literatura, film, życie
stat4u ARCHIPELAG
Blog > Komentarze do wpisu

Izraelici w Libanie. Leczenie kaca

"Walc z Baszirem", reż. Ari Folman, 2008
"Liban", reż. Samuel Maoz, 2009

SYNDROM WIETNAMU

Trochę historii.
Wojna izraelsko-libańska wydarzyła się w 1982 roku. Poprzedziły ją działania terrorystyczne ze strony libańskiej (morderstwo izraelskiego ambasadora, bombardowanie izraelskich miast). Izrael zdecydował się wkroczyć na teren Libanu, by zniszczyć bazy terrorystyczne. Miał swoje racje, ale ostatecznie konflikt rozegrał się w ten sposób, że konstruktor interwencji, Ariel Szaron, zyskał przydomek "rzeźnika Libanu", a uczestniczący w niej żolnierze - odium ludobójców.
Izrael sprzymierzyl się z falangistami libańskimi - jedną ze stron wewnętrznego sporu. Poparł ich kandydata na prezydenta, charyzmatycznego Baszira. Baszira zamordowano, a wściekli falangiści zorganizowali masakrę na cywilach - w bejruckich obozach dla uchodźców (Sabra i Szatila) zginęło ich ok. 4 tysięcy. Izraelskie wojska stały "obok", nie interweniowały, choć mogły. Nic nie zyskując, wycofały się z Libanu z poczuciem porażki, pomyłki i nieuleczalnej traumy.
Kac porównywalny z amerykańskim wstydem i winą za wojnę w Wietnamie.

TERAPIA FILMEM

Minęło 25 lat. Dwudziestoletni (i młodsi) wówczas chłopcy są już mężczyznami po czterdziestce. Dla wielu z nich pamięć o wojnie jest traumą, która domaga się leczenia, wyartykułowania, nazwania. Środkiem do rozegrania rozrachunku i poszukania siebie sprzed lat okazuje się kino. Niemal równolegle powstają dwa ważne izraelskie filmy: genialny "Walc z Baszirem" Ariego Folmana (2008r. - Złoty Glob dla filmu zagranicznego i nominacja do Oscara w tej kategorii) oraz dobry, niebanalny "Liban" Samuela Maoza (2009r. - Złoty Lew w Wenecji). Reżyserzy znają doświadczenia masakry libańskiej z autopsji.

"Walc z Baszirem" jest dokumentem-animacją.
Jeden z przyjaciół reżysera zwierza się z nawiedzającego go koszmaru - wyjące, goniące go psy... dokładnie tyle, ile zabił w Libanie. Ma luki w pamięci, wspomnienia nie składają się w całość. Sugeruje, by Folman zrobił o tym film. Obaj są jego bohaterami wraz z piątką innych, z ktorych każdy ma swoją historię. Animacja Folmana jest zapisem wywiadów, próbą wypełnienia białych plam. Refleksją nad fenomenem pamięci, która wypiera to, czego nie potrafi bezpiecznie zasymilować. Rysunki postaci odpowiadają pierwowzorom, głosy podkladane przez autentycznych rozmówców Folmana.

 

"Liban" przedstawia czterech młodych Izraelitów-czołgistów i ich - niewiele lepiej zorientowanego w sytuacji - dowódcę. Wiedzą tyle, co usłyszą w instrukcji. Rozkaz brzmi banalnie: zabezpieczyć zbombardowany już teren, posuwać się do wyznaczonej linii - do celu. Sprawy się komplikują.

Terapia w filmie Maoza polega na doświadczeniu emocji raz jeszcze. Opowieść jest postrzępiona, sytuacja niejasna, kontekst historyczny w ogóle niezarysowany. Ale stany emocjonalne oddane potężnie - widz nie może być obok. Jest czołgistą, widzi i czuje to, co oni.
Podobno reżyser doświadczył oczyszczającej mocy przeniesienia traumy na film wręcz namacalnie. W trakcie zdjęć rozbolała go noga, krwawiła stopa, wreszcie - wydostał się z niej odłamek szrapnela, tkwiący tam od czasu wojny.

 

JAK OPOWIEDZIEĆ?

"Liban" widziałam przedwczoraj. Uderzył mnie przede wszystkim sposób opowiadania.
Kilka impresji:

- Klamrę tworzy pole słoneczników. Jedyne kadry z naturą. Film rozgrywa się w czołgu - w przestrzeni ciemnej, dusznej, wilgotnej i ciasnej. Przestrzeń pułapka.

- Widzimy to, co widzą czołgiści - żadnych oglądów ogólnych, zdystansowanych. A oni patrzą przez wizjer, więc spojrzenie na świat mają ograniczone. Rzeczywistość dostępna jest tylko we fragmentach. Bez szans, by zweryfikować rozkazy. Dezorientacja.

- Namierzanie celu: człowiek ujęty w celowniku jest blisko, na wyciągnięcie ręki. Zabijanie jest namacalne. Shmulik dotąd strzelał do beczek, do ludzi nie umie, ale jego zwlekanie sprowadza śmierć "swoich", zagraża mu osobiście. Celuje na oślep. Każde działanie jest tutaj ślepe.

- Nie ma klasycznej intrygi, opowieści z wątkami, zakrętami, rozwiązaniem. I mimo całego (wspomnianego wyżej) dyskomfortu - ogląda się w napięciu, emocjonalnie - z przerwą na żart, utarczkę słowną, iskrzenie w relacjach.

- Zbliżenia. Dawno nie oglądałam filmu z taką ilością zbliżeń! Twarz, jej część, oczy... Spust, kropla wody...

 



Nie lubię filmów wojennych. Chyba, że po prostu nie mogę się od nich oderwać, bo czuję, że coś tu nie gra, coś łamie konwencję.



czwartek, 11 marca 2010, renbor1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
jolantachrostowskasufa
2010/03/12 12:13:05
Twoje "zbliżenia" interpretacyjne zelektryzowały moją uwagę. Ciekawa jest ta historia z oddziaływaniem terapeutycznym na reżysera kręconego przez niego filmu. Niesamowite.
-
lirael
2010/03/12 16:43:33
Mam pecha, bo wiele wartościowych filmów to opowieści o wojnie, a podobnie jak Ty nie jestem miłośniczką tej tematyki. Dzięki Twoim wnikliwym i zachęcającym recenzjom będę musiała zrewidować swoje poglądy :) A szczególnie interesujący wydał mi się "Walc z Baszirem". Już sam tytuł bardzo intryguje.
-
renbor1
2010/03/12 19:31:15
Dziewczyny:)
Założyłam, że będę rejestrować tylko bieżące obserwacje, więc o "Walcu z Baszirem" (odkrycie sprzed roku) tylko okazjonalna wzmianka. Gdyby nadarzyła się sposobność: obejrzeć! Warto. Film wcale nie przede wszystkim o wojnie. Raczej o fenomenie pamięci i zaprasowywaniu kantów po bliznach.
Mam swoje ulubione obrazy: żołnierza, który impregnował się, patrząc na wszystko niczym fotograf (do czasu, gdy zobaczył masakrę koni), natrętna wizja wynurzania się z wody..., las skąpany w słońcu (zanim ludzie ze strachu zamordują ciszę), tytułowy walc pod ostrzałem (!)...
W mojej wzmiance nie ma tego, co najistotniejsze - zaskoczeń. Nie chcę ich uprzedzać.
Swoją drogą - sztuka ma takie moce terapeutyczne, że pojąć trudno I wcale nie przede wszystkim podczas programów biblio- czy filmoterapii).
Miłego weekendu:)
-
logosviator
2010/03/12 20:18:00
A mnie z kolei zawsze interesowało tzw. "kino wojenne", bo wiązało się zwykle z wielką intensywnością ludzkiego doświadczenia.
Chciałbym zobaczyć te filmy, o których tak interesująco piszesz.
OBecnie staram się rozprawić z "The HurtLocker", ale bynajmniej nie dlatego, że zapanował wokół niego taki szum medialny związany z Oscarami.

Problemy związane z konfliktem bliskowschodnim są niezwykle złożone. Trzeba bardzo uważać, by nie poddać się tu emocjom pod wpływem jednej albo drugiej strony konfliktu (bo bardzo wpływa to na perspektywę naszego spojrzenia).
Piszesz np.: "Poprzedziły ją działania terrorystyczne ze strony libańskiej (morderstwo izraelskiego ambasadora, bombardowanie izraelskich miast)."
Otóż, kiedy się temu przyjrzymy bliżej, to być może nie uznalibyśmy owych działań Libańczyków za "terrorystyczne" a po prostu "wojenne". (A to jest jednak różnica nie tylko semantyczna).
Oprócz tego - dlaczego "zapoczątkowały"? Przecież tych początków można doszukać się znacznie wcześniej (choćby w fakcie nielegalnych poczynań rządu Izraela).

PS. Jeśli interesuje Cię ten temat, to zapraszam do przeczytania mojego tekstu "Czy Bogowie domagają się krwi?", ktory napisałem przy okazji ostatniej Intyfady Palestyńczyków:

logosamicus.wordpress.com/2008/09/14/czy-bogowie-domagaja-sie-krwi/

Pozdrawiam.
-
renbor1
2010/03/12 23:01:04
O tak, Logosie, istotna uwaga.
Nie mnie oceniać polityczną słuszność. Chciałam zaznaczyć, że również zbrojna interwencja Izraela miała swoje "racje", choć przyniosła wiele zła i okaleczyła samych agresorów.
O kontekstach tej wojny wiem trochę więcej niż piszę - akurat tyle, by stwierdzić, że "to skomplikowane". Zajrzę do Ciebie, przeczytam.

Coś mam jeszcze problem z trafieniem w swoją nutę... Dookreślam się blogowo :)
Czego nie dotknę, trudno ująć w kilku zdaniach, a nie planowałam "referatów". W zasadzie - zamierzałam omijać też recenzje, bo to wyczerpująca forma.
Chcę się przyglądać opowieściom. Poprzeglądać się w nich... Wyciągać różne smaczki, nitki z osnowy...takie moje zaczepienia. Ale korci mnie, by rzecz osadzić w kontekście. I koło się uruchamia...
Pozdrawiam.
ps.
A propos Chwina - w najnowszym "Tygodniku Powszechnym" rozmowa tekstów na temat tych "esejów samobójczych". (w Necie pełna wersja dostępna za tydzień)