijnych uprzedzeń bądź zastrzeżeń. Tym bardziej Turcja intryguje.
Ta scena w szkole ("Miasteczko") jest całością sama w sobie, dalej film biegnie swoim torem. Jest wizualnie piękny. Ceylan (fotografia to jego pierwsza pasja i zawód) był zarazem reżyserem i operatorem. A dodatkowy smaczek - jako że jest to jeden z jego pierwszych filmów i fundusze miał ograniczone - zagrali w nim jego krewni, kuzynowie, ojciec, matka. Wracali też w następnych filmach. To wplatanie własnego życia w filmy jest naprawdę niezwykłe. W "Klimatach" parę przeżywającą kryzys zagrał on sam z żoną. W tym filmie i w "Uzaku" wykorzystane jest stambulskie mieszkanie Ceylana, z zachowaniem wystroju wnętrza. Tropów autobiograficznych jest co niemiara.

"Pchli pałac" czeka, bym coś o nim napisała. Podobał mi się, więc wezmę go pod lupę. Polecam.

~Nutto
Ciekawie to ujęłaś. Rzeczywiście to "nowe kino tureckie" jest czymś w rodzaju szkoły filmowej. Choć każdy z twórców robi kino autorskie. Wspólny jest minimalizm, milczenie, melancholia. Wiele podobnych tematów. To już ewoluuje. Świeże pokolenie debiutantów przełamuje tę skondensowaną ciszę.
Podobno filmy twórców najbardziej docenianych na międzynarodowych festiwalach nie mają szerokie publiczności w Turcji. Bo nie są łatwe ani wygodne w odbiorze.
Trafiłaś też z tym naśladowaniem życia. Co jest kolejnym wyzwaniem, bo jesteśmy przyzwyczajeni do pewnych reguł i tempa kompozycji.
Dla mnie festiwalowy przegląd był ciekawym odkryciem. Poza festiwalem nie byłabym w stanie w takim stężeniu oglądać melancholii. Dopiero pisząc ten tekst, pozbyłam się jej nadmiaru w sobie.
A turystyczne odkrywanie Turcji też jeszcze przede mną. :)

~Chihiro
Tak! "Miasteczko" to "Kasaba". Zaraz przeczytam co pisałaś o "Men on the Bridge" - filmu nie znam.
Angelopoulusa widziałam "Spojrzenie Odyseusza" i "Wieczność i jeden dzień". Są analogie, choć jednak długość ujęć u Greka jest nie do pobicia. :)
Melancholia mnie przyciąga - na pewno bardziej niż fajerwerki i ekstrawertyczne komedie. Na razie mam dość. Zwłaszcza że przypałętała mi się ta melancholia i w moich życiowych nastrojach.
Zamierzam załapać się na trochę pogodnej równowagi (oby tak było) zanim nadciągnie jesień.
Chihiro, jeśli czujesz ten melancholijny nerw, to bardzo harmonijnie łączysz go z radością. :)

Pozdrawiam!
ren
-
chihiro2
2010/08/19 23:36:12
Ja Angelopoulosa widzialam "Wiecznosc i jeden dzien", a takze "Trilogy: The Weeping Meadow". Niestety jego filmy sa nie do zdobycia w Anglii (poza tym drugim, ten pierwszy mam na dvd niemieckim), choc muzyke Karaindrou mam chyba w calosci, ze wszystkich filmow.
Dlugosc ujec nie do pobicia to ma Bela Tarr, widzialas jego cokolwiek? Przyznam, ze tylko "Werckmeister Harmonies" znioslam (i nawet bardzo mi sie podobalo), na reszcie nie moglam wysiedziec.
A melancholie lacze z radoscia calkiem umiejetnie, lubuje sie w samotnosci, ciszy dla siebie samej, refleksji i znajduje w tym dzika rozkosz. Czerpie z niej energie i wielki optymizm na ten czas, kiedy udaje mi sie o melancholii zapomniec (czasem sie udaje). Bo u mnie melancholia to taki smutek spreparowany, zdystansowany, czesc pieknego obrazku, , nie za bardzo na pokaz. To siedzi w glowie, nie jestem w stanie sie tym afiszowac. Na co dzien jestem zrownowazona. A jesien to moja ulubiona pora roku, bo tu wtedy malo pada (to sierpien jest dosc deszczowy, i luty), jest ciepla, przyjemna pogoda, wiatr wieje rzadko, liscie spadaja powolutku i nadzwyczaj piekne sa zachody slonca.
-
lirael
2010/08/20 12:40:58
Kochany Tamaryszku, przeglądam sobie wydawnicze nowości i znalazłam coś, co może Cię zainteresować: www.czarne.com.pl/?a=1466
Nie znam tej pozycji, ale z moich obserwacji wynika, że Czarne raczej nie publikuje koszmarków, wiec to może być ciekawe.
-
renbor1
2010/08/20 14:14:32
~Chihiro:)
Bela Tarr! Sprawdzałam i jestem zaintrygowana. Nie znam. Gdybym kiedyś chciała się umartwić lub sprawdzić wytrzymałość, to wezmę pod uwagę. Dzięki:)
Zainteresował mnie opisany przez Ciebie film "Men on the Bridge"!

Czytam, co piszesz o melancholii... Mnie również jest ona bliska, ale nie rozkoszuję się. Mogę się zgodzić, że towarzyszy jej piękno. Ale i ból. Zdecydowanie ból.
Klasycznym melancholikiem nie jestem, choć gdyby trzeba wybierać między czterema temperamentami, to nic innego nie pozostaje. Wcześniej odrzuciłabym flegmatyka, sangwinika i choleryka. Zostaje melancholik (przełamany naleciałościami, ale jednak).
Moje przejścia do radości są już na tyle przetarte i przećwiczone, że balansuję pomiędzy bez zatopień.
Pozdrawiam!

~Lirael!
Bingo! Tego szukam. Zanotowałam już wcześniej to nazwisko, ale umknęło. Ukazuje się we wrześniu, zapoluję.
A słyszałam, że reportaże tureckie Szabłowskiego ("Zabójca z miasta moreli") to dobra rzecz. Podczas festiwalu skorzystałam z szansy wproszenia się na warsztaty dla nauczycieli. Zajęcia o Stambule prowadziła naprawdę zjawiskowa Szeherezada: turkolożka i pół-Turczynka, p.Agnieszka Aysen Kaim. I polecała. Mam na półce nieprzeczytane jeszcze "Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu" Maxa Cegielskiego. Przeczytam jak złapię kolejny ciąg na Turcję.
Podoba mi się, co na portalu wydawnictwa pisze Krzysztof Krauze:
"Nareszcie! Nareszcie ktoś przywiózł coś ciekawego z Turcji. I nie w torbie, a
w głowie. To się świetnie czyta! Przy okazji odkryłem, jak niewiele różnię
się od Turka. Głównie tym, że Turek uważa, że Sobieski przegrał pod
Wiedniem. Reszta tureckiej megalomanii jest polska. Tylko mniejsza".

Dziękuję, że pamiętasz!:)

ren