literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

Julie Delpy & Ethan Hawke. Duet aktorski

Przed wschodem słońca, reż. Richard Linklater 1995

Przed zachodem słońca, reż. Richard Linklater 2004

 

 

Niedawno obejrzałam w kinie "Zakochany Nowy Jork" (2009) - film, który kontynuuje pomysł twórców "Zakochanego Paryża"(2006): opowiada różnorodne miłosne historie, rozgrywające się w jednym (z założenia: magicznym) mieście.

Mijanie się ludzi... i przypadkowe, czasem istotne spotkania... Błyski, odsłony, prologi lub epilogi, sceny wyrwane z kontekstu.

W kilku z nich pojawia się Ethan Hawke. Jest nowojorskim pisarzem, przesiadującym w kawiarni, poszukującym weny. Trochę z potrzeby twórczej, a trochę dla zabawy, wdaje się w romansowy dialog z piękną kobietą. Dzielą się ogniem papierosa i żonglują słowami - lekko, dowcipnie, z dobrą puentą.


Gra skojarzeń ...

... Ethan Hawke w roli pisarza (nowojorczyka); spotkanie (które potencjalnie jest miłością); miasto, będące więcej niż tłem, bo trochę wchłania, a trochę przenika do historii dwojga ludzi...

...prowadzi do dwóch filmów Richarda Linklatera, znanych mi od lat. Lubię do nich wracać i uparcie twierdzę, że przysłuchiwanie się dwojgu ludziom, którzy przez czas seansu spacerują po mieście i rozmawiają - ma w sobie dramatyzmu co niemiara. A ściślej: w sam raz.


Spotkanie. Rozmowa. Bliskość.


Spotkania są dwa.

Pierwsze trwa kilkanaście godzin: zaczyna się pewnego czerwcowego popołudnia a kończy rankiem następnego dnia ("Przed wschodem słońca"). Co się ma wydarzyć, wydarzy się tej jednej nocy.

Celine jest Francuzką, wraca z Budapesztu do Paryża. Jesse to Amerykanin w (nieco wymuszonej rozstaniem z dziewczyną) podróży po Europie; zmierza do Wiednia, skąd nazajutrz ma odlecieć do Stanów.

Jadą tym samym pociągiem. Oboje mają po 23 lata. Francuzka biegle mowi po angielsku, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by przypadkowo rozpoczęta rozmowa toczyła się swobodnie i lekko.


Kim są? Dwojgiem zaciekawionych światem ludzi.

Ile prawdy o człowieku może płynąć z tego, o czym, i w jaki sposób, mówi i słucha? Dużo.

Ich wizytówką niech będą tytuły książek, które czytają w podróży. On - brnie przez autobiografię Klausa Kinskiego "Potrzebuję tylko miłości". Sam nie jest wcale tak ekscentryczny, choć bliski mu nonkonformizm i dystans do banalnych schematów. Ona - czyta George`a Bataille`a (zbiór tekstów, m.in. "Historię oka" - opowieść perwersyjną i erotycznie odważną). Jest lekko neurotyczna, zaskakująca, daleka od sentymentalnych klisz, ale przecież delikatna i dowcipna.

Za oknem pojawia się wiedeński dworzec, więc trzeba się rozstać. Jesse proponuje, by Celine wysiadła razem z nim. Niedosyt rozmowy można by kontynuować, spacerując nocą po Wiedniu. Jeśli zabrzmiało dwuznacznie, to niesłusznie.


Ale pomysł jest zwariowany, więc trzeba go czymś uzasadnić...

[Jesse]: ...Pomyśl o tym w ten sposób. Przenieśmy się 10, 20 lat w przyszłość. Jesteś mężatką. Twoje małżeństwo nie jest już takie, jak kiegdyś. Zaczynasz obwiniać męża. Myślisz o wszystkich facetach, których spotkałaś w życiu, i o tym, co by się mogło wydarzyć, gdybyś nie przegapiła okazji.

Jestem jednym z tych facetów. To ja. Pomyśl, że podróżujemy w czasie... z przyszłości w teraźniejszość, żeby się przekonać, co cię ominęło. Jestem nieudacznikiem jak on, nudziarzem bez ambicji. Będziesz szczęśliwa, że dokonałaś właściwego wyboru.

Co tu dużo mówić. Skoro zaiskrzyło, to przekonywanie wcale nie było potrzebne.


Spotkanie jest barwne, wiedeńskie, świeże i bezpretensjonalne. Rozmowy (wyznania, drobne kłótnie, anegdotki, przekonania i plany... zauroczenie i magia bliskości) mają jednak swój nieuchronny kres, który rozbija ewentualne podejrzenia o melodramat. Oboje nie dowierzają znajomościom, które trwają dzięki listom czy telefonom, więc nie wymieniają adresów. Jednak, wbrew wszelkim racjonalizacjom, tuż przed rozstaniem na dworcu, rzucają hasło: za sześć miesięcy, w tym samym miejscu, o 18-tej.

 

Spotkanie drugie ("Przed zachodem słońca")

 

 

Minęło dziewięć lat. Paryska księgarnia "Shakespeare & Company". Jesse Wallace kończy ostatnie spotkanie zorganizowane w ramach promocji jego powieści. Książka jest bestsellerem, opowiada o tym, co wydarzyło się pewnego czerwcowego popołudnia i skończyło rankiem następnego dnia na wiedeńskim dworcu...

Wśród czytelników, którzy przyszli na wieczór autorski, dostrzega Francuzkę... Postać, którą zna... Mają dla siebie ledwie półtorej godziny na spacer po Paryżu i rozmowę.


W Wiedniu rozmawiali ze sobą ludzie bardzo młodzi. Istotne było dla nich tropienie nieautentyczności, szukanie własnej drogi, wkurzanie się na świat. W liczbie znaczącej ich metrykę cyfry zamieniły się miejscami. Mają po 32 lata. Są rozpoznawalni, przypominają tamtych dwoje. On został pisarzem, ona reformuje świat (który "jest w fatalnym stanie"), działając w ekologicznych organizacjach pozarządowych. Mówią o spełnieniu, o szukaniu zgody na siebie. Wyglądają na szczęśliwych, odnoszą sukcesy, ale... gdy przeglądają się w tamtej nocy, czują, że choć była darem, coś im odebrała. Jesse ma synka i  żonę, wobec której czuje się zobowiązany. Celine żyje w związku z korespondentem wojennym, którego na ogół nie ma - i dobrze, bo szczęśliwa umie być tylko w pojedynkę.


Bliskość doznana w Wiedniu została w pamięci jak niedościgły wzorzec. Nieuchwytny, bo przecież nie dali sobie szansy na kontynuację.

 

 

Ich paryski spacer trwa tyle, co filmowy seans. Wydawnictwo, organizujące Jessemu przelot do Stanów, ponagla go. On przedłuża spotkanie, bo iskrzy między nimi jak dawniej. I sami się z siebie śmieją (próbując obłaskawić żal): "Może jesteśmy dobrzy tylko w krótkich spotkaniach i spacerach po europejskich miastach. O ciepłym klimacie."


I znów kurtyna zapada w takim momencie, który budzi jakąś irracjonalną nadzieję.

Celine: Spóźnisz się na samolot.

Jesse: Wiem.


Wiedeń - Paryż

Można obejrzeć oba filmy Linklatera, kierując się przede wszystkim ochotą na spacer po Wiedniu lub Paryżu. Atrakcje turystyczne mieszają się z tym, co można odkryć poza szlakiem. Są ulice, mosty, przejażdżka tramwajem, spacer parkiem lub kurs stateczkiem po Sekwanie. Wiedeński kościół, Diabelski Młyn, cmentarz bezimiennych. Świetnie wypada zestawienie kawiarenek: wiedeńska ma klimat intelektualnych rozmów o sztuce (niemieckie konwersacje tubylców), paryska jest kameralna, więcej w niej codzienności.


Gdy kończą się spotkania, kamera raz jeszcze podąża śladami Celine i Jessego. Są miejsca, choć zniknęli ludzie, czas bliskości się skończył. I może jeszcze w rozedrganym powietrzu wibrują cząsteczki głosu, który przed chwilą był rozmową.

 

 

["Przed wschodem słońca"]

(Celine): Wierzę, że jeśli istnieje jakiś Bóg, jest w każdym z nas, nie w tobie czy we mnie, ale w tej małej przestrzeni pomiędzy nami. Jeśli na tym świecie istnieje jakaś magia, to jest ona próbą zrozumienia kogoś, podzielenia się czymś. Wiem, że to prawie niemożliwe, ale co z tego. Rzecz w tym, żeby próbować.


["Przed zachodem słońca"]

C - Pisałeś w dzieciństwie pamiętnik?
J  - Tak, z doskoku...
C - Niedawno odczytałam swoje zapiski z 1983 roku. Okazało się, że podchodziłam do życia identycznie jak teraz. Byłam tylko bardziej ufna i naiwna. Prawie w ogóle się nie zmieniłam.
J  - To norma. Nie przyznajemy się do tego, ale mamy wrodzone wytyczne i niewiele spraw ma wpływ na nasze usposobienie.
C - Wierzysz w to?
J  - Tak. Porównano kiedyś reakcje zwycięzców loterii i osoby dotknięte paraliżem. Jedno powinno wprawiać w euforię, drugie wyzwalać myśli samobójcze. Ale badacze odkryli, że po pół roku ludzie zżywali się z sytuacją, a ich charakter się nie zmieniał. Jowialny optymista zamieniał się w jowialnego optymistę na wózku. Małostkowy smętny dupek stawał się małostkowym nadzianym dupkiem...
C  - Więc będę w dołku, choćbym miała nieziemski fart?
J   - Tak.
C  - Super.


(Jesse): Pisanie książki było jak wznoszenie budowli. Chciałem utrwalić szczegóły wspólnie spędzonych chwil. Na pamiątkę tego, że naprawdę się spotkaliśmy. Że to się naprawdę zdarzyło...


(Celine): ...Nie potrafię zapomnieć osób, z którymi byłam związana...(...) Koniec związku jest dla mnie czymś, z czego się nigdy nie otrząsam. Dlatego niełatwo się angażuję. Bo to jest zbyt bolesne. (...) Tęsknię za czyjąś zwyczajnością. Mam obsesję wyławiania szczegółów. (...) Pamiętam, że masz w zaroście rude włoski... i to, jak rozświetlało je słońce tamtego ranka tuż przed wyjazdem. Pamiętałam o tym... i tęskniłam.


J  - Dlaczego nie wymieniliśmy adresów?
C - Bo byliśmy młodzi i głupi.
J  - Sądzisz, że wciąż tacy jesteśmy?
C - Młodzi wierzą, że jest mnóstwo osób, z którymi można nawiązać więź. Potem rozumieją, jaka to rzadkość.
J  - I jak łatwo to spieprzyć, zerwać więź...



Improwizacja. Pomiędzy rolą a sobą

Na ekranie te dialogi brzmią bezpretensjonalnie i świeżo, choć - jak widać - nie w oryginalności tkwi ich siła. Nie szkodzi. Dziewięćdziesiąt minut wygłaszania prawd głębokich i filozoficznych byłoby niestrawne. By wyrazić swoje rozczarowanie czy radość, trzeba po prostu sięgnąć po słowa, które zgrają się z impresją ciała i "prawdą chwili".

 

Ethan Hawke i Julie Delpy są współautorami scenariusza do "Przed zachodem słońca". Energia relacji Celine - Jesse pochodzi z przełożenia relacji między aktorami.

Julie Delpy wyposaża Celine w swój prywatny "francuski sposób bycia", mówienia, gestykulacji. Gdy w ostatniej sekwencji scen śpiewa Jessemu piosenkę, gra na gitarze i czule parodiuje styl pieśniarki Niny Simone, czerpie z własnych pasji. Julie Delpy jest francusko-amerykańską aktorką, która również reżyseruje, komponuje i śpiewa (!z zespołem punkrockowym!). Niektóre fragmenty dialogowe zawierają aluzje do jej życia.

Analogicznie ma się rzecz z rolą Jessego-Ethana. Powieść, którą napisal Ethan Hawke nie zrobiła, o ile wiem, takiej furory jak książka Jessego Wallace`a. Ale wizerunek pisarza wyrasta z życia.

 

Co więcej: do roli Celine i Jessego przenika nie tylko biografia i temperament aktorów, ale ich dotychczasowe filmowe emploi.


Jesse to wrażliwy, inteligentny mężczyzna, zraniony idealista, czlowiek, który potrzebuje sztuki. Przypomnę więc, że Ethan Hawke to uczeń profesora Keatinga ze "Stowarzyszenia umarłych poetów" (1989) (Todd Anderson - ten, który pierwszy wchodzi na stół, by wykrzyczeć: "Kapitanie, mój Kapitanie!"). To także współczesny Hamlet z filmu Michaela Almereydy (2000).

 

Julie Delpy wnosi ze sobą m.in. zbuntowaną i niezależną postać Dominique z filmu Kieślowskiego ("Trzy kolory. Biały" 1994).

 

Uff... Celine i Jesse zdają się wykraczać poza ramy obrazu. Pojawiają się w jeszcze jednym filmie Linklatera "Życie świadome" (2001). A komedia "2 dni w Paryżu" - której reżyserką, scenarzystką i odtwórczynią głównej roli jest Julie Delpy - podejmuje temat związku Amerykanina i Francuzki, tyle że w tonie mniej romantycznym.

 

Polonica... Nie mają bezpośredniego związku z tą opowieścią, ale nie sposób nie wspomnieć.

Julie Delpy zagrała w filmach trojga polskich reżyserów: Kieślowskiego, Holland ("Europa, Europa") i Janusza Kijowskiego ("Tragarz puchu"). Jedną z jej najbliższych przyjaciółek (jak wyznaje w wywiadzie) jest Kasia Adamik. Kieślowski pozostał mistrzem.


piątek, 21 maja 2010, renbor1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
jolantachrostowskasufa
2010/05/21 23:31:40
Tamaryszku, powinnaś pisać zawodowo (o ile jeszcze tego nie robisz). :-)
Bardzo lubię film "Przed wschodem słońca"; drugiego tytułu nie oglądałam jeszcze, ale muszę to nadrobić. Byłam zauroczona filmem i kreacjami Julie Delpy i Ethana Hawke`a. W ogóle bardzo cenię sobie tych aktorów. Ona podobała mi się i u Kieślowskiego w "Białym", i u Holand w "Europa, Europa", i w "Homo faber" Volkera Schlöndorffa. Podoba mi się w niej jej zjawiskowa subtelność i naturalność. Ethan Hawke z kolei podbił moje serce już w "Stowarzyszeniu umarłych poetów". W filmie "Przed wschodem słońca" oboje stworzyli wspaniały duet. Bardzo dawno temu go oglądałam i Twoja notka wzbudziła we mnie apetyt na ponowne obejrzenie tego filmu.
-
jolantachrostowskasufa
2010/05/22 10:50:32
Chciałam jeszcze dopowiedzieć, że podziwiam Cię za notowanie dialogów filmowych i wklejanie ich tutaj, w rytm postu blogowego. Jak Ty to robisz? :-))
PS
Łapię się na tym, że przemawia do nas podobny typ kina, oglądamy i podziwiamy podobne filmy (o ile ja mogę jeszcze o sobie mówić w tych kategoriach obecnie nie oglądam tyle co dawniej i tyle co Ty).
-
renbor1
2010/05/22 19:40:58
~ Jolu :)
Zacznę od dialogów. Tym razem - jak cierpliwy skryba - przepisałam. Filmy Linklatera stoją u mnie na półce. Naprawdę raz jeszcze obejrzałam. Nietrudno odnaleźć odpowiedni moment i sprawdzić, czy się dobrze pamięta. Poprzednim razem parafrazowałam dialogi z filmu "W chmurach" - to z pamięci, więc na pewno fałszywie, ale wydaje mi się, że ton uchwyciłam.
Taką potrzebę miałam, bo to "gadane" filmy. A ja na ogół rejestruję słowa. Taki rodzaj pamięci. Dla równowagi: nie zanucę melodii, choćby nie wiem jak mi się podobała. Coś za coś.

Cieszy mnie to podobieństwo gustów, a nawet bawi - wychwytuję to, co podobne i to, co jednak indywidualne w naszych notkach :)

Film, gdyby się chciało trzymać rękę na pulsie, jest rzeczywiście dość wymagający. Bieżąca oferta jest na tyle różnorodna, że nawet przy rozsądnej selekcji nie sposób ogarnąć tego, co chciałoby się obejrzeć i to wtedy, gdy film jest obecny na ekranach. Mam teraz taki czas, że oglądam. I ta tendencja się utrzymuje, choć prawdopodobieństwo, że nadejdzie potrzeba bądź konieczność porzucenia obrazu jest oczywiście realna. Filmy są zamiast telewizji.

A widzisz: "Homo faber" jest mi nieznany.
Cieszy mnie też Twoja obecność na moim blogu i każdy ślad lektury.
Pozdrawiam ciepło :)
ren
-
logosviator
2010/05/23 03:49:03
Twoja kompleksowa, sugestywna - i jakże elokwentna! - relacja z filmu sprawia, iż mam poczucie jakbym sam go oglądał :)
Podziwiam również Twoją wrażliwą "skrupulatność" ;)

Pozdrawiam serdecznie
-
renbor1
2010/05/23 12:14:10
~Logosie :)
Witam, polecam. Zwłaszcza część drugą. Pierwsza jest uroczo młodzieńcza, druga ciekawsza, bo lekko autoironiczna, z taką skrywaną pod żartobliwą konwersacją melancholią.
Ojej, ale oksymoronicznie bronisz mojej skwapliwej, drobiazgowej manii sprawdzania szczegółów ("wrażliwa skrupulatność"!). Pozdrawiam :)
ren
-
ania_anialek36
2010/05/23 19:52:50
Dobrze piszesz, z przyjemnością się czyta:) Julie Delpy zachwyciła mnie najbardziej w filmie "Tragarz puchu" Janusza Kijowskiego i w "Europa, Europa" Agnieszki Holland:) Jest to bardzo ciekawa aktorka:) Pozdrawiam:)
-
Gość: czara, *.84.97-84.rev.gaoland.net
2010/05/24 09:29:24
Przyznam się, że ja nie przebrnęłam przez drugą część, choć pierwsza, daawno temu, całkiem mi się podobała. Na swoją obronę mam to, że nie lubię "sequeli", odgrzewanych potraw i coraz mniej podobają mi się "gadane" filmy. Rozczarował mnie też film Delpy "Dwa dni w Paryżu", co ciekawsze, również będzie, podobno, jego druga część.
-
renbor1
2010/05/25 05:53:00
~ Aniu,
Tak, interesująca. Nie wszystkie jej filmy miałam okazję widzieć. Mam teraz dostęp do "The Countess" (2009), w którym gra Elżbietę Batory (węgierską hrabinę kąpiącą się we krwi dziewic!). To historyczny thriller, więc coś nowego w wizerunku. Nie spodziewam się wiele, ale zobaczę.
pozdrawiam

~ Czaro,
Sequel "2 dni w Paryżu" nie brzmi zachęcająco. Hmm... ta "bezpruderyjna francuskość" (może lekko przeszarżowana) była całkiem zabawna. I bardzo lekka.
Kontynuacja wydaje się już czymś niekoniecznym.
A "Wschody" i "Zachody" - choć na bliźniaczym pomyśle oparte - są nie tylko historią w dwóch częściach, ile dialogiem. Dialogiem spotkania paryskiego z tym wiedeńskim. Wynika coś z tego. Wolę nawet ten drugi.
Nie przekonam Cię, bo to rzecz odbioru. Siłą jest tu bezpretensjonalność i naturalność rozmowy. Film jest prosty i formalnie nieodkrywczy. Kryteria oceny zależą więc od tego, czy się uwierzy aktorom. Ja wierzę.
Pozdrawiam!
ren
-
Gość: czara, *.122.71-86.rev.gaoland.net
2010/05/25 10:41:50
Nie poddawaj się tak szybko, może mnie przekonasz :) Przynajmniej do tego, żeby jeszcze raz spróbować. Za pierwszym razem wyłączyłam film dość szybko, nie tylko z własnej woli...
-
chihiro2
2010/05/25 16:22:55
Znakomita relacja, bo to niezupelnie chyba recenzja filmow. Oba filmy bardzo mi sie podobaly kiedys, podobalo mi sie takze "2 dni w Paryzu", uwazam, ze ta komedia jest bardzo trafna i nie tak bardzo przerysowana, jak wiele osob uwaza.
Co do obu filmow z Delpy i Hawkem - piszesz, ze poltorej godziny prawd glebokich i filozoficznych byloby niestrawne. Ja uwazam, ze to, o czym oni mowia w filmie, czesto jest glebokie. Zycie w gruncie rzeczy jest bardzo proste, latwe w obsludze, ale te prawdy sa wlasnie tak oczywiste, ze latwo jest zignorowac, zbyc machnieciem dloni i doszukiwac sie "glebi". A glebia czesto kryje sie tuz pod powierzchnia, tak blisko, ze latwo ja przeoczyc...
-
renbor1
2010/05/26 20:03:39
~ Czaro :)
hmm... co by tu jeszcze na zachętę?... Może to, co dorzuciła Chihiro?
Może dla sceny początkowej? (Oj, głupio, bo tę na pewno już widziałaś.) Na wieczorze autorskim wypytują Jessego Wallece`a o pomysł na następną książkę. Podoba mi się jego odpowiedź. Jeśli nikt dotąd nie pochwycił, to jest do wzięcia. Akcja właściwa trwa tyle, co piosenka, a retrospekcje sięgają lata wstecz, gdy ta sama piosenka towarzyszyła innej chwili. Teraz córeczka bohatera tańczy w jej rytm na stole, wtedy tańczyła jego dziewczyna... Coś o tym, że składamy się z chwil, które przeżyliśmy i że one istnieją w nas równolegle.
A mnie zaintrygowało takie rzucanie pomysłów na książkę. Podaje się wówczas nie streszczenie tylko esencję całości. Gdy przysłuchujesz się rozmowom paryskim Celine i Jessego, możesz wpaść na tuzin innych konceptów. Coś (rzucone od niechcenia) mogłoby się stać "kamieniem węgielnym" całkiem nowej opowieści. No, i dla takiej zabawy również można te filmy obejrzeć. Ale nie trzeba;)

~ Chihiro :)
Nie ustawiam się w opozycji. Mnie rozmowy tych dwojga poruszają. Są głębokie, ale nie poprzez odkrywczość sądów, raczej dzięki naturalności, z jaką pewne powszechne tęsknoty czy rozczarowania wpisują się w kontekst historii Celine i Jessego. To, że siła tkwi w grze a nie w samym słowie, dotarło do mnie, gdy przepisałam dialogi.

Ładnie to ujęłaś - głębia jest tuż pod powierzchnią.
Poza tym pomyślałam, że dawno temu widziane filmy jakoś w nas zostają. Te obrazy Linklatera znamy przecież od lat.
Pozdrawiam
ren