literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

Remake. Brodre vel Brothers

Brødre, reż. Susanne Bier, Dania 2005

Brothers, reż. Jim Sheridan, USA 2009

Jannik i Michael                                            Sam i Tommy

 

 

Pięć lat temu powstał interesujący dramat duńskiej reżyserki Susanne Bier - "Brødre" (2005). Teraz na ekrany wchodzi amerykański remake tego filmu - "Brothers" (2009). Jego twórcą jest Jim Sheridan, doceniany i uznany reżyser amerykański (o irlandzkich korzeniach).

Oba filmy widziałam; wersję duńską dawniej, więc moje refleksje są przetworzone przez subiektywne kody pamięci i zapomnień.

Co to za dziwny zabieg: nowe twarze i sceneria dla oddania tych samych zdarzeń i treści... Zastanawiam się:

 

Po co remake?

Pominę złośliwe komentarze - prawdziwe tylko po części ;) - że to przejaw kryzysu w branży scenarzystów lub amerykańska maniera unikania filmów z napisami. Załóżmy, że to ma jakiś sens - i pytam: jaki?

Remake ma setki twarzy - na ogół te wtórne istotnie przypominają oblicza poddane chirurgicznej obróbce, mniej naturalne, ze śladami wątpliwych "ulepszeń". Analizę wybranych przypadków można odnaleźć na stronie film.org. Prawidłowością, jaką tu można dostrzec jest sięganie po materiał sprzed kilkudziesięciu lat, który -według czyjegoś rozeznania- domaga się aktualizacji bądź unowocześnień. Albo przenoszenie na rodzime poletko historii z innego kręgu kulturowego.

Przypadek "Braci" jest inny. To samo tło niby odległej wojny (Afganistan), analogiczne konflikty i traumy. Sens "odświeżania" wersji duńskiej ukryty może być tylko w szczegółach, więc przyjrzę się tym przesunięciom, które dostrzegam.

 

O czym to film? Constans

Bracia. Negatyw i pozytyw, Kain i Abel, zły i dobry.
Starszy jest chlubą rodziny - wiedzie odpowiedzialne i uporządkowane życie, szczęśliwy mąż i ojciec dwóch córek. Związany z wojskiem, co w niespokojnych czasach niesie ze sobą ryzyko udziału w misjach wojennych.
Młodszy ma kryminalną przeszłość (napad na bank, więzienie) i żadnej życiowej stabilizacji, charakter - "trudny".

 

Co się wydarza?

Wyjazd "dobrego" na wojnę w Afganistanie. Odtąd akcja toczy się równolegle. Rodzina otrzymuje fałszywą informację o jego śmierci, cierpi, oswaja myśl o nieobecności, z wolna zaczyna zabliźniać ranę (mija kilka miesięcy). Niesforny brat okazuje wsparcie bratowej i dziewczynkom.
Tymczasem starszy - uwięziony przez talibów - przeżywa koszmar, z którego powrót może okazać się niemożliwy. Wraca odmieniony, trochę martwy, w miejsce, które zaakceptowało już jego śmierć.

 

Najważniejsze nie mieści się w tym streszczeniu. Schemat nie spłyca, lecz uwypukla najprawdziwsze emocje, dramaty, napięcia.

Mamy relacje: świat - rodzina; rodzice (to oni ugruntowali wizerunek syna, z którego są dumni i którego się wstydzą) - dzieci; kobieta i mężczyzna (czy zbliżenie do innego mężczyzny jest zdradą, skoro żyje się w przekonaniu o śmierci męża?); więź braterska.

Jest przemiana - albo raczej: pęknięcie wizerunku, próba, trauma. Zazdrość, miłość, obcość.

Dużo. Wystarczająco, by na tej kanwie stworzyć dwie odrębne opowieści.

 

Duńskie klimaty

Twórcy filmu to pierwsza liga duńskich filmowców. Susanne Bier można kojarzyć choćby z filmem "Tuż po weselu" (2006). Więcej mówi nazwisko scenarzysty, Andersa Thomasa Jensena. Napisał scenariusz do "Wilbur chce się zabić" Lone Scherfig (a także do "Księżnej" i "Antychrysta"). Sam wyreżyserował "Jabłka Adama" (2005). Podaję tytuły, które są mi znane. Jeśli nie przebijają hitów amerykańskich, to tylko dlatego, że duńska kinematografia jest niszowa i przegrywa z hollywoodzkim Goliatem (tylko w rankingach komercyjnych!).

 

Świetna jest obsada aktorska. Starszy brat, Michael (Ulrich Thomsen), jego żona Sara (Connie Nielsen). Młodszy brat - Jannik (Nikolaj Lie Kaas). Styl gry, szorstkość emocji, brak przerysowań; pewien chłód w relacjach... przełamany bliskością Sary i Michaela, oszczędną czułością. W mojej pamięci pozostał obraz o dość stonowanej kolorystyce.

Michael (w tle: Sara)

Scenariusz zawiera mocną, "afgańską" scenę - kluczową dla całej metamorfozy Michaela. Duński pierwowzór ma większą siłę rażenia niż amerykański odpowiednik. Może działa tu zasada zaskoczenia? Drugi raz nie sposób przeżyć tej niespodzianki tak intensywnie. W filmie Jima Sheridana zastosowano tu zabieg odrealnienia (muzyka!) - to ciekawe, ale osłabiające brutalność.

 

Starszy brat w filmie Bier zmienia się wyraźniej. Również dlatego, że on naprawdę czuł się silny, emanował takim hartem ducha, że wydawało się jakby zło nie mogło go zniszczyć.

 

Inna jest duńska opowieść o miłości, o bliskości. Sara kocha Michaela. Ale (-tak to zapamiętałam-) jej bliskość z Jannikiem również jest wiarygodna. Niedopowiedziana, lecz nie do zaprzeczenia. I nie ma tu nic zastępczego, jakiegoś opatrywania samotności lub ucieczki. Po prostu stają się sobie - niespodziewanie - bliscy. "Zmartwychwstanie" Michaela ma tu wymiar bardziej skomplikowany; Sara jest przy nim, ale coś się w tej relacji zmieniło również z jej strony.

Sara z Michaelem / Sara z Jannikiem

 

Amerykańskie zmiany

Bohaterowie filmu Jima Sheridana noszą inne imiona: starszy brat to Sam (Tobey Maguire), jego żoną jest Grace (Natalie Portman), a bratem - Tommy (Jake Gyllenhaal).

Scenariusz amerykański musiał uwzględnić odmienną sytuację polityczną. Jeśli Michael uczestniczył w wojnie jako reprezentant sił pokojowych ONZ, to Sam Cahill bierze w niej udział reprezentując jedną ze stron konfliktu. To zmienia charakter scen wojennych. Amerykański marine, walczący z dala od rodzinnej ziemi; mimo szlachetnych intencji i profesjonalizmu, narażony jest na zderzenie z wszystkimi nieoczywistościami zbrojnych konfliktów. Nie jest bowiem tak, że "Tata zabija tylko złych" (mówi córeczka), a "źli to ci z brodami".

 

Sam i Grace

 

Ten sam dramat rozgrywa się tu z amerykańską flagą w tle. Ojciec (postać istotna w obu filmach) nazywa syna "bohaterem narodowym". Jest weteranem wojny w Wietnamie i może domyśla się, czym jest okaleczenie Sama, obcość, jaką daje przekonanie, że nikt "stąd" nie zrozumie piekielnych doświadczeń.

 

Druga sprawa: braterstwo. W duńskim filmie kontrast był czytelny, możliwe że skrajnie (dobry - zły). Tu role są niby rozdzielone, ale bracia nie wchodzą w nie do końca. Sam świetnie rozumie Tommy`ego. Z przymrużeniem oka traktuje gloryfikujące go komentarze ojca. Tommy natomiast ma sympatyczną twarz Jake`a Gyllenhaala i "nie taki diabeł straszny, jak go malują". Nawet po powrocie Sama z Afganistanu, gdy reaguje on agresją na wszystko, wyznaje bratu, że tonie, jakby prosząc o pomoc. Więzi rodzinne są tu niesamowicie silne. Pomimo toksyn, którymi każda rodzina zatruwa i naznacza młode pokolenie.

 

Tommy i dziewczynki (Isabelle i Maggie)

 

Zaskakujący był dla mnie wątek córeczek: Isabelle i Maggie. Starsza (ośmioletnia?) Isabelle dramatycznie przeżywa najpierw wyjazd ukochanego taty, śmierć, później niechęć do nielubianego ojca, pretensje, że niegdyś bliski, teraz budzi tylko strach. Czuje się odtrącona, jakby zepchnięto ją na drugi plan. Zwłaszcza, że wszyscy zachwycają się słodką Maggie, która Isabelle wydaje się kimś lepszym od niej. Przypomina to relację między braćmi.

 

 

Wreszcie: Sam - Grace - Tommy. Wściekła zazdrość Sama i oskarżenia o zdradę odbieram jako próbę "przeniesieia" własnego sprzeniewierzenia na innych. Grace jest nieskalana i silna. Wycięta z mitu o amerykańskiej dziewczynie i żonie. Piękna i kochająca swego męża. Niegdysiejsza cheerleaderka wpatrzona w swojego "złotego chłopca". Oglądam analogiczne sceny, ale akcenty opowieści rozłożone są inaczej. Trudno uwierzyć w relację Grace - Tommy. Są dla siebie wsparciem i pomocą, bo są rodziną.

 

Po co remake?

Przeczytałam wywiady z reżyserami zamieszczone na portalu Stopklatki. Susane Bier o swoich "Brødre" mówi: "Dla mnie to jest przede wszystkim film o okazywaniu uczuć." I uzupełnia: "Film dotyczy przesunięcia pewnego paradygmatu (...). Rozpoznanie faktu, że wojna i teroryzm są także tutaj, w naszy małym, bezpiecznym świecie."

Natomiast Jim Sheridan, szukając głównego tematu, wskazuje na traumę i jednoczenie się rodziny w sytuacji kryzysowej.

 

Wolę film duński. Ale remake Sheridana ma swój sens.

Czy kultura nie jest wiecznym przetwarzaniem gotowych stereotypów, motywów, wątków...?

 

Gdy jednak czytam żartobliwy komentarz amerykańskiego reżysera, że ludzie dziwią się remake`om, a nie zauważają, jak na deskach teatru po raz nie wiadomo który wystawiany jest Szekspir - to myślę sobie: przesada. Po pierwsze: Szekspir. Bez komentarza. Po drugie: film nie jest tak ulotny jak teatr. Pierwowzór istnieje, a całą oryginalność odczytań można wykazać w odbiorze.

poniedziałek, 07 czerwca 2010, renbor1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: czytanki anki, *.internetdsl.tpnet.pl
2010/06/07 14:44:18
Pierwowzór zrobił na mnie duże wrażenie i chyba z obawy przed zepsuciem go na remake się nie wybrałam. Może przy okazji emisji w tv go obejrzę;)
-
renbor1
2010/06/08 18:19:41
~czytanki anki:)
To w zasadzie rozsądne podejście. Towarzyszyło mi uczucie deja vu, dziwność jakaś, gdy obserwowałam to podążanie po duńskich śladach. Jak pisałam: aura jest nieco inna, konfrontacja może być interesująca, poza tym: do kina wybrałam się z nastawieniem na rozczarowanie a po seansie wycofałam się ze swych obiekcji. Film Sheridana broni się, jest amerykański, ale nie hollywoodzki.
Inna sprawa: kino skandynawskie to jakość sama w sobie:)
Pozdrawiam
ren
-
Gość: czytanki anki, *.internetdsl.tpnet.pl
2010/06/09 12:39:28
O, tak - filmy skandynawskie oglądam pasjami;) Nawet te mniej udane.
-
Gość: czara, *.122.71-86.rev.gaoland.net
2010/06/10 10:33:24
Chętnie obejrzałabym oba filmy, zwłaszcza duński, lubię duńskie kino. I podobają mi się dokonania Andersa Thomasa Jensena.
Co do remake'ów mam mieszane uczucia. Z drugiej strony moja wyobraźnia galopuje - zrobić remake Zbrodni i Kary na przykład... ;)
-
renbor1
2010/06/11 16:14:16
~Czaro:)
A propos Jensena: jeśli znasz jego "Jabłka Adama", to w roli tępego neonazisty wystąpił tam właśnie Ulrich Thomsen, Michael z "Braci". Metamorfoza aktorska niesamowita!
Ja też stawiam remake w stan podejrzenia. Artystyczne wyzwanie jako przyczyna podjęcia się remake`u to jednak nie jest norma. Zbyt mocno działa tu kalkulacja na zysk, by móc z dobrą wiarą i w ciemno przyjmować podobne przedsięwzięcia.
W poście przyjęłam inną linię myślenia, bo ostatecznie wszystkie motywacje są dopuszczalne, te szlachetne również.
Wcześniej czy później - kiedyś obejrzysz. Miłego seansu. :)
ren
-
jolantachrostowskasufa
2010/06/12 18:45:14
Sporo filmów skandynawskich oglądałam swego czasu, zwłaszcza za sprawą Larsa von Triera, ale nie tylko, i za każdym razem byłam pod urokiem. Pamiętacie "Włoski dla początkujących" Lone Scherfig [www.filmweb.pl/film/W%C5%82oski+dla+pocz%C4%85tkuj%C4%85cych-2000-31855]? Fenomenalny. Albo "Nic nowego pod słońcem" Colina Nutley [www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=43052]... mogłam je oglądać po kilka razy pod rząd. Mają specyficzny klimat, którego nie oddają "podróbki". Mimo wszystko mam ochotę obejrzeć obie wersje: i Brodre, i Brothers, chociaż czuję podskórnie, że bardziej porwie mnie oryginał. Pozdrawiam. :)
-
renbor1
2010/06/12 21:32:47
~Jolu :)
Lone Scherfig i "Włoski dla początkujących"!!! (Lepszy od "Wilbura..."). No jasne. Rewelacyjna była ta gromadka ucząca się włoskiego. Najlepiej pamiętam fryzjerkę i piłkarza (kelnera)... biedak, prawie był gotów ściąć przydługie włosy, by poczuć jej dotyk. Prawie, bo ostatecznie chyba uciekł z fotela. I była tam jeszcze taka panna, której wszystko z rąk wypadało. Pamiętam, że mnie ubawił ten film. Choć nie klasyczna to komedia. Może nawet dramat pełną gębą, bo przecież spora dawka beznadziei się sączy. Przełamania wcale nie są takie optymistyczne.
Całkiem niedawno uświadomiłam sobie, że wspomniany piłkarz-malkontent grany był przez Petera Ganzlera, aktora odtwarzającego rolę milkliwego Adriana w filmie Szumowskiej ("33 sceny z życia").
Niewątpliwie: "Broder" wygrają z "Brothers", skoro bakcyl kina skandynawskiego już połknięty. Pozdrawiam.
ren
-
Gość: czara, *.122.71-86.rev.gaoland.net
2010/06/13 10:45:33
Słuszna uwaga, na temat motywacji. Mam wieści od znajomych oglądających amerykańską wersję - podobno mało przekonywująca. Tym bardziej rośnie ochota na duńską :)
PS Lubię Twoje notki komparatystyczne ;)
-
ania_anialek36
2010/06/14 02:17:57
Po pierwsze nie przepadam za remakeami, czy jak to tam się pisze. Amerykanie zawsze mają swoja wersję jakiegoś znanego światowego filmu z reguły mało udane. No ok "Siedmiu wspaniałych" oglądało się całkiem miło, natomiast pierwowzór Kurosawy "Siedmiu samurajów" już dużo mniej, ale zazwyczaj z pierwowzoru nic nie zostaje...
Po drugie bardzo lubię skandynawskie kino, szczególnie to z Liv Ullmann.
Pozdrawiam:)
-
logosviator
2010/06/17 03:39:28
Wszystkie nasze opowieści są w pewnym sensie remakem :)

A poważniej?
Nie mam nic przeciwko temu, że ktoś cdhce się zmierzyć z tym samym tematem (czy nawet, jak w tym przypadku - z tą samą historią). Dlaczego miałbym mieć?Najważniejsza moim zdaniem jest szczerość i wrażliwość twórców, ich kompetencje... że się tak wyrażę, artystyczne. Czyli twórcza skuteczność.
I nie porównania są tu najistotniejsze (ani nawet przecież konieczne), choć mogą prowadzić do bardzo ciekawej skądinąd komparatystyki (np. takiej, jakiej dokonałaś Ty sama ;) ) (W tym wypadku: Europa - Ameryka, reżyser kobieta - reżyser mężczyzna... etc.)

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest niemalże regułą, iż amerykańskie remaki ustępują oryginałom (czy to europejskim, czy zwłaszcza azjatyckim).
Dlaczego?
Może dlatego, że stają się bardziej schematyczne i... przewidywalne?
Przy czym, ten schematyzm nie zawsze wynika z jakiejś... łatwizny. Może być konsekwencją np. tego, że amerykańscy twórcy chcą stworzyć coś - w ich przekonaniu - uniwersalnego, tyle że uwzględniają przy tym (w zasadzie) głównie ewentualne reakcje (odbiór) widza amerykańskiego.

A wpis, jak zwykle u Cebie - bardzo interesujący i... rzetelny :)
Thanks
-
renbor1
2010/06/17 22:13:22
~ania_anialek,
proszę, proszę! Skandynawia ma wielbicieli, którzy bronią jej w ciemno! Może dlatego, że jednak wyrazista jest w tej niekrzykliwości. Wspominasz Liv Ulman... a to obudziło moje skojarzenia z twarzą. Lubię twarz Liv Ulman, taka mapa, opowieść, tajemnica do odkrywania. I coś jest na rzeczy, że twarze skandynawskie noszą inne opowieści niż twarze amerykańskie. Inną mają urodę i inny rodzaj komunikatu.
pozdrawiam
ren

~Logosie:)
Dzięki za komentarz... Mam teraz taki kocioł, że ani swego blogu nie zapełniam, ani nie jestem na bieżąco z wpisami na moich ulubionych stronach;) Niech no tylko złapię oddech!
A to mi dopiero uświadomiłeś, że można genderowo spojrzeć na sprawę: kobiecość - męskość (reżysera). Dobrze, ze Danię reprezentuje kobieta:).
Tak, cenna uwaga: Amerykanie to rzemieślnicy. Oni wiedzą, jak to się robi, żeby była oglądalność. Mają ten prawzór odbiorcy, model statystycznego widza... Toteż rzadko udaje im się złowić tych niestatystycznych.
pozdrawiam
ren
-
logosviator
2010/06/19 01:28:13
"Amerykanie to rzemieślnicy."
Tak, ale wśród nich (mam na myśli reżyserów fiilmowych) znajdują się też prawdziwi artyści kina (Kubrick, Scorsese, Coppola, Stone, Woody Allen, bracia Cohen, Altman, De Palma, Lumet, Malick, Lynch...)
Nie wszyscy twórcy amerykańskiego kina na pierwszym miejscu stawiają "oglądalność", choć oczywiście jej nie lekceważą (zwłaszcza wtedy, kiedy robią film za nie swoje pieniądze ;) ) - a to wcale nie musi o nich źle świadczyć... wręcz przeciwnie :)
A tym, których wymieniłem, udało się właśnie "złowić" również tych odbiorców "niestatystycznych" :)

Lecz generealnie... zgadzam się: kino amerykańskie w swojej masie nastawione jest głónie na zysk i na to, by trafić do jak "najszerszej" widowni.

PS. Niestety nie oglądałem filmów, o których napisałaś, ale dzisiaj kątem oka dostrzegłem w jednej z pobliskich wypożyczalni DVD amerykańską wersję "Brothers". Zachęciłaś mnie do obejrzenia tego filmu i pewnie zrobię to niebawem.
Nie omieszkam też podzielić się swoimi wrażeniami, jeśli pozwolisz, of course :)

Pozdrawiam serdecznie
-
renbor1
2010/06/20 12:17:05
~ Logosie,
dzięki, świetnie przełamałeś czający się w pobliżu schematyzm klasyfikacji. Jasne, że nie wszystko, co europejskie jest artystyczne i nie każdy film amerykański jest hollywoodzkiego sznytu. Ameryka to potęga. Mają wszystko;) Tylko mainstream jest nadto uczesany. Pobocza i bezdroża mają dzikie, poetyckie i nieujarzmione.

I po zatoczeniu koła wracam do punktu wyjścia: sięgnij może po tę duńską wersję...:)
pozdrawiam!
ren
-
henneshemskhet
2010/06/26 23:38:25
hej,
obejrzalam wlasnie inny dunski film rezysera, kt b lubie: petera fly (m.in."arvet" czyli dziedzictwo). on j o oczko lepszy od bier
susanne b krecila najlepsze komedie, moim skromnym zdaniem, choc bracia tez byli b dobrzy. thomsen to znakomity aktor - gral glówna role w arvet. natomiast bier poszla, niestety, w hollywood i to jej nie sluzy. things we lost in the fire nie ocalil nawet benicio del toro. b sympatyczna kobietka w kazdym razie
natomiast tej amerykanskiej wersji sobie nie wyobrazam - i chyba bym jej nie chciala zobaczyc

pozdr \ sygryda dumna
-
renbor1
2010/06/27 10:04:27
~Sygrydo:)
Głos z serca Skandynawii - bezcenny!
Notuję nazwisko Fly`a, nie znam. I nie wiedziałam, że Bier zmieniła barwy artystyczne...chyba szkoda, bo Hollywood nie sprzyja odrębności i własny charakter pisma przyjdzie jej dostosować do zewnętrznych zapotrzebowań.
Ale cieszę się, że potwierdzasz klasę Thomsena. Świetny! Choć ja oceniam go bez kontekstu duńskiej kinematografii, którą znam wybiórczo. Może uda mi się obejrzeć "Arvet", zapaliłaś przy tym tytule światełko:)
Pozdrawiam
ren