literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

Miszmasz

Myślę sobie, że...

Wcale nie jest oczywiste co lepsze: swoboda czy ograniczenia.


Nadmiar obciążeń i limitów - choć mi doskwiera ostatnio - może być skuteczną ostrogą dla inwencji i stroicielem wewnętrznej mobilizacji.

Przedawkowanie - wiadomo, impas i rozsypka planów na wszystkich frontach.


Poluzowany harmonogram, brak nakazów i zakazów, możliwość działania poza kontrolą - hmm... Kto to odrzuci? Każdy by tak chciał!

A jednak - tam za progiem czai się jakaś rozlazłość, brak cugli, które pilnują kierunku, nicnierobienie i czas, który płynie nieprzekuty w nic konkretnego.

Istnieją co prawda teorie, uznające "nicnierobienie" za terapię, podczas której wypływa na wierzch to, co zagłuszane. Ale nie zmienia to faktu, że swoboda prowadzi do rozregulowania, do paraliżu wewnętrznego zegara.


Jestem z tych, którzy zacierają ręce, gdy nic nie trzeba i właśnie wtedy wszystko im się chce. Prawda, że wychodzi mi z tego miszmasz, coś lekko niespójnego i rozdrobnionego; za różnorodność płacę brakiem monumentalnego efektu. Cóż, miszmasz to mimo wszystko ulubiony przysmak duszy.


I dzisiaj o miszmaszu i ograniczeniach.

 

***


W Świdnicy - podczas jednego dnia 3.Festiwalu Reżyserii - widziałam trzy różne filmy i posłuchałam kilku rozmów z cyklu "po seansie".

W zasadzie: miszmasz, bo był to jeden film offowy (szalone "Osiem w poziomie" Grzegorza Lipca vel grupy Sky Piastowskie), jedna fabuła zaklasyfikowana jako kino niezależne ("Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha), wreszcie - dokument muzyczny o narodzinach rocka w Polsce ("Beats of Freedom" - dzieło Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty).

Dokument i fabuła mówią - z grubsza - o tym samym: o muzyce, która jest sprzeciwem, jedyną prawdą w czasach propagandy, wentylem bezpieczeństwa i wolności.
Kto ma okazję, niech zobaczy zwłaszcza "Beats of Freedom - zew wolności".


"Wszystko, co kocham" nie jest dla mnie filmem ważnym, ale zgadzam się, że jest świeży. Jego siłą jest wewnętrzny miszmasz, niejednorodność, wielokierunkowość. Spodziewasz się filmu o kapeli punkrockowej, owszem - niby jest, ale samego punk rocka tu niewiele, a fabuła skręca w uliczkę o nazwie: Pierwsza Miłość. Historia Janka i Basi też szybko schodzi na plan - przynajmniej - drugi, bo pojawia się temat stanu wojennego, rodzinnych relacji (ojciec, babcia, matka...), inicjacji (tu: piękna i "stara", bo po trzydziestce, p.Sokołowska!). I ten miszmasz ze swoją nieprzewidywalnością ma energię większą niż przyzwoicie skonstruowana spójna opowieść.


"Beats of Freedom - zew wolności"

Ktoś po seansie powiedział, że 40-latkowie mają swój mit, obrazek z pięknych lat swojej pierwszej młodości. Coś podobnego mówi jeden z bohaterów - było wtedy pusto i szaro, chodziliśmy brzydko ubrani, nie mieliśmy paszportów a nadzieja na radykalną zmianę była wyjątkowo irracjonalna. Ograniczenia zmuszały, by szukać szczelin, a gdy takie pęknięcie się znalazło - ziarno rosło na potęgę.

 

 

 

Głównym narratorem w "Beats of Freedom" jest brytyjski dziennikarz polskiego pochodzenia Chris Salewicz, który jako człowiek z zewnątrz próbuje zrozumieć fenomen polskiego rocka i  historii ostatniej dekady PRL-u. Na jego opowieść składają się archiwalne zdjęcia, fragmenty koncertów z tamtych lat (również nieznane dotąd obrazki z legendarnych festiwali w Jarocinie) i prowadzone z dzisiejszej perspektywy rozmowy z muzykami, którzy w latach 80. zakładali swe pierwsze zespoły.


Pojawiają się więc: Tomek Lipiński (Tilt, Brygada Kryzys), Krzysztof Grabowski (Dezerter), Marek Piekarczyk (TSA), Kora (Maanam), Kazik Staszewski (Kult),... Lech Janerka, Wojciech Waglewski, Krzysztof Skiba. Komentatorami są tu również dziennikarze muzyczni. Miszmasz, bardzo piękny miszmasz. :)


Zostało mi po tym filmie kilka błysków.
Po pierwsze: o historii można opowiadać poprzez sztukę (tu: muzykę), która jej towarzyszy - czasem tworzącą oficjalne tło, czasem podziemny i przeciwstawny nurt. Opowieść zyskuje dzięki temu oryginalny, uniwersalny język.


Po drugie: to absolutnie niezwykłe, że polski rock miał w swoich szeregach takie zagęszczenie artystów, w tym świetnych tekściarzy. Może nie jest to wniosek odkrywczy, ale po seansie uświadomiłam go sobie ze świeżym zaskoczeniem.


Po trzecie: muzyka - ona jest w tym filmie pierwszoplanowym bohaterem - nie starzeje się, wyrasta poza bunt tamtego czasu.


Jeden z rozmówców (Tomek Lipiński?) wspomina rozmowę z muzykiem z Europy Zachodniej, który był pod wrażeniem mocy polskich tekstów, zazdrośnie stwierdzając: "...jesteście zmuszeni, aby bawić się w poezję".

 

***

Sięgam po stojący na półce tom esejów Stanisława Barańczaka, bo pamiętam tekst, który z tym, co powyżej, koresponduje.

"Tablica z Macondo" - tytuł eseju i całego zbioru zarazem; rarytas, mający wszystko to, z czego Barańczak słynie: żart, erudycję, siłę argumentacji i precyzję analizy. Tym razem myśl autora skupia się nie na wierszu, jak w esejach sąsiadujących, lecz na samochodowych tablicach rejestracyjnych w stanie Massachusetts.

Zjawisko dotyczy również innych stanów - dotyczyło wówczas, gdy powstał ten tekst, czyli 20 lat temu.

Sześć przypadkowych cyfr i liter pomysłowy kierowca może zamienić na znaki z sensem i wykupić tzw personalized license plate, popularnie - vanity plate.


Jeśli już decyduje się na ten gest (próżności, oryginalności, kaprysu...), to winien trzymać się zasad:

-  tekst musi być oryginalny (nie można kopiować już zarejestrowanego w urzędzie napisu);

-  nie wolno używać słów nieprzyzwoitych;

-  tylko alfabet łaciński (i to bez znaków diakrytycznych); ortografia nie obowiązuje;

-  najważniejsze: mogą być pauzy, ale liter tylko sześć (w stanie NY - siedem).


"Poezja zaczyna się tam, gdzie chęć wypowiedzi zderza się z ograniczeniem."


Najistotniejsze ograniczenia są dwa: to, że trzeba wystrzegać się plagiatu i to, że należy przyjąć gorset formy.Obserwacje, którymi dzieli się Barańczak, wskazują na przewagę banału, z którego wyłaniają się jednak perełki. Każdy miszmasz ma swoje perły. :)


Barańczaka zaintrygowały: UNWED MD ("nieżonaty doktor medycyny"; kierujący tak zatytułowanym autem z jednej strony wabi, z drugiej odpycha - najwyraźniej ten stan mu odpowiada, skoro płaci haracz za vanity plate; gdyby forma go nie ograniczała, mógłby napisać: SWINGING SINGLE - "kawaler-kobieciarz"), OH BABY i REAR.

 

"Moją osobistą faworytką jest pod tym względem genialna tablica REAR ("tył"). Jakież w tych czterech literach bogactwo kłębiących się znaczeń i funkcji - od organizacji dźwiękowej po całą otchłanną metafizykę stuprocentowej tautologii, nie mówiąc o pełnym rozmachu autoportrecie autora, człowieka tak niepraktycznego, że musi sobie co rano przypominać, gdzie jego samochód ma tył, a gdzie przód! Tablica ta, pamiętam, mignęła mi kiedyś na zatłoczonej autostradzie i szczerze żałowałem, że warunki nie pozwalają na dogonienie tajemniczego autora i uściśnięcie mu dłoni."


Można prześledzić, co zaproponowałby Barańczak amatorom polskiego napisu. Pewnego rodzaju satysfakcję przyniósłby autorowi napis AS SZOS (zwłaszcza, gdyby wóz był rozklekotany) albo PRZECZ Z. Ale karta, która przebija wszystkie to: ON JEST.

Ktoś istnieje. Bóg? Świat? Drugi człowiek?


Ograniczenia cudownie prowadzą do wieloznaczności, wolności myśli i skojarzeń, czyli do poezji właśnie.

 

niedziela, 20 czerwca 2010, renbor1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
jolantachrostowskasufa
2010/06/20 13:13:23
Dajesz do myślenia. Ale zgadzam się z Tobą; jeszcze wiele lat temu, w bardzo wczesnej młodości, wydawało mi się, że ograniczenia krępują, przytłaczają, odbierają motywację, zabijają inicjatywę, kreatywność; po kilku latach pracy przekonałam się, że jest odwrotnie, jakieś kierunkowskazy - choćby enigmatyczne, pozwalają nadać idei pełną postać, wyrazić się w jakiejś formie, znaleźć środki wyrazu. Wytyczne nadają kierunek działaniu, szkielet planu, scenariusza jest niezbędny do działania. Nawet miszmasz, aby był genialny, musi być oparty na jakimś szkielecie zamysłu, scenariuszu.
Ciekawe filmy przywołujesz, niestety żadnego jeszcze nie oglądałam. Ale czytam o nich z przyjemnością, nawet dla samej lektury, zwłaszcza gdy wplatasz kontekst refleksji Barańczaka, pozostaję z otwartą szeroko buzią. Wow.
-
2010/06/20 14:13:57
Każde ograniczenie wywołuje bunt protest, emocje, konsekwencją jest ludzka pomysłowość, dążenie do działania na przekór -Nie można jawnie? To aluzjami, półsłówkami. Gdy wszystko wolno, to po co się wysilać. Może być i tak: Gdy wszystko wolno, sam sobie ułożę ograniczenia. Tylko po co?
-
renbor1
2010/06/20 21:18:11
~ Jolu:)
Otóż to, trudno ograniczenia pokochać i do tego nie zmierzam, ale jeśli zmuszają do "szukania środków wyrazu", to chyba jest ok.

Sedno tkwić może w dręczonym podmiocie, czy się zaweźmie, czy będzie tylko przeklinał.

Może w tym jest jakieś "skażenie" literaturą, że wierzę w sens tych niewidocznych "szkieletów", bo przecież wszystko, co przechodzi próbę jakości podszyte jest zamysłem.
A zamysł ogranicza spontaniczność...

~ Nutto :)
Nie wiem: po co? Sama sobie ograniczeń nie nakładam. Właściwie napisałam tekst na przekór warunkom, bo ostatnio trudno mi było znaleźć czas na bloga. Wszystko zdawało się być pilniejsze i na wczoraj. Marzyło mi się swobodne zarządzanie czasem. Ale pean na cześć totalnej swobody sama bym zakwestionowała.
Stąd ta pokrętna ścieżka. Chciałabym "mieć czas na wszystko", ale i walczyć o formę przeciw workowatości wszelakiej.

Zaraz, zaraz... Samemu sobie nadać ograniczenia - to też ma sens. Sama wiesz, przecież pisałaś niedawno o diecie ;)

Pozdrawiam
ren
-
logosviator
2010/06/26 00:22:57
"Wcale nie jest oczywiste co lepsze: swoboda czy ograniczenia"

Oczywiście, gdyż wszystko zależy od sytuacji, okoliczności, kontekstu...
Zwykle nie lubimy, kiedy ktoś/coś ogranicza nas (albo narzuca nam coś) od zewnątrz, nie pozostawiając nam wyboru. Wtedy odczywamy to jako pewnego rodzaju zniewolenie (a przecież kochamy wolność, nieprawdaż?)
Jednak bez stawiania sobie ograniczeń, wyznaczania reguł; bez mobilizacji, koncentracji, determinacji, samokontroli... daleko nie zaj(e)dziemy, zwłaszcza, jeśli chcemy stworzyć coś, co będzie miało jakąś wartość.
Każda forma jest już pewnym ograniczeniem, pod(u)porządkowaniem - a bez formy niemożliwe jest przecież istnienie jakiegokolwiek dzieła sztuki (podobnie jak bez narzucenia/przyjęcia pewnych reguł postępowania, niemożliwe jest życie wśród ludzi).

Nie ma wolności "totalnej", tak jak nie ma wolności "absolutnej" (bo istnieją byty/zjawiska/siły, które nas przerastają - choćby już nasz byt został nam narzucony).
Zresztą, cała tzw. "rzeczywistość" sprawia na nas zrazu wrażenie czegoś uporząkowanego i zdeterminowanego, to znów czegoś, co jest chaotyczne i przypadkowe - i dopiero na tym styku wyłania się dla nas jako coś, co posiada formę. Coś, co staje się dla nas dostrzegalne, uchwytne, do pewnego stopnia pojętne, i dające się jakoś ogarnąć.

Konkludując: w miszmaszu jakim jest życie, niezbędna jest zarówno swoboda, jak i ograniczenia.
(Choćby teraz: ze swobodą przeczytałem Twój interesujący tekst, jednakże muszę się już ograniczać, by nie rozpisać się o polskim rocku i mitach 40-latków ;) ... A tu jeszcze ten Barańczak ;) )

Pozdrawiam


-
renbor1
2010/06/26 18:32:25
~Logosie,
myślę sobie, że...
Trafia do mnie to, co piszesz o nakładaniu się porządku i chaosu, wiary w formę świata i podejrzewania go o bezkształtność...
"i dopiero na tym styku wyłania się (...) jako coś, (...) co staje się dla nas dostrzegalne, uchwytne, do pewnego stopnia pojętne, i dające się jakoś ogarnąć. "

Bo oddzielnie każda z tych opcji jest nie do zaakceptowania: sztywny ład, niezmienne reguły, czyli ograniczenia i tak samo - bezgraniczna swoboda, brak znaków, dopuszczalność wszystkiego. To filozoficzne zderzenie, czy zetknięcie, jest życiodajne... Ale tu już się robi nadto filozoficznie jak na wakacyjne popołudnie...

A bardzo szkoda, że Ci ucięło komentarz zanim doszedłeś do Barańczaka. :)
pozdrawiam
ren