literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

Rodzina Hegartych

 

Anne Enright, Tajemnica rodu Hegartych, Wydawnictwo Literackie 2007.

(na lotnisku) "Patrzę na ludzi stojących w kolejce do kasy i zastanawiam się, czy wracają do domu, czy też wyjeżdżają od swoich bliskich. Bo nie ma innych podróży. Stajemy się dziwnymi uchodźcami, którzy uciekają od własnej krwi albo ku niej; pulsują w tę i z powrotem w upiornych żyłach oplatających świat motkiem krwi."


Veronica i pozostali Hegartowie

Współczesna Irlandia - rok 1998. Centralnym wydarzeniem jest samobójcza śmierć Liama i zamieszania związane z jego pogrzebem. Rodzina Hegartych żyje w rozproszeniu, ale gromadzi się i konfrontuje z tragicznym odejściem jednego z nich. Śmierć staje się niezbyt wygodnym lustrem, które wymusza zmierzenie się z przeszłością, z własnym życiem - zwłaszcza, że rodzeństwo Liama to ludzie po trzydziestce lub starsi, z bagażem życiowych sukcesów i porażek.


Plan teraźniejszy uzupełniają wspomnienia sięgające czasów, gdy Liam miał 9 lat ("Ziarno śmierci mojego brata zostało zasiane przed laty..."). Wyobraźnia narratorki sięga jeszcze głębiej - do roku 1925, kiedy to Ada Merridan (babcia Liama, nestorka rodu) poznała mężczyzn swego życia.


Hegartowie stanowią rodzinę wielodzietną - jedną z wielu w irlandzkim pejzażu lat 60. Jeśli pominąć 7 poronień, na świat przyszło 12 dzieci. Rodzinny klan, ale więzi między dorosłymi są wątłe i raczej obciążające.


Liam miał wśród krewnych opinię błyskotliwego, dowcipnego kompana i nieudacznika zarazem. Kogoś, kto wszędzie napyta sobie biedy, bo nie nadaje się do życia: zbyt ostro osądzał kompromisy, krzywdził gotowych go pokochać, a siebie samego unicestwiał alkoholem. Dożył 40 lat.


Veronica była najsilniej związana z bratem; młodsza o rok, wie o nim więcej niż ktokolwiek, zna destrukcyjne tajemnice. Śmierć Liama wybija ją z rytmu własnego życia. Uruchamia obrazy z przeszłości i niepokój, ktory zatruwa wszystko, czym dotąd żyła. Uporządkowany świat wydaje się jej "życiem w cudzysłowie": mąż-finansista, dwie córeczki, dom w kolorach beżu, kremu, piasku i popielu (stonowane, przyjazne życiu barwy). Zaneguje i cynicznie podważy każdą więź. Doświadczy kilkumiesięcznej depresji i pustki.

Veronica jest narratorką. Historia odsłania się, pulsując zgodnie z jej skojarzeniami, fantazjami i emocjami.


Czym jest ta opowieść?


Po pierwsze.

Dryfowaniem po chaosie zapamiętanych przeżyć, po niezabliźnionych ranach, sprzecznych emocjach odczuwanych wobec najbliższych. Przyglądaniem się rodzinnym więziom - brutalnie, bez sentymentu, bo "przynależność do rodziny to najbardziej rozdzierający sposób na życie".


Po drugie.

Próbą odnalezienia się po ciosie i przewartościowywaniem swojego życia. Wiwisekcją prowadzącą od negacji po ostrożną akceptację. Myślę, że w osnowę tej opowieści wpleciona jest nitka optymizmu. Cieniutka. Oto jak przebija się na powierzchnię: "Spadam tak od miesięcy. Od miesięcy spadam w swoje życie. I zaraz w nie trafię".


Po trzecie.

Czymś irytującym i niegrzecznym, niepozwalającym zaczytać sie spokojnie. Narracja jest postrzępiona, poskładana z odprysków niespójnej pamięci. Gorycz rozsadza jednak język: żywy, plastyczny, erotyczny, śmiały i świeży, poddany raczej wyobraźni niż rozumowej analizie. Dynamiczna to rzecz, więc i pesymizm nie przytłacza, lecz kłuje.


Kilka interpretacyjnych tropów.


Cielesność

Śmierć jest namacalna i dotyczy ciała. Uświadamia śmiertelność tych, których kochamy. Gdy Veronica budzi się przy mężu, wyobraźnia podsuwa jej, że Tom jest martwy. Nie, nie jest to naturalizm (na szczęście) - to taka gra w zbliżenia i utratę. Zawieszony tymczasem rozkład można pokonać obrazami fizycznego złączenia - współżycie z mężem, wspominanie młodzieńczych przygód, fantazjowanie o spotkanych przypadkowo mężczyznach, wyobrażanie sobie życia erotycznego własnej babki (!). Cielesna jest więź z córkami, którym dała życie, czyli... "zrodziła je na śmierć".


Tajemnice

Ta kluczowa dotyczy wydarzeń sprzed 30 lat, kiedy to Lambert Nugent molestował dziewięcioletniego Liama*. Veronica zachowa w pamięci bardzo zniekształcony obraz. Zrozumie po latach, nikomu nie wyzna, zagłuszy... i  dopiero po odejściu Liama uprze się widzieć w tym wydarzeniu klucz do osobowości brata.

Ale tajemnic jest więcej. Wydaje się, że są one przyprawą rodzinnego życia, kurtyną, która skrywa niejedno wyjaśnienie.

Tajemnice Hegartych dotyczą m.in.: przeszłości Ady, losów jej obłąkanego syna - wujka Brendona, załamania nerwowego matki, aresztowania nastoletniego Liama, związku Liama z Sarah...

Z tajemnic czasami wyrasta coś świeżo zielonego, nadzieja - jest nią twarz trzyletniego Rowana, z której promieniuje podobieństwo do ojca. Największe objawienie dnia pogrzebu. Najczęściej tajemnice to strupy na toksycznych ranach.


Ada Merridan

Czy powinna być zapamiętana jako kobieta piękna i prawa, silna i hojna, ostoja rodu Hegartych? Czy raczej wypłakująca się "do zmywaka" kobieta doświadczona ciężarem rodzinnych potknięć? Kochała swego męża, Charliego,  czy tajemniczego Nugenta? Czy można ją obwiniać o nieuwagę, skoro w jej domu Liam doświadczył traumy? I dlaczego Veronica szuka katharsis w fantazjowaniu na jej temat? Dlaczego w prologu powieści chwyta się kurczowo myśli (to z pewnością dotyczy Ady): "Kochała go! Musiała go kochać!". Co to może wyjaśniać?

Gubię się, więc pozwalam sobie nie rozstrzygać niejasności.


Rodzina (raz jeszcze)

Hegarty`owie na stypie: "Scena przypomina Boże Narodzenie w Hadesie". Nie ma co oczekiwać zbyt daleko posuniętych pojednań.

Interesujące są dla mnie trzy kwestie.
1.  Zadawany sobie ból. Okrutnie bezwzględne osądy, na ogół niewypowiadane.
Veronica ma w sobie złoża pretensji do matki - o jej nijakość, o nierównomiernie rozłożoną miłość (towar i tak nadto rozdrobniony przy tuzinie potomstwa), o to, że czegoś nie dostrzegła, że źle rozegrała własne życie. Przywiązanie (zauważyłam tylko dwa czułe gesty) graniczy z nienawiścią: "nie zapomnę", "nie wybaczę", "ten dobroduszny ludzki ochłap".

"Boże, jak ja nienawidzę swojej rodziny, tych ludzi, których sobie nie wybrałam do pokochania, a i tak kocham."


2.  Luki w pamięci.

"W swoim prywatnym lustrze widzę strzęp uśmiechu brata, ton głosu, który czasem sama przybieram. Nie uważam, że tak naprawdę pamiętamy swoją rodzinę. Po prostu w niej żyjemy."


3.  Najistotniejszych wtajemniczeń w życie doświadczamy w rodzinie i to wtedy, gdy najmocniej jesteśmy w nią zanurzeni. Dziewięcioletni Liam... i będące w zbliżonym wieku córki Veroniki: Rebecca i Emily...

"Patrzę na swoje dzieci i myślę, że w wieku ośmiu lat wie się już wszystko. Może się jednak mylę. Wie się wtedy wszystko, ale to wszystko jest przed nami schowane, zapieczętowane, trzeba się więc rozciąć, żeby poznać prawdę."

Więc podróżujemy: uciekając i powracając, w tę i we w tę, wydobywając naznaczenia - poddając się im, zwalczając... mozolnie przewartościowując.


Czym ta opowieść nie jest?
Nie jest, moim zdaniem, tym, co wyczytać można z obwoluty:
"...to wzruszająca opowieść o pożądaniu i demonach przeszłości, o trudnej sztuce budowania zaufania wobec najbliższych, ale przede wszystkim - to historia o miłości."


* Nie uważam, by trzeba było tę informację kamuflować w recenzji, bo ta opowieść nie opiera się na sensacji.

NAGRODA BOOKERA 2007r.

niedziela, 28 marca 2010, renbor1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
jolantachrostowskasufa
2010/03/28 15:24:34
Czytałam recenzje tej książki, sama powieść jeszcze czeka w kolejce; dopiero Twoja recenzja utwierdziła mnie w przekonaniu, że po tę książkę nie tyle warto, ile należy sięgnąć. Zwracasz uwagę na niuanse, o których nigdzie nie można przeczytać. Naprawdę potrafisz zachęcić do zagłębienia się w temat. :)
-
lirael
2010/03/28 15:52:10
Kochany Tamaryszku,
Zdecydowanie warto było czekać na Twoje wrażenia z lektury tej powieści!
To, że potrafiłaś w tak przejrzysty, obrazowy, zajmujący sposób przedstawić powieść tak "zakręconą" jest niesamowite! Książkę mam w wersji angielskiej, jeszcze nie czytałam i nie mogę się doczekać konfrontacji z Twoimi spostrzeżeniami.
Informacje podawane na okładkach doprowadzają mnie do szału. Gdybyś wiedziała, co wypisano na książce Brysona! W ciemno zamówiłabyś kilka egzemplarzy, by rodzinie i przyjaciołom dostarczyć niezapomnianych wrażeń.
Zauważyłam, że te okładkowe "blurby" najczęściej są firmowane tytułami gazet i czasopism, tak jakby konkretna osoba, która te opinie sformułowała, wstydziła się podpisać swoim imieniem i nazwiskiem.
To przykre, ale w najlepszej wierze w taki sposób często krzywdzone są cudowne książki. Tak jakby z góry zakładano, że po literaturę sięga ludność prymitywna, o ograniczonych potrzebach i zainteresowaniach. Książki ambitne ubiera się w tandetne kostiumiki, co dotyczy nie tylko not wydawcy, ale i okładek.
Czuje się mocno poruszona i zaciekawiona po lekturze Twoich wrażeń!
-
renbor1
2010/03/29 00:50:10
~ Jolu,
Dzięki za cierpliwą lekturę:)
Sążnisty tekst się stworzył, ale trudno byłoby krócej. Sama musiałam się z tą powieścią ułożyć. Wynotować istotne punkty zaczepienia, wyważyć - co mnie irytowało a co ostatecznie przekonało, co rozumiem, a czego nie. "Dla ludzi" powinno się pisać krócej, bo kto dobiegnie wzrokiem do końca, zwłaszcza gdy jest jeszcze przed lekturą? Ale druga strona medalu jest taka, jak to ujmuje Lirael: dobre książki zasługują na dopasowany kostiumik (notki na obwolucie czy recenzji). I tyle trzeba słów, by się wygadać należycie. Zresztą: w tym punkcie powinnyśmy być zgodne, bo Twoje teksty zawsze są zamaszyste - i w tym ich siła:) Pozdrawiam.

~Lirael,
święta racja, podzielam Twoje oburzenie blubrami (a skąd znasz to słowo? toż to poznańskie!) okładkowych recenzji. Odstraszają tych, którzy stanowiliby idealnych odbiorców.
Ciekawe jak Ci to zabrzmi w oryginale... Żeby było jasne: doskwierały mi wynurzenia Veroniki. Za dużo negacji i obnażania. Ale tylko tędy droga do zaakceptowania swojego życia na nowo. Inaczej dopasowanie się byłoby stłamszeniem lub hipokryzją.
Czyta się dobrze, bo język jest celny i barwny - język Enright lub Kołyszko (lub obu - tego nie rozstrzygnę) :)
-
lirael
2010/04/01 09:18:42
Nie wiedziałam, że "blurb" to słówko poznańskie. Ja tak nazywam opinie o książce umieszczone na okładce przez wydawcę (zwykle kompletnie niezwiązane z tym, jaka książka jest naprawdę:).
-
renbor1
2010/04/01 20:36:44
~ Lirael, trochę obok - nie blurb, ale "blubry" (wzięłam początkowo za literówkę). W Poznaniu to takie gadanie o różnościach, bez sensu. Ma Warszawa swego Wiecha, a Poznań Starego Marycha (gwarowe pogaduchy kiedyś wygłaszał). Potoczne znaczenie - w sam raz na określenie nieprzylegających do wnętrza książek notek z okładki :)