literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

Połówka żółtego słońca

Chimamanda Ngozi Adichie, Połówka żółtego słońca, Wydawnictwo SONIA DRAGA 2009

 

Chimamanda Ngozi Adichie powiedziała: I just write. I have to write. I like to say that I didn`t choose writing, writing chose me. This may sound slightly mythical, but I sometimes feel as if my writing is something bigger than I am. [1]

 

A ja po przeczytaniu "Połówki żółtego słońca" mogę po raz kolejny uwierzyć, że literatura bywa czymś mitycznym, magicznym, czymś o naturze zwierciadła, w którym przegląda się nie tylko odmalowany w dziele świat, ale każdy, kto się zatrzyma i zapatrzy (zaczyta).

Piękna opowieść. Szukam słów, by podzielić się lekturą, odsłaniając z niej jak najmniej. Bo warto tę podróż odbyć według własnej busoli emocji, bez wywołanych klisz.

 

 

 

To, co wstrzymywało mnie przed sięgnięciem po tę 500-stronicową powieść - okazało się jej siłą. Wiedziałam, że losy bohaterów rzucone są w wir historycznej zwieruchy: wojny domowej w Nigerii u schyłku lat 60. XX wieku.

Niewiele słyszałam o tym konflikcie, więc pojawiła się obawa, że tło okaże się zbyt hermetyczne albo odwrotnie - wyjaśniane w długich dygresjach. Tymczasem Adichie stworzyła mistrzowski kontrapunkt: literatura zbiega się z historią w idealnych proporcjach. Zaczynałam lekturę jako laik, a rozstawałam się z poczuciem, że tragedia Biafrańczyków jest także moim dziedzictwem.

 

Sekret tkwi chyba w tym, że "Połówka żółtego słońca" jest opowieścią zamaszystą (obejmującą panoramicznie tamten świat), ale z bardzo wyrazistymi kreacjami bohaterów, którym chce się towarzyszyć. I to są postacie z krwi i kości, zmieniające się, doświadczające bliskich mi emocji, wątpliwości czy rozczarowań.

 

To, co dzieje się między nimi, mogłoby dziać się wszędzie. Ale zdarza się akurat tam i właśnie wtedy.

 

***

 

Nigeria - istniejąca formalnie od 1914 roku - była kolonią, później protektoratem brytyjskim. Niepodległość zyskała w 1960, ale była bytem dość kruchym, "zbiorem fragmentów utrzymywanych razem przez bardzo wątłą dłoń" (s.190)

Zamieszkana przez Hausów i Fulanów (Północ) oraz Jorubów i Ibów (Południe); sterowana zewnętrznie metodą "dziel i rządź", bo wewnętrzna słabość miała gwarantować wpływy zainteresowanych mocarstw.

 

Akcja powieści rozpoczyna się na początku lat 60. (przed zasadniczym konfliktem) i kończy, gdy trzyletnia wojna domowa (1967-1970) wygasa, zostawiając świat w chwili, gdy nie wiadomo czego więcej: nieusuwalnych ruin czy nadziei na odrodzenie.

 

Skąd ta wojna?

Elity wojskowe (wywodzące się spośród Ibów) przeprowadziły zamach stanu. Świat miał być dzięki temu sprawiedliwszy (tak sądzi Odenigbo). Uruchomiło to zemstę plemienną - masakry i rzezie pochłonęły 500 tysięcy Ibów.

 

Z Ibów wywodzą się główni bohaterowie powieści: Olanna i Kainene (siostry), Odenigbo (mąż Olanny), Ugwu, ich służący, i wielu innych.


flaga Biafry

 

Ibowie wycofują się z północy na rdzenne południe i dokonują secesji - chcą być niezależną Biafrą. Biafrańska flaga: czerwień, czerń i zieleń, z połówką żółtego słońca, ma symbolizować świeże doświadczenia i zapowiadać szczęśliwą przyszłość (krew-żałoba-nadzieja). Nadzieja - irracjonalna i życiodajna zarazem - towarzyszy bohaterom aż do końca.

"Jeśli słońce nie zechce wstać, zmusimy je, by wstało." (s.490)

 

Republika Biafry istniała trzy lata, daremnie domagając się uznania przez świat ("świat milczał, kiedy myśmy umierali"). Zginęło ponad milion ludzi, po części w wyniku działań wojennych, ale głównie z powodu głodu i chorób. Obrazki z tych stron - utrwalone w reporterskich relacjach i na fotografiach - obiegły globalną wioskę... pozostając niemym krzykiem.

 

"Wyobraź sobie ich ręce jak wykałaczki,

Brzuchy jak piłki, cieniutką skórę tych pociech (...)

Nie trzeba wyobraźni. Wszędzie były ich zdjęcia.

Wystarczyło zajrzeć na lśniącą "Life`a" skórę.

Widziałeś? I czy przez moment ogarnął cię żal,

Nim odwróciłeś się, tuląc kochankę lub żonę."

 

***

 

Bohaterowie "Połówki żółtego słońca" wywodzą się z Ibów i na naszych oczach stają się Biafrańczykami, ale gdy ich poznajemy, ta przynależność nie ma żadngo znaczenia.

Ważna jest miłość rodząca się między Olanną i Odenigbo, intryguje romans Kainene i Richarda; trwają przyjaźnie, napręża się relacja między siostrami, między rodzicami a dziećmi... Obserwujemy inicjacje w dorosłość.

 

Olanna i Kainene to bliźniaczki, niepodobne ani zewnętrznie, ani wewnętrznie.
Obie wychowane w luksusie, znające światowe życie, wykształcone w Anglii.

Olanna planuje karierę naukową (socjologia) u boku ukochanego, a Kainene ma zmysł do interesów i pod skrzydłami ojca prowadzi intratne transakcje.

 

Olanna jest piękna, taktowna, szczera i otwarta. Kojąca. I jak to bywa z kobietami, które wolą łagodzić i leczyć, jest odrobinę niepewna siebie, ustępująca, rozumiejąca aż za dobrze racje innych.

 

Co innego jej pachnący old spice`em Odenigbo. Energiczny, charyzmatyczny, dusza towarzystwa, "rewolucjonista". Wyglądał na kogoś, "kto nigdy nie pyta o drogę, pewny, że tak czy owak dotrze do celu" (s.39). W przeciwieństwie do Olanny - "należał do osób, które nie mają czasu ani ochoty wątpić w siebie" (s.69).

 

Adichie pisze o sile kobiet, o progach, które pokonują...

Lubię te fragmenty, w których Olanna uświadamia sobie, że nic i nikt nie może dyktować jej, jak żyć. Paradoksalnie - dzieje się to w świecie, który nakłada ostre ograniczenia. Kiedy Olanna wybacza, to dlatego, by nie wybierać bólu i żółci. Kiedy stawia Odenigbo warunki, to po to, by nadal był silny.

 

Kainene jest wysoka, bardzo ciemna, chuda i wyzywająca.

Rzeczowa, ironiczna, trafia słowem w sedno, nie bawiąc się w grzeczności. Tajemnicza od pierwszej odsłony do ostatniej. I taką Kainene pokochał Richard.

Postać Richarda początkowo pozostawała na marginesie mojego zainteresowania. Ale wydaje mi się dość szczególna, zwłaszcza gdy interesuje nas kwestia tożsamości i relacji między Europą a Afryką.

 

Richard Churchill to przystojny brytyjski dziennikarz, marzący o byciu pisarzem. Angielski dżentelmen, nieśmiały i powściągliwy. Afryka go fascynuje, próbuje odkrywać ją bez uprzedzeń (w czym jest wyjątkiem wśród innych białych bohaterów). Mógłby lata poświęcić na studia nad sztuką Ibu-Ukwu, której symbolem jest piękny dzban opleciony sznurkami. Mógłby, gdyby nie wojna. Richard staje się Biafrańczykiem z wyboru, a jego komentarze prasowe są głosem stąd, dając - może złudną? - nadzieję, że słowem można przekazać światu prawdę i zostać zrozumianym.

 

A potrzeba słów jest w tym świecie czymś niekwestionowanym. Pisze nie tylko Richard, również Ugwu, a wiersze Okeomy są "głosem pokolenia". (Ugwu jest ważny. Naprawdę ważny, choć o nim nie napiszę.)

 

W relacjach z nigeryjskiej wojny dominują jednak głosy przekłamane, wprawiające Richarda w zażenowanie i wściekłość. Wokół roiło się od korespondentów, "którzy przywieźli ze sobą mocne tabletki z proteinami i jeszcze mocniejsze gotowe wnioski: Nigeria nie bombardowała ludności cywilnej, informacje o głodzie były przesadzone i wszystko jest w porządku, jak to na wojnie" (s.445). "We wszystkich relacjach czuło się jakąś pustkę, pobrzmiewało w nich echo braku kontaktu z rzeczywistością" (s.202).

 

***

 

Jak pisać o doświadczeniach tak ekstremalnych i wstrząsających? To pytanie wykracza poza karty powieści, a ona sama staje się jedną z możliwych odpowiedzi. Moim zdaniem jest to odpowiedź przekonująca.

 

 

Chimamanda Ngozi Adichie urodziła się 7 lat po wojnie. Książkę dedykuje wspomnieniom swoich dziadków i babć. W epilogu przywołuje bliskich, którzy byli dla niej niczym studnia opowieści. Ktoś uruchomił jej wyobrażenia na temat życia nigeryjskiej klasy średniej; ktoś inny odsłonił, jak wyglądał świat widziany oczyma biafrańskiego wojownika lub kilkunastoletniego chłopca. Z tych skrawków i własnej pisarskiej intuicji wykreowała świat, który naprawdę warto poznać. Ciekawa kompozycja, kreacje, namacalność tamtej rzeczywistości i uniwersalność doświadczeń, z którymi można się utożsamiać, choć ogląda się je z oddali... Świetna książka. Aż trudno uwierzyć, że pisała ją niespełna trzydziestoletnia kobieta.

 

Powieść nagrodzono Nagrodą Orange Prize 2007

 

[1] Cytat i zdjęcia autorki pochodzą z jej oficjalnej strony: Chimamanda Ngozi Adichie

 

poniedziałek, 28 czerwca 2010, renbor1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
abiela
2010/06/28 23:53:57
Wspaniała recenzja:)
-
jolantachrostowskasufa
2010/06/29 09:06:25
Tamaryszku, a ja sobie myślę tak: nie ilość się liczy, a jakość. Piszesz rzadko (tak ja ostatnio, ze względu na problemy zdrowotne i inne), ale jak już napiszesz, to... skrzydła rosną u ramion czytającego. To musi być niesamowita książka. Kusi mnie m.in. swą egzotyką, ale przede wszystkim ważnym tematem. Ciekawe cytaty. I fragment wiersza -- poruszający. Pozdrawiam.
-
Gość: czytanki anki, *.internetdsl.tpnet.pl
2010/06/29 09:47:37
Mnie też ta książka b. się podobała. I chyba od niej zaczęło się moje zainteresowanie literaturą z Afryki.
-
renbor1
2010/06/29 19:54:49
~ Abiela:)
Przed chwilą wróciłam do Twojej recenzji i aż uderzyło mnie kilka analogii:))
"Bohaterowie z krwi i kości", obie użyłyśmy tych słów i chyba w tym naprawdę tkwi siła tej pisarki. Ma dziewczyna talent! Czasami odrywałam się od czytania z podziwem, że tak lekko i świadomie snuje opowieść. Świetny był ten zabieg z pętlą czasu - część druga i czwarta toczy się u schyłku dekady, a trzecia i pierwsza na początku. Szczególnie druga część na tym zyskała, bo obserwujemy konsekwencje pewnych zajść, które wiele między bohaterami zmieniają, a my nie wiemy, w czym rzecz, odsłona nastąpi później. Czytałam, że Adichie studiowała różne kierunki - w Nigerii zaczęła studia medyczne, w Stanach politologię, afrykanistykę... między innymi również creative writing;) Ale sądzę, że sztukę tworzenia opowieści nie stamtąd wyniosła.
"Fioletowy hibiskus" jeszcze przede mną, sięgnę na pewno.
ren

~ Jolu:)
Dostrzegłam, że podczytujesz "Hakawatiego" :)
Czekam na relację:) Boże, życie jest za krótkie, by przeczytać wszystko, co by się chciało. Ale Adichie - koniecznie!
Dziękuję za miłe słowo; zawsze liczę na Twoją lekturę moich notek.
A częstotliwość... nie da się (chyba) utrzymać tu żelaznej dyscypliny, bo trzeba by z blogu uczynić jakiś życiowy priorytet, a to mogłaby być przesada.
Pozdrawiam (dosłownie)!
ren

~Anko,
Tego rodzaju odkrycia zaostrzają apetyt na więcej. I uświadamiają, że istnieją całe połacie białych plam. Literacka Afryka... terra incognita. Wiadomo tylko, że czają się tam wielkie niespodzianki. Niby wakacyjny, letni, czas będzie sprzyjał lekturom, ale każda książka potrzebuje swego czasu i nie da się ponaglać zanadto. Czy ja kiedyś odkryję afrykańską literaturę? Kto to wie. Będę śledzić informacje stamtąd.
Ale miło sobie uświadomić, że ta powieść czaruje nie tylko mnie.
Pozdrawiam
ren
-
Gość: czara, 77.236.0.*
2010/06/29 21:03:19
Chętnie wybrałabym się w taką literacką podróż, dzięki za jej namiastkę, tamaryszku :)
-
renbor1
2010/06/30 13:24:16
~ Czaro,
Voila! Bon voyage!
Teraz chętnie bym przeczytała Marie NDiaye ("Trois Femmes Puissantes") - które kiedyś polecałaś - bo nieźle by korespondowało. Wciąż brak tłumaczenia...
Pozdrawiam
ren
-
Gość: mary, *.rev.inds.pl
2010/07/01 19:29:33
świetnie napisałaś.. u mmnie ta książka czeka w kolejce.. :)
-
renbor1
2010/07/02 12:36:41
Mary:)
Oj, te zakolejkowania. Przyjdzie czas i przeczytasz, nie przyjdzie (bo wiadomo, że w kolejkach nikt nie pilnuje porządku i różne przesunięcia są możliwe), to coś przejdzie mimo. Cieszę się, gdy widzę w blogosferze ślady podobnych lektur. Zanim ktoś z realu tę książkę przeczyta, mogę się upewnić, że tak czy siak nie ja jedna podlegam zauroczeniu. Dobre noty ma Adichie, aż by się chciało łyżką dziegciu namieszać a tych ocenkach. Ale stoję murem za Ch.N.A.
Tymczasem: przyjemnych podróży po XIX-tym stuleciu.
Pozdrawiam!
ren
-
chihiro2
2010/07/02 18:22:23
Te ksiazke odkladam z czystego masochizmu - wiem, ze wsiakne, przepadne, zachwyce sie, wiec z premedytacja omiatam tylko wzrokiem na polce. Za to "Fioletowy hibiskus" bardzo mi sie podobal, jak rowniez zbior opowiadan "The Thing Around Your Neck". Adichie chetnie bym posluchala na zywo, wydaje mi sie fantastyczna dziewczyna.
Twoja recenzja jest doskonala, ja rowniez o tej wojnie niemal nic nie wiedzialam (wiedzialam tyle, ze byla i ze byla tragiczna). I kolejny raz pytam retorycznie: czemu w polskich szkolach wiek XX jest na lekcjach historii traktowany tak bardzo po macoszemu? Przynajmniej u mnie tak bylo, zamiast uczyc sie na pamiec detali kazdej bitwy II wojny swiatowej lepiej powiedziec cos o konfliktach swiatowych, ktore rzutuja na sytuacje niekiedy calych kontynentow (a u mnie nawet mowy nie bylo o Ameryce Pld., a Afryka byla zaledwie wspomniana i to tez tylko poczatek XX w.).
-
Gość: mary, *.rev.inds.pl
2010/07/02 20:38:26
:):)
-
logosviator
2010/07/02 23:23:48
Żałuję, że Afrykę znam tylko z książek pisarzy o białym kolorze skóry (tak się po prostu złożylo - bo przyczyną tego, oczywiście, nie jest to, że dobierałem lekturę pod tym właśnie kątem ;) )
Zresztą, tak sobie teraz uświadamiam, że przy wyborze lektury nie jest dla mnie najważniejsze to skąd pisarz pochodzi, jaki jest jego etniczny background, ani tym bardziej jaki jest kolor jego skóry.
Zresztą mówi o tym sama Adichie w swoim wywiadzie: wyczuwam, iż chce ona być traktowana przede wszystkim jako pisarka, a nie pochodząca z Nigerii czarna kobieta(na dodatek feministka), która pisze o swoim kraju. Niechętna jest klasyfikacji, szufladkowaniu, doklejaniu etykietek... Pewnie dzieje się tak dlatego, iż uważa, że jej pisarstwo ma wartość uniwersalną (co nie znaczy, że odżegnuje się od tzw. zaangażowania politycznego czy "patriotycznego", którym, siłą rzeczy, wypełniona jest treść jej książek... takie mam wrażenie).

Przy okazji można wspomnieć o czymś innym, a mianowicie o tym, ile pisarze afrykańscy zawdzięczają literaturze europejskiej, tudzież wykształceniu na zachodnich uczelniach (Adichie jest jednym z wielu przykładów).
A także o tym, że w Afryce - jeśli chodzi o mordercze konflikty - nigdy nie jest tak, iż winna ich rozpętaniu jest tylko jedna strona.

PS. Ponownie jestem pod wrażeniem Twojej... intelektualnej rzetelności. Moim zdaniem Twoich recenzji nie pwstydziłoby się żadne fachowe, renomowane pismo krytyczno-literackie.
-
renbor1
2010/07/03 17:40:10
~Chihiro:)
ech, polska szkoła (czy: szkoła w ogóle) to nie jest do końca przemyślana instytucja. I najciekawsze rzeczy dzieją się dzięki dygresjom i nieprogramowym odkryciom. A może jest i tak, że gdy się rozbudzi w sobie ciekawość świata, to wciąż zaskakuje nas, jak mało wiemy. Gdyby się tego wstydzić, to trzeba by się wstydzić tak już do końca.

Przeczytałam Twoje notki o Adichie ("Tha Thing Around Your Neck" i "Purple Hibiscus"). Z ogromną przyjemnością i chyba ze zrozumieniem, bo to, co zauważasz, ma potwierdzenie w mojej lekturze "Połówki żółtego słońca". Dziękuję.
Chętnie bym posmakowała pikantnej potrawki z czerwonej soczewicy i porcji ryżu jollof :)
ren

~ Logosie,
Uświadamiam sobie, że literaturę afrykańską znam w dawce aptekarskiej (Coetzee, Brink,... Adichie).
Myślę, że bardzo istotne jest to łączenie uniwersalnego z lokalnym. Wyrastać z własnych korzeni i wychylać się ku światu. Dlatego pomyślałam o analogii Adichie - Satrapi ("Persepolis"). Tu Nigeria, tam Iran. Fenomenalne, że obie mówią o krajach, których historia jest zawiła, obfita w traumy, ofiary, niejednoznaczności. Ale piszą tak, że świat chce słuchać i oprócz egzotyki dostrzega w tym coś osobistego. Bezcenny byłby polski pisarz, który dokonały czegoś podobnego.

A co do tej europejskości... Bardzo mnie zaskoczyło, że obok egzotyki jest w tej powieści duże otwarcie na Europę: bohaterowie mówią nienaganną angielszczyzną, bywają w Londynie, znają europejskie trendy. Są jakby dwukulturowi.

Rzecz jasna - zgadzam się - najcenniejsze jest bycie pisarzem (bez flag, barw, rasy).

Logosie,
bardzo się cieszę, że jesteś. Enigmatyczna zapowiedź na Twoim blogu sugeruje pewne wycofanie. Na całe szczęście - nie takie ostateczne. :)
pozdrawiam
ren
-
logosviator
2010/07/04 00:37:32
Każdy pisarz jest na swój sposób pisarzem uniwersalnym. W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi i wszystkich nas - bez względu na kolor skóry, pochodzenie etniczne, miejsce zamieszkania... etc. - zajmują podobne sprawy, wypełniają podobne uczucia; mniej więcej to samo sprawia nam zarówno radość, albo jest przyczyną cierpienia. Łączy nas ta ludzka kondycja, wikła to samo miejsce w Kosmosie, zbliża stosunek do śmierci, poczucie miłości, solidarności lub wyobcowania...
Lecz mimo to jedni pisarze są bardziej uniwersalni, inni zaś mniej.
Od czego to zależy?
Może ci bardziej uniwersalni sa jakby mniej ego- czy też raczej etno-centryczni? Mniej zaplątani we własne mocno specyficzne fobie i narodowe kompleksy?
Wydaje mi się, że tacy wlaśnie są teraz pisarze młodych stosunkowo kultur - jak np. afrykańscy. W przeciwieństwie choćby do pisarzy polskich. Niestety, nasza litaratura (mówie o kanonie literatury polskiej) zawsze wydawała mi się dość wtórna. Nie wiem, może się mylę... (tym bardziej, że nie jestem "z wykształcenia" literaturoznawcą).

PS. Ja właściwie też się cieszę :) Zresztą nie tylko z własnego istnienia ;)
Również z możliwości wymiany myśli z taką osobą jak Ty :)

-
renbor1
2010/07/04 11:46:55
~Logosie,
co do literatury polskiej: pozostaje niszą. Kompleksy, misje, różnego typu zamknięcia... sprawiają, że jeśli nawet odeprzeć zarzut wtórności, to na niszowość chyba trzeba się zgodzić. Po części - z powodu języka - jesteśmy na to skazani.
Marjane Satrapi stworzyła swój francuski komiks o Iranie z perspektywy Paryża. Adichie pisze w Stanach i po angielsku; sięga po najważniejsze laury dostępne pisarzom anglojęzycznym. Tego nie przeskoczymy. Polska literatura potrzebuje: tłumaczy, lobbystów, przychylnej krytyki, dobrej promocji... i utalentowanych pisarzy ;)

ren
ps.
Komplement sprawił mi przyjemność, of course :)
-
logosviator
2010/07/04 14:06:03
Tego nie przeskoczymy

Właściwie, jeśli chodzi o naszych pisarzy krajowych, to udało się to jedynie Kapuścińskiemu (tylko jego książki widuję w amerykańskich księgraniach, czasem coś Lema...)
(Nota bene, o Kapuścińskim wspomina też w swoim wywiadzie Adichie.)
-
abiela
2010/07/04 21:32:35
Też spoglądałam na życiorys Adichie i najbardziej zaskoczyła mnie medycyna. Creative writing zauważyłam ale myślę, że ona po prostu masz talent. Bardzo trafne spostrzeżenia dotyczące pętli czasu. Niesamowicie jestem ciekawa Twojej opinii o "Fioletowym hibiskusie".
-
renbor1
2010/07/04 21:32:39
~Logosie,
trudno oceniać. Opieram się na wtórnym rozeznaniu tematu (bo na literaturę polską patrzę stąd). Poezja polska ma duży ładunek uniwersalizmu..., ale ona jeszcze bardziej niż proza zdana jest na to, co "ocalone w tłumaczeniu".
Właściwie, gdy tak o tym rozmawiamy, to ambiwalentnie tę sprawę widzę. Potrzebuję dobrej literatury, niech ona sobie będzie skądkolwiek. Ale w polskie talenty wierzę, bo przecież nie może być, żeby ich nie było ;)
pozdrawiam
ren
-
chihiro2
2010/07/04 21:57:03
Tamaryszku, Logosie, pisalam wlasnie niedawno o uniwersalnosci i lokalnosci literatury na przykladzie kilku pisarzy, z ktorymi mialam szczescie sie spotkac. Mysle, ze duze znaczenie - poza tematem, na jaki sie pisze - ma jezyk, w ktorym dany autor pisze. Jasne, ze tworzac po angielsku ma sie o wiele wieksza szanse dotarcia do czytelnikow i nikt chyba nie ludzi sie, ze jest inaczej. Wielu pisarzy wciaz piszacych o zagadnieniach dotykajach ich pierwszych ojczyzn albo ojczyzn ich rodzicow mieszka w krajach anglo- lub francuskojezycznych i wpisalo sie juz w literatury tych "nowych" krajow.
Odnosnie polskich pisarzy - bardzo niewielu mieszka poza granicami Polski i jeszcze mniej pisze w innym jezyku niz polski. Sila rzeczy pisanie po polsku i mieszkanie w Polsce nie pozwala pisarzowi zdobyc sie na dystans do wlasnej kultury, ktory widoczny jest tak wyraznie w prozie ogromnej liczby pisarzy tzw. imigracyjnych. Nie mowiac o tym, ze inaczej tworzy sie wiedzac, ze ksiazke beda czytac rodacy, a inaczej gdy wiadomo, ze czytelnicy beda miedzynarodowi.
Poza Kapuscinskim wyjsc poza bariery narodowe udalo sie jeszcze Lemowi, on jest bardzo ceniony wsrod milosnikow tego rodzaju ksiazek.
Poezje w ogole malo kto czyta (w skali swiata, a nawet wsrod moli ksiazkowych przewaza milosc do prozy, a nie poezji), tu nawet uniwersalizm tematyczny nie jest kluczem do zdobycia rzeszy czytelnikow.
-
renbor1
2010/07/05 12:29:23
~Abielo,
"Fioletowego hibiscusa" jeszcze nie mam w zasięgu, więc chwyciłam coś zastępczego. Ale to tylko przesunięcie w czasie. Rozumiem, że Ty już czytałaś...
Ma talent. Bez dwóch zdań.
ren

~Chihiro,
kwestia języka jest kluczowa, z tego sobie zdawałam sprawę.
Ale rzeczywiście: pisanie z dystansu na pewno wiele zmienia. Wierzę w intuicję i wyobraźnię twórczą, więc myślę, że pisanie stąd nie jest z definicji skazane na ograniczenia. I ten aspekt będzie się zmieniał - mobilność ludzi wzrasta:)
Język... ja mam takie romantyczne wyobrażenia, że pisze się w języku, w którym się śni (i myśli), który jest organicznie nasz. Nie mówię o publicystyce, lecz o języku, w którym kreuje się świat. Ale to są moje wyobrażenia i moje ograniczenia. Może jest inaczej?

Nie brałam pod uwagę, a jednak z pewnością: potencjalny czytelnik współtworzy dzieło:)

Chihiro, czytam Twoje notki literackie! Okno na świat :)
Pozdrawiam
ren
-
chihiro2
2010/07/05 12:51:15
Tamaryszku, mysle, ze masz sluszne pojecie co do jezyka, ale co zrobic, gdy mysli i sni sie w dwoch jezykach (albo wiecej)? To wlasnie przypadek pisarzy dwujezycznych, takich ktorych mialam okazje posluchac. Opisuja rzeczywistosc jednej kultury i jednego jezyka korzystajac z narzedzia innego jezyka.
Ja tez wierze w mobilnosc ludzi, aczkolwiek welu polskich pisarzy, nawet zyjac na emigracji (mniejsza o powody tej emigracji) nie wyobraza sobie pewnie pisania w innym jezyku niz polski. Nie wiem np., czy Gombrowicz czy Mrozek kiedykolwiek pisali po hiszpansku... Intuicja i wyobraznia tworcza widoczna byla wlasnie w przypadku takiego Kapuscinskiego, ktory potrafil zajmujaco pisac o rzeczywistosci niekoniecznie z polskiej perspektywy.
Pozdrawiam cieplo!
-
logosviator
2010/07/05 18:10:40
To jak literatura zrośnięta jest (niemal organicznie) z językiem, w którym jest pisana, widać doskonale na przykłedzie poezji, która jest niekiedy wręcz nieprzetłumaczalna. Tak jakby istniał jakiś nieprzekładalny idiom (mentalny, duchowy, psychiczny, poetycki...) danego języka, (który porzecież rozwijał się przez całe wieki w pewnej określopnej kulturze, w dość ograniczonym obszarze geo-historycznym, nabierając przy tym swej specyfiki, odrębności, szczególności...)
Nie z darma racji Miłosz głosił, że jego ojczyzną jest język polski (Ojczyzną, czyli miejscem jedynym, "przyrodzonym"), którego się nie wybiera, i któego nie można zmienić. Patrząc z tej perspektywy, można to potraktować jako takie... fatum językowe, które wszak nie musi być przyjmowane jako jakiś ciężar czy brzemię.

PS. Kapuścińskiemu było łatwiej przebić się poza polskie mury i trafić do globalnej księgarni, gdyż wartość jego książek opiera się głównie na reportażu, zajmowaniu się sprawami, które mogą obchodzić cały świat). Ponadto, są one czymś uniwersalnym w warstwie opisowej i narracyjnej (anegdota, historia, dygresja-lapidarium) - ich walory stricte językowe (literacki artyzm) nie są tu tak istotne (chociaż się przydają). Wystarczy, jeśli tylko translator będzie dobry literacko w obszarze języka, na który naszego Kapuścińskiego przekłada. (To tak jak z przepisem na dobre danie: jeśli ma się dobrej jakości produkty, to wystarczy nie zepsuć ich naszą gastronomiczną procedurą, a wszystko powinno być OK :) )
-
renbor1
2010/07/05 21:23:16
~Chihiro:)
Taka dwujęzyczność to fart nie byle jaki. Sugerujesz, że oni również wybierają jeden z dwu języków i w nim szukają właściwego obrazu. Bo czy są tacy twórcy - nie wiem, Beckett chyba? - którzy pisali teksty literackie w dwu kodach? To rzadkość nad rzadkościami.
Również ciepło pozdrawiam.
ren

~Logosie;
Tak, po części "fatum językowe": albo ograniczony zasięg albo tekst przetwarzany przez tłumacza. Ale - coby nie biadolić - wcale nie musi to być brzemię, jak powiadasz. Dlaczego wszyscy mieliby eksploatować angielszczyznę, gdy polszczyzna ma swoje złoża, nieźle w niej można namieszać.
... Czasem ważne są składniki, czasem przyprawy, a czasem to, czy się miesza czy ubija...;)

ren
-
chihiro2
2010/07/05 21:40:13
Tak, Tamaryszku, sa tacy pisarze: Nabokov, Kundera, Beckett, zdaje sie, ze Joyce takze. Na marginesie - o dwujezycznosci pisarzy, a dokladniej o pisarzach, ktorzy na emigracji decyduja sie tworzyc w jezyku nowej ojczyzny, bedzie moj tekst w drugim wydaniu "Archipelagu" :)