literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

HAKAWATI. Pozwól, że opowiem ci historię...

Rabih Alameddine, Hakawati, Wydawnictwo Znak, 2009

 

 

"... historia o tym, kim jesteś, nigdy nie traktuje o tobie."

 

KSIĘGA

Głowa boli od nadmiaru. Wchodzisz i toniesz. Nie sposób ogarnąć skłębionych nitek i supełków, poprzeplatanych, zrywanych i wiązanych na nowo.

1.

Jest Osama (38-letni informatyk z Los Angeles) i jego libańska zwariowana rodzina. Sztafeta pokoleń zmienia prowadzących: umiera ojciec, rodzi się prawnuk, syn porzuca amerykańską tymczasowość i odnajduje się w tradycji hakawatich.

Czas i miejsce: Bejrut (epizodycznie Los Angeles), 2003 rok i retrospekcja sięgająca narodzin Dziadka, obejmująca niemal stulecie.

2.

Jest emir - i jego żona - wyczekujący męskiego potomka. Zasłuchani w romanse płodzą kolejne córki. Dopiero noc poprzedzona opowieścią, w której słychać szczęk zbroi i tupot koni, zaowocuje odmianą... Ich piękna i sprytna niewolnica Fatima przeobrazi się w kochankę dżina, władcy piekieł. Narodzą się bliźniacy: jasny jak słońce Szams (Mandżun) oraz ciemny, mroczny i brzydki Lajl. Nie obędzie się i bez ośmiu kolorowych demonów (przez ludzkie oko rejestrowanych w postaci pstrych papug): czerwoni Izaak i Izmael, pomarańczowy Ezra, zółty Jakub, zielony Hiob, fioletowy Adam, niebieski Noe i Eliasz w kolorze indygo.

Czas i miejsce: baśniowa przeszłość i odrealniona przestrzeń.

3.

Są bohaterowie kanonu opowieści arabskich - herosi i zdrajcy, szlachetne damy i "ponętne gołębice". Heroiczny Bajbars, dzielny Otman, Ma`ruf i Tabusz. Jest zły Arbusto i próżny król Kinjar. Kobiety piękne, przebiegłe i inteligentne, docierające tam, gdzie nic nie wskóra miecz, siła mięśni czy liczebność armii.

Jest Abraham, Hagar i Sara...

Orientalny przepych i starotestamentowa pustynna spiekota.

Czas i miejsce: Egipt, Bliski Wschód ...; czasy odległe, lecz przyporządkowane historycznej chronologii.

 

Wszystko dzieje się dawno lub teraz, daleko albo tuż za plecami, na wyciągnięcie dłoni: "pięć przecznic, cztery zakręty, trzy krzaki jaśminu, dwie jacarandy i jeden krzew białego oleandru stąd." (s.182)

 

CO JA NA TO?

Po przeczytaniu książki - myślę: chapeau bas! Ciekawe przedsięwzięcie i konsekwentnie przeprowadzone.

Ale w trakcie lektury moje odczucia oscylowały: od zaczytania po wrażenie przesytu, od radości, jaką daje przeskakiwanie między wykreowanymi światami po barbarzyńską chęć rozczłonkowania księgi na trzy części i zanurzenia się wyłącznie w sagę al-Charratów.

Wreszcie: towarzyszyła mi pokusa, by tropić korespondencje, odniesienia, analogie i symetrie...bo pełno ich, i jedna opowieść odbija się w drugiej. Szczególnie istotny wydaje mi się archetyp Abrahama i jego synów: Izaaka i Izmaela.

[Ojciec wyrzekający się (choćby pozornie) syna (coś podobnego zaistnieje między Faridem a Osamą) lub składający go w ofierze, oczekiwanie na potomka, motyw dwóch braci, z których jeden pozostaje "nieprawy" lub "inny'... (choćby: Szams i Lajl, a nawet Farid i Dżihad albo Osama i jego kuzyn Hafez), nawet miasto pochodzenia Abrahama - Ur/ Urfa - jest zarazem rodzinnym miastem Izmaela al-Charrata, dziadka Osamy].
I na nic, nie da się tego opanować, nie za pierwszą lekturą.

 

"Odrzuć potrzebę rozumienia czegokolwiek. W tym świecie i w świecie opowieści ta potrzeba jest niczym innym jak przeszkodą." (s.102)

 

HAKAWATI

Kim jest hakawati? To mistrz opowieści. Gawędziarz, bajerant, czarodziej słowa. Zna nieprzebrane ilości historii: o męstwie i wojnie, o miłości, macierzyństwie i ojcostwie, o przemijaniu i trwaniu, o hojności i chciwości... o życiu.

Postać zakorzeniona w kulturze arabskiej. U Alameddina: przede wszystkim w tradycji libańskiej, ale wspomina się też o hakawatich ormiańskich, tureckich, kurdyjskich.

Gdy opowiada hakawati, język opowieści może uwieść nawet cudzoziemca. Bo prawdziwy mistrz mówi również milczeniem, tembrem głosu, gestem i spojrzeniem.

Hakawati jest żywą tradycją - sięga do kanonu znanego od stuleci. Ale nie myśl, że to, co znane, nie zaskoczy cię na nowo. Mistrz opowieści improwizuje. Izmael al-Charrat, protoplasta rodu, przytaczał przykład angielskiego lekarza (swego ojca) jako dowód partactwa narracyjnego. Anglik powtarzał historie biblijne, słowo w słowo, a gdy się pomylił, żona skwapliwie wytykała mu błędy. O, nie! prawdziwy mistrz musi zmyślać, musi ponosić go fantazja..., a tobie nie wolno kwestionować jego prawdomówności.

"Nigdy nie ufaj gawędziarzowi (...). Ufaj opowieści. (s.266)


I dobrze by było, by hakawati grał na udzie. Ud to instrument z arabską duszą. Tylko na udzie można oddawać nastroje duszy (podaję za bohaterem powieści - wierzyć?). Szczególnie obiecująco rekomendowany jest makam saba, "kaskada łaski", przypominająca łzę spływającą po policzku.

 

 

RODZINA

Rodzina al-Charratów jest rozgałęziona i dobrze ukorzeniona. Jej libańskie dzieje zaczynają się od Izmaela, który przybył do Bejrutu z Urfy. Kochał opowieści i snuł je nieustannie aż do śmierci - niestety często przeganiany i niedoceniany przez najbliższych. Hakawati niczym prorok - najtrudniej mu wzbudzić posłuch u swoich. Ale znalazł spadkobierców: w synu Dżahidzie (moja ulubiona postać z tej książki, obok Lajli, jego szwagierki), wnuku Osamie... i niemożliwe, by nie było następnych.


W najmłodszym pokoleniu w rodzinę wżenił się Howik (ulubiona historia miłosna: jego zaloty do Salwy - s.505 i dalej). Jest zafascynowany al-Charratami - "Obcowanie z członkami rodziny przypomina mu badania antropologiczne." Zawiłości wzajemnych relacji pozostawię nierozszyfrowane. Bohaterowie są wyraziści, każdy z własną historią, niczym konar obrosły w gałązki, zaczepiony w potężniejszą niż on sam odnogę.


Nawiązując do motywu Abrahama - ważni są Dżihad i Farid (Izmael - Izaak?). Ten ostatni jest ojcem Osamy, teraźniejszość powieści to jego choroba, przyzywająca marnotrawnego syna, Osamę, na łono rodziny i tradycji.


Ścieranie się temperamentów czasem jest istotne, innym razem zabawne:

"Ciotka Samia od miesiąca nie odzywa się do młodszego syna, bo powiedziała, że nie chce urodzinowego prezentu, a on w to uwierzył..."   (s. 595)

 

Zacytuję jeszcze piękną Lajlę, która podczas kolacji u amerykańskich znajomych jej syna (Osamy) wygłasza ciekawe uwagi lingwistyczne.

"Można powiedzieć, że w języku libańskim istnieją setki leksemów na określenie relacji rodzinnych. Rodzina jest dla Libańczykow niczym śnieg dla Inuitów."  (s. 583)


Swoją drogą - ile tak naprawdę Eskimosi znają słów określających śnieg?
Jeden z bohaterów żartuje, że jego żona zna tyle rodzajów zup ziemniaczanych, że by je nazwać szafuje taką ilością słów, co Eskimosi opisując różnorodność śnieżnych opadów.

Lajla prostuje: "Ta historia zaczęła się w tysiąc dziewięćset jedenastym roku, kiedy antropolog Franz Boas (...) napisał, że Inuici znają cztery słowa oznaczające śnieg. Za każdym razem gdy ktoś powtarzał jego opinię, podobnie jak w wypadku wszystkich dobrych opowieści, ta liczba rosła, aż w końcu pewna gazeta wspomniała o czterystu wyrazach." (s. 582)


I zapamiętuję ścianę wytapetowaną fotosami aktorów z pokoju Dżihada (s.472) oraz kilka skutecznych (?!) środków na depresję zalecanych przez Osamę (s.614).

 

 

"TA HISTORIA SZŁA MNIEJ WIĘCEJ TAK..." (to nie spojlery;)

 

***

Abraham kochał Hagar, ale na życzenie Sary kazał jej opuścić dom wraz z synem Izmaelem. Było to już po narodzinach prawowitego następcy, Izaaka. Gdy Abraham umierał, Izmael wyrusza, by pokłonić się ojcu.


"- Jedź ze mną, matko, abyśmy obydwoje mogli się pożegnać". Lecz Hagar odmówiła. "- Całe życie spędziłam poza domem. Moje serce zbyt długo było zamknięte. Nawet przedsmak tego, jak mogłam żyć, byłby nie do zniesienia".
(s.644)

 

***

[Dżihad]:

" - W każdej opowieści w chwili największych kłopotów zjawia się anioł, który pomaga bohaterowi.

- Tylko że to nie jest żadna opowieść (...).

- Oczywiście, że nie. To życie. W prawdziwym życiu zjawia się więcej niż jeden anioł. Przybywa dwóch albo i trzech. Do diabła, czasami zjawia się cała armia aniołów."  (s. 544)

 

***

Młodzieniec imieniem Aref (przodek Osamy) żył swawolnie i rozpustnie. Smakował miłość bezkarnie, sądząc, że to mu się właśnie od życia należy. Można powiedzieć... sprawdzał teorię bez opamiętania.

 

"Każda kobieta jest inna. Druzyjka smakuje jak średnio wypieczona jagnięcina z rozmarynem i pieprzem, maronitka jak wołowina marynowana w oliwie z oliwek, sunnitka jak cielęca wątroba upieczona w białym winie, szyitka jak kurczak w occie z orzechami pinii, prawosławna jak ryba w sosie tahini, żydówka jak pieczona kibba, melchitka jak potrawka z semoliny, protestantka jak zupa z kurczaka, a alawitka jak okra w bulionie wołowym." (s.299)

 

Tak... Dobra opowieść powinna się wystrzegać morału. Ale to smakowanie nie mogło przecież trwać bez końca. Gdy Aref skosztował dań z powyższego menu, zaplanował podbój mężatek. Czmychając spod domu jednej z nich (oczywiście, przepłoszony przez męża), doigrał się. Spadł z rozpędzonego konia... bardzo nieszczęśliwie. Bywa.


***

A to opowieść o inteligentnym beju.

 

"Pewnej nocy w osiemnastym wieku, może na początku dziewiętnastego, bej rozkazał jednemu ze swoich sługusów zawieźć list szejkowi w Hasbayyi, miasteczku oddalonym o kilka godzin konnej jazdy. Mężczyzna zapytał, czy może poczekać i wyruszyć o świcie. Bej rozkazał, aby ruszał natychmiast, i pocieszył go słowami:

- Nie lękaj się, gdyż księżyc świeci jasno i rozkażę mu, by podążał za tobą i rozświetlał ci drogę.

Sługus dosiadł konia i co kilka minut spoglądał na niebo, a księżyc cały czas tam był. Bez względu na to, jak bardzo sługus oddalił się od wioski, księżyc podążał za nim. Przybył do Hasbayyi i pobudził wszystkich mieszkańców.

- Niech żyje nasz mądry bej! - krzyczał. - Rozkazał księżycowi podążać za mną i księżyc go posłuchał. Spójrzcie na niebo i podziwiajcie cud, dar beja dla waszej wioski. Wstawajcie, wstawajcie i ujrzyjcie te czary.

Mieszkańcy miasteczka wstali, sprali go i wrócili do łóżek." (s.430)

 

piątek, 23 kwietnia 2010, renbor1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/04/23 22:46:12
Mam wrażenie, że jest to taka książka domowa, którą się też czyta nie tyle w samotności co towarzysko (rodzinnie). Ma sprawiać przyjemność poznawczą,narracyjną i językową. Czytanie chyba powinno się dawkować.
-
abiela
2010/04/23 23:11:48
POdziwiam za próby dopasowania motywów - ja się skoncentrowałam na historii Osamy:)
-
jolantachrostowskasufa
2010/04/24 08:07:43
Tamaryszku, porywająca powieść. Jeszcze nie czytałam, książka dopiero wdzięczy się na półce, pięknie wydana przez ZNAK. I kusi. A na razie czytam inną powieść. Po tę sięgnę niebawem. Ale już nie mogę się doczekać. :)
-
renbor1
2010/04/24 10:05:49
~ Nutta,
Bardzo trafne: "przyjemność poznawcza" [Alameddine w Posłowiu sam wskazuje na tropy: "Księga tysiąca i jednej nocy", "Metamorfozy", Koran, Stary Testament, "Iliada", "Listy Abelarda i Heloizy", Szekspir, "Baśnie włoskie" (Calvino) itp. itd], "przyjemność narracyjna i językowa" - jak najbardziej.
Status książki: kategoria "inne".
Szybkie pochłanianie - to gwarantowana niestrawność. Z kolei delektowanie się zbyt drobnymi kęsami utrudnia rekonstrukcję wątków... Coś pośrodku :)

~ Anno :)
Zanim zabrałam się za Alameddina czytałam Twoją recenzję. Teraz wróciłam i przypomniałam sobie jak zaznaczałaś, że by wychwycić "korespondencje" między opowieściami, trzeba czytać raz wtóry. Racja. Ale ja w najbliższym czasie już bym nie mogła. Uff... coś krótkiego poproszę :)
No i te kawiarnie, w których wysłuchiwało się porcjowanych opowieści hakawatiego. Słuchać nie czytać. Coś w tym jest.
Ja sobie pluję w brodę, że jak już opisuję książkę, to tak długaśnie, że dobrnąć do końca postu pewnie trudno... Ale czynię z tych zapisków internetowy notes i wypunktowuję, co chcę zapamiętać. Dużo bym chciała utrwalić po tej lekturze.

~ Jolu :)
Bardzo bym chciała doczekać Twojej recenzji. Bo to będą zupełnie inne zapiski. Wiadomo: wątki, hakawati... to jasne. Ale opowieści słyszy się z różnym natężeniem, przebitka nici wiążących też dla każdego inna. Chęć przemilczania niektórych ważnych treści... no, czekam... Tymczasem na najbliższą recenzję na/w Przystani.

Pozdrawiam :)
ren
-
lirael
2010/04/24 12:24:56
Twoja "barbarzyńską chęć rozczłonkowania księgi na trzy części i zanurzenia się wyłącznie w sagę al-Charratów" jest mi ogromnie bliska!:)
Miałam dokładnie ten sam problem.
Stwierdzam z całą stanowczością, że Twoja recenzja tej powieści jest zdecydowanie jedną z najlepszych i najbardziej wnikliwych spośród tych, które dotychczas czytałam, a jest to książka, o której na pewno nie pisze się łatwo. Z całego serca gratuluję! Koniecznie powinnaś umieścić swoją recenzję na stronie Znaku.
P.S.
Wczoraj w księgarni widziałam "Hakawatiego" w nowej okładce. Duży zawód. Ta pierwotna, błękitna jest moim zdaniem sto razy ładniejsza! Wersja nowa:
www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2484,tytul,Hakawati,%20mistrz%20opowie%C5%9Bci
Pani na okładce jest urocza, ale ten wariant kojarzy mi się z orientalnym romansem, a moim zdaniem ta powieść oferuje znacznie więcej.
-
renbor1
2010/04/24 21:39:51
~ Lirael :)
Dzięki.
Niesamowite! Nowe wydanie naprawdę bije po oczach. Jest chudsze o 100 stron - czyżby jeszcze drobniejszy druk? Nie lubię tak natrętnych, krzyczących okładek. Nawet gdyby to miała być Szeherezada, uważam ten ruch za nadużycie. Po co feminizować hakawatiego? Może Znak miał jakiś przymus (kwestia praw autorskich do okładki czy co?), dobrowolnie by chyba takiego samobója nie popełnił. Skuszeni okładką - rozczarują się szybko, a "czytelnik doskonały" ucieknie przed tym fioletem.
Zdecydowanie: saga wciągnęła mnie najbardziej :)
-
agnes_plus
2010/04/25 23:18:34
Bo ładna buzia "lepiej się sprzedaje", ech, ech.

Hakawati mam. Podczytuję, ale właśnie z dużymi odstępami. Nie szkodzi, mam na półce, to mogę wracać i czytać po raz wtóry, do upojenia, do zrozumienia :)
-
renbor1
2010/04/26 17:00:24
~ Agnes :)
Ba! Co znaczy ładna?!

Można "Hakawatiego" czytać dowolnie ("dowolnikowo";)). Ja lubię bez dłuższych przerw.
I na ogół nie czytam dwóch rzeczy jednocześnie. Inna rzecz, że ja jednak nie z gatunku moli, tempo łykania książek mam ograniczone.
Miłe jest to, że każdy może tu znaleźć coś dla siebie, i coś przyjdzie mu przełknąć bez fascynacji. W ten sposób powieść się multiplikuje w odbiorze. Co człowiek, to inna książka. Pozdrawiam :)
ren
-
lirael
2010/04/28 13:14:13
Myślę, że przyczyna zmiany okładki jest prozaiczna - ta poprzednia, błękitna z obwolutą i złoceniami jest przypuszczalnie kosztowniejsza. Zbliżona cena + tańsza okładka = większy zysk dla wydawnictwa :(